[Linnir]
Minęło kilka długich tygodni zanim opuściliśmy czarną pustynię, różniła się od zwyczajnej pustyni stałą, bardziej niższą niż zbyt wysoką temperaturą. Blakie zapewniła nam jedzenie i wodę, tuż przed tym zanim zniknęła w ciele Arnee. Trawa wyrastała bezpośrednio na piasku, a woda kryła się pod nim.
Nikogo nie znaleźliśmy.
Niebo zasłaniały chmury, a wiatr ochładzał powietrze do takiego stopnia że z pysków pozostałych ulatywały białe obłoczki. Próbowali się nawzajem ogrzać idąc blisko siebie. Zaczęłam dostrzegać rozległe równiny porośnięte trawą, w odcieniach wyblakłej zieleni i fioletu, jakby chciała nam przypomnieć o kryształach i o tym co przeżyliśmy.
– Czy to tylko ja, czy mam wrażenie że robi się coraz zimniej? – Burza przywarła do Eepli, drżąc i pocierając się nagimi skrzydłami. Eepli otoczyła też Cruzine i Angusa ogonem, Mozzran się od niej oddaliła. Ivette leciała nad nami, razem z Celeste. Irutt rozmawiała z Kometą, która niosła Arnee na tyłach grupy. Blakie utrzymywała ją przy życiu, ale nie pozwoliła jej się nadal obudzić.
– Znajdziemy schronienie – powiedziałam: – Najwyżej zawrócimy i udamy się w innym kierunku przez pustynię.
Irutt pogładziła Arnee ogonem po głowie, ściągając jej grzywkę z zamkniętych oczu.
– Jasne, schronienie, dalej jest już tylko śnieg i lód, nie ma nawet lasu – zawołała z góry Ivette.
– Zrobimy schronienie, to żaden problem – odpowiedziała jej nieprzyjemnym tonem Irutt. Dogoniła mnie. Przysunęłam ją do siebie, wtuliła głowę w moją grzywę.
– Wszystko w porządku, Linnir – szepnęła: – Czy to nie twój gatunek? – Wskazała na niebieskie konie w oddali, ich małe stado pasło się na fioletowej trawie, przy czapie śniegu. Złapała ogonem mój ogon.
– Znajdźmy jakieś cieplejsze miejsce – powiedziałam.
– Nie chcesz się z nimi przywitać?
– Nie potrzebuje tego. Chodźmy.
Eepli przyszła do nas, niosąc ze sobą Burzę, która nawet okryta jej ogonem i wtulona w jej sierść wciąż drżała z zimna.
– Oni mnie zobaczą, muszę się schować…
– W sensie pod ziemią? – zapytała Burza, poruszając się niespokojnie: – Co innego wejść wejściem do podziemi, a co innego tam przeniknąć, ja odpadam.
– Nie musisz się nigdzie ukrywać. – Irutt spojrzała w oczy Eepli, dotykając jej boku ogonem: – Jesteś z nami.
– Nie chcę ich zniechęcić do was, przez swój wygląd…
– Nie idziemy do nich – powiedziałam: – A nawet gdybyśmy szli to nie chciałabym mieć do czynienia z kimś kto źle cię traktuje.
– Mamo…
Ja i Irutt obejrzałyśmy się na Mozzran.
– Jak długo będziemy jeszcze szli? Jestem już zmęczona.
– Ja też… – westchnęła Burza: – I zmarznięta, i głodna, nie widać tu nic oprócz trawy.
– Już niedługo – odpowiedziałam.
– Eepli niesie cię prawie całą drogę, nie możesz być zmęczona – zauważyła Mozzran, kładąc uszy: – Choć to moja siostra.
– Zazdrosna?
– Nie, nikt nie musi mnie nieść. W przeciwieństwie do ciebie.
– Nie każdy może urodzić się półboginią.
– Wystarczy, zaczynacie mnie irytować. – Ivette wylądowała obok Komety, a za nią Celeste. Mozzran przyspieszyła kroku by znaleźć się bliżej nas. Oprócz Komety, Eepli i Celeste wszyscy trzymali się od Ivette na dystans. Nastroszyła już sierść. Zawróciłam po Arnee, biorąc ją od Komety.
“Mogę ją ponieść…” zaproponowała Cruzina, podchodząc do nas, położyłam Arnee na jej grzbiet, owinęła wokół niej ogon.
– Lepiej balibyście się tak Blakie, a nie mnie – warknęła Ivette.
– Nikt się ciebie nie boi, nie jesteś godna zaufania. Nie chcesz zaczynać tej rozmowy – ostrzegłam. Warczała przez chwilę, ale nie odezwała się słowem. Byliśmy na nią skazani, lepiej mieć ją na oku, niż gdyby miała zaskoczyć nas kolejnym swoim wyczynem.
– Zajmę się budową schronienia. – Irutt musnęła mnie w policzek, unosząc się nieco na tylnych nogach, by dosięgnąć i poleciała w przód jako jaskółka.
– Chciałabym pomóc. – Eepli popatrzyła za nią zawiedziona: – Jestem dobra w budowaniu…
– Chwile jej zajmie znalezienie odpowiedniego miejsca, tymczasem ją dogonimy – obiecałam.
– Zrobi wszystko różnymi mocami, nie jesteś tam potrzebna – Mozzran podeszła do boku Eepli: – Nikt z nas. – Popatrzyła trochę na nią, trochę na mnie.
– Irutt też się męczy, jak my wszyscy, chętnie skorzysta z pomocy – powiedziałam.
– Będzie udawać że jej potrzebuje, by Eepli nie było przykro.
– Mozzran.
– Taka prawda.
– To skoro nie macie co robić, to potrzebuje by ktoś zbudował dla mnie wygodne gniazdo, a i może już ta peleryna, ale nie za długa, też by się przydała, zamarzam – wtrąciła Burza.
– Nie będziemy ci służyć! – Mozzran położyła uszy.
– Jestem…
– Dość – powiedziałam: – Rozumiem że jesteście zmęczone, ale wytrzymacie jeszcze chwilę. – Zerknęłam na Cruzine, tuliła wystraszona Arnee, trzymając ją już ogonem przy swoim boku, a nie na grzbiecie.
– Linnir, co z moim gniazdem? – spytała Burza.
– Dotąd radziłaś sobie sama.
– Ale teraz jestem zbyt zmęczona, pamiętajcie że ratowałam was od głodu, należy mi się trochę uwielbienia.
– Nie jesteś boginią! – krzyknęła na nią Mozzran.
– Zamknijcie się – wycedziła Ivette.
Mozzran wzdrygnęła się, posyłając mi przestraszone spojrzenie, weszła między mnie, a Eepli, położyła znów uszy, oglądając się wrogo na Ivette.
– Jak możesz tak się odnosić do półbogini?! – krzyknęła z oburzeniem Burza.
– Twoja matka jest oszustką, a ty kompletną kretynką nadal wierzącą w jej głupie historie, albo co bardziej prawdopodobne jesteś chora na głowę – odpowiedziała jej Ivette.
– Ja chora na głowę?! Ty jesteś chora!
– Ivette! – Kometa wyskoczyła jej naprzeciwko, gdy ruszyła na Burzę: – Obiecałaś.
Stanęłam bliżej Ivette, by w razie czego ją powstrzymać, patrzyła na Kometę czerwonymi oczami, a uszy przycisnęła już do szyi, warcząc. Mozzran schowała się za Eepli.
– Co tu się dzieje? – Angus dołączył do córki: – Jesteśmy w jednym stadzie, naprawdę musimy się ze sobą spierać? Burza. – Spojrzał na nią: – Ja ci pomogę z tym gniazdem. A teraz dojdźmy spokojnie na miejsce.
– Mamo, to nie ma sensu, odpuść – prosiła Celeste, opierając skrzydło o bok Ivette.
– Obiecałaś mi że nie będziesz – zwróciła się do niej Kometa.
– Już nie będę. – Ivette postawiła długie, włochate uszy, choć wciąż zwrócone do tyłu: – Tylko niech przestaną mnie drażnić.
– I kto tu ma teraz specjalne wymagania? – odezwała się Burza, leżąc wygodnie w objęciach Eepli: – A mi się dziwisz?
– Burza, nie jesteś w domu gdzie każdy cię czcił, tylko z nami, jesteśmy na równi i nikt nie będzie nikomu służył – oznajmiłam: – Eepli niesie cię tylko dlatego że gorzej znosisz zimno od nas i mogłabyś się pochorować gdyby nikt cię nie ogrzewał.
– Już skończyłam. – Irutt wróciła, z jaskółki zmieniając się w siebie i lądując przy mnie: – Znowu się kłócą? – Popatrzyła na mnie.
– Tak.
– Nareszcie, oby były tam też osobne groty. – Ivette uniosła już skrzydła.
– O tym bym nie zapomniała – odpowiedziała Irutt: – Śpisz z dala od innych i ktoś musi cię pilnować.
– Ten ktoś to ja, w końcu was namówiłam, sami wiecie… – Kometa zastrzygła uszami.
– Ja też tam będę, to moja mama – dodała Celeste: – Jestem za nią odpowiedzialna.
Ivette parsknęła z irytacji.
– Chętnie bym pomogła – powiedziała Eepli: – Lubię Ivette.
– To dobry pomysł, jako jedyna możesz ją najskuteczniej powstrzymać – zgodziłam się.
– Nikt nie musi mnie powstrzymywać – wtrąciła Ivette.
– A ja ogrzeje Burze – obiecała Irutt, wzięła Arnee od Cruziny na grzbiet, otulając ją własną głową. Dotknęłam jej boku, widząc w jej oczach ból.
– Nie ma problemu, pójdę z Eepli. – Burza powierciła się układając bardziej na boku w ogonie Eepli.
– Jeszcze tego by brakowało – skomentowała Ivette.
– Potrzebujecie odpoczynku, córeczko, od siebie nawzajem też, jak skończe pomagać Burzy z gniazdem, ja bym został pomóc Eepli pilnować Ivette – zaproponował Angus.
“Chyba też bym mogła…” wtrąciła Cruzina.
– Postarałam się o wygodne miejsca do spania, więc nie musicie już budować żadnych gniazd – powiedziała Irutt zwracając ku nam głowę, owinęła delikatnie ogon wokół Arnee, by nie spadła jej z grzbietu.
Słońce zaszło zanim doszliśmy do nowo powstałej sieci grot. Większość ułożyła się do snu w największej z nich.
– Pomogłabym ci z Ivette, ale Mozzran i Irutt mnie potrzebują – powiedziałam do wchodzącej jako ostatniej Komety, Celeste wolała zostać z matką. Irutt rozmawiała z Mozzran na końcu jaskini, zmieniła się w gryfa, ogrzewając skrzydłem Burzę, która wierciła się zasypiając na miękkich liściach. Arnee spała na jej grzbiecie, w ciepłym gryfim futrze.
– Nie musisz czuć się za nią odpowiedzialna… To… Mój obowiązek. – Kometa cofnęła uszy i zaraz je postawiła: – Chyba lepiej bym z nią była… Dopóki nie zaśnie, albo właściwie tata nie ma racji, nie jestem jeszcze nią aż tak zmęczona… – Kometa wyszła pospiesznie, biegnąc do groty Ivette. Ułożyłam się przy Irutt pogrążonej już we własnych myślach, Mozzran nie spuszczała z niej wzroku.
– Mamo, a co z naszym treningiem? – zapytała mnie po chwili.
– Potrenujemy trochę jutro, myślę że zatrzymamy się tu chociaż na kilka dni.
Nie miała jeszcze żadnego ataku, czy Blakie sprawiła że zniknęły podobnie jak rany Arnee?
Córka zwinęła się w kłębek, wtulając się w gryfią łapę.
– Zmarzłaś – Irutt delikatnie przesunęła ją między oba łapy. Mozzran spojrzała na mnie z niepokojem.
– Kettui już nie wróci, jesteś bezpieczna – obiecałam.
– Nie widzę żebyś bała się gryfa – powiedziała.
– Dlaczego miałabym się bać? Wiem że to Irutt, a jej ufam w pełni. – Spojrzałam w jej oczy z czułością, odwzajemniła to spojrzenie, otaczając mnie gryfim ogonem.
~*~
“Linnir…”
Podniosłam głowę słysząc głos Cruziny, stała przede mną we łzach. Wszyscy pozostali spali, wokół panowała cisza. Peleryna na moim grzbiecie sprawiała że nie przeszkadzało mi ciepło Irutt, jako gryfa, materiał zmieniał ciepło w przyjemny chłód, moce Blakie wciąż były w nim obecne. Od zniknięcia Blakie nie rozstawałam się z peleryną.
– Co się stało? – Podniosłam się, po chwili też Mozzran była na nogach. Cruina drżała, a na jej sierści osiadły płatki śniegu, wytarła go ze swojej klatki piersiowej, szorując o nią nerwowo ogonem.
– Wychodziłaś? – zapytałam.
“Wydawało mi się że coś słyszę… Znalazłam…” urwała, starając się uspokoić szybki oddech.
– Gdzie to jest?
Mozzran wyskoczyła z łap Irutt i znalazła się przy mnie.
– Mozzran, powiesz Irutt gdzie jestem żeby się nie martwiła, nic mi nie będzie.
– Wolałabym pójść…
– Możesz iść z nami. – Popatrzyłam na Arnee, okrytą drugim skrzydłem gryfa. Widziałam jak przez sen Irutt wysunęła nieznacznie i na chwilę szpony.
– Pójdę – powiedziała Mozzran.
Wyszłyśmy w trójkę wprost na śnieżyce, chmury zasłoniły każdą z gwiazd i sam księżyc. Róg Cruziny rozświetlił mrok, w którym widziałam tylko ja.
– Jak to robisz? – zapytała Mozzran.
“Na początku mówiłam za pomocą magii sama do siebie, później nauczyłam się to robić bez tego…” Zadrżała, objęła się ogonem. Zrobiła parę kroków, zatrzymała się na chwilę, by odetchnąć przed pójściem dalej, prowadziła nas po już w połowie zasypanych, własnych śladach. Mozzran przysunęła się do mnie, ale nie mogłam jej w żaden sposób ogrzać. Śnieg chrzęścił pod naszymi nogami. Zobaczyłam dwie niebieskie klacze leżące w śniegu, zanim białe światło z rogu Cruziny na nie padło. Jedna z nich zaczęła się rozkładać, druga też wyglądała jak nieżywa, przez jej skórę prześwitywały niemal wszystkie kości, choć wokół nich, spod śniegu, rosła fioletowa trawa. Podeszłam do niej strącając z niej śnieg. Popatrzyła na mnie zamglonymi oczami.
– Trini? Wstałaś… – wydobyła z siebie. Musiała pomylić mnie z tą martwą klaczą przy której leżała.
– Musisz coś zjeść, masz siłę przeżuwać?
Jej mięśnie drgnęły, ale nie miała sił nawet unieść głowy. Rozgarnęłam śnieg, przeżułam dla niej parę źdźbeł, podając jej papkę. Zlizała ją z mozołem.
– Kocham cię… Ja też cię kocham – wymamrotała.
– Zjedz jeszcze trochę – podałam jej kolejną niewielką porcje.
– Mamo? – upomniała się Mozzran.
– Idźcie po Irutt, sama jej nie przeniosę.
“Jest tak ciemno…” Zmartwiła się Cruzina.
– Widzę w ciemnościach – przypomniałam. Zawróciła, a ja położyłam się przy obcej, Mozzran nie spuszczała z nas wzroku.
– Coś cię boli?
– Bałam się że już się nie obudzisz… – Nieznajoma patrzyła na mnie.
– Chorujesz na coś?
– Jest tak pięknie, Trini, pobiegajmy…
– Musisz nabrać sił.
~*~
Zasnęła na posłaniu z liści, niedaleko naszego miejsca. Irutt badała ją magią Beerha. Była skrajnie wygłodzona i słabo widziała na oczy. Na szczęście na nic nie chorowała.
– Nikt jej nie szukał – wrócił Angus.
– Nie było trudno jej znaleźć, gdyby kogoś miała już by się zainteresowali – powiedziałam.
– Gdyby nie zimno dawno by umarła od tkwienia tak długo przy zwłokach – dodała Irutt, oglądając się na Arnee śpiącą samotnie w gnieździe z liści. Wzmocniła niebieską klacz magią Beerha. Jak obca tylko się obudziła podałam jej trawę, była już w stanie ją przeżuwać. Uśmiechała się do mnie.
– Znów narobiłam ci problemów.
– Kiedy jej powiesz? – zapytała Mozzran.
– Jest jeszcze za słaba. – Irutt objęła córkę ogonem.
– Nie przeszkadza ci to? – Mozzran się od niej odsunęła, ledwie dała się przekonać by porozmawiały przez chwilę przy samym wyjściu, obie ściszyły głos.
– Gdzie my jesteśmy? – Obca rozejrzała się po jaskini: – Co to za osoby? To twoi znajomi? Mówiłaś że wszyscy cię denerwują…
– Są w porządku. Popij jeszcze trochę wody. – Podałam jej ją. Wypiła wszystko.
– Kocham cię.
Nie odpowiedziałam jej na to, jest za szybko by uświadomić jej co się stało.
– Zrobiłam coś nie tak?
– Nie, wszystko jest w porządku, musisz teraz odzyskać siły.
– Trini, nie chciałam… – W oczach zebrały jej się łzy.
– Nie zrobiłaś nic złego, spokojnie. – Zbliżyłam się trochę do niej, nie chcąc robić nic więcej co zraniłoby Irutt i mnie.
– Nie chciałam się ciebie wyprzeć – Zapłakała: – Proszę, wybacz mi… Powinnam trzymać cię z daleka. Muszę wracać… – Próbowała dźwignąć się na nogi, jeszcze za wcześnie.
– Odpoczywaj, nic złego się nie dzieje, nie gniewam się.
– Nie chciałam by cię skrzywdził… – Poderwała się, złapałam ją, chroniąc od upadku, jej mięśnie dygotały, nie była w stanie w pełni wyprostować nóg: – Musimy się rozstać. – Wtuliła się we mnie, kładąc głowę na mojej szyi, ściągała mnie w dół: – Drugi raz tego nie zniosę, nie damy mu rady…
– Spokojnie, jesteś tu bezpieczna, on ci nie zagraża, nie jesteśmy same. – Pomogłam jej się położyć, obejmowała mnie, przez chwilę znosiłam to w ciszy, potem delikatnie ją od siebie odczepiłam.
– Pomogą nam?
– Tak.
– Skoro ty im ufasz to musi być prawda. – Zapatrywała mi się w oczy, nie odwracając wzroku nawet gdy Burza do nas podeszła.
– Jak ci na imię?
Klacz wciąż patrzyła mi w oczy i uśmiechała się, cofnęła uszy: – Nie znają twojego imienia?
– Mówię do ciebie, głuptasie. – Burza trąciła ją skrzydłem, obca popatrzyła na nią zmieszana: – Wiesz kto przed tobą stoi? Sama półbogini. To zaszczyt że pytam cię o imię.
Obejrzała się za siebie, a potem popatrzyła ponownie na Burze, zamglonymi oczami: – Jestem Noor – odpowiedziała niepewnie.
– To Burza – przedstawiłam ją. Ustaliłam z wszystkimi by na razie nie mówili Noor co się stało, musi choć trochę odzyskać siły na takie wieści. I tak będzie musiała to usłyszeć.
– Półbogini, a dokładniej córka samej Feniks. – Burza uniosła dumnie głowę.
– Jest następczynią? – zapytała mnie cicho Noor.
– Jestem kimś o wiele ważniejszym, ale żebyś zrozumiała to można powiedzieć że następczynią, mojej mamy, bogini całego świata. Nigdy nie słyszałaś o Feniks?
– Nie…
– Zostawię cię na chwilę z Burzą – powiedziałam.
– Dokąd idziesz?
– Muszę z kimś porozmawiać, będę na widoku.
– Mam ci sporo do wyjaśnienia, więc słuchaj, bo to ważne. – Burza położyła się obok niej, Noor się odsunęła, odprowadzając mnie wciąż zmieszanym wzrokiem, jakby nie wiedziała co się dzieje. Podeszłam do Irutt i Mozzran.
– Obiecałam Mozzran trening. – Zwróciłam się do Irutt. Mozzran spuściła wzrok, drapiąc racicą w skalne podłoże.
– To co stoi na przeszkodzie? Zostanę z tą nową. Przy okazji trochę od tego odpoczniesz.
– Ty też potrzebujesz odpoczynku.
– Później się zamienimy, też chętnie nauczę czegoś Mozzran.
– Naprawdę? – zapytała córka, uniosła głowę, patrząc zachwycona na Irutt, szybko spuściła wzrok, gdy Irutt się do niej uśmiechnęła.
– Oczywiście, jesteś naszą córeczką – Objęła ją ogonem, przytulając do siebie: – Bawcie się dobrze, to czego ja cię nauczę niech pozostanie niespodzianką.
– Nie lubię niespodzianek. – Mozzran błysnęła białkami, spoglądając na mnie nerwowo.
– Pouczę cię trochę o zwierzętach, to ta niespodzianka – powiedziała Irutt, po czym udała się do reszty.
– Nie będziemy jeszcze walczyć? – spytała Mozzran gdy wychodziłyśmy.
– Jeszcze nie. Poćwiczymy zwrotność.
~*~
Weszłam z Mozzran w śnieg, pokrywający grubą warstwą zmarzniętą ziemię. Trzymała ogon przy swoim boku, sprawdzając swoje szczotki pęcinowe, w takim zimnie śnieg sypał się z nich niczym piasek.
– Będziesz biegała, a ja będę wyskakiwała przed ciebie, twoje zadanie polega na uniknięciu zderzenia i dalszym biegu.
– Czyli mam przed tobą uciekać?
– Tak. Śnieg zamortyzuje upadek.
– Jaki upadek? – Cofnęła uszy.
– Gdybyś się poślizgnęła.
– A jak wpadnę na ciebie?
– Dopiero zaczynamy, nie wyskocze aż tak blisko ciebie. Tylko nie wbiegaj na lód, trenujemy na śniegu.
– To oczywiste – odpowiedziała lekko zirytowana.
– Gotowa?
Pobiegła, wyskoczyłam kilka kroków od niej, z łatwością zmieniła kierunek, przy kolejnym skoku zmniejszyłam o połowę dystans, nadal udało jej się przede mną umknąć. Po kilkunastu razach zaczęła się ślizgać, ćwiczyłyśmy dopóki nie wylądowała w śniegu.
– Nic ci nie jest? – zapytałam.
– Nie podoba mi się dzisiaj. – Poderwała się z przyciśniętymi do szyi uszami, wpadła w kolejny poślisk, doskoczyłam do niej, przytrzymała się mojej grzywy, a ja objęłam ją szyją: – Dlaczego ty się nie ślizgasz?
Przeszła obok nas trójka niebieskich klaczy, jedna z nich parsknęła z rozbawieniem. Mozzran odprowadziła je wrogim spojrzeniem, one przyglądały się jej z ciekawością, nie zwracając na mnie większej uwagi.
– Mam szorstkie kopyta.
Strzepała z siebie śnieg, dodatkowo pomagając sobie ogonem. Podczas treningu rozkopałyśmy obie śnieg, odsłaniając kryjący się pod nim lód, dlatego zaczęła tak się ślizgać.
– Co ty masz na sobie? – powiedziała starsza, niebieska klacz, podążająca śladami młodych: – Widać że nietutejsza.
– Masz racje, nie jestem stąd. – Położyłam na moment uszy. Nie podobał mi się jej ton. Ale to my wtargneliśmy na ich tereny, mogli nas nawet przepędzić. Choć z drugiej strony nie znalazłam żadnych oznaczeń granic.
– Popatrz. – Klacz pokazała Mozzran przednie kopyto od spodu: – Widzisz te drobne wyrostki? Śmiało, schyl głowę.
Zniżyłam głowę, zanim zrobiła to Mozzran, spód kopyta klaczy pokrywały mikroskopijne kolce, podobne do moich.
– Pomagają nam nie ślizgać się na lodzie, ot, to cała tajemnica – wyjaśniła klacz. Mozzran przyjrzała się swoim racicą.
– Nie wystarczy powiedzieć że są szorstkie, to duże niedopowiedzenie – obca zwróciła się do mnie.
– Ale w gruncie rzeczy chodzi o to samo – zauważyłam.
– Nie wszyscy z nas są czystej krwi, więc nie mają tak przystosowanych kopyt – dodała obca do Mozzran: – Wybieraj szorstką powierzchnię lodu, pokrytą śniegiem, nigdy nie gładką ani mokrą, a jak już musisz po takiej iść, poruszaj się ostrożnie, na szeroko rozstawionych nogach. O, widzę że masz długi ogon, pomoże ci utrzymać równowagę, a rogiem zawsze można porysować lód. Unikaj lodu pod którym widać wodę, zwłaszcza cienkiego i skrzypiącego, inaczej możesz nawet zginąć w lodowatej wodzie. Dla nas to sama przyjemność wpaść do oceanu, ale czuje że od ciebie bije ciepło, nie jesteś do tego przystosowana. Do jakiego gatunku należysz?
– Jest jednorożcem – odpowiedziałam zachowując pozory uprzejmości.
– Jestem Odetta, jak ci na imię? – Zignorowała mnie.
– Co cię to obchodzi? Przeszkadzasz nam w treningu, idź stąd i zabierz swoje mądrości dla siebie. – Mozzran zwinęła końcówkę ogona, kładąc też uszy, niespokojnymi oczami patrząc na Odette.
– Mozzran, postaraj się być miłą, jesteśmy na ich terytorium – pouczyłam córkę, dalej zwracając się do Odetty: – Niestety nie znamy waszych granic.
– Nie mamy granic, nie ma takiej potrzeby, mieszkamy wszędzie i niczego sobie nie przywłaszczamy. Miło mi cię poznać, Mozzran.
– A mi nie.
– Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo – odpowiedziała z rozbawieniem Odetta: – Opowiedz coś o jednorożcach.
– Mozzran, prosimy – dodała młoda niebieska klacz, te trzy klacze wcale nie odeszły, słuchały na nas, przyszło ich tu jeszcze więcej z trójką ogierów, wśród niebieskiej sierści widziałam też odcienie bieli i brązu. Mozzran lekko się trzęsła, obserwując ich zwracała w ich stronę róg, wykonując nerwowe ruchy głową, a w końcu i całym ciałem. Otoczyli nas.
– Nie często spotykamy kogoś z innych stron świata – wyjaśniła Odetta: – Większość z nas nigdy nie podróżuje poza nasze zimne krainy.
– Zastanawiam się czy zdawaliście sobie sprawę że jedna z was, Noor, leżała samotnie…
– Tak, tak – przerwała mi Odetta: – Mozzran, też mieszkacie w stadach?
– Jednorożce mieszkają w grupach rodzinnych, często kilka rodzin mieszka ze sobą. Lubią lasy – odpowiedziałam. Mozzran złapała mnie ogonem za pelerynę, ustawiając się tak by nikt tego nie zobaczył.
– Lasy? – spytała jedna z młodych klaczy.
– Nasze lasy to nie to samo co ich, widziałam raz taki, był ogromny z mnóstwem zieleni i mnóstwem ptaków, których nawet nie umiem nazwać – powiedziała Odetta.
Opowiedziałam im trochę więcej o jednorożcach, nie mówiąc o niczym o czym jednorożce nie powiedziałby obcym, wspomniałam o swoich bliskich, jednak nie zdradzając żadnej z naszych tajemnic. Wreszcie jak wyczerpaliśmy temat, spróbowałam raz jeszcze zapytać:
– Znacie Noor, albo Trini?
– Spójrz co mi zrobiła. – Jedna z klaczy pokazała mi szrame na swoim boku: – Jest nienormalna.
– Próbowała zabić mnie i moje źrebaki – odezwał się jeden z ogierów, był mieszańcem, podobnie jak Karyme, miał kilka blizn i jeszcze gojących się ran, oderwane do połowy ucho: – Ledwie uszedłem z tego cało.
– Zabiłeś ją?
– Nie miałem wyjścia.
– Mama zdradziła tatę z tą straszną klaczą – dodała mała klaczka przy nogach ogiera, bardziej niebieska od ojca, ale wciąż z siwym zadem i ogonem, obok niej stał nieco starszy ogierek, z brązowymi łatami na niebieskiej sierści.
– Mama nigdy nas nie kochała – powiedział.
– Noor jest waszą matką? – spytałam.
– Jej tak, syna adoptowaliśmy – wyjaśnił ich ojciec: – Trini poprzewracała jej w głowie, zrobiła ze mnie jakiegoś potwora, aktywnie się nad nią znęcała…
– Ile urodziłaś źrebiąt? – zapytała nagle Odetta: – Pochwal się.
– Nie urodziłam żadnych źrebiąt.
Klacze wymieniły zaniepokojone spojrzenia, dwójka starszych zdaje się że zaczęła mnie obgadywać, mówiły do siebie szeptem w języku niebieskich koni, z którego nie pamiętałam już tak wiele słów jak wcześniej.
– Wiesz że nasz gatunek wymiera? – zapytała Odetta, z nutą pretensji: – To nasz obowiązek. Nasi ojcowie i bracia już umarli. Ogierków rodzi się mało i mało przeżywa, dlatego każda niebieska klacz bez wyjątku musi urodzić chociaż jedno źrebię. Najlepiej by było urodzić syna, ale na to nie mamy wpływu, najważniejsze że próbujemy. Jeśli którejś trafi się syn, a może tobie się poszczęści, otoczymy go opieką najlepszą z możliwych. Nasze ogiery trawi zaraźliwa choroba, trzeba trzymać ich z dala od siebie. Przez to że ich brakuje mieszamy się ze zwykłymi końmi. Nie przejmuj się, nie będziesz musiała odchodzić od swojej partnerki, możesz żyć jak wcześniej, zapewnimy twojemu źrebakowi co trzeba.
– O czym wy do mnie mówicie?
– Tam jest Niebo. – Odetta wskazała na wiekowego, niebieskiego ogiera, odpoczywał w śniegu: – Jeden z ostatnich ogierów z naszego gatunku, pozostała dwójka, oby jeszcze żyli, mieszkają daleko stąd, w innych stadach, ale widzę że to cię nie obchodzi, podobnie jak Trini.
– Nikt nie zmusi mnie do ciąży, wy też nie musicie się do tego zmuszać.
– Wtedy nasz gatunek wymrze.
– Rozumiem, ale niech to będzie wasza decyzja.
– Jest nietutejsza, nigdy tego nie zrozumie – powiedziała inna z klaczy.
– Chodźmy, Mozzran. – Minęłam ich z córką, pozwolili mi przejść, niechętnie ustępując z drogi, poszłyśmy w swoją stronę. Nagle przybiegł do nas ojciec źrebaków Noor.
– Idę z wami – oznajmił.
– Wątpie by chciała cię widzieć, zostaw ją w spokoju. – Zatrzymałam się, osłaniając córkę.
– Słuchaj, martwię się o nią, wyjdzie z tego? Nie chciała nikogo słuchać, mnie już w ogóle, przez Trini chyba mnie już znienawidziła, nie wyobrarzasz sobie jak podle się czuje.
– Potrzebuje czasu.
– Dobrze się nią zaopiekujcie, tylko o tyle proszę. – Zawrócił.
Irutt czekała na nas przy wyjściu, śledziła wzrokiem ogiera, kiedy odszedł, popatrzyła na mnie.
– Myślałam że coś się stało. – Zbliżyła się do nas: – Już chciałam was szukać.
– Rozmawiałam z niebieskimi końmi, same nas zaczepiły, wiem już trochę więcej o Noor – streściłam, zerkając na niebo, zrobiło się później niż chciałam wrócić, słońce dotykało już horyzontu.
– Gotowa na naukę ze mną? – zapytała Irutt Mozzran.
– Nie…
– Dlaczego? Kettui przepadła. Cieszyłaś się na tą chwilę.
– Otoczyli nas… – Cofnęła uszy, oglądając się na tutejsze stado, zajęte rozmową i jedzeniem.
– Nic się nie stało, Mozzran, byli tylko ciebie ciekawi – starałam się ją uspokoić. Nie może bać się wychodzić.
– Mówili że Linnir musi zajść w ciąże, nie możecie dać temu źrebakowi mojej magii, obiecajcie. – Popatrzyła na nas spłoszona.
– Nie będę zachodziła w żadną ciążę – powiedziałam.
– Co ci przyszło do głowy? – zapytała Irutt: – Nikomu nie oddamy twojej magii, ona należy do ciebie. – Złapała Mozzran za ogon, córka wciąż trzymała nim za moją pelerynę.
– Obiecujesz?
– Nigdy cię nie skrzywdzę, obiecuję, córeczko.
Kiedy weszłyśmy do środka, Angus leżał ze śpiącą Noor. Wzrok Mozzran przyciągnęła rzeźbiąca w kawałku skały Eepli, używała do tego drugiego ostrzejszego skalnego fragmentu, trzymanego w ogonie. Mozzran poszła do niej po chwili wahania. Okazało się że Eepli przygotowała dla niej drugi taki zestaw. Podsunęła jej go. Cruzina wróciła z garścią trawy.
– Pytała ciągle kiedy wrócisz, kiedy Trini wróci, ciągle mówiła że “on” ją skrzywdzi – Angus odwrócił do mnie głowę, mówiąc szeptem: – Nie chciała nic jeść. Irutt ją trochę oszukała, zmieniając się w ciebie.
– Odpocznijcie, teraz ja się nią zajmę. – Położyłam się przy Noor, Angus poszedł się położyć na swoje miejsce, a Cruzina podążyła za nim.
“Jak było z Ivette?” zapytała go.
– Nawet uszło.
Zatrzymałam wzrok na Irutt, ułożyła się przy śpiącej Arnee, niedaleko nas, patrząc w stronę starszej córki zamyślona, dopiero po chwili zauważyła że się jej przyglądam.
– Wszystko dobrze? – zapytałam.
– Tak… Prześpie się trochę.
Przytaknęłam jej.
~*~
– Mamo… – szepnęła Mozzran, trącając mnie w bok. Obudziłam się obok Irutt, wciąż spała z Arnee u boku, otulając ją ogonem. Pozostali też spali. Miejsce Noor za to było puste. Jej niebieska sierść mignęła w korytarzu.
Wybiegłam za nią, aż na zewnątrz: – Noor! – Zniknęła w zamieci, wycie wiatru zagłuszało jej kroki, a śnieg cisnął się do oczu.
– Noor! – wołałam, udając się w miejsce gdzie Cruzina ją znalazła. Tam ją zastałam. Wykopała dołek w śniegu, dotarła do ziemi skutej lodem, nadal drapiąc o nią kopytami.
– Chodź, wracajmy do jaskini – Dotknęłam jej kościstego boku.
– Ty nie jesteś Trini… – Żłobiła dalej kopytami o lód.
– Tam też jej nie ma. Chciałaby żebyś wyzdrowiała… – Odsunęłam ją od tego miejsca, znalazłyśmy się na przeciwko siebie, poderwała gwałtownie głowę, patrząc w moje oczy równie nagle, z łzami w swoich.
– Kłamiesz! Trini żyje!
– Przykro mi, Noor. Znaleźliśmy cię przy niej, już od dawna martwej, pomyliłaś mnie z nią, byłaś bardzo słaba, nadal jesteś, chciałam żebyś nabrała sił zanim ci powiemy.
– Co jej zrobiliście? – Stanęła dęba, nogi odmówiły jej posłuszeństwa i upadła, złapałam jej grzywę, ale nie uchroniłam jej od spotkania z ziemią, na szczęście w większości przysypaną śniegiem, wylądowała na własnym boku: – Gdzie ona jest? Zabraliście ją? – Oderwała się od ziemi, lądując na niej z powrotem: – Trini!
– Ona nie żyje, już od dawna – powiedziałam ciszej. Poleżała przez chwilę, ciężko oddychając.
– Muszę być przy niej kiedy się obudzi. – Obróciła się na brzuch, jej głos się łamał: – Jest ranna… Potrzebuje mnie.
– Twoje źrebięta cię potrzebują. Musisz żyć dla nich. – Położyłam się przy niej, nie wiem co bym zrobiła gdybym wszystkich straciła, przeżyłam najtrudniejsze chwilę dzięki temu że miałam jeszcze dla kogo żyć, kogo chronić: – Chciałabyś je zobaczyć? Nie pozwolę by ich ojciec cię skrzywdził.
– Trini… Trini by… – Zasłoniła głowę przednimi nogami: – Nie jesteś nią.
– Nie, Noor.
– Jak mogłam tak się pomylić? – zapłakała: – Przecież ona nie ma takiego głosu… Ani odcieniu…
– Jesteś wyczerpana. – Oparłam głowę na jej grzbiecie, obejrzała się na mnie: – Wracajmy do środka, nie będziesz sama, będziemy cię wspierać, z czasem łatwiej to znieść. Trini nie chciałaby żebyś tak cierpiała, prawda?
– Nie powiedziałam jej jak bardzo ją kocham…
– Wiedziała o tym.
– Gdzie ona teraz jest?
– Wiem tylko że chciałaby żebyś była szczęśliwa.
Poleżałyśmy. Śnieg zasypał nam grzbiety, Noor patrzyła przez cały ten czas na wykopany lód.
– Wracajmy, będą się o nas martwić. – Pomogłam jej wstać i dojść aż do jaskini. Popłakała się po drodzę. Obawiałam się że odmówi jedzenia, ale zjadała wszystko co jej dawaliśmy.
[Cruzina]
Mozzran, Linnir i Irutt wyszły gdzieś razem. My zostaliśmy w jaskini. Burza opowiadała o swoich wypadkach z peleryną, Angus śmiał się razem z nią bez skrępowania, nawet Noor się uśmiechnęła. Eepli zakryła ogonem swoje pyski, nie słyszałam jej śmiechu, ale jej oczy wydawały się radosne.
– Noor, teraz ty, opowiedz coś o sobie – powiedziała do niej Burza.
Noor spuściła tylko wzrok.
– Nie męcz jej – odezwał się Angus.
– Ale czym? Co lubisz robić Noor?
– Chciałabym się przespać – prosiła.
– Tak nagle? Boisz się że cię znielubimy? Bez szans, nie ważne co dziwacznego lubisz.
– Trini… Muszę do niej iść. – Spojrzała na mnie błagalnie, szybko odwróciłam wzrok: – Jest całkiem sama, ranna…
– Jej już nie ma – powiedział łagodnie Angus: – Musisz się z tym pogodzić.
Noor wstała. Podniosłam się za nią i Angus też.
– Muszę wyjść…
– Przejdziemy się, to dobry pomysł, byleby nie w tamto miejsce, Noor – postanowił Angus, wsparł ją z jednej strony, a ja z drugiej. Ilekroć skręcała tam gdzie zmarła Trini, Angus zmieniał kierunek. Noor w końcu położyła się w śniegu.
“Co robić?” spytałam Angusa.
– Sam nie wiem, z Rositą też było ciężko, ale przynajmniej znałem ją od źrebaka, łatwiej było do niej dotrzeć. Czułaby emocje Noor, może wiedziałaby jak zareagować.
– Noor, skarbie. – Podszedł do nas mieszaniec niebieskiego konia, schylając nad nią głowę, znieruchomiała, nie patrząc na niego: – Wrócisz ze mną do domu?
Po chwili wahania, pokiwała głową.
– Dziękuje wam, już myślałem że nigdy się z tego nie otrząśnie.
Nie patrzyłam na niego, ale po samym jego tonie wydawało mi się że mówi szczerze.
– Chodźmy skarbie, źrebaki już stęskniły się za tobą.
– Czekaj. – Angus powstrzymał go od jej dotknięcia: – Noor, na pewno chcesz z nim iść? Możesz zostać z nami.
– Tak – wydusiła, jakby jej gardło się zacisnęło.
Ona chyba też bała się na niego spojrzeć, a wiem że nie ma tak jak ja, w jaskini bez problemu patrzyła wszystkim w oczy.
– Wydaje mi się że nie jest jeszcze gotowa. – Angus zwrócił się do ogiera.
– Mam rozumieć że ją porwaliście?
– Widziałem mnóstwo skrzywdzonych klaczy, boi się ciebie.
– Trini skrzywiła jej psychikę.
“Dlaczego… Nic nie zrobiłeś wcześniej?” odważyłam się zapytać, jego wzrok utknął na moim świecącym rogu, z którego wydobywał się mój głos, a potem padł na metalowe gardło: “Była zupełnie sama.”
– Noor, do domu – powiedział ostrzej.
– Zostaw ją, ona nigdzie z tobą nie idzie. – Angus stanął przed nim. Noor się nie poruszyła, bała się nawet oddychać, ledwie słyszałam że to robi. Ogier wybałuszył oczy, po chwili się otrząsnął.
– Nie wiem za kogo mnie masz, ale ja taki nie jestem, to Trini się nad nią znęcała…
Noor nagle rzuciła się na niego, nie wiele brakowało by go przewróciła, jednak to ona wylądowała pod jego kopytami, szamotała się.
– Całkiem oszalałaś?
– Puść ją. – Angus go odsunął, ogier nic nie protestował. Noor próbowała raz jeszcze się na niego rzucić, Angus musiał ją odciągnąć.
– Mówiłem.
– Chodźmy stąd – bardziej poprosił niż kazał jej Angus.
Nagle wyrwała mu się, w jego pysku został tylko pęk jej włosów, urwały się całkiem lekko, w jaskini też wypadały jej włosy i sierść.
– Noor! – Angus próbował ją złapać, ogier odskoczył jej z drogi, a ona przeturlała się po śniegu. Poderwała głowę, kaszląc.
– Normalnie was opętała. – Obcy się oddalił, oglądając co chwilę za nami nerwowo.
Pomogłam Angusowi przytrzymać Noor.
“Nic sobie nie zrobiłaś?” zapytałam.
– Puśćcie mnie! – Uderzyła o mnie głową, a kiedy się podniosła, spróbowała kopnąć Angusa.
– Chcemy ci tylko pomóc – powiedział. Pobiegła przed siebie.
– Noor!
Ruszyliśmy za nią, jeśli wszystkie niebieskie konie są tak szybkie jak Linnir, nigdy jej nie dogonimy. Widziałam że ciężko oddycha i słabnie z chwili na chwilę. Upadła w śnieg. Przybiegliśmy do niej.
– Trini… – zapłakała: – Ona jest ranna… – Starała się dźwignąć, Angus zatrzymał się przy jej boku.
– Nic jej nie będzie, opatrzyliśmy ją, czeka na ciebie w jaskini. – Okłamał ją. Co jej potem powiemy? Dalej będziemy ją oszukiwać? A jak tym bardziej jej zaszkodzimy? I co potem? Nie będzie nam później ufała…
– Trini tylko się broniła…
– Wierzymy ci.
– Nie.
– Noor, mówię prawdę, wierzę bardziej tobie niż jemu.
– Trini nie atakuje nikogo bez powodu, łatwo się denerwuje, ale ma dobre serce…
– Dlaczego walczyli? – Położył się obok niej, co chwilę jej mięśnie drżały, a potem przestawały. Nigdy nie widziałam by Linnir drżała w jakiejkolwiek sytuacji, mówiła mi kiedyś że niebieskie konie tego nie potrafią.
– Nie przyjął moi przeprosin i chciał mnie zabrać na siłę, kiedy mu odmówiłam…
– Przeprosin?
– Zdradziłam go… Z Trini. Bałam się od niego szybciej odejść, ja nigdy się nikomu nie sprzeciwiałam, co ja narobiłam?
– Znęcał się nad tobą? – zapytał Angus.
– Nie musiał, słuchałam go, dopiero Trini… Ona jako jedyna mnie widzi.
“Co to znaczy?” spytałam.
– Dla innych nie istnieje. Nie obchodzi ich jak się czuje, ani co myślę, ani… Czego naprawdę chcę. Nie wiem jak mam wam to wyjaśnić, Trini daje mi o wiele więcej niż inni, dla niej nie jestem tylko… Kolejną niebieską klaczą. Mogę powiedzieć jej o wszystkim, a ona mnie nie zignoruje.
– My też nie – obiecał Angus: – Zawsze cię wysłuchamy i pomożemy ci w miarę możliwości.
– Trini bardzo się na to zdziwi, jej wszyscy ciągle dokuczali, mieszkała z rodzicami w stadzie zwykłych koni – opowiadała pogodna na pysku i w tonie głosu. Całe jej cierpienie nagle się ulotniło. Tylko co będzie jak odkryje że Trini tam nie ma? A w końcu odkryje…
– Jak długo ze sobą jesteście? – zagadał ją Angus.
– Po raz pierwszy spotkałam ją za źrebaka, uciekłam z domu, ona też – jej ton przybrał nutę wesołości: – Nie wiedziałyśmy jak się wobec siebie zachować, ja nigdy nie spotkałam innego źrebaka, a ona nie spotkała nigdy nikogo kto nie próbowałby jej obrazić…
***
[Noor]
Pół księżyca świeciło wysoko na pełnym gwiazd niebie. Dwie niebieskie klaczki wpatrywały się w siebie, spotykając się nagle na jednej z wielu ścieżek, pośród wysokich traw. Noor uśmiechnęła się, jak jej mama czasem do swoich koleżanek, nie wiedząc jak zagaić rozmowę.
– Z czego się śmiejesz? – Trini ją popchnęła.
Noor zamrugała, a jej uśmiech zniknął, zobaczyła na pysku obcej zmieszanie. Co robią źrebaki by się poznać? Chyba to samo co dorośli?
– Mama nazwała mnie…. – Noor nagle zdała sobie sprawę że pamięta mnóstwo imion, oprócz swojego, było to najrzadziej wypowiadane imię w jej stadzie: – Nazwała mnie… Jak to było?
Trini zmrużyła oczy z konsternacją.
– Jestem Trini – powiedziała: – Jak można zapomnieć własne imię?
– Bo nikt mnie nigdy nie woła…
– A twoja mama?
– Ona też, dlatego uciekłam z domu, może jak zniknę naprawdę to zauważą że mnie nie ma i będą się o mnie martwić, a jak już będą się martwić to zauważą że istnieje. Jesteś pierwszą osobą która ze mną rozmawia tak naprawdę.
– Serio?
– Tak, ciągle tylko mówią że wszystkim przeszkadzam, nawet mama, zwłaszcza mama… Co jest ze mną nie tak?
– Właśnie, co jest z nami nie tak? To że jesteśmy inne nie daje im prawa nas gnębić. – Trini wyprostowała się, tupiąc kopytem: – Nie cierpię ich wszystkich, budzą mnie w dzień, ciągle coś do mnie mają, dokuczają mi bo mam inny kolor sierść i inną temperaturę, i ciągle się naśmiewają, bo muszę unikać słońca. A jak nie wytrzymuje i w końcu się na nich odegram to dorośli traktują ich jak niewiniątka! A mnie karają… Mówiłam rodzicom, ale oni tylko boją się że ich wyrzucą jak będą w to ingerować. Dlatego postanowiłam żyć sobie sama, z dala od nich. Tutaj w końcu będę miała trochę spokoju.
– Całkiem sama?
– A co? My nie damy rady?
– Noor. Przypomniałam sobie! Nazywam się Noor.
~*~
Spędziły kilka dni na wspólnej zabawie, rozmowie, jedzeniu i odkrywaniu świata, obie zapewniając sobie to czego im brakowało. Trini zyskała w Noor kogoś kto wreszcie akceptuje ją taką jaką jest, było jeszcze lepiej, bo Noor należała dokładnie do jej gatunku i dało się z nią mile spędzić czas, rozumiały się nawzajem, a Noor wreszcie miała kogoś kto jej nie ignorował i komu naprawdę zaczęło na niej zależeć.
– Co to było? – Noor nastawiła uszy, wyglądając zza pień ogromnego drzewa, pod którym kopała Trini. W oddali coś zaszeleściło.
– Noor, pomóż mi kopać.
– Ale wczoraj prawie nas zjadło. – Spały w podobnym dołku do tego, który przygotowywała Trini, pod korzeniami, przewróconego drzewa, chroniąc się tam przed słońcem, Noor przebudziła się w środku dnia, zauważając wilka. Trini kazała jej siedzieć cicho, ale w ocenie Noor nie wiele brakowało by je zauważył, węszył bardzo blisko ich kryjówki.
– Mama rzeczywiście niewiele cię nauczyła. – Trini dopiero po chwili zorientowała się że zabrzmiała równie wrednie jak jej oprawcy: – Wybacz, Noor, nie chciałam być niemiła. – Zerknęła na nią, wypatrującą zagrożeń, nie przerywając kopania: – Nie mamy żadnego zapachu, nic nas nie znajdzie, ani nie dogoni.
– To kieruje się tylko węchem, Trini? Nie widzi nas, ani nie słyszy?
To takie oczywiste że drapieżnik mógł się do nich zakraść, a mimo to z jakiegoś powodu Trini nie przyszło to do głowy.
Położyła uszy, przerzucając gniewnie ziemię, ale kiedy spojrzała na Noor zrozumiała że ona nie powiedziała tego by poczuła się głupia, tylko naprawdę się nad tym zastanawia.
– Widzą, słyszą, mają takie same zmysły jak my. Nie pomyślałam o tym… Co nie znaczy że jestem głupia, po prostu o tym nie pomyślałam – wolała podkreślić. Podbiegła do przyjaciółki, rzeczywiście coś zaszeleściło, przesuwało się coraz bliżej nich, ale nie było go widać.
– To chyba wąż.
– To to samo co wczoraj?
– Tamten to był wilk. Wąż na nas nie poluje, jesteśmy dla niego za duże, ale ma jad i może czasami ukąsić, spadamy.
Noor pobiegła za Trini, przez coraz to niższą trawę, zastępował ją stopniowo mech i paprocie, zaczęły otaczać je drzewa.
– Czy twoja mama w ogóle cię czegoś uczyła? – Trini zatrzymała się na leśnej polanie.
– Nie… – Noor spuściła wzrok.
– Nie wstydź się, to jej wina. Pokaże ci co i jak.
– Trini! – Po chwili przybiegła za nimi dwójka koni, ogier był kary z niebieskimi plamami i włosami, a klacz niebieska, w tym samym odcieniu co Trini.
– Wiesz jak się martwiliśmy? – zapytała przejmującym głosem klacz.
Noor marzyła by usłyszeć coś takiego od własnej mamy, może mama też jej szuka? Tak jak oni Trini?
– Wiemy że ci dokuczają, ale musisz być od nich lepsza…
– I co? Mam to wszystko znosić w ciszy? – wyrzuciła z siebie Trini, wycofując się do przyjaciółki.
– Tak, inaczej nas wyrzucą. Nie jesteśmy tam nikim ważnym, nasze zdanie się nie liczy.
– To może zamieszakacie tam gdzie mieszka moje stado? – Noor szturchnęła Trini by jej to powiedzieć, bo ona zawsze ją słyszała. Choć nie spojrzała teraz na nią.
– Tata źle znosi zimno, nie zgodzą się – odpowiedziała Trini, z położonymi uszami, z ogromną niechęcią patrząc na swoich rodziców.
– Trini, kiedy dorośniesz będziesz mogła zamieszkać gdzie chcesz, na razie musisz zostać z nami.
– A Noor? Moglibyście ją adoptować. – Trini popchnęła ją ku własnym rodzicom.
– Obiecuję nie sprawiać problemów. – Noor spróbowała się uśmiechnąć, zrobić dobre wrażenie.
– Wiesz że ledwo tolerują tam nas obie – powiedziała matka Trini.
– To nie możemy zamieszkać w innym stadzie?
– A skąd wiesz czy będzie lepiej? Tutaj przynajmniej wszystkich znamy, poza tym twoi dziadkowie nas potrzebują, nie poradzą sobie sami.
– Im też byłoby lepiej gdzie indziej.
– Do domu, bez marudzenia. – Klacz złapała córkę za grzywę, odciągając od Noor i wyprowadzając z lasu, pomimo jej protestów.
– Mamo! A Noor?
– Tata odprowadzi ją do jej domu.
Ich głosy oddalały się, Noor wytężała słuch, ale jej szybko bijące serce jej to utrudniało.
– A skąd wiesz czy ona w ogóle go ma?
– To podrzuci ją do innego stada. Coś wymyśli.
– Ale daj nam się chociaż pożegnać!
– Gdzie ty tam mieszkasz? – zapytał ogier, Noor wyglądała jeszcze za Trini, dopiero po chwili przenosząc na niego wzrok.
– Tam… Było zimno.
– Wiesz jak tam trafić?
– Tak, cały czas zapamiętywałam drogę.
– To idź do domu i uważaj na drapieżniki, dasz radę. – Ogier wepchnął małą na jedną z leśnych ścieżek i poszedł z wolna śladami swojej rodziny. Noor ruszyła niechętnie do domu, już tęskniła za Trini. Ale może teraz jej mama też będzie się o nią martwiła i więcej nie pozwoli jej nigdzie uciekać? Byłoby wspaniale, to znaczyłoby że w końcu zacznie jej zależeć. Mała przyspieszyła do pełnego galopu.
[Cruzina]
“I co na to twoja matka? Była na ciebie zła…?” spytałam poruszona jej historią.
– Chciałabym. Nie zauważyła że zniknęłam… Ale później spotkałyśmy się z Trini ponownie. Chciałabym już ją zobaczyć… – jej głos zdradzał wyczerpanie.
– Rodzice Trini ją zabrali, już jej lepiej, ale nalegali by zająć się nią, aż całkiem wyzdrowieje, nie mogliśmy im odmówić. – Angus oparł głowę o jej grzbiet. Nie znałam go od tej strony. Spodziewałabym się tego raczej po Komecie… No przecież to jej ojciec, to po nim to ma.
– Znów ją tam zatrzymują?
– Ty znasz ich lepiej. Bądź razie Trini kazała przekazać ci byś zrobiła wszystko by wrócić do pełni sił.
– Muszę być przy niej…
– Jesteś zbyt słaba na taką podróż. Chyba by nas zabiła jakbyśmy pozwolili ci iść taki kawał.
– Na pewno… – Uśmiechnęła się. Czy to nie jest zbyt okrutne by tak ją oszukiwać, a może okrutne jest jej ciągle o tym przypominać? Sama już nie wiem, ale ona szybciej czy później się zorientuje… Tak jak zorientowała się że Linnir to nie Trini, choć na początku ich nie odróżniała.
“To nie będzie dla niej za duży cios?” zapytałam Angusa, dzięki swojej magii tylko on mógł mnie teraz usłyszeć.
– Musi przybrać na wadze, na razie to jest najważniejsze – szepnął: – Rosną u was jakieś zioła? – zapytał już na głos Angus.
– Zioła? – zastanowiła się: – Nie, teraz jest dla nich za zimno.
~*~
[Linnir]
Zasnęłyśmy przy Noor, Eepli postanowiła dzisiaj spać z nami, otoczyła nas ogonem. Przebudziłam się kiedy Irutt się poruszyła, zakradła się przed Noor, przytknęła róg do jej czoła, dopiero potem patrząc w moim kierunku i zauważając że nie śpię. Po chwili wróciła do mnie.
– Wiesz że nie lubię gdy tak robisz – szepnęłam, gdy się kładła.
– Przynajmniej od razu wiadomo komu można ufać, a komu nie, Trini była dość agresywna, ale wobec Noor zachowywała się troskliwie, myślałam że nią manipulowała. Ich uczucie było jednak prawdziwe.
– Ojciec jej źrebiąt je skrzywdził?
– Tak, nakłamał ci, a potem Cruzinie i Angusowi, co już było wiadome, ale wolałam się upewnić.
Zastanowiłam się przez chwilę nad jej słowami, “wiadomo komu można ufać”.
– Czy Mozzran by to nie pomogło? Zajrzeć do naszych wspomnień.
– Kettui przecież wmówiła jej że potrafimy zmieniać nasze wspomnienia.
– Gdybyś pokazała jej to w tajemnicy przed wszystkimi… Nie wiem czy ci zaufa, ledwie ufa mi.
– Nie wiem czy powinnam uczyć jej takich rzeczy.
[Irutt]
Obudziłam się, choć noc jeszcze trwała, Linnir miała rację, nie powinnam zaglądać do wspomnień Noor, ta noc w której zmarła nasza mała córeczka znów we mnie ożyła. Przez chwilę nie mogłam zaczerpnąć tchu, dotknęłam gardła ogonem, przytuliłam do siebie Arnee. Dlaczego Blakie utrzymuje ją tak długo nieprzytomną? Nie chcę by poszła w ślady Kettui, nie chcę walczyć z własną córką. Każdego dnia robi się coraz starsza.
Wstałam ostrożnie, ruszając napić się wody i odetchnąć na zewnątrz, w tej chwili zorientowałam się że Noor znów zniknęła. Wszystko było dobrze, Cruzina i Angus wrócili z nią w dobrym nastroju. Wmówili jej że Trini jest u swoich rodziców.
Położyłam Arnee przy Linnir i wyleciałam na zewnątrz jako sowa śnieżna, odciski kopyt w świeżym śniegu prowadziły w przeciwną stronę niż ta gdzie powinna wyruszyć by dotrzeć do byłego stada Trini. Poleciałam za nimi aż nad kry lodowe, przesuwały się wraz z ruchem wody, Noor dryfowała wśród nich. Wylądowałam na krze, wbijając w nią szpony. Linnir wspomniała że jej gatunek potrafi długo wytrzymać bez powietrza. Zmieniłam się w niedźwiedzia polarnego wyciągając Noor na sam brzeg. Nacisnęłam łapą na jej prawie niewidoczny brzuch. Wykrztusiła wodę, odzyskując przytomność, obróciłam ją na brzuch, kasłała. Wróciłam do swojej postaci, zanim na mnie spojrzała.
– Wiem jak to boli – przyznałam: – Ja też chciałam się zabić. Straciłam moją rodzinę. Rodziców, braci, przyjaciół… Kochali mnie, a ja kochałam ich, widziałaś jak troszczymy się z Linnir o nasze źrebięta i innych, to coś w tym stylu, teraz martwimy się też o ciebie.
– Martwicie się…?
– Nie zauważasz tego? – zapytałam.
– Dlaczego tego nie zrobiłaś? Skąd miałaś siłę by dalej żyć?
– Znalazłam cel do którego dążyłam… Może ty też go znajdziesz? – Oby był szlachetniejszy od mojej zemsty na zaklętych. Nie zamierzałam jej nawet o tym wspominać: – Ale jeśli się teraz zabijesz nie będziesz miała na to szansy. Stracisz szanse na cokolwiek.
– Trini mnie potrzebuje…
– A ja myślę że ty potrzebujesz jej. – Nigdy nie miały szansy się nawet pożegnać, ale ja mogę jej ją dać. Tak jak Tirre mi, w poprzednim cyklu, gdy zostawił dla mnie wiadomość. Może dzięki temu Noor uda się ruszyć dalej? Tak jak mi prawie udało się pogodzić ze śmiercią córki i syna, dzięki Linnir.
– Zostaniesz tutaj? Samej będzie mi ciężko cię podźwignąć.
– Dobrze… – odpowiedziała przygnębiającym tonem. Nie oglądała się jak odchodziłam, zatrzymałam się za jedną z wyższych zasp śnieżnych, biorąc kilka głębszych wdechów. Zmieniłam się w Trini.
– Noor… – przerwałam ciszę, zakłócaną jedynie przez szum wody i uderzające o siebie kry.
Zlękła się, oglądając za siebie, wstała z szokiem wypisanym na pysku, jakby od początku choćby gdzieś na skraju podświadomości wiedziała że ona nie żyje.
– Trini…?
Przytuliłam ją do siebie.
– Kocham cię, zawsze kochałam – Zmoczyła mnie łzami, wtulając głowę w moją grzywę.
– Wiem to, Noor. – Widziałam we wspomnieniach jak Trini z czułością wypowiadała jej imię i ja użyłam podobnego tonu: – Od zawsze wiedziałam.
– Jednak ci się udało…
– Przyszłam się pożegnać, nie żyje – przyznałam.
Odsunęła się, patrzyła na mnie roniąc łzy.
– Nie mogłam dłużej patrzeć jak cierpisz. – Nikt z nas już nie mógł, wszyscy mieliśmy dość problemów, jakby nigdy nie miały końca.
– Zabierz mnie ze sobą, proszę, mam tylko ciebie.
– Już nie. Musisz zostać, jesteś potrzebna tutaj.
– Do czego?
– Sama musisz to odkryć, dbaj o siebie, chciałabym byś była szczęśliwa, nawet jeśli oznacza to życie beze mnie.
– Ale dla kogo mam żyć, jeśli nie dla ciebie?
– Dla siebie samej. Korzystaj z życia jak tylko potrafisz i nie rób niczego wbrew sobie. Na końcu znowu się spotkamy, będę na ciebie czekała.
Teraz powinnam już zniknąć, ale jak to zrobić? Zauważy przemianę. Zbliżyła pysk do mojego, powstrzymałam się od cofnięcia głowy, muszę udawać Trini do końca. Powinnam być gotowa na taki rozwój wydarzeń, a przede wszystkim porozmawiać o tym z Linnir. Nie chcę tego robić bez jej wiedzy i zgody. Noor zajrzała mi w oczy z oczekiwaniem, zawsze to Trini okazywała jej swoje uczucia. Nie zrobię tego. Noor dotknęła moich warg sama, teraz już musiałam to odwzajemnić. Jak tylko zamknęła oczy, zmieniłam się w białą mysz, przebiegając obok jej nóg i chowając się w śniegu.
– Trini! – krzyknęła Noor, osuwając się w śnieg: – Trini… – głos jej się łamał.
Muszę powiedzieć o wszystkich Linnir, na razie tylko jej napomknąć że dałam się Noor pożegnać z Trini, musimy jak najszybciej odprowadzić ją do jaskini.
– Chodźmy do środka.
Serce mi przyspieszyło, kiedy usłyszałam głos Linnir, stała już przy boku Noor. Przebiegłam spory kawał przez śnieg wracając do swojej postaci. Szły już ku mnie. Cofnęłam uszy, Linnir wyglądała na zdenerwowaną.
– Musimy…
– Zabrać ją do jaskini – nie pozwoliła mi dokończyć. Wsparłam Noor z drugiej strony, Linnir unikała mojego wzroku. Musiała zobaczyć to najgorsze. Całą drogę przebyłyśmy w milczeniu. Noor sama położyła się na swoim miejscu, błądząc zamyślonym, a jednocześnie przygnębionym wzrokiem po ścianach jaskini.
– Linnir… – Spojrzałam na nią błagalnie, niech chociaż pozwoli mi wyjaśnić.
– Chodź. – Udała się aż na zewnątrz, śnieg już prószył z nieba.
– Wyjaśnię ci to.
– Właśnie tego oczekuje.
– Próbowała się zabić, znalazłam ją we wodzie i wyciągnęłam. A potem pozwoliłam jej pożegnać się z Trini, pokaże ci… – Zbliżyłam się do niej.
– Wierzę ci, choć… Ten widok mnie zabolał. – Położyła uszy, jednak patrząc na mnie ze względnym spokojem.
– Gdybym wiedziała że tam jesteś… – Objęłam się ogonem.
– W porządku, Irutt. Wiem że byś mnie nigdy nie skrzywdziła. Ufam ci.
– Powinnam o tym z tobą porozmawiać zanim to zrobiłam, ale nie pomyślałam że Noor okaże jej swoje uczucia w takiej chwili, a gdybym jej odmówiła wszystkie starania poszłyby na darmo. Wolę ci pokazać.
– Ufam ci – powtórzyła: – Po prostu mnie zaskoczyłaś.
– Muszę ci pokazać.
Przytaknęła i schyliła głowę, a ja dotknęłam jej rogiem. Przerwała nasz kontakt zanim ponownie zobaczyła muśnięcie moich warg z wargami Noor. Przytuliła mnie do siebie, wsunęłam pysk w jej grzywę.
– Gdybym wiedziała na pewno bym nie przyszła tam tak szybko – powiedziała.
– Nie gniewasz się?
– Nie czuję się z tym dobrze, ale to tylko znaczy że bardzo cię kocham. Nie chciałabym byś była z kimś innym, chyba że przyniosłoby ci to więcej szczęścia niż ze mną.
– Linnir, ty uszczęśliwiasz mnie najbardziej na świecie. – Sięgnęłam do jej warg, objęła mnie przednimi nogami, posyłając nas obie na śnieg, dopiero jak już znalazłam się nad nią pozwoliła naszym wargą się spotkać.
[Mozzran]
Mozzran trzęsła się słysząc co Noor opowiada Angusowi, Cruzinie, Eepli i Burzy. Szybko domyśliła się że Trini to albo była Linnir, albo Irutt. Któraś z jej mam zdradziła drugą. I żadna jeszcze nie wróciła. Nie wiadomo co sobie teraz zrobią. Obejrzała się, mając wrażenie że ktoś ją obserwuje. Do środka wbiegła Kometa, Mozzran drgnęła na ciele, zwracając róg w jej kierunku, dzieliła je spora jeszcze odległość i nikt nie zwrócił na to uwagi. Kometa otrzepała się choć na jej sierści nie było ani płatka śniegu, sprawiała wrażenie zażenowanej.
– Córeczko, jak Ivette? Nie jesteś już zmęczona? Zamienić cię? – Angus ruszył w jej stronę.
Mozzran położyła się na ziemi, z cichym westchnieniem.
– Nie…? Znaczy, tak, po to przyszłam. – Zastrzygła uszami: – Zapomniałam już.
– Co się stało?
– Właściwie to nic złego, nawet dobrego… Zjawiłam się tam gdzie nie powinnam, troszkę im przeszkodziłam… Ale jestem pewna że bardziej teraz mi głupio niż im.
“Irutt i Linnir?” dopytała Cruzina.
– Właśnie… – Kometa ochłodziła się machnięciami skrzydeł: – Nikogo tam nie było i nagle zjawiam się ja…
– Co sobie robią? – Mozzran uniosła głowę, prostując się cała, jakby chciała wstać.
– Wiesz… – Wzrok Komety powędrował na Noor: – Nic złego.
– Noor, to Kometa, Kometa, Noor – przedstawił je sobie Angus: – Idę do Ivette.
– Tato, szkoda tylko że Celeste nie chce zrobić sobie przerwy… – Kometa obróciła się szybko, pobiegła odprowadzić go do wyjścia: – Nie da się w żaden sposób namówić. Chyba że tobie się uda.
– Spróbuje.
– Chętnie pokaże Ivette moje nowe rzeźby. – Eepli patrzyła za nimi.
– Śmiało, chodź – Angus skinął jej głową, przybiegła do niego, łapiąc go w ogon i znikając z nim w ścianie, wydał z siebie okrzyk zaskoczenia. Burza parsknęła z rozbawieniem.
– Co to było? – spytała Noor rzucając wszystkim pełne niepokoju spojrzenia.
– Magia Eepli, albo jej moc, albo jedno i drugie, bo… Mówili ci już że jest jednorożcem i koniem jednocześnie? – Kometa ruszyła ku nim.
Mozzran spojrzała znów na ścianę, a potem spuściła wzrok na Arnee leżącą pod nią, miała otwarte oczy, oczy Kettui. Uśmiechała się do niej. Reszta na nowo się zagadała. Po chwili głowa Arnee się przechyliła, a ona sama znów zasnęła.
Po grzbiecie Mozzran przeszły dreszcze, a w pysku zebrała się ślina, przełknęła ją jeszcze dodatkowo przerażona zbliżającym się atakiem. Od chwili zdjęcia obręczy z rogu, ani razu jej mięśni nie dosięgnął jednak paraliż, tym bardziej obawiała się go, skoro nie nastąpił od razu będzie silniejszy i dłuższy. A jej mamy nie wiadomo czy teraz ze sobą nie walczą. Ani czy Irutt na pewno nią jest, czy to może Kettui?
Mozzran wycofała się kilka kroków, ostrożnie stawiając racice. Kettui przecież nie mogła zginąć tak łatwo. A może zawładnęła Arnee? Może sprawdzała czy już może ją zabrać?
“Twoje mamy…“ Cruzina podeszła ją od tyłu. Mozzran obróciła się, raniąc ją rogiem, przez ułamek sekundy pewna że grozi jej niebezpieczeństwo. Krew trysnęła, Kometa krzyknęła, Cruzina złapała się za rozciętą szyję ogonem, na widok własnej krwi zaczęła szybciej oddychać, nogi się pod nią ugięły i drżały. Kometa przybiegła do Cruziny. Burza i Noor nie wydały z siebie żadnego dźwięku, patrząc zszokowane na Mozzran.
– Nie chciałam… Zakradłaś się do mnie, przestraszyłaś mnie… – powiedziała roztrzęsionym głosem Mozzran. Odskoczyła od reszty z widocznymi białkami, przełykając. Nie było nigdzie żadnej z mam, która by ją uspokoiła.
Kometa wsparła z boku Cruzine zauważając że zrobiło jej się słabo. Mozzran rzuciła spojrzenie na młodszą siostrę, nadal pogrążoną w śnie jak przez ostatnie tygodnie.
– Spokojnie, spokojnie, spróbuję to uleczyć – Burza ruszyła ku nim z rozpostartymi skrzydłami, przykładając je do szyi Cruziny. Eepli zjawiła się wychodząc przez ścianę z Angusem i Ivette, natychmiast ich puściła, wszyscy oprócz Noor i Mozzran otoczyli Cruzine.
– Pokaż szybko – poprosił Angus.
– Musimy ją opatrzyć! – krzyknęła Kometa, jakby Cruzina już umierała. Mozzran czuła jak ślina skapuje jej na ziemię, była jednak w zbyt wielkim szoku by coś z tym zrobić. Cruzina się nie odzywała, wciąż przyciskając ogon do rany.
Celeste jeszcze wbiegła do środka.
– Te moje moce, nigdy nie działają kiedy trzeba. – Burza wreszcie puściła Cruzine, cofnęła się o krok, uderzając skrzydłami o swoje boki, kręcąc głową.
– Pokaż, Cruzina – poprosił jeszcze raz Angus, na chwilę odsłoniła ranę, ale nie zabierała całkiem ogona: – To tylko draśnięcie.
– Głębokie draśnięcie… – dodała Kometa.
Mozzran przekradła się wzdłuż ściany, dygocząc, Ivette stanęła jej na drodzę, kiedy od wyjścia dzieliły ją zaledwie trzy kroki. Sporo większa, odporna na jej magie, zdolna zabić jednym tylko ugryzieniem, szczękami zmiażdzyłaby jej kości z taką łatwością jak suche gałązki. Odskoczyła, cofając się przed warczącą już Ivette. Pobiegła w swój kąt, oglądając się na Ivette, zwinęła się w ciasny kłębek, wzdrygając się za każdym razem gdy ktoś choćby przeszedł blisko niej. Poderwała głowę, czując na sobie drobne racice, aż zrobiło jej się ciemno przed oczami, a w środku wszystko ścisnęło. Arnee.
– Mozz, nie chciałam cię przestraszyć… – Mała położyła głowę na jej napięty grzbiet.
Mozzran zabolała cała klatka piersiowa, jej serce biło gwałtownie, a potem przestawało, jakby w każdej chwili miało się zatrzymać.
– Mamo! – Poderwała się, strącając z siebie Arnee, wpadając w Celeste z całą siłą, ta odepchnęła ją odruchowo, rzucając ją na ziemię. Mozzran przez chwilę się dusiła, nie wiedząc co się wokół niej dzieje, głosy się zlewały, sylwetki, miała wrażenie jakby to wszystko działo się w ogniu, z trudem zaczerpnęła tchu. Czy Blakie już ją pochłania, a może sama Arnee, lub Kettui? Chciała uciekać, ale nie mogła się ruszyć, czy już chwycił ją paraliż? Może zwariowała?
– Mozzran… – Linnir nią potrząsnęła, Mozzran spojrzała jej błagalnie w oczy, cała dygocząc i kuląc się z bólu. Czy znów wyląduje pod wodą?
– Już jesteśmy, pooddychamy razem – powiedziała łagodnie Linnir.
Mozzran wzdrygnęła się, oglądając nerwowo, Irutt położyła się po jej drugiej stronie, tuląc do siebie śpiącą już Arnee. Nic sobie nie zrobiły, obie mamy wyglądały na spokojne.
– Masz atak paniki. – Uświadomiła ją Linnir, Mozzran wsłuchała się w jej głos: – Wszystko będzie dobrze, Mozzran, za chwilę ci przejdzie. Wiemy że nie chciałaś jej skrzywdzić, nie dostaniesz żadnej kary.
Mozzran pooddychała z nią. A Irutt przysłoniła jej widok na resztę, wciąż trzymając wtuloną w nią Arnee, a więc mała nie od razu spała gdy jej mamy wróciły. Poruszyła się.
– Skup się na oddechu, Mozzran – powiedziała łagodnie Irutt.
Mozzran przebrała nogami, dlaczego jej mięśnie wciąż działają? Czy one naprawdę ją truły? Teraz nie mają czym. Kettui miała rację? Manipulują nią? Blakie pochłonęła tak łatwo Kettui, to ostrzeżenie, ją zostawiła sobie na później. Arnee już odzyskała przytomność, odzyska ją znowu. Nie może ufać Linnir? Nie może ufać nikomu.
– Mozzran, spokojnie, nic złego się nie dzieje, weź głęboki wdech…
Rzuciła się z rogiem na Irutt, która ledwie odskoczyła jej z drogi. Mozzran zobaczyła łzy w jej oczach, jedna spłynęła po jej policzku. Oczy jej matki były zaczerwienione, jakby płakała już wcześniej.
– Mozzran! – krzyknęła za nią Linnir. Dopadła do wyjścia, zmieniając się w ogień, kiedy zobaczyła obok siebie Linnir, niemal ją poparzyła. Linnir zablokowała sobą wyjście.
– Mozzran… Co się dzieje?
– Wypuść mnie… – wydobyła z siebie płaczliwe Mozzran.
– Jesteś już bezpieczna. – Linnir zbliżyła się do niej, Mozzran wróciła do swojej postaci. Chciała się w nią wtulić, a jednocześnie bała się że jej wszystkie obawy są prawdą.
– Te zioła…
– One ci nie szkodziły, może Blakie ci pomogła? Paraliż cię nie łapie od chwili gdy to się zaczęło, prawda?
– Nie chciałam zranić Cruziny, przestraszyła mnie… – Rozpłakała się, ścierając z pyska ślinę ogonem. Podeszła do Linnir drżąca, a ona ją objęła.
– Wiem, to był wypadek.
– Tracę zmysły…
– Nie, Mozzran, to tylko panika. Arnee naprawdę się obudziła i nie zrobi ci krzywdy, chciała się tylko z tobą przywitać.
⬅ Tom IV
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz