piątek, 8 maja 2026

|| Echo ||

Nie mogę zasnąć. Nie… Muszę otworzyć oczy, muszę żyć, bo Ivette całkiem… Muszę!

Ocknęłam się momentalnie odwracając na brzuch. Co tu robią… Wilki? Stały przed sekundą wokół mnie, teraz uciekły, z piskiem, szybko znikając w gęstwinach. Czuje znów cały tył… Ale to nie jest mój tył, ani… Skrzydła, ani… Opierzona na dole, przy klatce piersiowej szyja. Poderwałam się. Co z moimi… Łapami?! I to z małym dodatkiem piór. Obróciłam się wokół własnej osi, przyglądając się sobie. Jestem w innym ciele, na szczęście klaczy, izabelowato srokatej, dziwacznej pegazicy, ale… To nie zmienia faktu że to znów się… Tam niedaleko mnie leżały kości innego pegaza. Czemu mam przycięte lotki? I… Jestem dorosła?

– Tak tylko powiedziałem, ona nie żyje. Jesteś prze wra żli wiony.

– Zobaczymy.

Kto to?

– Naprawdę wierzysz że by to przeżyła?

– Co ci zależy się upewnić? 

Oni chyba nie za bardzo są po mojej stronie. To przeczucie, ale lepiej uciec niż gdybym miała tego pożałować. Nie, na pewno gdyby byli w porządku nie zostawiliby tutaj… Nowej mnie. Ruszyłam szybko przez las, prosto przez mech i krzewy, odpychając skrzydłami gałęzie drzew.

Martwe źrebaki, mnóstwo martwych źrebiąt, jak za mgłą, niewyraźne zakrwawione ciałka, obraz przybliżał się gwałtownie jak przy upadku. Trzepnęłam głową, co to za wspomnienie?

– Jak?! To nie możliwe! Jej serce nie biło, przysięgam!

– Nic nie potrafisz zrobić dobrze?! Miałeś tylko jedno zadanie.

– Przysięgam na Feniks, była martwa, sprawdziłem kilka razy.

O, nie, nie, zarżeli na alarm, a już po chwili mnóstwo pegazów wypełniło niebo. Machnęłam skrzydłami, ledwie wyhamowując nad urwiskiem. Tam w dole była woda, całe mnóstwo wody, aż po horyzont. Nie ma już żadnej drogi ucieczki? Musi być, muszę… Muszę gdzieś się schować. Z każdej strony docierał odgłos… Łap?

– Echo, poddaj się! – Zza drzew wyłonił się kary pegaz, miał łapy zamiast kopyt, jak ja, dziwne łapy, z tępymi pazurami, przypominającymi miniaturowe kopyta: – Nigdzie nie uciekniesz.

Obok mnie wylądowały kolejne. Oni wszyscy mają przycięte lotki. Prawie wszyscy. Też dziwnie latali, a właściwie szybowali tu w dół, do lasu.

– I tym razem tak łatwo nie unikniesz kary.

– To pomyłka! – krzyknęłam: – Ja…

Złapali mnie za oba skrzydła.

– Nie jestem nią! Nic złego nie zrobiłam, dostałam się do tego ciała przez przy… 

Przynieśli metalowy hełm, z otworami jedynie na uszy.

– Nie! Nie zakładajcie mi tego, nie! – Próbowałam się im wyszarpać, cofałam głowę, przebierałam nogami. Ciągnęli mnie, popchnęli, złapali za grzywę, nadal mogłam wywijać głową: – Pozwólcie mi wyjaśnić!

– Tu nie ma czego wyjaśniać, Echo, zamordowałaś je.

– Nie jestem…

Założyli mi go, założyli hełm, on miał coś w środku, coś co wepchnęli mi do pyska, pomiędzy zęby, szarpnęłam się, odrywając przednie nogi od ziemi, prawie strąciłam hełm, poczułam jak metal dotyka mojej szyi, upięli go, upięli mi kawał ciężkiego metalu na głowie. Nie mogłam porządnie zaczerpnąć powietrza, słyszałam najgłośniej swój własny roztrzęsiony oddech, i czułam jego wilgotne ciepło. Zdejmijcie to ze mnie! 

– Uspokój się, bo szybko skończy ci się powietrze.

Wpadało przez otwory na uszy i… Te szczeliny przy szyi, ale to i tak tylko odrobinę, tak strasznie mało że chwilami się dusiłam. Dźgnęli mnie czymś ostrym, aż mocniej zacisnęłam zęby na metalowym kneblu, popchnęli mnie.

 – Żałuj że twoje serce nie zatrzymało się na stałe.

– Wiedziałem że wykombinowała własną ucieczkę, wszystko zaplanowała.

Prowadzili mnie dokądś, zapach lasu zastąpiła woń otwartej przestrzeni, wapiennych skał, wspinaliśmy się. Klify. Widziałam wcześniej klify i poznawałam zapach, choć nie powinnam, to tak jakby było kolejne nie moje wspomnienie. A może jednak moje?

Jesteśmy na szczycie klifu? Zaczęliśmy schodzić w dół. Nie mogę panikować, muszę zachować jasność umysłu, muszę być silna… Jakoś stąd uciec. Czy to brzęk łańcuchów? A oni właśnie upieli je na mojej szyi. Zdjęli mi hełm momentalnie. Zasłoniłam się skrzydłem, bo słońce świeciło tu najmocniej i odbijało się od piasku. Jestem w wąwozie. Na jego szczytach zebrało się mnóstwo pegazów, tych dziwnych pegazów, tu chyba nikt nie miał zwyczajnych kopyt. Ich uszy były szersze i z kępką futra na czubkach, wszyscy mieli pióra w różnych miejscach na ciele i krótkie ogony, zakończone sporymi pędzelkami

A na innym łańcuchu, naprzeciwko mnie szarpała się wściekła, przerośnięta kłyka. Ona też zamiast kopyt miała te łapy, ale zakończone ostrymi pazurami, a na łbie trzy długie, ostre, rogi, o delikatnym, ledwie zarysowanym łuku. 

– Czekaj!

Szli po nią, oni chcą by mnie… Dlaczego to musi być kłyka?

– Nie róbcie tego! Ja jestem w ciąży! 

Zatrzymali się. Tłum też ucichł. A ja oberwałam kopnięciem w pysk. Kaszlnęłam krwią. Obraz rozmazał się przez łzy.

– Błagaj Feniks by to była prawda. – Kary pegaz przeszywał mnie wzrokiem, otrzepałam się brzęcząc łańcuchami. Przyleciał siwy pegaz, pouciskać mi brzuch i zbadać też wrażliwsze miejsca.

– To najwyżej tydzień, nie poczujesz… – zaczęłam.

– Zamilcz! – wrzasnął kary.

– Jeśli faktycznie zaciążyła niedawno to musimy zaczekać aż źrebak będzie możliwy do wykrycia – powiedział siwy.

– Ile potrzeba czasu?

– Kilka tygodni. 

– Przynieście hełm – powiedział z rezygnacją, do czekających niedaleko pegazów.

– Nie, błagam, nie zakładajcie mi tego.

– One też błagały i to cię powstrzymało?

– Nie jestem Echo, przysięgam na Feniks – powiedziałam szybko, żeby tylko zdążyć: – Umarłam i moja dusza trafiła do jej ciała. Nie mam pojęcia jak ani dlaczego…

Kopnął mnie znowu przewracając na ziemię, wcisnął mi głowę w piach. 

– Ta ciąża to pewnie kolejne twoje kłamstwo, ale zapłacisz za to wszystko, choćby po tych paru tygodniach. 

– Stres matki wpłynie na źrebaka – zauważył siwy pegaz.

– Nie ma żadnego źrebaka!


~*~


Położyłam się pod półką skalną, upięta na łańcuchu, z metalowym kneblem w pysku, hełm odpuścili, dzięki siwemu pegazowi. Przyleciał właśnie, z jedzeniem. Podniosłam się, nagle wiedząc że nazywał się Obłok… To są wspomnienia Echo?

– Jedz i się nie odzywaj. – Zdjął mi knebel, podając trawę, zioła, garść gałęzi, jajko i wodę. 

Muszę obrać inną strategię. Zaczęłam jeść wszystko co mi przyniósł z dodatkiem własnych łez, nawet nie musiałam specjalnie się starać by się popłakać. Wspomnienia Echo były dość rzadkie i pojawiały się, właściwie to raz, dwa razy i teraz jak przypomniałam sobie jego imię, więc… Spojrzałam na niego, jego mina wyglądała na dość nieprzyjemną, to nie jest właściwy moment. Choć wargi już mi drgnęły i ledwie powstrzymałam się od zalania go słowami.

– Łzy ci nie pomogą, zginiesz szybciej czy później, pożarta przez własne bestie – odezwał się.

– Coś… Coś było nie tak, dlaczego miałabym to zrobić?

– Już nie jesteśmy nową duszą tylko mamy amnezje? 

– To wcale się nie wyklucza! Ja… Ja naprawdę nic nie pamiętam z życia Echo, nie wiem kim ona jest ani co zrobiła, pamiętam lepiej swoje życie… To znaczy poprzednie życie. Moi bliscy, moi, nie Echo, potwierdziliby że nie kłamie. 

– Jasne, jasne.

– Co by ci szkodziło spróbować? – Oni żyją prawda? Muszą żyć. A jeśli to nowy cykl?

– Miałbym spore kłopoty gdybym cię teraz uwolnił.

– Wcale nie musisz, opisze ci jak wyglądają i gdzie teraz są… Przynajmniej gdzie byliśmy ostatnim razem, jak umierałam. 

– Wystarczy już tego kręcenia, zjedz co ci przyniosłem, nie mam całego dnia.

Zostało jeszcze pół porcji, muszę zaryzykować.

– Jestem pewna że nie chciałbyś by ktoś niewinny zostałby ukarany. Wiem że to wydaje się niemożliwe, ale gdybyś przeżył to co my… Feniksy zniszczyły pół świata, to już było niemożliwe, że one naprawdę istnieją.

– Ale o czym ty mówisz? Feniksy? Jest tylko jedna Feniks. Tak ci się w głowie poprzewracało że nie potrafisz spamiętać na czym polega nasza wiara?

Czy to nowy cykl? Ale dlaczego nie pamiętam połowy swojego życia, tego życia? Echo nie żyła, inaczej nie oddawaliby jej ciała drapieżnikom. A tym bardziej nie upewnialiby się… Musiałam się w nim pojawić nagle… Prawda?

Chciał już założyć mi knebel, zakryłam pysk skrzydłami.

– Wolisz to czy hełm? Mogę w każdej chwili zmienić opinie i stwierdzić że noszenie go przez ciebie wcale nie zagrozi źrebakowi. – Szarpnął mnie za skrzydło, zacisnęłam oczy, gdy wkładał mi knebel do pyska, bo musiałam mu na to pozwolić.


~*~


Muszę przeżyć, muszę wrócić do domu, skąd mogę wiedzieć czy to nie jest moja ostatnia szansa? Może to przez Arnee? Zrobiła coś przez co tu jestem. Albo Ivette. Nie potrafię się z nimi porozumieć, nie umiałam sobie nawet wyobrazić jak, a wszystkie myśli, które próbowałam im posłać chyba nie docierały. A jeśli to nowy cykl… To i tak muszę ich odnaleźć, oni muszą gdzieś żyć, może kompletnie jako ktoś inny, ale muszą.

– Naprawdę nie pamiętasz kim jesteś? – Odkneblował mnie brudnokasztanowaty pegaz.

– Nie, ale i tak nikt nie chce mi uwierzyć… Ty chyba też, to była ironia, prawda?

Dzisiaj on przyniósł mi jedzenie, zamiast Obłoka. 

– Tą historie z duszą mogłaś sobie darować.

– Dlaczego miałabym wymyślić coś takiego i wierzyć że ktoś w to uwierzy? Mówiłam prawdę.

– O ciąży też kłamałaś?

– Właściwie to nie wiem… Istnieje naprawdę mała szansa, naprawdę malutka, że jednak w niej jestem, albo… Że ty mi pomożesz. – Uśmiechnęłam się do niego, jak czasem do Ivette, chyba wieki temu, była wtedy pegazicą, a ja próbowałam przekonać ją do siebie. Wtedy wszystko wydawało się prostsze, ale potem też nie działo się wcale dobrze. Ale i tak warto żyć, dla wszystkich tych dobrych chwil z bliskimi. Chcę żyć.

Parsknął śmiechem.

– Co ci szkodzi? – Przez tyle miesięcy muszę coś wymyślić, musi nadarzyć się jakaś okazja, lotki urosną nowe, nie przycięte, chociaż mogą mi je znów skrócić, ale… Muszę zajść w ciąże.

– Naprawdę tego chcesz? Gnić tu przez cały rok? I tak cię zabiją.

– Muszę…

– Z takim prymitywem co nigdy w życiu nic nie osiągnął, jak ja? Z przegranym? – Brzmiał jakby kogoś cytował.

– Kto tak mówi? To nieprawda.

– Przylecę w środku nocy, gdy inni będą spali, zastanów się dobrze, nie ma najmniejszej szansy że uciekniesz, a źrebię odbiorą ci jak tylko się urodzi, jakby ci miało na nim zależeć.


~*~


Ja nigdy nie byłam w ciąży… Ani nie robiłam tego z ogierem.  Prawda? Przynajmniej nie pamiętam by tak było… A jest już coraz później i on w końcu przyleci, a ja nie będę mogła krzyczeć przez ten metal w pysku. Otrzepałam się, położyłam, wstałam, trochę chodząc. Muszę zjaść w ciąże, umiawialiśmy się przecież… Nie, nie chcę. To robi się z kimś kogo się naprawdę kocha, albo chociaż zna. Już tu leciał.

– Gotowa? – Wylądował niedaleko. Jeśli nie teraz, to źrebię nie będzie już wyczuwalne, a Obłok musi je wyczuć, ono musi tam być. Nie chcę umierać, nie rozszarpana przez kłyki. Znowu.

– Chcesz tego czy nie? 

Pokiwałam głową, a jednak mu uciekłam gdy podszedł.

– Drugi raz nie zawracaj mi głowy. – Rozpostarł już skrzydła. Mama robiła to wiele razy, ja też dam radę. Dam radę. Położyłam skrzydło na jego grzbiecie, kiwając już pewniej głową. Tylko dlaczego mi pomaga? Z samej przyjemności? Lepiej myśleć w ten sposób.


~*~


Chwyciło mnie za nogę, czarne, lepiące, z wieloma kończynami zakończonymi szponami i otworami ziejącymi pustką zamiast oczu, były wszędzie wokół mnie. 

– Pomocy! – krzyknęłam, odrzucając je od siebie, oblepiły mnie, złapałam jedno zębami odrywając od swoich nóg, skóra mi z nich zeszła aż do kości. To musi być sen, to musi być… Nie! Ktoś zniknął za nimi, ktoś bliski Echo. Siwa pegazica, z trudem wynurzyła głowę spod czarnej przerażającej masy, z szeroko otwartym pyskiem, te małe potwory trzymały swoje łapy w jej oczach, ściągały z niej skórę. Jej głowa spadła z klifu, gdy desperacko próbowałam ją odgrzebać. Ledwie złapałam oddech, potwory zniknęły, ciało pegazicy też, miałam całe nogi w krwi i jednak wcale nie pozbawione skóry. Źrebaki… Nie widziałam ich dobrze, jak za mgłą, ale… Leżały pozabijane. Upadłam. 


– Świadkowie widzę już są, pora to zakończyć.

Ocknęłam się na głos karego pegaza. Echo… Echo miała omamy, zabiła je bo… Chyba każdy by to zrobił widząc to co ona… Wciąż miałam dreszcze i przyspieszony oddech, wstrzymałam go, czując jak Obłok wbija pysk z całej siły w mój brzuch. Tyle oczu wpatrywało się we mnie, a ja nie mogłam nic powiedzieć, bo mnie nie odkneblowali. Obłok to zrozumie, zajmuje się takimi sprawami, na pewno, albo uzna że to sobie wymyśliłam, ale kto normalny zabiłby tyle źrebiąt bez powodu? 

– Cholera zaszła w ciąże.

– Nie wierzę.

– Wszystko sobie zaplanowałaś, co? – Obłok spojrzał mi z nienawiścią w oczy, cofnęłam uszy, spuszczając głowę. Musi zrozumieć. Dlaczego Echo miałaby zabijać źrebięta? Jakoś nie bardzo wierzę że sprawiło jej to przyjemność.


~*~


– Miała omamy, teraz pamiętam… Widziałam, trudno to opisać, ale zamiast źrebiąt…

Obłok wepchnął mi do pyska inny rodzaj knebla, założył go na żuchwę, zakleszczając mój język, poderwałam z nagłego bólu głowę. 

– Przestań wreszcie ględzić, jedz!

Przymknęłam oczy, krzywiąc się. Pokręciłam głową, patrząc na niego błagalnie. Poluźnił nieco nowy rodzaj knebla.

– Nie drażnij mnie, dobrze ci radzę. Co z tego że miałaś omamy, miałaś je na własne życzenie, nie będzie dla ciebie żadnej litości. Jak zależy ci by pożyć jeszcze ten rok to będziesz jadła. – Odleciał zostawiając mnie z tym wszystkim.


~*~


W nocy przyleciało brudnokasztanowate pegaziątko, tak szczupłej budowy jak ja. Urodziłam już? Przecież zaledwie wczoraj… Uderzyło mnie skrzydłem w pysk. Położyłam uszy. Nie bolało aż tak bardzo, ale… Mogła dopiero się rozkręcać. Dlaczego oni wszyscy…?

– Co ci przyszło do głowy by się zabijać?! – Zdjęła mi momentalnie knebel: – Tak chcesz się ratować?! Kto miał w to uwierzyć?

– Ty, my…

– Powiedz mi prawdę, chociaż mi, wiesz że zawsze jestem po twojej stronie. 

– Zawsze? A przed chwilą też? – Skrzywiłam się, dotykając skrzydłem lekko pulsującego policzka.

– Jak miałam cię z tego wyciągnąć jak nic mi nie powiedziałaś? Powiedz mi, dlaczego je zabiłaś? Dlaczego? Nie rozumiem, bywasz nieprzyjemna dla wielu osób, ale nie jesteś morderczynią. 

– Miała omamy…Widziałam te potwory, nie miały oczu, zdzierały skórę, posiadały wiele nóg, szpony…

– Och! Mamo! – Uniosła głowę wysoko, a potem plasnęła czołem o podłoże, opadając na przednie nogi.

Czyli jednak to źrebak Echo, miała może kilka miesięcy, niewiele.

– Nic ci nie jest?

– Znowu przedwkowałaś… – Jej głos był nieco stłumiony z tej pozycji.

– Nie… Właściwie to nie wiem… – Dotknęłam ją skrzydłem: – Może wstań?

Jej uniesiony wcześniej zad, opadł na ziemię, uniosła głowę: – Dobra, nie ważne, musisz udawać jakbyś traciła rozum.

– Wiesz… Jestem pewna że po tym co im mówiłam, choć to prawda, to już dawno powinni mnie za taką uznać, a jednak… I samo to że otruła się zaraz po zabiciu źrebiąt, dlaczego nikt nie zastanawia się po co by je zabiła? Musiałaby oszaleć… Tak powinni pomyśleć, a oni… Naprawdę widziałam te omamy. Ale oni mogą nie uznawać takiej choroby… Nie chcą…

– Najedz się, a ja zaraz wrócę, wyciągnę cię stąd, obiecuje. – Poszybowała gdzieś w dół klifu.

Jadłam wypatrując jej, może znajdzie coś co otworzy te łańcuchy, albo kogoś… Przyleciała sama, z misą trochę wypełnioną wodą, choć jej akurat mi nie brakowało.

– Woda?

– Wiesz że nie. 

– Jeśli to nie woda, to… – Och, co za dziwny zapach: – Trucizna?

– Nagle nie chcesz? Musisz wyglądać na obłąkaną, może wtedy dotrze do nich że jesteś chora i nie mogą cię karać za coś co zrobiłaś nieświadomie. 

– Ale…

– Nawet nie zauważysz, będzie ci wesoło, jak zawsze, ale najważniejsze że zobaczą po twoich oczach że coś z tobą nie tak.

– Co? Ja nie chcę…

– Bo ja ci to daje?

– W ogóle nie zamierzam tego brać.

– Jakoś wcześniej nie miałaś z tym problemu, źrebięciu nic nie będzie, to najmniejsza możliwa dawka, na co dzień piłaś sto razy więcej.

– Naprawdę…?

Złapała mnie za głowę skrzydłami, ściągając mi ją w dół, znaczy, pozwoliłam jej, nawet nie myśląc by jej się opierać, zmrużyła oczy, patrząc tak w moje: – Uszkodziłaś sobie mózg?

– Nie, ja trafiłam przypadkiem do tego ciała… Mogę ci udowodnić.

– Powinno ci już przejść, po odstawieniu tych szaleńców. – Zbliżyła się do mojego boku.

– Jakich szaleńców?

– Zaraz zobaczę. 

– Ale o co cho.. Och… – Czy ona zaczęła ssać?: – Co ty robisz? – Myślałam że jest z nią jak Arnee, mogłoby być…  Zachowuje się tak jakby nie była już źrebakiem. Albo pamięta swoje poprzednie życie.

– Pije mleko, nadal mnie powinnaś karmić, zapomniałaś? 

– Karmić…? 

– Najczęściej nie możesz, bo to paskudztwo ciągle krąży po twoim ciele i muszę prosić Czaple by mnie nakarmiła.

– Żyłaś już wcześniej? Wiesz o poprzednim cyklu?

– Mamo, przestań wygadywać te głupoty.

– Ile ty masz miesięcy?

– Pamiętasz chociaż moje imię?

– Chciałabym, ale… Może, jeśli się skupię…

– Mam na imię Forsycja. – Zlizała mleko ze swoich warg, stając naprzeciwko mnie: – Musimy cię stąd wydostać, pij. – Podsunęła mi pojemnik, patrząc w oczy, skinęła mi na niego głową, gdy po prostu stałam w miejscu. Zastrzygłam uszami.

To naprawdę wygląda jak woda, ale ten zapach… 

Jest przyjemny, a jednocześnie odstraszający, nie, to raczej nuta czegoś innego, czegoś… Sama nie wiem, ale ani trochę nie odstraszał, przyciągał mnie do siebie… Nie, nie mogę. Muszę być w pełni świadoma. Samo to jest straszne że nie mam pojęcia co się wcześniej działo. Popatrzyłam na córkę Echo, może ona wcale nie chce mi pomóc, bo… Bo to ona zrobiła, podała jej coś po czym… A jeśli się mylę? Nie znam jej ani trochę. Chociaż źrebaki też bywają złe, na przykład Erin…

– Mamo, proszę, błagałam cię byś tego nie brała, ale ten jeden raz jeszcze musisz. Nie chcę zostać całkiem sama.

Wyciągnęłam do niej skrzydło.

– Przestań! – Odsunęła się.

– Chciałam tylko….

– Zrób choć raz o co cię proszę. 

– Chciałam cię przytulić.

– Tuleniem chcesz wszystko załatwić? Serio? Raz za razem cię broniłyśmy. Obgadywałaś innych, a my zawsze kłamałyśmy że to nieprawda, że to pomówienia. Umawiałaś się z wieloma ogierami, klaczami zresztą też, po to tylko by wyciągnąć wszystkie ich wady i się z nich ponaśmiewać, jak to mówiłaś nikt nie był ciebie godny. A my stawałyśmy w twojej obronie, przekupując ich wszystkich by nie mówili o tym nikomu. 

– My? Zaraz, to jest ktoś jeszcze? 

– Powiedz że żartujesz, mamo.

– Nie za bardzo wiem cokolwiek o Echo…

– Nie pamiętasz cioci? Płakałaś za nią, nie dało się z tobą wytrzymać, nawet nie wiedziałaś do końca co robisz, chowałam przed tobą jej szaleńców, ale ty i tak ich znajdowałaś i piłaś na potęgę. O wiele więcej niż wcześniej. Aż w końcu przedawkowałaś. Teraz już wszystko skończone, wszyscy już zawsze będą cię widzieli jako szaloną morderczyni!

– To… Nie wiem co powiedzieć… To straszne… – Czy ta ciocia to mogłaby być ta siwa pegazica z tych halucynacji?

– Chcesz mnie teraz tulić? Wcale nie musisz, nie potrzebuje twojej fałszywej miłości, wiesz że i tak zrobię wszystko by cię stąd wyciągnąć! 

– Ale… Właśnie, szaloną, bo powiedziałaś że widzą mnie jako szaloną morderczyni, czyli tak jakby wiedzą że zrobiła to gdy była nie do końca przy zdrowych zmysłach, ale to im nie przeszkadza by mnie ukarać, więc twój plan nie zadziała. – Odsunęłam od siebie mise.: – Nie zamierzam oszaleć… Poradzę sobie inaczej, mam cały rok, coś wymyśle.

– Co? Słucham.

– Nie minęła nawet sekunda, to trochę… To bardzo za wcześnie by o to pytać.

– Już dość się popisałaś.

– Naprawdę…

– To ci pomoże, musisz wyglądać na chorą, w innym przypadku, nie ważne jak dobrze ci to wyjdzie, pomyślą że udajesz, albo jesteś po prostu głupia. – Przysunęla do mnie z powrotem mise: – Nikt nie będzie wiedział że to po tym, bo niby jak byś to zdobyła uwięziona tutaj?

– Nie. – Odsunęłam mise: – Obłok powiedział że nie ważne że miałam omamy, że to było z mojej winy… Jak przedawkowała to ich raczej nie bardzo interesuje… 

– Ale mamo, masz udawać chorą na umyśle, a wtedy ja powiem że piłaś to właśnie dlatego, bo nie wiedziałaś co robisz, że taka się urodziłaś, my to ukrywałyśmy, a to w pewnym sensie pomagało ci zachować…

– Przecież właśnie… Nie możemy po prostu stąd uciec? Jestem pewna że dałabyś radę mnie uwolnić.

– A strażnicy? Nie da się tak po prostu uciec. Nawet jak mogłybyśmy latać, to byłoby trudne. Nawet gdyby udało mi się…

– Forsycja! – Wylądowała obok nas kolejna siwa pegazica, założyła mi knebel, tak szybko że nie zdążyłam zareagować, otarłam o niego skrzydłami: – Wiesz że nie wolno ci się zbliżać do tej morderczyni. – Czy ona miała na sobie barwnik? Te złote paski na ciele nie wyglądały naturalnie. I jej lotki nie były skrócone.

– Ta morderczyni to moja mama.

– Już nie, kochanie, zresztą nigdy o ciebie nie dbała. – Pegazica popatrzyła na mnie, chyba nie pomyle się jeśli powiem że z nienawiścią: – Znajdziemy ci nowych rodziców. Twoją matkę skazano na śmierć, lepiej jak o niej zapomnisz, poza tym będziesz miała rodzeństwo, nie będziesz sama, postaramy się by adoptowano was razem, a teraz chodź. – Objęła ją delikatnie skrzydłem, prowadząc ku krawędzi, wzbiły się obie do lotu. Forsycja była zmuszona szybować. Czy… Czy ta siwa to Czapla?


~*~


Zaczęłam być podejrzliwa wobec każdej wody i jedzenia właściwie też, zwłaszcza tego mokrego. Skinęłam na wodę Obłokowi, który zwyczajnie pilnował bym jadła i piła i badał dość często czy z źrebakiem wszystko w porządku.

– Co ci nie pasuje? – zapytał. Skinęłam mu raz jeszcze. Niemal zerwał knebel z mojej żuchwy, tak gwałtownie go ściągnął.

– Tam może być trucizna… Podejrzewam że Echo, to znaczy ja, chyba ja… Coś takiego wypiła, przed zabiciem źrebiąt, ktoś jej to podał… Oby nie ty. Mógłbyś… Spróbować?

– Ja ci to przyniosłem.

– A ja właśnie ci nie ufam… Nie znam cię.

– Jedyną osobą co by podała ci takie świństwo byłaś ty sama. Pewnie tak się odurzyłaś że już nie wiedziałaś co pijesz.

– Ale to są tylko przypuszczenia, bo nie widziałeś tego, prawda? Byli jacyś świadkowie?

– No kto by się spodziewał po gwieździe że zrobi coś takiego źrebakom? 

– Gwieździe?

– A przestań już. – Założył mi knebel: – Nie obchodzi mnie czy straciłaś pamięć czy nie, zabiłaś te źrebaki i zapłacisz za to. – Odleciał.


~*~


Ktoś do mnie mówił, obudziłam się. Był środek nocy. Spodziewałam się Forsycji i faktycznie to była ona. Zdjęła mi knebel. Minęło już trochę czasu. W jedzeniu było tak mało wody, ale ostatnio polubiłam jajka, są mokre… W wodzie łatwiej byłoby ukryć truciznę, zwłaszcza że jej zapach nie był wcale taki mocny. A je przed jedzeniem trzeba było rozbić. Jak inaczej mieliby w nich cokolwiek umieścić?

– Nie możesz tak robić! – Mała zauważyła stojącą obok mnie wodę. Kompletnie nie ruszoną. Nie zdążyłam jej jeszcze wylać, a i skała była mokra od poprzednich wód: – Chcesz umrzeć? Po co w takim razie zachodziłaś w ciąże?

– Ja…

– Musisz pić.

– Ale jeśli to ta… 

Już pamiętam – Forsycje, Echo zobaczyła ją tuż po zabiciu źrebiąt, mała była przerażona, mówiła do niej, ale nie mam pojęcia co, Echo ją odepchnęła i poleciała wprost do jaskini z mnóstwem pojemników… Poleciała. Nie miała od początku skróconych lotek. Forsycja przyleciała tam za nią, z jej lotkami wszystko też było w porządku. Szarpała się z nią, krzycząc, ale nie miała żadnych szans jej powstrzymać. Musiała patrzeć jak jej mama wypija coś, coś co Forsy próbowała jej zabrać i pada na ziemię. Wtedy jeszcze mała ją szarpała, próbując nakłonić do wstania, przyleciało więcej pegazów, obraz ciemniał, skurcz objął całą klatkę piersiową, Echo nie dawała rady złapać oddechu.

– Mamo?

– Byłaś tam, widziałaś jak ona umiera…

– Nie przypominaj mi tego dnia. 

– To było straszne… 

– Musisz pić wodę mamo, proszę, chociaż parę łyków.

– Dlaczego skrócili nam lotki, dlaczego inne pegazy mają je skrócone? Co takiego zrobiły?

– Żyjesz tu od lat…

– Ale nie pamiętam, naprawdę – przerwałam jej.

– Chodzi o status, byłyśmy gwiazdami, ale gdy zabiłaś przestałyśmy nimi być, a zwykli członkowie kolonii nie mogą latać.

– To nie ma sensu.

– Ma. Za oceanem jest Wielki Gryf, gdyby pozwolono wszystkim latać to ktoś mógłby polecieć na ląd z samej ciekawości co tam jest i zdradzić Gryfowi że tu jesteśmy, a on wszystkich by pozjadał. 

– Za oceanem? Brzmi jakbyśmy mieszkali na wyspie, bo… Tak jest?

– Mamo, pij.

– Tam nie ma żadnego gryfa, a nawet jeśli nie dałby rady być we wszystkich miejscach na raz, raczej nie spotkanie go jest bardziej prawdopodobne niż spotkanie.

– Więcej osób tak mówi, ale Najstarszy ustala zasady, a my musimy ich przestrzegać, ma strażników, radę, którzy nas pilnują. A teraz pij wodę, bo umrzesz.

– A jeśli tam jest trucizna? Przecież Echo musiała chociaż odrobinę to kontrolować, mam wrażenie że ktoś jej coś podał, coś mocniejszego, może właśnie taką fałszywą wodę, w prawdziwej wodzie, chyba że była już w takim stanie że tego nawet nie czuła… Gdybym mogła popić z jakiegoś źródła, byłabym spokojniejsza i pewniejsza, a tak to nadal będę się wzbraniała przed wodą.

– Nikt nie da mi klucza do łańcuchów. Pilnują go, spodziewają się mnie tam. Obłok by cię nie otruł dopóki jesteś w ciąży, on bardzo dba o źrebaki, w wolnych chwilach zajmuje się sierotami razem z Czaplą. – Forsycja powąchała wodę, chciała nawet ją posmakować, ale na to już jej nie pozwoliłam, zakrywając pojemnik skrzydłem.

– To zwykła woda, mamo.

– Na pewno?

– Poczułabyś. 

– Nie przyniosłabyś mi nowej? – Też mogła mnie oszukać, ale jakoś tak bardziej jej ufałam.

– Nie polecę tam, za wysoko. – Rozpostarła skrzydła z uszkodzonymi piórami: – A na pieszo zajmie za długo i po drodzę ktoś może mnie przyłapać. 

Popatrzyłam na wodę, obwąchałam ją i w końcu… Popiłam jej tylko odrobinę. A co jeśli Forsycja kłamie i chciała mnie do tego nakłonić? Ale źrebię, ono szybciej umrze z pragnienia niż ja, prawda? Nie wiem jak to dokładnie działa… Nie może być przeze mnie martwe, albo chorę. Ale jakoś nie przełamałam się na wzięcie więcej łyków.

– Lepiej się odsuń, tak w razie czego.

– To tylko woda.

– Ale możesz to zrobić? Wiesz, tak całkiem poza mój zasięg.

Forsycja westchnęła, jakbym prosiła ją o naprawdę trudne zadanie, ale wycofała się prawie do samej krawędzi, a ja sprawdziłam czy aby na pewno jej nie dosięgnę, choćby skrzydłem. Przewróciła oczami.

– Opiekują się tam tobą? – zapytałam.

– Nikt nie musi się mną opiekować.

– Nieprawda, jesteś jeszcze… .

Na małą wskoczył mroczny koń, przygniótł ją do ziemi, wbił kły w jej kark. Nie! Szarpnęłam się, rzucałam, aż łańcuch się przerwał. Nie! Nie dał się strącić, dusił ją, kopałam w niego, ale on dalej ją dusił… On… Napiłam się wody. Ja, ja mogę mieć omamy, ja… Kiedy on by się tu wspiął? Mógłby, ale… To nie była woda, to naprawdę nie była woda. Nie proszę, niech to nie będzie prawda. Trzepnęłam głową. Cofając się, zleciałam na zad. Zabiłam ją? Leżała pobita aż do krwi, na moich nogach była jej krew i parę sińców, ani śladu mrocznego konia. Ona… Oddycha, Forsycja jeszcze żyje. 

– Pomocy! – krzyknęłam. 

Przyleciał Obłok i kilka innych pegazów. 

– Próbowałaś zabić własną córkę?! 

– Ta woda, wygląda jak woda, nawet tak smakowała, miałam omamy, łańcuch się urwał… Ktoś musiał go przerwać jak spałam, przecież nie mógłby od tak… Widziałam jak atakuje ją mroczny koń, ona… Ona to potwierdzi, tylko musicie jej pilnować, bo on będzie chciał ją zabić… Ten kto mi to podał… Ty to zrobiłeś? – To mógł być przecież każdy nawet on. Nikt by go nie podejrzewał.

– Mroczny koń? Co ty znowu wymyśliłaś?

– Wiadomo, córka stanie po jej stronie, jak zawsze, o ile przeżyje – wtrącił Brylant, jak sobie przypomniałam, ten brudnokasztanowaty pegaz. Ojciec źrebaka. To może on? Jest całkiem podobny do Forsycji, ale ona nie wspominała nic o ojcu. Albo… Albo sama Forsycja, przecież jej zależało żebym to wypiła… Była zdesperowana żeby mnie uwolnić.

– Musi przeżyć! Nigdy bym jej tak nie pobiła, ani nie zabiła tych źrebiąt, dlaczego miałabym to zrobić? Naprawdę to były omamy… 

Przybyło jeszcze więcej pegazów, z płachtą materiału, przesunęli na niego delikatnie małą. 

Czy Forsycja krzyczała, nie słyszałam jej krzyku, może ją ogłuszyłam za pierwszym ciosem, może tak bardzo nie cierpiała… Mam siniaki, a wcześniej ich nie było, pasują do uderzeń małych… Łap. Z tępymi pazurami. Ona się broniła. 

Podnieśli ją na tym materiale i zaczęli schodzić w dół, Obłok poleciał za nimi.

– Oszalała.

– Błagam, nigdy nie zabiłabym własnej córki, przecież… Przecież wiecie że byłyśmy blisko…

– Naprawdę oszalała – stwierdził kary pegaz.

– Daliśmy jej za wiele swobody.


~*~


Nie podawaj mi tego! Nie, błagam… Szamotałam się. Brylant najpierw mnie skrępował, wkładając mi do pyska knebel w kształcie kółka przez który wlewał ciecz. Najstarszy zdecydował się mnie odizolować od reszty, zamykając w jaskini. Już wolałam łańcuchy, ale z dostępem do świeżego powietrza. Brylant został już oficjalnie wyznaczony na mojego opiekuna, na zmianę z Obłokiem, a co jeśli obaj mi to zrobili? 

– Wybacz, musiałem cię skrępować, bo zrobiłabyś sobie krzywdę. – Zmienił metalowe kółko na materiałowy knebel: – Odwodnisz się jak nie będziesz piła wody. A tego byśmy nie chcieli.

To już nawet nie smakowało jak woda. Nie mogłam złapać tchu. W ogóle oddychać, po ścianach już wspinały się czarne odnóża, zacisnęłam oczy, ale uszu już nie potrafiłam, koszmarne jęki dobiegły na raz z każdej strony i czułam jak coś drapie po mojej czaszce. 

– Nikt ci niczego nie podaje, to wszystko dzieje się w twojej głowie, Echo.



⬅ Poprzedni rozdział

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz