piątek, 19 grudnia 2025

:: Rozpad ::

[Kometa]


– Ciociu! Ciociu Kometo! 

Otworzyłam oczy… Dlaczego jest tak ciemno? Czy ja… Nie mogę oddychać. Zakasłałam i coś nasypało mi się do gardła. Nie mogę złapać powietrza, gdzie się podziało powietrze? Zaraz… Czy ona właśnie mnie wykopuje? Uniosłam skrzydła, wraz z tą lekką… Ziemią… Niebo, niebo płonie! Wyskoczyłam zrzucając z siebie. Piasek, cokolwiek to było. Tylko gdzie uciekać? Kiedy ogień jest wszędzie nad nami i… Nie czułam żadnego ciepła i nie było żadnego dymu, tylko jego blask odbijał się na nas, na piasku i w zielonych oczach Arnee, wpatrywała się we mnie taka spokojna, jakby to wszystko było całkowicie normalne.

– Niebo płonie! – krzyknęłam.

– No, trochę to już trwa…

– Przecież to niemożliwe! – Ruszyłam przed siebie niespokojnym kłusem. Czy ten piasek jest czarny? Zatrzymałam się momentalnie. Odbijały się na nim płomienie i sprawiały wrażenie jakby był granatowy, ale gdy padł na niego cień mojego skrzydła. Czarny piasek, ciągnął się we wszystkie strony, aż po horyzont, czy on w ogóle gdzieś się kończy?

– Gdzie są wszyscy? – Nie zostało nic, tylko góry piasku i płomieni na niebie. Ja i Arnee.

– Wyglądasz inaczej – stwierdziła. 

– Jak możesz być taka spokojna?! Tato! – Pobiegłam: – Mamo! Rosita! Pedro! Linnir? Ktokolwiek! Odezwijcie się! – Pobiegłam z powrotem, w którym kierunku w ogóle biec? Tak łatwo się zgubić, albo w ogóle odnaleźć. Gdzie my jesteśmy? To koniec świata?

– Gdzie oni są? Zniknęli? – Wszystko wyglądało tak samo, narobiłam wiele śladów. Biegłam tam i z powrotem. Kopałam w piasku. Trochę tam, trochę tu. Gdzie powinnam zacząć? Albo skończyć kopać? Czy w ogóle jest sens? Ale skoro sama utknęłam pod piaskiem to oni też mogli. Chwila… Nie mam już szponów, ani tych kopytoracic. Ani… Przejechałam językiem po zwyczajnych wargach i zwyczajnych siekaczach.

A Arnee…

– Gdzie się podziały twoje rany?

Popatrzyła po sobie.

– Szybko, pomóż mi kopać… Znaczy szukać… Cokolwiek. Czy my jeszcze żyjemy? 

– Ciociu, masz mnie. – Arnee złapała ogonem za moje skrzydło: – I nic złego się nie dzieje.

– Czy utknęłyśmy tu na zawsze, a może… Czy teraz tak jest wszędzie? Czy… Czy to Blakie rozciąga się na dosłownie całe niebo? Pamiętasz co się stało? – Trzepnęłam głową, a potem i całym ciałem, jak przebiegły mi dreszcze po grzbiecie.

– No. Ivette oderwała Blakie głowę – odpowiedziała, nie kryjąc radości. Wstrzymałam oddech, szerzej otwierając oczy, potem znów się otrzepałam.

– Jak możesz się z tego cieszyć?! Ivette naprawdę to zrobiła…?

Uszy Arnne opadły, spojrzała na mnie ze skruchą.

– Przepraszam… Po prostu cieszę się że mamie już nic nie grozi.

Skrzydła. Nadal je mam, mogę polecieć. Wzbiłam się do lotu. Coraz wyżej i wyżej, czy te płomienie są zimne? Jak? To muszą należeć do Blakie. Sytuacja wcale się nie zmieniła, nadal nie widziałam nikogo innego poza Arnee. Piasek naprawdę się nie kończy? Czy to rzeczywistość? Właściwie czuje, każdy swój ruch, czy duchy też to czują, opór powietrza skrzydłami i wszystko inne…? Nie pamiętam jak to było być duchem…


[Mozzran]


Mozzran wynurzyła się z piasku, wykasłując go z chrap i pyska, przecierając oczy i wargi ogonem. Wgramoliła się na czarno-granatową, miękką, sypką górę. Dookoła widząc tylko piasek na tle błękitnych płomieni pełniących teraz role nieba. Przetarła łzy, do jej oczu napływały kolejne.

– Mamo! Mamo! – Jej głos poniósł się daleko. Nikt się nie odezwał. Nawet Kettui przestała do niej mówić. Brodziła w piasku, pokonując kilka pagórków. Zobaczyła niebieskiego konia w dole.

– Linnir! – zawołała, puszczając się biegiem po łagodnym zboczu. Ten odcień niebieskiego był inny, zmyliły ją padające na obcą światła płomieni i nie miała peleryny. To nie była Linnir. Mozzran zaczęła zwalniać, ześlizgiwała się po piasku, aż całkiem się zatrzymała w połowie drogi. Obca już i tak ją zauważyła i sama do niej podeszła. Niebieska klacz, ciemniejsza od Linnir, z tak samo długą grzywą jak ona.

– Witaj, jelonku, zgubiłaś się? 

– Jestem jednorożcem. – Mozzran położyła uszy.

– Przepraszam, nigdy nie widziałam jednorożca. Jestem Chabra, wygląda na to że przeżyłyśmy koniec świata. – Chabra rozejrzała się dookoła: – Jak ci na imię?

– Mozzran.

– Piękne imię, kojarzy mi się z morzem, ma jakieś szczególne znaczenie?  – Uśmiechnęła się do niej, u Mozzran powodując tym tylko dyskomfort.

– Nie twoja sprawa. – Mozzran ruszyła w swoją stronę, mijając obcą szerokim łukiem, głowę trzymając nisko by w razie czego móc obronić się rogiem, nie spuszczała z niej oka. 

– Kim jest Linnir? Pomóc ci ją odszukać?

Szła dalej, oglądała się na Chabre czy przypadkiem za nią nie idzie.

– Jak chcesz, chociaż łatwiej byłoby nam przetrwać, jakbyśmy trzymały się razem – zawołała za nią Chabra: – Chociaż przez jakiś czas.

Mozzran zobaczyła jak za Chabrą wyłania się czarna postać i od razu zmieniła się w ogień. Mroczny koń zakradł się jeszcze bliżej, ledwie widoczny na tle czarnego piasku, wskoczył na Chabre, rozerwał jej grzbiet szponami, przewrócił ją i przycisnął do ziemi. 

– Mozzran! Pomocy! – Chabra szarpnęła się, próbując obrócić, wyrwać się mu, wbił już kły w jej szyję: – Proszę, pomóż mi!

Mozzran przez chwilę patrzyła jak rozszarpuje szyje obcej, szeroko otwartymi oczami. Rzuciła się do ucieczki, nadal będąc ogniem. Rozgrzany piasek podskakiwał pod jej racicami.

– Mozzran! Pomóż mi!

Biegła póki starczyło jej sił, ukryła się za jednym z kopców, zwinęła w kłębek, obsypała się piaskiem, zmieniając w skałę. Dzięki czemu całkowicie wtopiła się w tło. 


Śniła niespokojnie. O płomieniach Blakie wypełniających niebo, o tym że nie mogła dobiec do matek. Czyhającą wszędzie na nią Kettui, aż w końcu też o Chabrze.

– Dlaczego mi nie pomogłaś? – pytała jej niebieska klacz, leżąc wpół zjedzona wśród bordowego od krwi piasku.

– Jesteś obca, dlaczego miałabym?

– Bo mogłaś! On by ci nic nie zrobił, jak mógłby skrzywdzić ogień? Mogłaś mi pomóc, dlaczego tego nie zrobiłaś? Dlaczego, Mozzran? – nagle jej głos zabrzmiał jak głos Linnir. a ona sama wyglądała jak Linnir: – Zostawiłaś mnie na śmierć.

Mozzran przebudziła się w już swojej postaci. Z trudem łapiąc oddech. Ogień też da się skrzywdzić, zasypać go, zalać wodą. Zwinęła się w ciaśniejszy kłębek, nie mogąc porządnie zaczerpnąć powietrza. Znów się śliniła i nie chciała nawet sprawdzać co za chwilę się z nią stanie. Zmieniła się znów w skałę. I zaraz wróciła do swojej postaci, to uczucie przypominało jej tylko o paraliżu. 

– Mamo! – krzyknęła spanikowana: – Pomóż mi, mamo… – Rozejrzała się z łzami w oczach. Czy trafiła do miejsca gdzie spotka ją już tylko kara? Czy jest… Wewnątrz Blakie?

– Mamo!!!

– Mozzran. Skąd się tu wzięłaś? – Niedaleko, zaledwie kilka kroków od niej, Postrach zerwał się z ziemi. 

– Gdzie Linnir? Muszę do Linnir – błagała Mozzran, cała się trzęsąc.

– Chciałbym cię do niej zaprowadzić, no ale cóż, jesteś jedyną osobą na jaką natrafiłem. 

Próbowała w coś się zmienić, ale jej magia jakby utknęła w rogu i nie chciała się z niego wydostać. Też nie wiedziała w co, bo nawet skałę można ukruszyć. Postrach położył się bliżej niej.

– Tylko nie rób mi krzywdy, dobra? Nie zdziwiłbym się nawet. – Odsunął się nieco: – Dobra, tyle wsparcia mogę ci dać, musi ci wystarczyć że nie jesteś tu sama, jakoś to będzie. Reszta też się znajdzie.

Starła dygoczącym już ogonem ślinę, patrząc błagalnie na Postracha.

– Nie patrz tak na mnie, nie ma tu nic co by ci pomogło, mogę co najwyżej przesunąć się bliżej, jeśli obiecasz że mnie nie zaatakujesz.


[Rosita]


Niebieskie płomienie były wszędzie, tak jak i czarny piach, wciąż miałam przed oczami jak Ivette odgryzła Blakie głowę. Wszyscy mówili że Blakie to moja córka, że urodziłam ją przed tym życiem. Czułam jak ściska mnie w gardle. Język już zupełnie mi wysechł. Podniosłam wzrok, ku mnie szła prawdopodobnie kara klacz – płomienie odbijały się na niej zaburzając barwy, wszystkie one wchodziły w błękitne i granatowe odcienie – wyjątkowo znajoma, miała ciapki na pysku w tym samym położeniu co moja matka, jednak brakowało ich na uszach, jej tył nadal był prawdopodobnie jasnosiwy z kremowym ogonem, ale karę przednie nogi zasłaniała już ciemniejsza od nich, długa grzywa.

– Wyglądasz niemal jak dawniej, Rosita, nie licząc paraliżu lewej strony twojej głowy.

– To ty, mamo? – Cofnęłam ucho, nadal nie czułam połowy warg, przejechałam przez nie językiem, kompletnie wyschły.

– Tak, Rosita. Wygląda na to że zostałyśmy same.

– Co się stało?

– Wątpie by ktokolwiek prócz feniksów, prawdopodobnie też Komety, znał odpowiedź na to pytanie. Straciłam moc.

– Przykro mi… – Tak naprawdę nie wiem co czułam w tej chwili. Ona jak zwykle tylko obojętność.

– Niepotrzebnie, większość życia przeżyłam bez niej. 

– Więc… Co chciałaś ode mnie usłyszeć? 

– Musisz być teraz ostrożniejsza, trzymać się bliżej mnie, bo będę mogła cię obronić jedynie w bezpośredniej walce.

– Dlaczego miałabyś mnie bronić? – Spuściłam wzrok.

– Ponieważ nadal jestem twoją matką. To mój obowiązek.

– Myślisz że nie poradzę sobie sama?

– Nigdy nie przykładałaś się by nauczyć się dobrze walczyć, a twoje oczy nadal mogą cię oszukiwać. Najrozsądniej będzie jak skorzystasz z mojej pomocy.

– Ja nie chcę twojej pomocy! – krzyknęłam z łzami w oczach: – Czuję jak bardzo jestem… Jestem ci obojętna, przez całe życie byłam. – Popatrzyłam na nią, chłód w jej spojrzeniu bolał bardziej niż gdyby mnie uderzyła, popłynęły mi łzy: – Zostawiłaś mnie w najgorszym momencie mojego życia, wszystko spadło na tatę, zostawiłaś też jego. Zabiłaś Łunę, nie myśląc o tym co czuję, nadal czuję się winna że zginęła, mogłam jej przytakiwać i może dałaby mi spokój, a ty byś jej wtedy nie zabiła…

– Takie były zasady, doskonale je znała, niepotrzebnie winisz się za jej śmierć, Rosita.

– Wolę umrzeć niż polegać na tobie. – Po tych słowach poczułam coś innego niż jej obojętność, szybko to stłumiła, przeszła obok mnie, na moment zbliżając pysk do swojej klatki piersiowej jakby ją tam zabolało.

– Mamo? 

Nie zatrzymywała się.

– Mamo, zaczekaj… – Pobiegłam do niej, rozsypując kopytami piach: – Co ci jest?

– Z pewnością nie zasługuje na twoją troskę. – Jej spojrzenie na mnie było przelotne, skupiła wzrok na drodze. Trzymałam się jej boku, podążając za nią w milczeniu.


[Cruzina]


“Burza…” Utknęłam pod nią, czułam na własnym grzbiecie jak jej klatka piersiowa pracuje z każdym oddechem, miałam wolną tylko głowę i ogon, wyciągnęłam go trącając ją nim w bok, coraz to szybciej i natarczywiej, ledwie sama mogłam oddychać. “Burza, śpisz? Leżysz na mnie… Burza. Proszę.”

Czy ona umiera? A może obie tu umrzemy? Co jeśli już nigdy się nie obudzi? Umrę tu z głodu i pragnienia, jeśli szybciej się nie uduszę. Była za ciężka, nie mogłam się ruszyć. “Pomocy… Pomocy!”

Ktoś ją przesunął.

“Angus…?” Jakbym zobaczyła ducha, on żył. Słyszałam o nim, słyszałam że opiekował się Rositą, ale dopiero teraz mogłam go zobaczyć z bliska.

– Złap się mocno. – Pochylił głowę, chywtajac mojej grzywy, ja oparłam o jego szyje pysk i przytrzymałam się go ogonem: – I do góry. – Pociągnął, pomagając mi wspiąć się po stromym, sypiącym się spod moich racic piasku. Nogi się pode mną ugięły na widok niebieskiego ognia, zajął całe niebo. Mam omamy…

“Myślałam że tam umrę, dziękuje…” Objęłam go, ledwie musnęłam głową jego bok i szybko się wycofałam, wątpię by mnie pamiętał. “Co z Burzą?” Popatrzyłam na nią, jak gdyby nic obróciła się na drugi bok. Dotknęłam ogonem gardła, przejechałam po jego metalowej części, spuszczając wzrok na tkwiący w mojej klatce piersiowej pomarańczowy kryształ. Sprawdziłam jeszcze czy mam zęby z metalu, które podarowała mi Irutt, przed samą wyprawą do stada Komety.

Myślałam że Blakie za mną nie przepada. Tak jak ja za nią. Że wybierze mnie w pierwszej kolejności do pochłonięcia. A może…

“Czy Blakie… Nas pochłonęła?” Popatrzyłam w płonące niebo.

Burza ziewnęła, przeciągając się, zamrugała, mlasnęła, patrząc po nas zmieszana: – Coś przegapiłam?

– Koniec świata – odpowiedział Angus: – Przynajmniej tak to wygląda – Spojrzał w górę, jakby widział to samo co ja.

“Niebo naprawdę płonie?” wydusiłam jakbym mówiła swoim własnym głosem, a nie poprzez magię.

– Nie, koniec świata akurat widziałam. Zagłada znów się popisywała, te płomienie to iluzja, ale póki jesteście ze mną, nic wam nie grozi, przyjaciele – Burza przysunęła nas oboje do siebie skrzydłami: – Mam już plan.

“Widziałam jak… Jak Ivette…” starałam się opanować, trzęsłam się i moja magia na to odpowiednio reagowała, zaburzając przekaz: “Zjadła jej głowę.”

– Zagłady? Bardzo dobrze.

– Głowę Blakie – powiedział Angus.

– Nie, to tylko iluzja Zagłady.

“To nie… była i nie jest iluzja.” – Dotknęłam klatki piersiowej ogonem, miejsca zadrapań, powstrzymując się by jeszcze bardziej ich nie podrażnić. Uczucie odrealnienia, ale i bycia w rzeczywistości było tak silne że to nie mógł być też, a jednocześnie mógł być sen.

– Nie dziwie się że uwierzyliście, była bardzo przekonująca. To też iluzja. – Burza kopnęła w piasek, zakasłaliśmy razem z nią, gdy granatowy kurz wzbił się w powietrze.

“Burza żyje w swoim własnym świecie…” pokierowałam słowa magią wyłącznie do Angusa, skinął mi głową ze zrozumieniem. 

– To zwykły piasek, a pod spodem jest trawa. – Zaczęła kopać, odsunęliśmy się: – Ciekawe tylko gdzie ukryła coś bardziej smakowitego. Ble, trawa… Aż skręca mnie w żołądku. – Wystawiła język krzywiąc się z niesmakiem: – Ale wam posmakuje. W zamian pomożecie znaleźć mi coś lepszego. 

Burza wykopała całkiem spory dołek, cała już się w nim mieściła i kopała dalej. 

– Pomoglibyście swojej półbogini, a nie tak stoicie.

– Tam nie ma trawy, wszędzie jest tylko piasek – powiedział ktoś z tyłu. 

“Irutt.” Odwróciłam się do niej: “To Blakie, prawda? Znów to zrobiła. Tylko dlaczego tym razem jest piasek zamiast popiołu? I co się stało z niebem?”

– Tego nie wiem…

Na jej ciele nie było już żadnego odłamka fioletowego kryształu.

“Kettui może ją kontrolować” ostrzegłam Angusa i Burze, niestety mój róg zaświecił przy tym. Ona się domyśli.

– Cruzina, nie czuje już zielonego kryształu w sobie. Szukamy Mozzran, ja i Linnir, obudziłyśmy się razem, ale niedawno się rozdzieliłyśmy.

Albo ją zabiła… Nie potrafię rozpoznać czy mówi przez nią moja okrutna siostra czy to naprawdę Irutt. Zaczęłam szybciej oddychać i nie mogłam się uspokoić.

– Cruzina, nie mogę na razie pozwolić byście zablokowali mi magię, muszę znaleźć córkę, widzieliście ją? – Złapała ogonem za swoją tylną nogę, owijając go o nią dokładnie i rozwijając.

– Niestety nie, gdybyś widziała moje córki, daj znać – odpowiedział Angus.

– Tak zrobię. – Zmieniła się w jaskółkę, odlatując. Burza wylądowała obok mnie, cała czarna od piasku.

– Dobra, akurat w tym miejscu nie ma trawy, przyznaje ci rację… – Burza rozejrzała się dookoła, obracając wzdłuż własnej osi: – Gdzie ona jest?

– Już odleciała – odpowiedział Angus. Odetchnęłam, kładąc się na ziemię.

– Wszystko dobrze? – Angus schylił się nade mną.

“Teraz już tak… Bałam się że Kettui naprawde ją kontroluje.”

– Nie znam tak dobrze Blakie jak wy, ale wątpię by Kettui wyszła z tego cało.


[Postrach]


– Niemądry źrebak – powiedział sam do siebie Postrach, mimo że Mozzran powinna uchodzić już za młodą dorosłą to jedna nie potrafił jej tak traktować. Mozzran zniknęła. Nie znalazł żadnej skały, którą mogłaby być, zakopanej w piasku mroku. Nie podobały mu się barwy nieba, czerń mieszała się z pomarańczem, czerwienią i bielą, i błękitem, te wszystkie płomienie wyglądały złowrogo. Usłyszał za sobą jak ktoś łapie oddech. Obejrzał się, a jednorożec stanął w gotowości, jakby miał się na niego rzucić. Nigdy jej nie widział, ale zdawało mu się że patrzy właśnie na Kettui.

– Jesteś ranna? – zapytał, widząc jak kuleje i stęka, dźwigając pokaźny, pękaty brzuch. Jedna z jej przednich nóg posiadała liczne zniekształcenia, widać że coś ją zmiażdżyło, tak jak głowę jego siostry. Potrafił zachować absolutny spokój, niemal tak perfekcyjnie jak matka. 

– Dość mam zdrajców takich jak ty, nie wysilaj się – zezłościła się nagle, a jej róg zaświecił, pokrywając nogi Postracha metalem.

– Za długo już nie pożyjesz, co? Nie tylko moja matka chce cię dopaść. Nie rozumiem czemu robisz sobie kolejnego wroga ze mnie?

– A co taki zwykły koń jak ty mógłby mi zrobić? – zapytała z rozbawieniem.

– Nie chciałbym być w twojej skórze. 

– Naprawdę? To nie ja nie mogę się teraz poruszyć.

– Znam się na sprawach dotyczących zdrowia, chętnie zobaczę co da się zrobić z twoją nogą. Musi boleć cię nieustannie. – Jej łzy w oczach o tym świadczyły i niezgrabna postawa: – A i źrebaka chętnie zbadam.

Uśmiechnęła się, jakby mimo wszystko miała coś w zanadrzu. Przyłożyła róg do jego głowy, przeglądając bez problemu jego wspomnienia. Poczuł jedynie nieprzyjemne mrowienie pod czaszką.

– Moja głupia córka, nie mogła odejść daleko. 

Postrach obserwował jak Kettui przemierza dalej bezkresne pustkowia, trzymając w ogonie garść czarnego piasku. Zaczekał aż zniknie z pola widzenia.

– Mozzran? Kettui już sobie poszła – zawołał. Jednak nikt się nie odezwał, ani nie pojawił. Do połowy zatopiony w metalu będzie umierał w męczarniach jak nikt go tu nie znajdzie. Jednak nie czas żeby wołać o pomoc, tylko straci niepotrzebnie siły, musiałby najpierw choćby kogoś usłyszeć. Przerażające niebo zrzuciło z siebie ogromną falą wodę. Postrach utknął pod nią, dopóki nie rozpuściła metalu, wypłynął, kaszląc.

– Dziękuje! Dziękuje ci, kimkolwiek jesteś! – wykrzyknął do palącego się błękitem nieba, z ufnością biorąc łyk wody.


~*~


[Ivette]


Zebrał się tłum, Celeste zajęła miejsce obok mnie. Czułam w niej energię Blakie, Blakie dała jej znów swoją zdolność samouzdrawiania. Kiedy tylko zapanował chaos przekradłam się do Blakie, kompletnie niezauważona przez nikogo. W tym ją samą. Wbiłam kły głęboko w jej szyję, odrywając głowę. Przełknęłam ją zanim ktokolwiek zdążyłby mnie powstrzymać, czując jak jej energia, jak i moja, którą pochłonęła dawno temu, rozchodzi się po całym moim ciele. 

Buchnęła płomieniami, zadając mi przeszywający ból, wchłonęła resztę swojego ciała i wszystko wokół. Przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Pochwyciła wszystkich ogromnymi skrzydłami. Wreszcie stawiłam opór bólowi, wgryzłam się w nią, czując że mogę jej zabrać jeszcze więcej, a przede wszystkim odebrać jej swoje moce. Rozprzestrzeniłyśmy się na połowę planety, pochłaniając po drodzę każde jedno życie. Upodobałam sobie szczególnie kłyki, miały w sobie najwięcej mojej energii. 

– Przestań, wyczują nas. 

– Już błagasz o litość, zapomni, albo ty albo ja!

Wyszarpywałyśmy z siebie nawzajem kawałek po kawałku. Latałyśmy wokół planety, w połowie martwej. Blakie głównie uciekała przede mną. Brakowało jej szponów.

– Inne feniksy nas wyczują.

– Kogo próbujesz oszukać? Wiesz dokładnie jak pusty jest kosmos.

– To dlaczego znalazłyśmy się tu we dwie? – Zderzyłyśmy się ze sobą, buchając płomieniami, które rozeszły się po globie.

Uderzyłam nią o planetę, o tą martwą część. Objęła ją skrzydłami, jakby próbowała ją chronić.

– Proszę cię, kogo próbujesz oszukać? – Wydarłam z niej sporą część energii. Z trudem znosząc jej palące boleśnie płomienie.

– Nasza rodzina nadal żyje, ale umrą na tym pustkowiu, musimy wracać.

Sądziłam że ich pochłonęła, nie mogłam ich znaleźć na swojej drodzę. 

– Odrodzę ich ponownie i ponownie, aż wreszcie będzie jak trzeba! – tym lepiej, inaczej musiałabym ich wydzierać z niej.

Coś trzykrotnie większego od nas oświetliło całą planetę. Przerwałyśmy szamotanine, unosząc głowy. Przybył inny feniks, w pełni mocy.


~*~


[Kometa]


– Ciociu! 

Spadłam w piach, sypnął się we wszystkie strony, ziemia tak mocno się zatrzęsła. Zaraz… Czy niebo przed chwilą też się zatrzęsło? Ale jak? Niebo przecież nie może się trząść. Chociaż nie może się też palić, a paliło się bez przerwy odkąd się ocknęłam i za każdym razem jak się budziłam… Czasami nie tylko na niebiesko. Tak nagle mnie strąciło. Nie bardzo miałam siły wstać, to akurat musi być przez to że nie jadłyśmy i nie piłyśmy już tyle dni… 

Arnee trącała mnie przednimi racicami: – Ciociu, proszę, wstań, proszę!

Podniosłam się szybko.

– Już, już Arnee, to tylko zmęczenie… – Wpadła w moje objęcia, przytuliłam ją, a wtedy woda spadła na nas gwałtownie, wszystko zalewając i wciągając nas pod swoją powierzchnię. Czy ona dostała się tu z tego dziwnego nieba? To nie wyglądało jak deszcz, nigdy nie widziałam takiego deszczu. A i deszcz przecież nie pojawia się bez chmur, ale teraz wszystko działo się zupełnie inaczej… 

Po wynurzeniu głowy i jeszcze przed widziałam że niebo się nie zmieniło. Arnee nabrała jak najwięcej wody do pyska… Racja, potrzebujemy wody. Próbowałam złapać ją w skrzydła… To na nic. Nie mamy niczego co by nie przesiąknęło…

– Pij! Szybko! – Sama też zaczęłam pić, nie wiadomo kiedy nadarzy się znowu okazja. Woda błyskawicznie wsiąkała w piasek, ledwie udało się ugasić pragnienie. 

Ruszyłyśmy dalej, po nadal mokrym piasku, otrzepywałam się co chwilę, potrząsałam skrzydłami, bo pióra to najbardziej i całkiem mi przemokły. Chciałam wziąć Arnee na grzbiet, ale mi uciekła.

– Nie znam cię dobrze, ale… Dziwnie się zachowujesz – powiedziałam.

Nuciła cicho, obserwując niebo, powoli przechodząc w cichy śpiew, zerknęła na mnie, skinęłam jej głową, zdobywając się nawet na lekki uśmiech. Chociaż może powinnam ją zapytać dlaczego zaczęła nagle śpiewać. 

Po chwili dołączył do niej też drugi głos. Celeste. Leciała ku nam, jej czarne lotki zabłyszczały różnymi barwami, przyćmionymi błękitem w blasku niebieskich płomieni. Skąd obie znały tą samą piosenkę? Celeste wylądowała kończąc z Arnee ostatnie zwrotki. Mała posłała jej radosny uśmiech.

– Kettui zna nawet tak odległe wspomnienia? – zapytała po wszystkim Celeste patrząc w oczy Arnee. Też schnęła tak jak my, ale mogła latać, jej pióra wydawały się bardziej śliskie niż mokre.

– Wie o was wszystko. – Mała zabrzmiała jakby chwaliła Kettui i pewnie tak właśnie było. Spuściła wzrok, a jej uszy opadły. Czy ona tęskni za Kettui? Czy teraz czuje się winna? Czy jest jej po prostu przykro że my nie lubimy, co mało powiedziane, jej matki…? 

– Skąd wiedziałaś jak ją przywołać? – zapytałam.

– To przypadkiem, ciociu.

– Chwila. To twoja piosenka, Celeste? – zdziwiłam się. Właściwie to dość dziwny temat patrząc na to że właśnie świat się wali, ale… Chyba lepiej dobrze spędzić te… Może to nie są ostatnie chwile, ale jeśli…

– Próbowałam śpiewać gdy szukałam co naprawdę lubię.

– I co lubisz?

– Nie wiem. Chyba jestem tu tylko dla mamy.

– Widziałaś resztę?

– Nie. 

– Naprawdę śpiewałaś tak… Bez powodu? – Popatrzyłam na Arnee, to nie mógł być przypadek, a może mógł?

– Bez powodu? – zapytała ze zdziwieniem mała, a jej uśmiech przez cały czas goszczący na jej pysku na tę chwilę zniknął, ale zaraz ponownie się pojawił: – Często śpiewam by inni poczuli się lepiej.

– Zaśpiewałaś dla mnie? – Strzygnęłam uszami, też się uśmiechając ponownie.

– No! – Podskoczyła dotykając mojego boku przednimi racicami, otuliłam ją skrzydłem, kiedy już sama się we mnie wtuliła, jednak nie pozwoliła się podsadzić na grzbiet. Umykając mi znowu.

– To miłe, Pari.

– Dzięki, sporo ćwiczyłam. 

– Zaśpiewałabyś coś jeszcze?

– Znam tylko tą jedną piosenkę, a moje własne piosenki się innym nie podobają.

– Dlaczego? Chętnie posłucham. 

– Mama się złości gdy to robię.

– Twojej mamy akurat tu nie ma, to co? Pośpiewasz nam?

– Ostrzegałam – powiedziała rozbawiona, zaczynając kolejną piosenkę. Nie może być aż tak zła. Trochę… To dopiero początek, to przez to że słyszę to po raz pierwszy… Co ona ma na myśli? Te słowa nie mają za bardzo sensu, jakby śpiewała je totalnie losowo i nie do rytmu. Celeste cofnęła uszy. 

– Nie podoba się? – zapytała Arnee, przerywając chyba w połowie, właściwie to nie wiem. Uśmiechała się do mnie tak jakbym mogła jej powiedzieć najgorszą prawdę.

– Była… Ciekawa.

– Nie martw się, ciociu, znam swoje słabości.

Przeszły mi ciarki po grzbiecie, jakbym przed chwilą słyszała Kettui, a nie Arnee.

– Celeste ułożymy razem jakąś piosenkę? – Podbiegła do jej boku: – Jesteś w tym świetna, mogłabyś nawet wykorzystać moje słowa.

– Zgódź się, możecie świetnie się bawić – dodałam.

– Wy też – odpowiedziała Celeste.

– A chętnie. – Dogoniłam je: – W trójkę będzie jeszcze zabawniej.

– Miałam na myśli…

– To od czego zaczynamy? – przerwała jej Arnee, dość szybko orientując się w moim planie jak wciągnąć do zabawy Celeste.

– Nastroju. Wesoły? – zgadywała. Wiedziałam że się zgodzi.


~*~


[Irutt]


“Blakie, gdzie jesteś…?” spróbowałam raz jeszcze, wiedziałam że Linnir też próbuje. Latałam w wilgotnym powietrzu, trzepocząc jaskółczymi skrzydłami. 

– Mozzran! Eepli!

“Szukasz córeczki?” usłyszałam głos Kettui, machnęłam mocniej skrzydłami, niemal tracąc równowagę w locie. Zmieniłam się w gryfa, zaciskając szpony. Jakim cudem Kettui przeżyła to wszystko? 

“Myślisz że tylko ty potrafisz być okrutna?” – Szukałam jej, wytężając gryfi wzrok i lecąc najszybciej jak tylko mogłam. 

“Nie martw się, jest już tam gdzie jej miejsce, czyli ze mną.”

“Nie pozwolę ci.”

“Już pozwoliłaś, nie wykazałaś się jako matka. Biedna Linnir, taka zapracowana. Tyle wysiłku na darmo.”

“Zostaw naszą córkę w spokoju!”

“Chyba chciałaś powiedzieć naszą córkę. Albo ściślej rzecz ujmując moją córkę, ty nie brałaś w tym udziału.”

“Wykorzystałaś mnie.”

“Och, naprawdę? I chcesz tak pielęgnować dowód tego?”

“Ona…” Wreszcie ją wypatrzyłam, nie starała się ukryć, stała pośrodku pustkowia na równej powierzchni. Z racicą opartą na kupce piasku, kości tej nogi krzywo się zrosły. Wylądowałam przed nią, uśmiechała się do mnie, stukając ogonem o swój zaokrąglony brzuch, pokryty metalem, jej grzbiet zmoczył pot.

– Chcesz dotknąć? – miała obłąkane spojrzenie: – Tego malucha też mam z tobą.

Złapałam Kettui gryfią łapą, bez wysuniętych szponów, gdyby nie była w ciąży po prostu bym ją rozszarpała. Świat zawirował, zmienił się na chwilę w jasne i ciemne smugi. Poczułam ból, promieniujący na całą przednią nogę, aż po kręgosłup, przez dłuższą chwilę widziałam tylko ciemność, nie mogłam złapać oddechu. Leżałam na jej miejscu, pod swoją własną łapą, wcisnęła mnie głębiej w czarny piach.

– Nie tylko fioletowe kryształy mają ukryte właściwości – szepnęła mi do ucha, już w mojej postaci, stając mi na zniekształconej nodze: – Nie mogę się doczekać aż Linnir cię znajdzie.

– Co… Mi zrobiłaś? – Myślałam że oszaleje z bólu, oczy zalewały mi się łzami, a ciało całe drżało, każdy najmniejszy ruch niósł tylko więcej cierpienia. 

– To akurat nie byłam ja, tylko Turnia.  Jak dobrze – westchnęła, unosząc głowę: – Odpocząć od tego bólu. I zbędnego balastu. – Uśmiechnęła się do mnie fałszywie. 

Kiedy pomyślałam że znów sprawi że najbliższe mi osoby będą cierpiały znalazłam dość sił by przebić rogiem jej spód pyska. Usłyszałam trzask nogi. Uderzyłam klatką piersiową w piasek. Drgnęłam z bólu. Odepchnęła mnie, zmieniając się w siebie i zasklepiając ranę metalem.

– Irutt! – Linnir wylądowała przed nami. Przeskoczyła wzrokiem ze mnie na Kettui, która zmieniła się z powrotem we mnie.

– Linnir… – Obraz na chwilę stracił na ostrości.

– Milcz w końcu! – Kettui złapała ogonem mój pysk zacisnęła z całej siły, łamiąc mi zęby. 

– Irutt, przestań, nie ma potrzeby by się nad nią znęcać, po prostu ją zabij. – Linnir stała obok niej.

– Kiedy ta sadystka jest w ciąży. Znowu ze mną. – Położyła uszy, jej spojrzenie było pełne gniewu. Ja też patrzyłam w jej oczy z nienawiścią. Jej kąciki warg drgnęły, jakby powstrzymywała się od uśmiechu.

– Puść ją – kazała jej Linnir. Puściła, wykasłałam krew i kilka zębów. Szczęki pulsowały bólem.



⬅ Poprzedni rozdział

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz