piątek, 21 sierpnia 2026

|| Myśli ||

[Pedro]


Rozpoznałem ślady syna i jego zapach.

– Jego odciski kopyt – zwróciłem się do Komety. Biegliśmy dalej w dwójkę. 

– Rei! – zawołałem, szedł leśną ścieżką. Obejrzał się na mnie, z pliszką w pysku. Trzymał ją za głowę, reszta ciała ptaka wisiała, na zbyt luźnej szyi. A gdy spojrzałem w te martwe oczy nie miałem już wątpliwości.

– Pedro! – krzyknęła Kometa.

Przewróciłem źrebaka już miałem je uderzyć, już trzymałem nad nim nogę, zamiast Reia widząc przez chwilę szczerzącą się do mnie złośliwie Erin. Kometa złapała mnie za grzywę, próbując odciągnąć od syna, szarpała mnie dość mocno.

– Daj mi spokój! – Odepchnąłem ją.

 Rei puścił Rosite. Patrzył mi w oczy przerażony. Kometa go osłoniła, sama miała zwężone źrenice i niespokojny oddech. Trąciłem pliszkie pyskiem, przy kolejnym szturchnięciu się rozpłakałem. Uderzyłem kopytem w ziemię. Zwiesiłem głowę, nawet nie próbowałem powstrzymywać łez. 

Rei sięgnęłą po Rosite.

– Zostaw ją w spokoju! – wrzasnąłem na niego, zbliżając do niego gwałtownie głowę, nie mam pojęcia co bym mu zrobił gdyby Kometa go nie odciągnęła. Mały schował się za nią.

– On… On nie chciał, na pewno nie… – Kometa uroniła parę łez.

– Nie tłumacz go! 

– Ale to tylko źrebak! Nie wiedział! Jestem pewna że ty też to wiesz, nie możesz go obwiniać.

– Mówiłem mu by uważał! Mówiłem że Rosita jest teraz delikatniejsza od nas, żeby w ogóle jej nie dotykał. A on złamał jej kark!

Rei się rozpłakał, Kometa przytuliła go do siebie.


~*~


Irutt dała mi tak dużo ziół na uspokojenie że przespałem wiele godzin. Po obudzeniu się jak głupi szukałem Rosity, wyszedłem na zewnątrz, ignorując wszystkich po drodzę, nawet nie słuchałem co do mnie mówią. Ciągle miałem nadzieję że przyśnił mi się koszmar i zaraz ją zobaczę. Chodziłem po lesie. Nie byłem w stanie upilnować własnego źrebaka, ale sam też przeżywałem to co stało się z Rositą, a teraz ono ją zabiło…

Teraz kiedy znaleźliśmy sposób żeby jej pomóc.

Kopnąłem z całej siły w drzewo, zobaczyłem Eepli, rzeźbiła coś pod płachtą, dyskutowała z nią Arnee z radosnym uśmiechem na pysku.

– Cieszy cię to?! – krzyknąłem na nią. Już dobrze wiedząc co rzeźbi jej siostra.

– Co? – spytała Arnee, uśmiech jej zniknął, a uszy opadły.

– A ty pytałaś czy możesz ją wyrzeźbić?! Już ją skreśliliście?! – wrzasnąłem też na Eepli. Co ty wyprawiasz, Pedro? Powinienem już stąd iść i zjeść więcej ziół na uspokojenie.

– Hej! Moja siostra nic ci nie zrobiła!

Eepli zniknęła pod ziemią, zostawiając niedokończoną rzeźbę Rosity, nabierającą dopiero kształtów konia.

– Gdybyś nie przywróciła Kettui nic z tego by się nie wydarzyło… Co ci przyszło do głowy by to zrobić?!

– Przepraszam! – Arnee wtuliła się gwałtownie w moją klatkę piersiową, stała na dwóch tylnych nogach by móc dosięgnąć: – Wybaczysz mi? Możemy zaprzyjaźnić się znowu? Ja mogę ci wybaczyć że krzyczałeś na Eepli.

Odepchnąłem ją od siebie.

– Nie wiedziałam że Kettui tak zrobi, przysięgam, chciałam tylko byśmy byli jedną wielką, szczęśliwą rodziną.

Poszedłem stąd, z dala od tego małego potwora. 

Dopiero co Rosita zaczynała na nowo żyć, cieszyła się na naszego źrebaka. Po co ich szukaliśmy? Ledwie co tu przybyliśmy, a byli już po ataku kłyk. Też z winy Arnee. A ja głupi nawet nie napomknąłem by się stąd jednak wynosić. Czy Rosita by tego chciała? Może tym razem by się zgodziła, nie pamiętała żadnego innego cyklu niż ten. Mogliśmy żyć gdzieś w dwójkę, w spokoju. 


~*~


Tak myślałem że Irutt z Linnir zajmą się naszym synem. Mały leżał w kącie groty, tyłem do nich, wszedłem akurat do środka, gdy zasnął. Irutt wzięła go delikatnie ogonem, zanosząc na kupę liści, położyła się tam z nim. Rei powiercił się, na moment otwierając oczy, całe we łzach, po czym znów poszedł spać. Irutt gładziła delikatnie jego sierść na grzbiecie ogonem.

– Pójdę jeszcze zajrzeć do Forsycji. – Linnir zauważyła mnie w progu jaskini, udając się w moją stronę, skinęła mi głową byśmy wyszli.

Byłem na siebie zły, na swoją reakcję, na to że omal nie uderzyłem syna, już samo przewrócenie musiało go zaboleć, zwłaszcza że nadal jest ranny i wciąż go winiłem, gorzej, gdy spałem nie raz przyszła mi myśl że lepiej by było gdyby Noor go wtedy zabiła. Biłem się sam ze sobą, jedynie sprawiając że ta myśl była jeszcze bardziej natarczywa. Bo gdyby wtedy zginął teraz nie zabiłby Rosity.

Jak w takim stanie miałbym go stąd zabrać i wychować gdzieś daleko? Teraz to chcesz odchodzić, Pedro? Teraz gdy Rosita już nie żyje?

Wyszedłem z Linnir, mówiąc jej o tym, za bardzo nie chciałem należeć do grona żalących jej się osób, ale jakoś wszyscy jej ufali, co sprawiło że ja też jej ufałem, musieliśmy też znać się z innych cyklów, coś mi się kojarzyło że spotkaliśmy się dużo wcześniej niż tylko w zeszłym cyklu.

– Nie chcę tego, powinienem zająć się teraz synem, sam to przeżywa, widzę to i myślę że to dobrze że cierpi, co ze mnie za ojciec?

– Nie pomożesz mu dopóki sam sobie z tym nie poradzisz. Na razie my będziemy się nim opiekowały.

– Wątpie bym kiedykolwiek sobie z tym poradził, bez Rosity nie chce mi się żyć, znasz to uczucie… – Przez jakiś czas nawet myślała że Irutt nie żyje, dla mnie nie będzie pozytywnego zakończenia, zobaczę Rositę co najwyżej w następnym cyklu, o ile ten w ogóle nastąpi. Tyle wycierpiała po tym jak matka ją okaleczyła, sam cierpiałem, nadal miałem koszmary. Teraz jeszcze z jej śmiercią.

– Twój syn… Może z czasem miłość przysłoni wszystkie negatywne emocje?

– Może. 

– Poszedłbyś ze mną do Forsycji? Dobrze ci zrobi jeśli się czymś zajmiesz.

Zgodziłem się, zeszliśmy do podziemnego źródła.

– Weź wodę, zawsze się przyda. – Podała mi pojemnik, sama wzięła zieloną papkę, zostawioną w grocie obok groty gdzie spała Forsycja. 

Forsycja od razu otworzyła oczy jak weszliśmy, przez chwilę zwężone jak u pumy. Linnir się spięła. Forsycja przełknęła, prawdopodobnie ślinę, co innego mogłaby mieć w dziobie? Chciałbym by teraz ktoś mnie pożarł, tak bardzo nie chciało mi się żyć. Ogarnij się, Pedro, bycie dla kogoś ciężarem to ostatnie czego byś chciał.

– Czuję w tym mięso. – Wskazała szponem na papkę. Obok niej spała Kometa, wyglądała mi na wykończoną.

– Musisz zacząć je jeść. To z jelenia, który umarł ze starości, nie krzywdzisz nikogo jedząc go – powiedziała Linnir.

– Nie ma że nie, słyszałaś, był już martwy kiedy go znaleźli – odezwałem się jak tylko otworzyła znów dziób.

– Jeśli nie zaczniesz jeść, Irutt będzie musiała karmić cię za pomocą magii, od tego żołądek nie przestanie cię boleć. 

– O co chodzi, Forsycja? Dlaczego nie chcesz jeść? – zapytałem.

– Zabrzmi idiotycznie, ale wszyscy oprócz… – Popatrzyła na swoją matkę: – Niej. – Wskazała na nią głową: – Pachniecie smakowicie, a ja nie mam zamiaru nikogo zjeść.

– To tym bardziej powinnaś jeść co ci przynoszą! – odezwałem się może trochę za ostro: – Z głodu jeszcze naprawdę kogoś zabijesz.

– Dobrze, ale na pewno był już martwy?

– Tak – potwierdziła Linnir.

Przynieśliśmy jej go całego, zjadła wszystko, a sądząc po jej rozmiarach będzie jadła coraz więcej.


Wracaliśmy już korytarzem.

– Mam nadzieje że tego nie zwróci – powiedziała Linnir.

– Co masz na myśli?

– Potrafi tak jak ptaki i gryfy zwracać pokarm, prosto z żołądka.

– Brzmi dziwnie. – Nie umiałem sobie tego wyobrazić.

– Wiele zwierząt tak potrafi, to pomaga im w zatruciach, a ptaki wykorzystują to do karmienia piskląt, Irutt wie więcej na ten temat. 

– Muszę przeprosić Eepli, nawrzeszczałem na nią, bo rzeźbiła Rosite…

– Nie chciała jej rzeźbić, nawet jeszcze nie wie co się z nią stało, niedawno pytała Irutt czy może wyrzeźbić resztę rodziny.

Tym bardziej poczułem się teraz winny. 


[Mozzran]


– Pedro już poszedł. – Arnee zastukała racicami o ziemię i po chwili między nią, a niedokończoną rzeźbą wynurzyła się Eepli. Okryta peleryną, pociągnęła obiema parami chrap: – Zmusić go by cię przeprosił? – Arnee wtuliła się w jej bok, kładąc się przy niej.

Starsza siostra pokręciła głową, przykryła Arnee ogonem, w próbie objęcia ją nim.

Mozzran obserwowała je zza drzew, w oczach zgromadziły jej się łzy, wszystko i tak, cały świat był teraz zakłamany. I w nico nie była w stanie uwierzyć, coraz bardziej tym wykończona. Chciała tylko pobyć chwilę z siostrą… Przetarła łzy ogonem, zwijając ogon i biorąc głębszy oddech. Zioła uspokajające powinny już działać. Poczuła na swoim grzbiecie czyiś oddech, obejrzała się błyskając białkami. Faith poszła za nią, Mozzran od razu znalazła się przy siostrach. Faith ułożyła się obok Eepli, spięta i napuszona. Nie mniej niż Mozzran, Mozzran wręcz miała wrażenie że kłyka jest odbiciem jej emocji, nie podobało jej się to.

– Mozzran? Wszystko w porządku? – spytała Eepli.

Stała sztywno przy nich, po jej ciele przeszedł dreszcz, skinęła nerwowo głową.

– O kim mówicie? – zapytała gwałtownie, serce dudniło jej w piersi, potarła ogonem o wargi. Może powinna jednak siedzieć u siebie i nigdzie nie wychodzić?

Arnee chętnie opowiedziała o wizycie Pedro, wskakując na ogon najstarszej siostry. 

Arnee nie są w stanie podmienić – pomyślała Mozzran, choć i tego nie mogła być pewna. To wszystko to mógł być też przecież plan Arnee. Wykorzystała to że nie mogę teraz ufać nikomu, pomyślała Mozzran, chce zmusić mnie bym ufała tylko jej. Nic z tego.

– Pedro sam powinien się schować. – Mozzran poruszyła końcówką ogona, podrygując nią, starając naśladować się ten sam ruch, gdy była zirytowana, przełknęła ślinę. Faith wsunęła pysk pod materiał Eepli. A gdy Eepli nie zareagowała, nauczona wcześniejszymi doświadczeniami że kłyka może się wtedy spłoszyć, Faith polizała ją po boku. Wszyscy zachowywali się jakby podmiana ciał nie miała miejsca.

– Potrafi na ciebie wrzeszczeć, a ciężko mu przyjść i powiedzieć “przepraszam”? Palant – dodała Mozzran, niemal krzycząc. Dostrzegła w jedynej odsłoniętej parze oczu Eepli niepokój. 

Domyśliła się że udaje?

– Cześć, Pedro – odezwała się rozbawionym tonem Arnee, ukryła swój uśmiech za ogonem. Mozzran wzdrygnęła się oglądając na niego z już wymierzonym w niego rogiem i szeroko otwartymi oczami, jej źrenice się zwęziły. Faith schowała się za skrzydłami. Eepli już zanurzyła się do połowy w ziemi.

– Przyszedłem przeprosić, choć masz rację, zachowałem się jak palant – powiedział Pedro, trzymając głowę nieco niżej niż zwykle: – Przepraszam, Eepli.

Eepli zrezygnowała z kolejnej ucieczki. Objęła Mozzran ogonem i nawet Arnee na nim jej w tym nie przeszkodziła. Mozzran zabrakło przez chwilę tchu, ten ogon z łatwością może wycisnąć z niej wszystkie wnętrzności.

– Nie powinnaś obrywać tylko dlatego że cierpię.

– Co się stało? – zapytała Eepli.

– Rosita… Straciłem ją.

– Umarła – dodała Arnee, uszy jej opadły i wtuliła łebek w siostrę, chcąc też złapać Mozzran za ogon, ale nie sięgała, a Mozzran nie zamierzała jej tego umożliwić.

Pedro już odszedł w swoją stronę z zwieszoną głową. Eepli ruszyła za nim, wraz z Arnee, która nadal stała na jej ogonie, przytrzymując się go swoim własnym ogonem, niczym gałęzi drzewa. Mozzran odetchnęła gdy ciężar ogonu siostry zniknął. Odwróciła głowę, roniąc łzy, przetarła je ogonem, cała się trzęsła.

Chciała tylko by było jak przedtem, dlaczego inni tak łatwo potrafią wrócić do codzienności po tym wszystkim? O ile to są oni.

– Wybacz, ale chciałbym już teraz zostać sam. 

Faith trąciła ją w bok, Mozzran niemal straciła równowagę. Odepchnęła pysk kłyki ogonem. Faith mruknęła cicho.

– Nie chodzi o twój wygląd, nigdy nie przyszłoby mi do głowy by z tego powodu traktować cię gorzej – dodał Pedro do Eepli: – Potrzebuje zostać sam.

– Mogłabym coś dla ciebie zrobić? Po czym poczułbyś się lepiej?

– Przestań, ja powinienem ci wynagrodzić swoje zachowanie, a nie ty mi.

– A ja? – zapytała Arnee.

– Nie.

– Chciałabym złagodzić twój ból – dodała Eepli.

– Dziękuję, ale naprawdę chcę być teraz sam. – Poszedł.

Mozzran przycisnęła ogon do głowy, uważając na własny róg.

– Mozzran? – Eepli otoczyła ją ogonem.

– Nie! – Mozzran przeskoczyła przez niego, umykając jej: – Nie dam rady… Nie mogę… – Gubiła już oddech, błysnęła białkami.

– Zawołać Linnir?

– Nie! – Zwinęła się na ziemi w kłębek, zapłakując. Nikt na szczęście nie próbował się do niej zbliżyć.

– Irutt?

– Nie… – jęknęła.

– Mozz, naprawdę wszyscy wrócili już do swoich ciał, oprócz Rosity… – odezwała się Arnee: – Przysięgam na mamy.

Co z tego? Skoro nie jest w stanie w nic wierzyć. Zebrała się znów w sobie, wstając na nogi.

– Już mi przeszło… – wydukała, choć wcale jej nie przeszło, widziała oczami wyobraźni różne wymyślne tortury, które cała trójka przed nią mogłaby jej zafundować.

“H-Hexe…?”

“Mozzran? O co chodzi?” Hexe odpowiedziała niemal natychmiast, nie kryjąc zdziwienia.

“Nie podmienili cię, prawda?”

“Co się znów dzieje?”

“Nic. Nie wiem… Boję się, mogłabyś przyjść?”

“To pokaż gdzie jesteś.”

Widziały jej świecący róg, ale żadna nie odezwała się ani słowem.

– Chciałabym odwiedzić Kometę, ale boję się iść tam sama – przerwała krótką chwilę ciszy Eepli.

– Nic ci nie zrobi – stwierdziła Arnee.

– Boję się samej drogi, odprowadziłybyście mnie?

Mozzran miała wrażenie że mówią tak o tym by podkreślić że dokładnie wiedzą co teraz sama przeżywa, przeszły jej dreszcze po grzbiecie.

– Ja chętnie nawet odwiedzę Kometę – zaoferowała Arnee: – Może znów mają próbę z Forsycją.

– Jaką próbę? – spytała Mozzran.

– Śpiewu, chcesz spróbować?

– Nie. – Co jeśli to jakiś rodzaj tortury? Dlaczego nie została w kryjówce? 

– Śpiewu? Nigdy nie słyszałam go na żywo – zaskoczył ją głos Hexe, która zatrzymała się obok niej. Mozzran nie spodziewała się jej tu tak szybko. Zauważyła że wcale nie czuje się lepiej w jej pobliżu, już przy nikim nie mogła poczuć się bezpiecznie? Dlaczego właściwie pomyślała że może czuć się bezpiecznie przy praktycznie obcej dla niej osobie?

– Mozz, może jednak pójdziesz z nami? Spodoba ci się. – Arnee popatrzyła na nią z nadzieją, tymi identycznymi jak u Kettui oczami.

– Skoro ty tak mówisz to na pewno mi się nie spodoba. – Mozzran cofnęła uszy, mlasnęła, nie potrafiąc powstrzymać tego odruchu. Po chwili mlasnęła znowu.

– Idziecie do tej oszustki? – wtrąciła Hexe.

– Masz na myśli Kometę? – zapytała Arnee.

– Duszę nie wracają po śmierci. Znikają – powiedziała z pełnym przekonaniem: – Czułam to nie raz.

– Widzisz duchy? – Arnee niemal krzyknęła z ekscytacji.

– Nie. A ty je widzisz?

– Niestety nie… Ale gdyby Blakie była w pełni mocy to może bym je widziała? A dusza Komety naprawdę jest w ciele Echo, Blakie coś zrobiła jak byłyśmy jeszcze osobno dzięki czemu Kometa teraz potrafi wracać.

– Mozz, pamiętasz jak Burza opowiadała o występach pegazów? Śpiew to coś podobnego, to też występ, ale inny – wyjaśniła nagle Arnee, patrząc siostrze w oczy.

Czy ona czyta mi w myślach? – przeszył lęk Mozzran.

– To co, idziesz z nami?

– Muszę, prawda?

– Nie, dlaczego? 

– To rozrywka, może ci się spodoba? – dodała Hexe.

Mozzran pokręciła głową: – Wracam do mam. – Tak naprawdę nie zamierzała, chciała jedynie zaszyć się w swojej kryjówce, odpocząć.

– Szkoda… – Arnee opadły uszy.

– Możemy zostać tutaj jeszcze trochę – dodała Eepli.

– Nie, jestem zmęczona – Mozzran ruszyła w swoją stronę, Faith poszła jej śladem: – Ty nie, zostań tu. – Zatrzymała od razu kłykę, wymierzając w nią róg, Faith wycofała się z głową i resztą ciała blisko ziemi. Reszta je obserwowała. Mozzran ledwie powstrzymała się od biegu.

“Mam iść z tobą?” spytała jej Hexe, powodując jeszcze gwałtowniejsze bicie serca.

“Nie…”

W swojej jaskini znów zwinęła się w kłębek, zalewając się łzami, na tyle głośno że zajrzała do niej Linnir.

– Zostaw mnie! – krzyknęła Mozzran.

– Jesteśmy z mamą obok, gdybyś chciała przyjść – Linnir wyszła. Mozzran zapłakała gwałtowniej, z jednej strony wolałaby by mama nalegała, z drugiej to na pewno by ją przeraziło jeszcze bardziej.


~*~


Czy to jest śpiew? Głos Forsycji był na tyle potężny że słyszała go już z daleka, wyszła tak naprawdę by tu jednak przyjść, a jeśli miało okazać się to zbyt trudne to chociaż zamierzała pójść napić się wody. Położyła się niedaleko Eepli, cała spięta.

Kometa tak dobrze bawiła się z Forsycją że nawet nie zauważyły jej przybycia i odciągnęły od niej uwagę jej najstarszej siostry. Arnee dołączyła do kuzynki i ciotki. Ani Hexe, ani Faith tu nie było. 

Ich wygłupy były tak chaotyczne że trudno było nazwać to tańcem, choć Forsycja usilnie próbowała nadać temu więcej sensu, śpiewały obie, radosną piosenkę, a Arnee próbowała śpiewać razem z nimi, ale nie znała słów i tylko im tam przeszkadzała. Mozzran zastanawiała się jakie to uczucie? Czy sama potrafiłaby tak manipulować głosem? 

Patrząc na Kometę i Forsycje wydawało się to wyjątkowo proste, Mozzran nie potrafiła wyłapać drobnego fałszu w ich śpiewie, za to denerwował ją ich śmiech i Arnee, która wyraźnie nie pasowała do ich występu, a jej śmiech był wyjątkowo nieznośny dla Mozzran, mimo że miał te same radosne tony co Forsycji i Komety.

– Teraz ja, sama – Forsycja, jak tylko skończyły, popchnęła Kometę i Arnee ku Eepli i Mozzran, porywając nagle pelerynę Eepli samą łapą, czego nikt nie mógł się spodziewać, bo nikt nie używał kończyn w ten sposób.

– Nie. – Eepli próbowała złapać materiał ogonem, ale poleciał już daleko, a Forsycja zrobiła mały obrót i zaczęła już śpiewać, puszczając Eepli oczko.

– Pokazałam jej jak wyglądasz, we wspomnieniach – szepnęła Arnee, opierając głowę o siostrę.

Występ Forsycji był dokładnie przemyślany, dopracowała każdy ruch i słowo. Przechadzała się po polanie jak po scenie. Jej głos niósł się daleko przy mocniejszych tonach, w pewnym momencie wskazała na słuchającą ją resztę i Kometa wraz z Arnee dołączyły jako mały chórek, jakby same też to z Forsycją już ćwiczyły. 

– Co sądzicie? – Forsycja spojrzała na Eepli i Mozzran, na sam koniec występu: – Tylko szczerze.

Mozzran schowała pod sobą przednie nogi.

– Wyszło genialnie – powiedziała Arnee.

– Wiadomo że ty i mama, będziecie mnie wychwalać, ale co wy o tym myślicie? Mozzran, Eepli?

– Mozzran! – wykrzyknęła radośnie Arnee, Eepli teraz też na nią patrzyła.

– Co? Przyszłam zobaczyć co was tak ekscytuje. – Serce znów jej dudniło. A brzuch zabolał na samą myśl o trujących jagodach, od których tym razem wolała trzymać się z daleka.

– I co o tym myślisz? – spytała ponownie Forsycja.

– Nie znam się na tym – przyznała Mozzran.

– Ech, a ty Eepli?

– Ja? – Eepli próbowała okryć się własnym ogonem, zwłaszcza zasłaniała pysk.

– Nie musicie się znać, pytam czy wam się podobało? – Forsycja podeszła bliżej nich. Mozzran przełknęła ślinę, była ogromna, a jej dziób i ostre pazury służyły przecież do rozrywania mięsa.

Kometa oparła skrzydło o Eepli, uśmiechając się do niej.

– Tak – odpowiedziała Eepli.

– Nie wiem, śpiewaj coś jeszcze – powiedziała Mozzran, byleby Forsycja znalazła się dalej od niej.

– Potrzebuje opini, co byście poprawiły w tej?

– Nic, wszystko w niej do siebie pasuje, razem układa się w harmonijną całość – powiedziała Eepli.

– Naprawdę? Zawsze jest co poprawić.

– Forsi, poprawiałaś ją tyle razy że wątpie by potrzebowała kolejnych poprawek, jest idealna – dodała Kometa: – W każdym najdrobniejszym szczególe.

– Ale masz zmartwienia – skomentowała Mozzran. A gdy zapadła cisza, błysnęła białkami, unosząc gwałtownie głową, z wzrokiem utkniętym na Forsycji.

– Oczywiście, jeśli coś robić to tylko najlepiej – powiedziała kłykogryfica: – Coś mi w niej nie pasuje, nikt z was mi nie doradzi?

– Forsi, to naprawdę udana piosenka – odpowiedziała Kometa.

– Śpiewasz coś jeszcze? – dodała Mozzran. W końcu nie przyszła tu by rozmawiać.

– Eepli, spróbujesz ze mną zaśpiewać? Szukam głosu, który pasowałby do mojej innej piosenki – zaproponowała Forsycja.

– Żartujesz ze mnie? – spytała szczerze Eepli.

– Mówię poważnie. – Forsycja oparła łapę o jej łopatkę, dorównywała jej wzrostem: – Mała próba, w jakimś ustronnym miejscu, jeśli wstydzisz się zaśpiewać przy reszcie.

– Zgódź się – dodała Kometa: –  Może być całkiem zabawnie i chętnie pośpiewam z wami. Nikogo nie musi być w pobliżu, jeśli nie chcesz, naprawdę. Żadnych świadków.

– Mozzran, może ty dasz łatwiej się namówić? Twój głos też chętnie bym posłuchała. – Forsycja stanęła przed nią, a jej dziób odbił parę promieni słońca, podkreślających jego ostry czubek. Zamiast w końcu się oddalić, znalazła się przy niej jeszcze bliżej.

– Nie – Mozzran popatrzyła na nią spłoszona, starając się to ukryć, ale lekkie wzdrygnięcia ją zdradzały: – Nawet jakbym spróbowała, to i tak nie będę śpiewać tak jak ty przy wszystkich.

– Czyli chcesz spróbować?

– Nie… Nie. Śpiewasz dalej? Bo się spieszę – Oczy zaszły jej mgłą, mrugała, na chwilę ją odcięło, a gdy się otrząsnęła Forsycja śpiewała już kolejną piosenkę. Mozzran miała wrażenie że nie wstanie już z ziemi, jej ciało zrobiło się nagle zbyt ciężkie, a co jeśli ma atak? Wzdrygnęła się na dotyk ogona siostry.

– Wszystko dobrze? – spytała Eepli.

– Wiesz że nie, już nigdy nie będzie… – mruknęła Mozzran. Zrobiło się zimniej, trzęsła się nie wiedząc czy właśnie dlatego czy z lęku. Robiło jej się niedobrze.

– Poczułaś gorzej? – Arnee nagle znalazła się przy niej tak momentalnie że krzyknęła: – Mozz…

– Nie strasz mnie… Przestańcie…

– Mozzran, ale ja cię nie straszę, przecież mnie widziałaś, nie widziałaś? Źle się czujesz? – Przyłożyła do jej boku racice. Zamilkła na dość długo.

– Co jej jest? – spytała z niepokojem Eepli.

– To skutki trucizny, musisz odpocząć Mozz, dam ci coś na wzmocnienie.

– Ty nie.

– Czyli mama.

– Nie, sama…

– A dasz radę tam dojść?

– Nie pozwolę ci mnie truć… Nie… – Było jej coraz słabiej, czy teraz umrze, mimo tylu dni męczarni? Forsycja skończyła śpiewać, podeszła do Mozzran wraz z Kometą.

– Przedawkowała szaleńców? – zgadywała Forscyja.

– Co? – zapytała rozbawionym głosem Arnee.

– Mama była właśnie od nich uzależniona.

– Niczego nie brałam! – krzyknęła Mozzran, nie chciała by obca wiedziała że próbowała się otruć.

– Niedawno chorowała, ale to nic takiego, chwilowe osłabienie – stwierdziła Arnee: – Nic jej nie będzie.

– Oczy jej się szklą jakby jednak coś brała – upierała się Forsycja.

Mozzran poderwała się, gniew dodał jej sił.

– Jak możecie tak się bawić i cieszyć po tym co się stało? – zapytała.

– Nie rozumiem. – Kometa zastrzygła uszami.

– Rosita nie żyje, a ty się bawisz?

– A co ona cię obchodzi? – Kometa położyła uszy i przez chwilę nawet spojrzała na nią wrogo, Mozzran otworzyła szerzej oczy, kompletnie nie spodziewając się takiej reakcji.

– Ciociu! – Arnee spojrzała na nią zaskoczona.

 – Przepraszam! Czasem Echo jeszcze… Znaczy… Czasem zachowuje się jak ona, chodzi o to że… Nie bardzo pamiętam Sze… Rosite i… Po prostu nie chciałam zawieść Forsycji, a śpiew jej pomaga i ogółem zabawa nam pomaga sobie z tym poradzić, także… Mówisz że nie powinnyśmy? Ale czy Rosita nie chciałaby… Właściwie to nie wiem co by…

– Ja nawet jej nie znałam – przerwała jej Forsycja: – Kiedy umarła?

Mozzran zdążyła się już wycofać o parę kroków.

– Teraz czuje się podle… – przyznała Kometa. Możliwe że Hexe ma rację i Echo jest oszustką, a nie nowym ciałem Komety, tylko udaje.

– Myślę że Rosita nie miałaby nic przeciwko – wtrąciła Eepli: – Mieliśmy bardzo dużo smutnych dni.

– Tak… To prawda.

– O co chodzi? – spytała Forsycja.

– Nie miałaś okazji jej poznać, bo… – Kometa uroniła łzy: – Chyba jednak trochę, trochę bardziej ją pamiętam niż… Nie. Rosita…

– No i co narobiłaś? – Forsycja szturchnęła Mozzran jednym ze szponów, nie robiąc jej przy tym krzywdy.

– Zostaw mnie! – krzyknęła panicznie Mozzran. Wzięła głębszy wdech, mlasnęła nerwowo. Po co w ogóle tu przychodziła? 

– Musiałaś wszystko popsuć?

– Forsi… Właściwie to… – zaczęła Kometa.

– Idź stąd.

– Forsycja!

– Pójdę i więcej nie usłyszysz ode mnie żadnych opinii – obiecała Mozzran, zwijając ogon.

– Ja nie psuje nastroju twoim mamą. Wiesz jak trudno ją potem uspokoić?

– A kto nie chciał jeść? I kto musiał cię do tego przekonywać? Moje mamy.

– Przestańcie! Mozzran zadała słuszne pytanie… Bo czy powinnyśmy się teraz bawić? Czy może…? – Kometa urwała.

– Powspominamy ją? – zaproponowała Eepli: – Nie znałam jej dobrze, ale była dla mnie miła. Irutt często wspomina swoich bliskich, których już z nami nie ma, wiele dowiedziałam się o nich z jej historii i pokazała mi parę wspomnień.

– To… Świetny pomysł, Eepli.

– Tak! – zgodziła się Arnee: – Mozz, ja też pokażę ci parę… Mozz?

Mozzran już była w drodzę do kryjówki, Arnee dogoniła ją akurat gdy dotarła do głównego wejścia.

– Idź do nich, niepotrzebnie się odzywałam, nie wiem co mnie podkusiło by tam przyjść…

Czy ja naprawdę rozmawiam o tym z Arnee? – pomyślała Mozzran. 

– No, ja też nie chcę czuć bólu i wolę tak jak Kometa ulżyć sobie zabawą, bo co to da że będziemy to przeżywać?

Ten temat miał odwrócić uwagę od niej, ale teraz sprawił że sama zaczęła się nad nim zastanawiać.

– Nie chciałabym by wszyscy o mnie zapomnieli jakbym umarła…

– Ja nigdy nie zapomnę, a nawet nie pozwolę ci umrzeć. Nigdy. Chodź powspominać z nami, Forsycja nie będzie się długo gniewać.

– Myślisz że przejmuje się Forsycją? 

– Nie.

– Tak. Mogłaby mnie zjeść.

Arnee parsknęła śmiechem, szybko go urywając: – Przepraszam.

– Ciebie też, ale tobie by się nic nie stało.

– Nie pozwolę cię zjeść! Poza tym Forsycja prędzej umarłaby z głodu niż cię choćby skubnęła.

– Mogę już odpocząć, czy znów będziecie mnie zatrzymywały? Sama.

Arnee skinęła jej łebkiem, odprowadzając ją do środka wzrokiem. Dlaczego w ogóle miałaby wspominać Rosite? Nie miały ze sobą kompletnie nic wspólnego.


~*~


Mozzran zastała Linnir z Noor na korytarzu, między nimi leżały zioła, które Mozzran widziała pierwszy raz. Obie rozmawiały. Noor musiała płakać chwilę wcześniej, miała mokrą sierść na policzkach.

– Zatrzymują produkcję mleka – powiedziała Linnir.

– Nie.

Mozzran zatrzymała się niedaleko i tak nie dało się przejść bez przepychania obok nich. Zwłaszcza razem z Faith. Kłyka przyszła do niej w nocy, a teraz chciała ją odprowadzić do Eepli, nie była w stanie się nią jeszcze zajmować, może nigdy już nie będzie?

– Kometa go teraz karmi, a ty musisz wyzdrowieć.

– To nie choroba. Nadal chcę dawać dla niego mleko, albo mogłabym go też normalnie karmić. – Noor cofnęła uszy.

– Urojona ciąża jest chorobą, masz bóle, weź je, chcę ci pomóc.

– Chciałam go tylko zobaczyć.

– Nie wiem czy to dobry pomysł byś nadal to robiła, Reia mogą stresować twoje wizyty.

– Przecież żyjemy w jednym stadzie, nie chcę by na zawsze się mnie bał, chcę by mi wybaczył, nie mogłabym być jego ciotką jak ty? Linnir, proszę.

– Na razie nie mogę ci na to pozwolić.  Jest na to za mały.

Noor położyła się na ziemi.

– Noor, wiem że cierpisz, ale musimy pomyśleć o dobru źrebaka. – Linnir schyliła do niej głowę, dotykając pyskiem jej grzbietu. Zerknęła na córkę, która się wszystkiemu przysłuchiwała.

– Już długo nie miałam omamów… Postrach… Postrach może potwierdzić – wypłakała Noor: – Nie mogę go chociaż…? – głos jej się załamał.

– Twoje mleko jest dla niego za zimne. Nie mieliśmy wcześniej innego wyboru. Nadal możesz je oddawać, choć wolałabym byś wzięła te zioła.

– Pozwól mi chociaż go zobaczyć jak będzie spał, proszę.

Mama westchnęła: – Dobrze – Pomogła jej wstać: – Weź teraz zioła. 

Noor pokiwała jej głową, złapała je w pysk wchodząc do jednej z grot, ktoś tam spał, Mozzran słyszała aż stąd jego oddech. Sądząc po chrapaniu to musiał być Postrach.

– Nie weźmie ich – powiedziała Mozzran, zbliżając się do mamy.

– Rei pobędzie na razie z nami, proszę byś była dla niego łagodna.

– Przecież nadal ma ojca i dziadka, dlaczego ty musisz się wszystkim zajmować?

– Oboje są załamani, z Angusem jeszcze o tym nie rozmawiałam, ale wątpię by miał na to siłę.

– A jak nie to jest jeszcze Kometa, albo chociażby Postrach, mamo. Ma swoją rodzinę.

Weszły już do środka, Linnir wzięła po drodzę wodę. Faith niepewnie wkroczyła za nimi. Rei spał w objęciach Irutt.

– Mamo.

– Na razie my będziemy opiekować się Reiem, później zobaczymy – Linnir odstawiła niedaleko wodę, witając się z Irutt. Otarły się głowami, uważając przy tym na róg Irutt.

– Co się stało, Mozzran? – spytała Irutt, przywierając policzkiem do czoła Linnir.

– Dlaczego macie się zajmować obcym źrebakiem? Przecież jego rodzina żyje, oni nic nie zamierzają już robić?

– Postrach zajmuje się Noor, a Pedro i Angus nie jest w stanie.

Mamy skończyły wymieniać się czułościami.

– Jakoś mama była w stanie zająć się mną, nie zwalała na nikogo tego obowiązku. 

– Pomagali mi – przypomniała Linnir.

– Sami się narzucali, nigdy nie prosiłaś o pomoc.

– To też nie jest dobre, bo jej naprawdę potrzebowała – wtrąciła Irutt.

– Pójdziemy teraz na trening, a potem cię zastąpie – Linnir zwróciła się do Irutt. Obiecała trening Mozzran, która zupełnie o nim zapomniała. Niedawno wstała i zasnęła też późno, ale wolała o niczym nie uświadamiać mamy, czasem była zmęczona jej troską, nic jej się nie stanie po paru ćwiczeniach.


~*~


Na miejscu czekały na nie Cruzina i Celeste. Mozzran spojrzała zaniepokojona na mamę. 

– Wszyscy musimy się lepiej przygotować, by więcej nie doszło do tego co ostatnio – wyjaśniła jej Linnir. Faith pisnęła.

– Celeste nic ci nie zrobi. – Linnir obejrzała się na nią, próbującą się schować za Mozzran, nie mniej spiętą.

– Linnir, nadam się bardziej do patrolowania terenu z góry niż walki – oznajmiła Celeste.

– Nie będziemy na razie ćwiczyły walki.

– Znów zabawa błotem? – spytała Mozzran.

– Ktoś będzie do nas celował z ukrycia. Waszym zadaniem będzie nie zostać trafionym. Jeśli jednak tak się zdarzy to próbujcie dalej.

– Kto? – Mozzran błysnęła białkami. Cruzina spojrzała na Celeste zaniepokojona, ona jedna stała tu z poważną miną. Faith ukryła się za skrzydłami.

– Ktoś ze stada, nic wam nie grozi, to tylko ćwiczenia. Ja też będę w nich uczestniczyć.

Mozzran podążyła za wzrokiem mamy, którym prześledziła drzewa wokół. Ten ktoś nie mógł mieć skrzydeł, bo nawet nie zerknęła na niebo.

“Ty też?” spytała zdziwiona Cruzina.

– Ostatnio nie zdołałam nic zrobić i poprzednim razem tylko zostałam ranna, nie powinnam sobie odpuszczać treningów.

– Mamo, myślisz że o treningi tu chodzi? – Mozzran coraz bardziej nerwowo się rozglądała i nasłuchiwała. Kłyka nagle uciekła z piskiem.

– Faith! – krzyknęła za nią Mozzran. Linnir odskoczyła, a Mozzran rzuciła się na ziemię, smuga światła przeleciała nad nią i rozbiła się na pniu drzewa. Kolejna trafiła w Celeste, która tylko rozpostarła skrzydła, a następna musnęła nogę Cruziny podczas jej próby uniku.

Mozzran odskakiwała jak tylko zobaczyła błysk światła, rzucała się na ziemię, spanikowana że jeśli w nią trafi coś jej się stanie. To wcale nie musiał być tylko trening, przecież to nie jest niemożliwe by teraz podmienili wszystkich, mogliby to zrobić w każdej chwili i tym razem nikt by tego nie zauważył.

W pewnym momencie wpadła na mamę i światło rozbiło się na nich. Mozzran krzyknęła, czując delikatnie pieczenie.

– Mozzran, to tylko trening, poradzisz sobie – zwróciła się do niej Linnir. Bardziej bolała ją teraz łopatka którą uderzyła o mamę, niż zaatakowany światłem bok. Nie czuła na nim już nawet pieczenia. Linnir odskoczyła od kolejnego pocisku, który trafił w jej pysk.

– Dość! Mam dość! – krzyknęła Mozzran.

– Dobrze, zróbmy przerwę – Linnir poszła z nią na leśną polanę. Gdzie zresztą czekała na nich Faith, cała drżąca i schowana za skrzydłami. Cruzina i Celeste trenowały dalej. 

– Co się stało? – spytała Linnir.

– Kto to jest?

– Hexe.

– Nie podoba mi się to, może nas zabić.

– Panuje nad swoją magią. Jednorożce nie mają z tym problemu. Wszystko z nią omówiłam. 

– Dlaczego nas atakuje? Dlaczego nie powiedziałaś od razu kto? Czemu ma to służyć? 

– Mozzran, to trening, spokojnie. Zależało mi na elemencie zaskoczenia.

– Nienawidzę niespodzianek! – głos Mozzran zdradzał panikę: – Miałaś poćwiczyć ze mną jakieś ciosy.

– Zrobimy to jeszcze dzisiaj.

– Nie! – Była pewna że mama jej odmówi, chciała tak naprawdę jakoś uciec od wracania tam trenować, unikania świetlnych pocisków. Wszyscy wiedzieli przecież z jaką łatwością Hexe zabijała i to tą samą magią.

– Chodź tu, położymy się na chwilę i pooddychamy, Faith ty też – Linnir położyła się obok niej.

– Wracam do domu…  Nie chcę już dziś trenować.

– W porządku.

– Chodźmy, Faith. – Mozzran trąciła ją pyskiem, idąc pospiesznie powrotną drogą. Ostatnim razem Faith wykryła niebezpieczeństwo, ale czy to wciąż prawdziwa ona? Mozzran była już wykończona wiecznym zastanawianiem się nad tym. W mgnieniu oka dobiegły do kryjówki, wbiegając do samej groty. Mozzran stanęła jak wryta, nie było Reia, a mama leżała na swoim miejscu, jakby….

– Mamo! – krzyknęła rozpaczliwie Mozzran.

Irutt poderwała gwałtownie głowę. Zawijając ogon tam gdzie spał wcześniej mały.

– Mozzran?

– Myślałam już że nie oddychasz. – Serce Mozzran biło szybko.

– Córeczko, tylko spałam. – Wstała rozglądając się za małym: – Nie widziałaś Reia?

– Nie.

– Rei! – zawołała, wychodząc na korytarz, jej róg zaświecił. Mozzran pobiegła z nią, patrząc jak szuka źrebaka po grotach. Irutt zmieniła się w wilka.

– Mamo, Faith może… – Mozzran urwała, Irutt już wybiegła na zewnątrz.


[Pedro]


Poczułem zapach syna w lesie, zbyt świeży i nie pomieszany z żadnym innym. Uciekł im? Już biegnąc od razu miałem przeczucie gdzie jest, ruszyłem tam nie zajmując się chodzeniem za jego zapachem. Zobaczyłem go w pobliżu sępa.

– Rei! Wracaj tu! Natychmiast! – mogłem tylko krzyczeć i biec tam do niego i liczyć że zdążę. Mały skoczył ku Kettui, a ona bez wahania rzuciła się na niego. Jej oko błysnęło złowrogo.

– Zostaw go! – Zdążyła odlecieć, zanim ja dobiegłem, zostawiając źrebaka z rozciętą powieką i okiem. 

– Co ja ci mówiłem?! Chcesz bym już całkiem cię znienawidził?! – wrzasnąłem: – Co jest z tobą nie tak?!

– Tato…

– Nigdy nie będziesz…! – urwałem, to byłoby niewłaściwe, on nawet nie znał Keiry, nie wiedział że sęp uszkodzi mu oko, nie chciał oślepić się celowo by być Keirą, Pedro. Co z tobą nie tak? Powinieneś się zmartwić samym obrażeniem, przecież twojego syna: – Więcej tak nie zrobisz, jasne? – Nie byłem delikatny, tak roztrzęsiony jak teraz nie potrafiłem być, zatargałem małego, aż do Irutt, która biegła jego śladem w postaci wilka popchnąłem Reia ku niej: – Tak go pilnujesz?! 

– Co ty robisz? – Irutt wróciła do swojej postaci, tuląc już płaczącego Reia do siebie, patrzyła na mnie wyraźnie zaskoczona: – Oszalałeś?

– Niewiele brakowało, a widziałbym jeszcze jak sęp go rozszarpuje! Mam dość! – Łzy wypłynęły mi z oczu: – Nie chcę mi się już żyć!

– Uspokój się! Tylko stresujesz Reia.

– Zabił ją! A teraz jeszcze się kaleczy?! Nie wytrzymam tego! Czy z każdym moim źrebakiem musi być coś nie tak?

– Idź się uspokoić. Zostawiłam ci zioła w twojej grocie, a jak już je zjadłeś to wiesz gdzie znaleźć kolejne – odpowiedziała nerwowo, zwijając ogon, założe się że chętnie by na mnie nawrzeczała, może i powinna.

Minąłem w biegu Mozzran, która odskoczyła ode mnie. Chyba oszaleje z całej tej rozpaczy. Rosita musi wrócić, jak Kometa, wątpiłem w to, ale to jest możliwe, muszę tylko poczekać, albo spróbować ją znaleźć. Co się z tobą dzieje, Pedro? Rei to twój syn, a nie mogę już na niego patrzeć. Chciałem tylko odzyskać Keire, nie chciałem żadnego innego źrebaka.


[Mozzran]


Rei dusił się, tak mocny był jego płacz, Irutt zaniosła go pospiesznie do środka, tam oczyściła jego ranę, pomagając sobie magią Beerha, podała mu z jej pomocą jakieś zioła. To było teraz najważniejsze. Zakryła jego zranione oko opatrunkami, które dość szybko przesiąkły krwią i łzami. Mozzran stała i patrzyła, zgubiła gdzieś po drodzę Faith, która uciekła przez to wszystko. Mozzran zresztą nadal się trzęsła.

– Już dobrze, maleńki – Irutt otoczyła Reia sobą, tuląc go do siebie. Mozzran poczuła ukłucie zazdrości, mogłaby to mieć w wieku Reia, gdyby tylko Kettui nie kontrolowała Irutt, a Irutt nie pozbawiona własnej woli – jak to wydarzyło się w jej marzeniach – uciekła z nią daleko. 

Reia bardziej stłumiły niż wyciszyły zioła, zasypiał już.

– Mamo, o co chodziło Pedro? – spytała Mozzran. W tej samej chwili wróciła Linnir, z Arnee, Eepli, a nawet Cruziną i Angusem, zrobiło się o wiele za ciasno. W korytarzu była jeszcze Kometa i wcisnęła się tu Forsycja, zmuszona czołgać się po ziemi.

– Właśnie zasnął – powiedziała Irutt.

– To prawda że sęp uszkodził oko? – zapytał Angus, dostając się do źrebaka: – Co z nim?


~*~


[Pedro]


– Pedro. –  Linnir zatrzymała się w wejściu do mojej groty, próbowałem zasnąć, ale nawet zioła mi w tym tym razem nie pomogły, jej głos zabrzmiał dość surowo: – Nie tylko ty sam jeden cierpisz, twój syn też. Ciągnie się to już od jego narodzin.

– Przyszłaś na mnie narzekać?

– A czy to coś da?

– Wiem co zrobiłem, po prostu nie mogę tego znieść, nie wszyscy są tak wytrzymali jak ty. Przeproś ode mnie Irutt, nie powinienem was o nic obwiniać, mi też przecież Rei uciekł. Głupi go nie dopilnowałem, tak naprawdę to przecież moja wina. 

– Tęskni za swoim tatą.

– Naprawdę nie mogę, jestem do niczego, będę tylko na niego wrzeszczał.

– Nie każe ci się nim zajmować, ale mógłbyś spędzić z nim trochę czasu, wytłumaczyć mu co czujesz. Jesteś jego ojcem. Każde źrebię pragnie akceptacji swoich rodziców.

– Powiem ci coś. Najwyżej wyjdę na jeszcze gorszego, nie obchodzi mnie to już. Chciałem by Rosita urodziła Kei, byłem wręcz pewien że to się stanie, straciliśmy Blakie, to mnie dobiło, a potem urodził się Rei, nikt nie wiedział, oprócz Rosity, bo ona to czuła, że byłem zawiedziony. – Popłakałem się, mówiąc dalej przez łzy: – Obiecała mi nawet że spróbujemy znowu… I oboje staraliśmy się go pokochać, to nie było trudne, Ros przejmowała się swoim wyglądem, ale myślę że kochała małego od początku. Gdyby tylko tu była, lepiej rozumiałaby Reia.

– Rei nie pojawił się znikąd…

– Nie musisz mi mówić – przerwałem jej dobrze wiedząc o co jej chodzi.

– Powiedz mi czy ty w ogóle planujesz się nim zajmować, czy go już nie chcesz? Nie ma sensu by bardziej cierpiał.

– Nie mam wyboru.

– Masz, nikt nie będzie cię oceniał. Liczy się tylko dobro źrebaka.

– Póki co nie jestem w najlepszym stanie, sama mówiłaś bym dał sobie czas.

– I podtrzymuje to, ale muszę wiedzieć co dalej z Reiem, chcę tylko odpowiedzi.

– Nie powiem ci teraz, nie mam pojęcia nawet co ze sobą zrobić.


~*~


[Irutt]


– Rei zobacz – Kometa podsunęła mu kawałek bursztynu, który dostał od Arnee: – O, spójrz jakie fajne – Potem przysunęła do niego też parę figurek od Eepli. Reia otaczało mnóstwo prezentów, ale żaden nie wzbudzał jego zainteresowania. Kometę też ignorował.

– Próbowałyśmy już – przyznałam.

– To może… – Obróciła go na grzbiet, natychmiast okrył się nogami i wcisnął ogon w zad.

– Nie! – Dotknęłam jej klatki piersiowej ogonem. Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Chciałam się z nim powygłupiać…

– Arnee już próbowała się z nim bawić, reaguje płaczem, nie możemy go do tego zmuszać.

Mały obrócił się z powrotem na brzuch. Kometa zatrzymała na dłużej na mnie spojrzenie obcych, bursztynowych tęczówek.

– Przykro mi z powodu… Arneba.

Spuściłam wzrok, nie potrafiąc teraz patrzeć jej w oczy, zwinęłam ciasno ogon wokół swojej tylnej nogi.

– Wybacz, nie chciałam sprawiać ci przykrości…

– Wiem…

– Rei, może zjesz teraz? Co? – Kometa trąciła go w bok, spojrzał na nią spode łba, po czym odwrócił głowę. Nie chciał jej mleka, ani wczoraj, ani dziś: – Musisz być strasznie głodny… Prawda? – Zbliżyła do niego głowę. Odwrócił się od niej: – Rei… – mruknęła zmartwiona.

– Musimy nakarmić go na siłę.

Kometa spojrzała na mnie, strzygąc niespokojnie uszami.

– Przyniosę pojemnik – dodałam.

– Pojemnik? Chcesz… Bardzo to nieprzyjemne?

– Nie mam pojęcia, musisz zapytać Noor – powiedziałam już przy progu groty.


~*~


Gdy Kometa wyszła, przytrzymałam ogonem głowę Reia, powoli karmiąc go mlekiem Komety zebranego do pojemnika. Nie protestował już, patrzył na ścianę z obojętnością. Po wszystkim przetarłam mu pyszczek, wstając na chwilę by odstawić pojemnik, położył się w swoim kącie, głową do ścian. Odkąd zranił go sęp nie chciał się ruszać. Do oczu napłynęły mi łzy, a gardło ścisnęło się boleśnie. Odchrząknęłam, niemal kaszląc.

– Przejdziesz się trochę, musisz nabrać sił, dopiero co nauczyłeś się chodzić. – Podniosłam go, nie zamierzał współpracować, poluźnił wszystkie mięśnie. Pomogłam sobie pyskiem by postawić jego kopyta płasko na ziemi. 

– Wyjdziemy na zewnątrz i z powrotem, wtedy dam ci już spokój. – Pociągnęłam go lekko, przesuwając po ziemi: – Rei, tylko kilka kroków, wiem że teraz wydaje ci się wszystko beznadziejne, ale to w końcu minie.

Zdawał się na mnie nie słuchać. Ostatnim razem kiedy go przytulałam nie płakał tylko przez to co się stało, w pewnym momencie próbował się wyswobodzić z mojego uścisku, nie zdobyłam się jeszcze na to by spróbować ponownie i prawdopodobnie nie zdobędę, tak bardzo przypominał mi to wszystko co przeżywał Arneb. Wyobrażenia tego co robiła mu Kettui, nigdy tego nie widziałam, ale mój umysł podsuwał tak żywe obrazy tego jak mógł cierpieć, jakbym była tego wszystkiego świadkiem.

Uroniłam łzy, nikt nigdy nie mógł go pocieszyć i obiecać że wszystko będzie dobrze, że Kettui już nigdy go nie dotknie.

– Irutt? – Linnir do nas zajrzała. Podeszłam do niej, opierając głowę na jej kłębie, nie mogąc powstrzymać łez.

– Naprawdę był szczęśliwy? Po tym co mu zrobiła? – ostatnie słowa wypowiedziałam z nienawiścią, nie raz chciałam torturować za to wszystko sępa, którym teraz była Kettui, ale wtedy czułabym się że ona wygrała, wzbudzając we mnie tą najmroczniejszą część osobowości.

– Taki się wydawał gdy go spotkaliśmy. – Objęła mnie: – Myślę też że był choć trochę z nami szczęśliwy.

Zerknęła na Reia, znów siedział w swoim kącie.

– Nakarmiłam go na siłę, a teraz próbowałam nakłonić go na krótki spacer – powiedziałam, starając się otrząsnąć z rozpaczy za synem.


[Kometa]


“Gotowe.” Cruzina się cofnęła, a ja obejrzałam się cała.

– Naprawdę zdumiewająco wspaniale ci wyszło. – Poobracałam się by móc zobaczyć każdy fragment sierści. Ivette akurat weszła do środka, potężnie ziewając. Przebiegły mi po grzbiecie ciarki na widok tych wszystkich kłów.

– Ivette! – Zastrzygłam uszami: – Bałam się że Celeste cię nie dobudzi. – Patrzyła na mnie tak jakoś… Obojętnie.

– To wszystko? – spytała.

– Nie cieszysz się? Jestem tu, żyje.

– Ciekawe na jak długo i przypomnij mi, jesteśmy razem czy nie? Zresztą kto byłby z kłyką.

– Ivette, zawsze musisz psuć nastrój, popatrz na mnie, pod tym moim kolorem kryła się zupełnie inna maść, to dzieło Cruziny.

– Cudownie – odparła z ironią.

Położyłam na moment uszy, kręcąc głową z uśmiechem na pysku: – Cieszę się i tak że cię widzę.

– Jak długo spałam?

– Z kilka miesięcy.

– Miesięcy? To dlaczego jesteś dorosła? O ile wiem tym razem nie prowadziłaś kolejnego życia podczas snu?

– To naprawdę długa historia, opowiem ci.


~*~


– Naprawdę, naprawdę sporo jej się urosło. – Zawróciłam, po raz któryś do Ivette, za bardzo jej się nie spieszyło by zobaczyć Forsycje: – O, spójrz, już ją widać.

Jej głowa wystawała z koron średniej wielkości drzew, powoli przerastała nawet Eepli. Właściwie już ją przerosła. Niedługo będzie chyba tak duża jak w pełni wyrośnięte drzewa. Sierść Ivette się uniosła.

– To jest twoja córka?

– Mówiłam ci że jest kłykogryfem. i że nie bardzo już się mieści w naszej kryjówce, a nie może przenikać przez sklepienie i ściany jak Eepli. Znaczy one nie rosną tak duże, chyba… Forsi jest wyjątkowa.

Wyszła z lasu przechylając kilka drzew po drodzę. Tanecznym krokiem, robiąc kilka obrotów, rozpościerała przy tym skrzydła i zbliżała je do ciała. Czułam lekkie drżenie ziemi.

– No, mamo, bo nie mam czasu – odezwała się z straszną chrypą, kaszląc przy tym.

– Forsycja, to właśnie Ivette, Ivette, Forsycja. Forsi, nie robiłaś sobie zbyt wiele przerw, prawda?

Machnęła łapą, odchrząknęła.

– Teraz ćwiczę układ…  – Zagrzmiało w jej żołądku. Cofnęłam uszy.

– Forsi… – ujęłam całą prośbę by coś zjadła w tonie swojego głosu, przechyliłam głowę.

– Przestaje mi się to podobać. – Przechyliła uszy.

– Śpiew? Wiesz gdybyś zrobiła sobie przerwę…

– Dobrze wiesz co, mamo. Arnee zaproponowała mi ostatnio bym ją jadła aż się najem. Uwierzysz w to, mamo?

– Och, to dość… Drastyczne. – Skrzywiłam się.

– Skoro działa, a ona nie czuje bólu i jej ciało się regeneruje, to w czym masz problem by to zrobić? – powiedziała do niej Ivette.

– W czym mam problem? – Forsi uniosła głowę, przechyliła się nieco na zad: – Zjadanie kogoś na żywca jest w porządku?

– Tak, bo to Arnee. Zresztą nie czuje bólu.

– Nie zrobię tego. – Stanęła znów prosto.

– Nie ważne. Wyobraź sobie że jesteś przywódczynią, jak ukarzesz swoich wrogów?

– Co to za pytanie? – Popatrzyłam na Ivette, przechylając głowę, z wyrazem małej dezorientacji.

– A co to ma do jedzenia mięsa? – zapytała Forsycja.

– Po prostu odpowiedz – Ivette położyła zirytowana uszy, przymrużając też oczy.

– Zamknę ich? 

Złagodniała nagle patrząc w oczy Forsycji: – Zabiłabyś w obronie bliskiej osoby?

– Nie wiem.

– Co sądzisz o używaniu siły?

– Nie lubię tego, ale czasami nie ma innych opcji, a jak dam się wyprowadzić z równowagi… Dlaczego mnie o to wszystko pytasz?

– Też nic z tego nie rozumiem – przyznałam.

– Co sądzisz o walce? O zabiciu kogoś w walce?

– Jeśli możesz wygrać bez tego, to po co? – Przebrała łapami.

– Dobrze, kończą ci się zapasy jedzenia, co z więźniami?

– Więźniami? Jedzą ostatni. Nie wiem, próbujesz mnie poznać?

– Co sądzisz o źrebiętach?

– Nie chce się z nimi bawić, traktuje poważnie te występy. Śpiewam wesołe piosenki tak i jestem wtedy radosna, ale to nadal część występu.

– Jak ci się kojarzy imię Serafina?

– Serafina? Dlaczego ją o to pytasz? – wtrąciłam: – Przecież… Nie mogła jej znać, prawda? – I dlaczego by miała? Kim Ivette myśli że Forsycja jest…?

– Myślisz że w moim ciele też się ktoś odrodził? – zapytała Forsycja: – Niemożliwe.

– Nie o to chodzi, powiedz mi tylko jak ci się kojarzy Serafina, a dam ci już spokój.

– Kim ty jesteś?

– Feniksem… – musiałam wreszcie to przyznać: – Jednym z dwójki. Chyba… Na pewno pamięta coś z poprzednich cyklów czego ja nie potrafię sobie przypomnieć.

– Więc, Forsycja? Nie odpowiesz mi na to pytanie? – nalegała Ivette.

– Dobrze, zróbmy tak. – Forsi trąciła ją szponem w klatkę piersiową: – Ja na nie odpowiem, a ty powiesz mi kim myślisz że jestem. Ty pierwsza.

– Selene. – Ivette mierzyła w jej oczy.

– Matką mojego taty?! – wykrzyknęłam, aż uniosłam się nieco na tylnych nogach: – Jak? Przecież… Nie, ty nie urodziłaś się nigdy wtedy, wy nie mogłyście się spotkać, jak… – Potrząsnęłam głową, strzygąc uszami: – Chyba że…

– Nie tą Selene – odpowiedziała z lekka zirytowanym głosem Ivette. 

– Więc jaką?

– Forsycja? Doczekam się odpowiedzi czy nie? – Popatrzyła w górę, na nią.

– Jest nijakie, z niczym mi się nie kojarzy – stwierdziła Forsycja, usiadła na ziemi.

– Ivette, jaką Selene? Dlaczego ktoś miałby się nazywać jak moja babcia? Chociaż… To może być przypadek, ale trochę dziwne gdyby był.

– Twoja córka.

– Co?! Naprawdę? – Przyjrzałam się lepiej Forsi, zdziwionej Forsi, aż uchyliła lekko dziób.

– To był jeden z dawniejszych cykli, byłyśmy siostrami i wychowywałyśmy się razem. W tamtej rzeczywistości nikt nie uratował Raisy, a Angus zabił Meike, sam przy tym ginąc, przed twoimi narodzinami. Miałaś problem z nogami i stado cię nie akceptowało jako następczyni z powodu tej wady, a ja nie przypasowałam mamie i koniecznie chciała nowego następce, co ją zabiło, bo zmarła w trakcie porodu. Zresztą dla niej każda ciąża kończyła się źle, a ja to po niej odziedziczyłam, więc nie spieszyło mi się do rodzenia źrebaków, ale stado było skazane na mnie, a ja potrzebowałam następcy.

– A… Czyli ja ci urodziłam następczyni?

– Tak. Selene jest całkiem podobna do samej siebie, jako pegaz byłaby by jeszcze bardziej podobna.

– A, wiesz… Byłyśmy… Tak jakby razem?

– Nie.

– Mamo, nie musicie tak zmyślać, przecież cię zaakceptowałam – wtrąciła Forsycja: – Chociaż za chwilę mogę zmienić zdanie.

Szturchnęłam ją swoim bokiem. Odepchnęła mnie lekko, zatrzymując łapę na moim grzbiecie.

– Obie macie wybujałą wyobraźnie.

– To i tak nie ma teraz żadnego znaczenia – stwierdziła Ivette: – Nie w tym cyklu, nie kiedy obie jesteśmy potworami.

– Potworami czy nie, zyskałam nowe umiejętności jako kłykogryf, jestem silniejsza, mam to. – Uniosła obie łapy, machnęła skrzydłami by utrzymać równowagę przez tą chwilę zanim postawiła je z powrotem na ziemi: – Nawet rozmiar, choć wolałabym być mniejsza, może mieć swoje zalety, jedyne co mi przeszkadza to to że muszę jeść mięso.


⬅ Poprzedni rozdział

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz