środa, 31 grudnia 2025

:: Arnee ::

Malutki źrebak jednorożca sięgał Kettui zaledwie do nadgarstka, jego narodziny przyszły niespodziewanie, dosłownie wypadło na ziemię z cichym łoskotem, gdyby panował tu zbytni hałas mogłoby nawet zostać zdeptane. Oczywiście Kettui wiedziała że jest w ciąży i że źrebię jest wyjątkowo małe. Czuła to jak każdy jednorożec, mogłaby sięgnąć nawet do niego magią znacznie głębiej w tracie ciąży i poznać więcej szczegółów, gdyby ktokolwiek nauczył ją jak to zrobić. Jako jedyne z jej źrebiąt nie odzywało się w czasie ciąży, a przez to i jego płeć pozostawała zagadką, Kettui zresztą nie mówiła nic do niego, w końcu głupszym łatwiej manipulować.

Złapała ogonem źrebaka, niczym posążek i zaniosła na półkę skalną na której lubiła odpoczywać, tam się położyła i posadziła kilkuminutowego malucha w swoich przednich nogach. Wiercił się, trącając drobnymi racicami matkę, próbując wyplątać się z błon, ściągnęła je z niego ogonem, zbliżyła pysk by oczyścić resztę. Drobne nóżki objęły jej wargi. 

– Ale z ciebie słodziak. – Podskubnęła źrebaka pieszczotliwie, wywołując u niego śmiech i nikt by nie uwierzył w tej chwili jakich okrucieństw dokonała. Położyła się na grzbiecie trzymając malucha przednimi nogami, podrzucając je nimi to w górę, to w dół, sprawiając mu jeszcze więcej frajdy. Śmiali się oboje, w pustej, przytulnej grocie, gdzie rosły różnego rodzaju przekąski, a do środka, wpadały małe snopy słonecznego światła przez otwory w wysokim sklepieniu.

Potrzymała go chwilę w górze, chwytając ogonem, a swoim nogą pozwalając opaść, obróciła je, dostrzegając cechy zarówno samicy jak i samca i to dziwactwo niezbyt jej się spodobało. Obróciła się z powrotem na brzuch, bawiąc się źrebakiem w mniej przyjazny sposób, popychała je nogami, tocząc w raz jedną, w raz drugą racice.

– I jak mamusia ma cię teraz określić? – Przygniotła je nogą, zmuszając je by leżało na boku. Drobny ogon załaskotał ją w pęcinę, źrebak patrzył na nią swoimi wielkimi oczami. Już nie wyglądał na wesołego.

– Mój, mały robaczek, kim chcesz być? No powiedz, śliczna gąsieniczko. Ogierkiem czy klaczką? – Puściła je, trącając kępkę gęstszego, czerwonego futra na jego nosie. Zachichotało znowu: – Nie martw się mamusia wybierze za ciebie. Arnee.

Jak tylko Arnee udało dostać się na własne nogi i nauczyć się jak działają, biegała wokół nóg matki. Poszukiwała czegoś co złagodzi jej dyskomfort w żołądku. Wyciągała główkę wysoko, czując zapach mleka, ale nie mogła dosięgnąć wymion, a coraz bardziej chciało jej się jeść. W końcu gdy spróbowała stanąć dęba spadła z półki skalnej, Kettui nawet nie drgnął ogon by ją złapać. Mała zamiast się rozpłakać biegła dalej, próbując wskoczyć z powrotem na górę. Kettui śmiała się z jej ciągłych upadków, podskakiwania małej i szorowania o skałę racicami, choć Arnee wcale się nie bawiła, minęło wiele godzin, a mała była z każdą chwilą coraz bardziej zestresowana. Kettui zeskoczyła, Arnee uniosła się na tylnych nogach, tym razem trzymana przez matkę ogonem, zaczęła ssać, szybko i łapczywie. 


~*~


Przez kilka dni Kettui się z nią bawiła, nie pozwalała jej nawet porządnie się wyspać. Arnee zdawało się to nie przeszkadzać, szybko nauczyła się że niezdarność i energiczność bardzo się mamie podoba. Jej zmęczenie pomagało w byciu niezdarnym, energii miała coraz mniej, ale mimo obolałych mięśni, podkrążonych oczu i zasypiania na stojąco brykała nadal. 

– Ktoś tu jest zmęczony?

– Ja nie! Mogę biegać bez przerwy! 

Kettui zachichotała: – Widzę, ty mały, myszoskoczku.

Z czasem zabawy były coraz mniej intensywne, a mała zostawała coraz dłużej sama, nie potrafiąc przedostać się przez mały cienki murek z metalu, przez który bez większych problemów jej matka przechodziła. Spędzała przy nim mnóstwo czasu, podskakując na tylnych nogach, przednimi próbując się podciągnąć. Kettui pominęła dziś już kilka posiłków.

– Mamo! – zawołała Arnee w ciemność korytarzy: – Pobawmy się!

Nikt nie przyszedł, w końcu zasnęła, na odgłos racic Kettui zerwała się z ziemi, podbiegła, zaczepiając matkę, która odepchnęła ją od siebie ogonem, Arnee kontynuowała zaczepki, trącając Kettui w tylną nogę i odskakując żeby ją goniła, śmiejąc się przy tym ze szczęścia że wreszcie jej ukochana mamusia wróciła. Mama popchnęła ją w końcu tak mocno że przetoczyła się, uderzając o ściankę z hukiem, jakby ktoś rzucił o metal kamieniem.

– Przestaniesz mnie irytować?! – wrzasnęła na nią Kettui.

– Irytować? – Róg Arnee nie świecił gdy używała magi by zablokować odczuwanie bólu, mała nawet do końca nie wiedziała że to robi, jej magia działała samoistnie: – Nie chcę irytować mamusi. 

– Ojej, mamusia nie chciała cię tak mocno uderzyć. – Kettui podniosła źrebaka ogonem, nie czuło bólu, ale jego nogi tak się ugięły przyjmując niespodziewany ciężar że prawie upadło: – Takiego słodziaczka nie można przecież bić. – Kettui połaskotała Arnee po spodzie pyska, mała uśmiechnęła się, a jej oczy zabłyszczały: – Postoisz sobie tutaj. – Kettui posadziła ją na półkę skalną.

– A dlaczego? – spytała mała.

– Mamusia nauczy cię paru sztuczek.

– Tak! – Stanęła dęba, ale gdy matka położyła uszy, opadła na ziemię z już tylko delikatnym uśmiechem: – Nie muszę się tak ekscytować jeśli nie chcesz.

– Wspaniale. Stań na tylnych nogach i zrób obrót.

– Tak? – Mała wykonała to z łatwością, pomagając sobie puchatym niemal jak u wiewiórki ogonem. Kettui położyła na jej nosie metalową kulkę i kazała jej wykonywać tą samą sztuczkę, tak by jej nie upuściła. Arnee specjalnie potknęła się o własne nogi, by jak zawsze rozbawić mamę, spadła z półki, a kulka uderzyła o jej głowę, idealnie to wyliczyła. Kettui się roześmiała. A Arnee wiedziała by teraz się nie śmiać, bo mama wtedy by natychmiast umilkła, a przecież chciała sprawić jej przyjemność. 

– Mamusiu, lubisz mnie?

– Oczywiście. 


~*~


Arnee z rozpędu przeskoczyła ściankę, urosła odrobinę, a to zawsze był dla niej trudny skok, wylądowała na własnym brzuchu. Słyszała wiele różnych głosów i była ich ciekawa. Dotarła na scenę gdzie rozgrywał się pokaz kłyk, w dole obserwowało ich mnóstwo osób. Kłyki wykonywały różne sztuczki, niektórych nawet uczyła ją mama. Niosły ją na swoich grzbietach, pozwalały chodzić sobie po głowie. 

Jak fajnie byłoby się bawić razem z mamusią i móc samemu zachwycić tyle osób, tak jak ona i jej kłyki, pomyślała Arnee. Dostrzegła półki skalne na ścianach, parę razy z nich spadła, parę razy się poślizgnęła, ale to nie mogło jej zniechęcić. Wspięła się wysoko, aż zaparło jej dech w piersiach, wszyscy stąd byli tacy mali i mogła ich wszystkich objąć wzrokiem. Musiała zejść niżej by skoczyć na kłykę, wylądowała na jej grzbiecie. Zaskoczyła tłum. I samą kłykę, ledwie udało jej się odskoczyć przed jej zatrzaskującymi się szczękami. Kettui zatrzymała się na głowie jednej z kłyk, dając im znać by stanęły nieruchomo, jak zamrożone, ześlizgnęła się na jej szyje i grzbiet. Mała zrobiła kółeczko na tylnych nogach, usłyszała mnóstwo komplementów na swój temat, że jest słodka, urocza, odważna i taka śliczna. Faktycznie zachwyciła tym wszystkich. Oprócz mamy. Jej cień padł na nią, Kettui wykrzywiła pysk w gniewie, niemal kładąc też uszy. Ścisnęła córkę ogonem, uśmiechnęła się wymuszenie, wyglądając przy tym jakby postradała zmysły.

– Co ty tu robisz, kochanie? – jej ton balansował na krawędzi ironii, mała Arnee wpatrywała się w jej oczy.

– Chciałam się z tobą pobawić, mamusiu. – Oparła swoje drobne racice na boku Kettui, a tłum westchnął z rozczuleniem.

Mina Kettui zrzedła, wzrok Arnee padł na innych, tak wielu nowych przyjaciół.

– Jestem Arnee! – zawołała: – Lubi…

– Co ty wyprawiasz?! – Kettui zacisnęła ogon na jej gardle, unosząc i tłum zareagował odpowiednio, byli wstrząśnięci, krzyczeli do niej by ją zostawiła. Mała przebrała nogami, ogonem szukając czegoś czego mogłaby się złapać. Nie czuła bólu, ale to nie oznaczało że się nie dusiła.

– Zdrajczyni, chcesz mi ukraść występ, tak? Twoje niedoczekanie. – Kettui zeskoczyła z kłyki, znikając z córką w korytarzu, wrzuciła ją do jej groty, Arnee kasłała, jeszcze przez chwilę mając problem z zaczerpnięciem tchu: – Ojej, jakaś ty słodka, jaka śliczna… – Zaczęła chodzić wokół córki, która nie wiedziała co się dzieje, śledziła matkę zdezorientowanym wzrokiem: – Moje ty biedactwo, szkoda by było gdyby…

– Kettui, wybacz że przeszkadzam, ale mamy problem – przerwał jej jeden z jednorożców.

– Co znowu? – Zatrzymała się.

– Nalegają by ją zobaczyć, ledwie ich powstrzymaliśmy przed pójściem tutaj, boją się o nią, nie wiem czy to rozsądne teraz ją karać.

– Ale dlaczego? – spytała Arnee: – Chciałam się tylko dobrze z tobą bawić, mamusiu i by inni też mnie lubili, bo nadal mnie lubisz, prawda?

– Nienawidzę cię – odpowiedziała lodowato Kettui.

Małej urwał się oddech, a w oczach zebrały się łzy: – Co… Co mam zrobić żebyś lubiła mnie znowu?

Kettui zastanowiła się chwilę, po czym uśmiechnęła się szyderczo. Przysunęła małą do siebie ogonem, szepcząc jej na ucho: – Wiesz co się innym spodoba?


Kettui wróciła z truchtającą przy jej nogach małą, wszyscy przywitali źrebaka z wielką radością. Arnee pobiegła na krawędź sceny, wybierając jedną z klaczy. I tak jak mama jej kazała, wskoczyła jej na głowę, ześlizgnęła się na szyje, cięła swoim jeszcze małym, ale już z ostrą, metalową końcówką – którą dała jej matka, przed tym małym występem – rogiem. Klacz krzyknęła z bólu, próbując strzepnąć z siebie źrebaka, Arnee dźgnęła ją w ranę, trzymając się jej mocno ogonem, a ona wierzgała i stawała dęba próbując ją zrzucić, źrebie dźgnęło obcą jeszcze kilka razy, uśmiech matki je zachęcał, podobało jej się, znów będzie ją lubiła. Krew dla Arnee nic nie znaczyła, równie dobrze mogłaby pryskać na nią woda, nie kojarzyła jej z niczym strasznym. Nie poczuła nawet bólu, gdy ktoś z tłumu oderwał ją od rannej i rzucił nią o ziemię. 

– Mały potwór.

Arnee popatrzyła po nieprzyjaznych pyskach zmartwiona, mama powiedziała że polubią ją jeszcze bardziej, a oni mieli ją za wroga, odsuwali się, bali i złościli, bijąc kopytami o podłoże, wymachując nimi w powietrzu. Kettui ją złapała, unosząc nad ziemią.

– Co się stało? W krwi już nie wygląda tak przesłodko? Teraz chyba rozumiecie moją reakcje. – Posadziła źrebaka na jednej z kłyk.

Mama jest o mnie zazdrosna, nie chcę bym miała innych przyjaciół, oprócz niej – pomyślała Arnee z zachwytem. A mimo to posmutniała, jak tylko publiczność zaczęła wychodzić.


~*~


Od tamtego dnia Arnee często występowała przed Kettui w krwawym stylu, na początku nie było łatwo, przynajmniej mama była rozbawiona jej niezdarnymi próbami, z czasem z łatwością mordowała wszystkie małe zwierzątka które tylko przynosiła jej Kettui. Nabijała ich skórę na kolce z metalu, które mama dla niej zrobiła, z coraz większą precyzją zdzierając ją ze swoich ofiar. Kettui uwielbiała jej kolekcje.

Arnee po kryjomu opuszczała podziemia, ucząc się wspinać na drzewa, zwyczajnie nie przyszło jej do głowy że jednorożce nie są do tego stworzone, wykorzystywała własne racice by wbijać je w korę, ogon, by łapać nim równowagę i przytrzymywać się konarów i swoją lekką wagę by móc skakać z gałęzi na gałąź. Nieraz spadła, ale nie licząc ran czy siniaków nie działa jej się większa krzywda, znowu głównie dzięki niewielkiemu wzrostowi. Gdzie inni by się połamali, ona tylko się poobijała. Obserwowała z drzew inne jednorożce, ich polowania na kłyki z których nie zawsze wychodzili cało. Mama uwielbiała jej pokazy, to z zabijania tych dzikich kłyk będzie jeszcze bardziej zadowolona. Arnee ćwiczyła na innych zwierzętach, jeleniach, czasem i łosiach, wszystkich tych co nie były aż tak niebezpieczne, by tą samą technikę przenieść na kłyki. 

– Mamo! Ładne? – Mała przytargała jelenią głowę z porożem, do groty jej matki, od paru dni leżała na ziołach przeciwbólowych, odkąd skały na nią runęły i połamały jej nogi.

– Wyjdź stąd darmozjadzie… – mruknęła sennie Kettui, odrywając na chwilę od ziemi ogon.

– Popatrz mamusiu, złapałam go sama. – Mała puściła skórę głowy jelenia, próbując wskoczyć na półkę przykrytą futrem kłyki, na której leżała jej matka, po paru upadkach, tylko oparła się przednimi racicami, wpatrując się w Kettui.

– Jak ci pomóc, mamo? 

– Wyjdź stąd.

– No dobrze… – Zostawiła swoje trofeum na ziemi, wychodząc na korytarz. Wróciła jeszcze kilka razy do Kettui, ale ta ją odganiała, a nawet na nią krzyczała.


~*~


Dołączyła do dwójki zagadanych ze sobą jednorożców. Jeden z nich zauważył ją dopiero po chwili, trącając drugiego. A gdy obaj na nią spojrzeli wybuchli śmiechem. Jeden śmiał się aż do łez. Drugi omal się nie przewrócił ze śmiechu, zatoczył się na nogach. Prawie została staranowana, gdyby w porę nie zeszła mu z drogi. Arnee nie uważała naśmiewania się z niej za coś złego, mama często to robiła, Arnee wręcz doprowadzała do takich sytuacji. Uśmiechała się do nieznajomych.

– Ona jest na jeden kęs.

– Kettui to ma poczucie humoru.

– No, ona lubi się śmiać – przyznała Arnee, uznając że komplementują jej matkę. Te jednorożce które wiedziały kim jest nie pozwalali jej nigdzie iść, więc nie zamierzała wspominać czyją jest córką.

– Słyszałeś jej głos?

– Dobra, dość, wystarczy. – Uspokoił się pierwszy, drugi patrzył na małą i choć nie wydawał już żadnych dźwięków to jego mimika zdradzała jego rozbawienie: – Co tu robisz źrebaczku?

– Przyszłam zapolować z wami na kłyki.

Parsknęli rozbawieni.

– A tak na poważnie?

– Kettui kazała wam mnie uczyć.

Drugi parsknął raz jeszcze śmiechem.

– Serio? – zapytał pierwszy.

– Serio. I radzę wam jej nie denerwować. Zwłaszcza teraz, jak ma te bóle.

Popatrzyli na siebie. 

– Upolowałam już jelenia, chcecie zobaczyć?


~*~


– Gdzie ona jest?

– Pewnie schowała się gdzieś ze strachu.

– Coś wątpię by Kettui dała nam pod opiekę tego źrebaka, myślisz że jest aż tak szalona? Te kłyki je zjedzą.

Arnee przeskoczyła na kolejne drzewo, chodząc po konarach, nad idącymi w dole jednorożcami. 

– Cicho… – Jeden z jednorożców schylił się, za krzakami, drugi zakradł się do niego, wypatrzyli kłykę, niczego jeszcze nieświadomą, połykała kamienie, wybierając z ziemi te najgładsze. 

Arnee zeskoczyła na głowę kłyki, rozcinając jej czoło, aż po chrapy, spadła pod jej kopyta, przeturlała się, nim ciało kłyki ją przygniotło. Stwór padł martwy.

Głowy dwójki jednorożców wyglądały nad krzewami, stali kompletnie osłupieni.

– Nie wierzę. Powaliłaś ją jednym ciosem. Jednym ciosem! – Jednorożec który się z niej wcześniej naśmiewał przyszedł pierwszy.

Arnee się uśmiechnęła, kropelki krwi z jej rogu spadały na czoło i spływały na chrapy, barwiąc i tak gęsty, czerwony kosmyk sierści między nimi.

– To znaczy że mnie lubisz?

– Lubisz? Musisz częściej z nami polować. – Poderwał ją z ziemi ogonem, sadzając sobie na grzbiecie.

– Brawo, mała, masz do tego talent, nie wiem czy mamy czego cię uczyć. Jak weszłaś na to drzewo? – przyszedł drugi.

Wkrótce Arnee znała wszystkie jednorożce mieszkające w ich kryjówce. Z wieloma z nich się zaprzyjaźniła, doceniali ją bardziej niż Kettui i byli o wiele bardziej szczerzy, mimo że wciąż po stronie jej matki.

– Co to ma znaczyć?! – Kettui zjawiła się nagle, przeszkadzając rocznej już córce w rozmowie z trójką dorosłych jednorożców, których Arnee dobrze znała i uznawała za przyjaciół: – Ja tam cierpię, a ty się bawisz? Co wy z nią tu robicie?

– Musisz zobaczyć jaką kłykę ostatnio upolowałam. – Arnee zerwała się, biegnąc do matki, a jej trójka przyjaciół wymknęła się po cichu.

– Kłykę? Czy mamusia nie mówiła ci byś siedziała u siebie? – Kettui obeszła źrebaka na około, utykając, stęknęła raz, drugi. Arnee zobaczyła jej zaokrąglony brzuch, wiedziała od innych co to oznacza.

– Ale będzie fajnie, mamo! Będę mogła go wszystkiego nauczyć, będziemy się świetnie bawić! Chcę powiedzieć że podoba mi się niespodzianka.

– Co…? O czym ty… – Kettui się roześmiała: – Chyba nie sądzisz że pozwolę ci się zbliżać do mojego Tirre. – Otoczyła swój brzuch ogonem.

– Dlaczego? 

– Dobra, dobra, pokaż tą kłykę.

– Jej skóra jest już na ścianie – Arnee pobiegła do swojej groty, teraz z łatwością przeskakując metalową ściankę, Kettui zauważyła że jest dość zwinna. Skóra głowy kłyki wisiała pyskiem do dołu, przecięta od czoła po chrapy rogiem jej córki.

– Co o tym myślisz, mamo?

– Sama ją zabiłaś?

– Sama.

– Doskonale, robaczku, zrobisz coś dla mnie?

– Chętnie!

– Podoba mi się twój entuzjazm, skóra Turni też tu zawiśnie.

– Mam ją zabić?

– Och, nie, to za mało za moje męki, musisz zyskać ich zaufanie, a potem…


~*~


– Blakie, zawsze będziemy rodziną… Słyszysz mnie? Musisz o tym wiedzieć… A Linnir? Nawet się z nią nie pożegnałaś… Nie możesz tak odejść…

Arnee płakała wtulona w bok swojej drugiej mamy, która zamieniłaby ją najchętniej na Blakie, a przecież nie mogła nic zrobić kiedy Blakie postanowiła w nią wejść. Czy nie lepsza byłaby śmierć?

Przed chwilą ona i Blakie trwały równocześnie w jej ciele, Nie mogła nic poradzić na to co zrobiły moce Blakie, zamieniły jej mamy z powrotem ciałami, to było nawet dobre, ale potem pochłonęły Kettui. Czuła się tak jakby sama ją zabiła. Już tego nie potrafiła przeżyć…

Irutt wkrótce ją zostawiła, do czego przywykła, Kettui robiła to cały czas. Arnee pobiegła przez piasek, ignorując nawoływania reszty, wpadła w niego, turlając się i ocierając, z narastającym pragnieniem by pozbyć się z ciała feniksa, wierzgała, stając dęba, ale nie ważne jak się rzucała to niczego nie rozwiązywało.

Zagrzebała się w piasku, wystawiła z niego tylko chrapy. Słyszała nawoływania Komety i trzepot jej i Celeste skrzydeł. Nigdy tak mocno nie zachciało jej się spać, jakby to sprawiły moce Blakie, jakby w jakiś sposób zadziałała na nie jej rozpacz. 

Mamusia już nie wróci… Nigdy do mnie nie wróci… – pomyślała tuż przed zaśnięciem. 

Ivette, nieświadomie nadepnęła na Arnee. Teraz nie tylko nie czuła bólu, ale jej urazy natychmiast się goiły. Spała zbyt głęboko żeby się obudzić. Ivette cofnęła się, wyciągając ją z piasku.

– Arnee! – Kometa wylądowała przed nimi, łapiąc małego jednorożca w skrzydła.

– Odpoczniemy w końcu? Reszty możemy poszukać potem.


~*~


[Linnir]


Przebudziłam się, czując dotyk płomieni Blakie, ciało Kettui obróciło się w czarny piasek obok mnie na oczach wszystkich. Wiedziałam co to oznacza, pobiegłam od razu szukać Irutt, spotkałyśmy się w połowie drogi, nadal nie mogła wydusić ani jednego słowa. Objęłam ją, roniąc łzy. Złapała ogonem moją grzywę prowadząc mnie do małego jednorożca, śpiącego w skrzydłach Komety. Jej maść się zmieniła, ale nadal byłam w stanie poznać że to Pari.

– Jesteście, muszę wam tyle wyjaśnić… – zaczęła Kometa, Ivette i Celeste odpoczywały obok niej: – Tak naprawdę nazywa się Arnee, Pari to jej fałszywe imię i… Zresztą widzicie że zmieniła sierść… Znaczy farba z niej… Zniknęła. Ale Blakie… Blakie w nią weszła… A teraz w ogóle nie możemy jej obudzić… Może jest po prostu zmęczona, ale chyba by reagowała jakkolwiek? 

– Spokojnie, Kometa, powiedz co się stało, od początku – poprosiłam, przytulając do siebie Irutt, wyglądała na wyczerpaną, wkrótce ułożyłam się z nią na przeciwko Komety i małej Arnee. 


~*~


Ulga mieszała się z rozpaczą, bo nadal byłyśmy w żałobie po najmłodszej córce, a tego dnia straciłyśmy też Arnee i Blakie na nie wiadomo jak długo…

Irutt leżała przy niej, otulając ją własnym ogonem. Przyniosłam jej trochę wody, trawa leżała obok niej nietknięta.

– Musisz jeść. – Otarłyśmy się czule głowami. Wskazała końcówką ogona na swoje gardło, nie puszczając Arnee ani na moment. Widziałam jak ciężko jej było przełknąć wodę. Oparła na mnie głowę i róg.

“Naprawdę nie chcę cię martwić…”

– Nie przejmuj się jeszcze tym. 

“Co z Mozzran?”

– Wszystko dobrze, wszyscy teraz jedzą, może przy nich poczujesz się lepiej? – Wzięłam Arnee na grzbiet, prowadząc Irutt do reszty. Dopiero po dwóch dniach mogła coś normalnie przełknąć, nie mówiła zbyt wiele, ale już nie z takim trudem jak wcześniej. 



⬅ Poprzedni rozdział

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz