[Mozzran]
– Dlaczego? Dlaczego nie chcesz jej ode mnie? – Arnee położyła się przed nią, zawodząc, Mozzran wycofała się, kompletnie zdezorientowana: – Dlaczego cię przerażam? Nic ci nie zrobiłam, chciałam tylko być z tobą tak blisko jak Eepli, Kettui nie żyje… Dlaczego ufasz Eepli, a mi nie? Przecież ją Kettui też urodziła. Mozzran…
Czego ona od niej jeszcze chce? Kettui nie zachowywała się w tak upokarzający siebie samą sposób. Jeśli chce ją skrzywdzić to skąd w niej tyle desperacji by się do niej zbliżyć?
Z pyska Mozzran spływała już ślina, a gardło zacisnęło się zbyt mocno by mogła ją przełknąć.
– Mozz… – Arnee zawinęła się wokół jej nogi, opierając pysk o jej klatkę piersiową, wyglądając przy tym, z całą tą desperacją w oczach i łzami tak żałośnie: – Przepraszam… Nie chciałam zaglądać do twoich wspomnień, ale… Ale ja muszę. Bardzo mi zależy, błagam Mozzran, naprawdę zrobię wszystko żebyś mnie polubiła.
– Puść mnie! – Mozzran próbowała odepchnąć ją nogą, ale Arnee trzymała się jej zbyt mocno. Kłyka popiskiwała coraz głośniej i coraz bardziej przeraźliwie. Chmura nigdy nie zachowywała się w ten sposób, ale z drugiej strony Mozzran miała ją co najwyżej kilka tygodni. Gdyby Chmura żyła, jej życie nie byłoby wiele lepsze niż to co Kettui zafundowała Mozzran. Kłyka zerwała się nagle do ucieczki.
– Czy to była kłyka? – zapytała z ekscytacją Burza.
Mozzran przetarła gwałtownie pysk ogonem, Arnee nie spuszcza z niej wzroku.
– Arnee, a co ty robisz? – dodała z rozbawieniem Burza, przechylając głowę.
Mozzran spojrzała na nią nieprzyjemnie.
– Dręczy mnie – powiedziała, starając się zachować normalny ton głosu.
– Lepiej by twoja mama cię tu nie przyłapała.
– Arnee – zaskoczyła je Irutt. Wszystko aż w Mozzran podskoczyło. Irutt zabrała jej siostrę od niej ogonem: – Nie możesz jej tak stresować.
Mozzran przetarła znów pysk: – Obiecałyście trzymać ją z daleka.
Irutt otoczyła opiekuńczo Arnee ogonem, a Arnee wtuliła się w jej bok, patrząc błagalnie prosto w oczy Mozzran, nadal roniąc łzy.
– Mozz…
– Gdyby Linnir tu była nie pozwoliłaby jej się do mnie zbliżyć! – krzyknęła panicznie Mozzran.
Irutt przycisnęła szlochającą już małą do siebie: – Burza…
– Lecę, już lecę – przerwała pegazica: – Powinniście mnie bardziej szanować. – Poleciała śladem kłyki, co nie uszło uwadzę Mozzran, zaraz przyłapała się na tym że najchętniej by jej tego zabroniła, niebezpieczna czy nie, to była jej kłyka.
– Przyprowadziłam jej Chmurę… – wyłkała Arnee.
– Chmurę?
– Jej przyjaciółkę z źrebieństwa, którą Kettui oddała pegazom w niewolę.
Mozzran wybałuszyła oczy, kręcąc głową, nie chciała by Irutt wiedziała jak się zachowała wobec Arnee, ona nie widzi w Arnee żadnego zagrożenia, dla niej to będzie tak jakby Mozzran była okropna dla małego, niewinnego źrebaka. Tak jak wtedy gdy próbowała bronić się przed Tirre. Serce zabiło jej tak szybko że niemal bolało.
– Nie chciałam… – zaczęła desperacko, cała mokra i drżąca: – Mamo, ja nie chciałam, przepraszam.
– O co chodzi, Mozzran? – Irutt patrzyła na nią z niepokojem. Może jej zrobić wszystko, dobrze wie że Mozzran nie będzie miała odwagi powiedzieć o tym Linnir.
– To się więcej nie powtórzy, nigdy więcej.
– Co zrobiłaś?
– Proszę, pobawię się z nią w co zechcesz. Proszę, nic mi nie rób…
– Mozzran, powtarzałam ci wiele razy że nikt z nas cię nie skrzywdzi.
– Kłamiesz!
Irutt odstawiła Arnee na ziemię, mała złapała ją po drodzę za ogon. Mama podeszła do Mozzran, która wycofała się przed nią pod samo drzewo, kuląc się tam, patrząc na nią z szeroko otwartymi oczami z doskonale widocznymi białkami. A jeśli Irutt to tak naprawdę Kettui? Jeśli oblubiła sobie teraz Arnee tak jak kiedyś Tirre?
– Mozzran, proszę, nie patrz tak na mnie – Irutt położyła się na ziemi, wzięła swój ogon od Arnee, Mozzran drgnęła cała gdy dotknęła nim jej ogona, złapała ją za niego: – Córeczko… Mozzran, wolałabym umrzeć niż choćby patrzeć że dzieje ci się krzywda. – Przeniosła go na jej grzbiet, gładząc go po nim.
– Byłam dla niej niemiła – rzuciła nerwowo Mozzran w desperackiej próbie sprawdzenia na ile słowa mamy są prawdziwe.
– Mozz, mi to nie przeszkadza. – Arnee oparła swój przód ciała o grzbiet mamy: – Ale chciałabym byś lubiła mnie choć trochę, proszę!
– Daj nam chwilę, córeczko. – Irutt dotknęła pyskiem łopatki małej: – Za chwilę do ciebie przyjdę.
Arnee wtuliła się w jej głowę, opierając pysk na jej szyi.
– Arnee – powtórzyła Irutt.
– Ale co z Chmurą?
– Zaczekaj na mnie przy stadzie, za chwilę jej poszukamy.
– No dobrze, mamusiu – mruknęła ze smutkiem Arnee. Odeszła powoli z zwieszoną głową, oglądając się na siostrę, jakby spodziewała się że ta ją zatrzyma. Mozzran tylko czekała aż w końcu naprawdę da jej spokój.
– Arnee… – zaczęła Irutt.
– Wiem co powiesz – przerwała jej Mozzran: – Ale to niczego nie zmieni, niczego od niej nie chcę. Chcę tylko w spokoju poczekać na mamę.
– Ja też jestem twoją mamą, ze mną też możesz porozmawiać o wszystkim.
– Nie mogę… – Mozzran spuściła wzrok, czując jak przygniata ją poczucie winy.
– W takim razie gdybyś czegoś potrzebowała powiedz Cruzinie, pójdę teraz szukać Chmury z Arnee – głos mamy drżał jakby miał za chwilę się załamać, zabrała ogon z grzbietu Mozzran. Po chwili Mozzran popatrzyła na nią, słysząc jej krótkie załkanie. Irutt przechodziła już obok lasu, trzymała ogonem jedną ze swoich tylnych nóg. Mozzran zwinęła się w kłębek, jej myśli zmąciły wspomnienia sprzed tych paru chwil, Chmura, Arnee, dręczył ją widok odchodzącej mamy, choć już dawno zniknęła jej z pola widzenia. Pobiegła przez las, zatrzymała się na wzgórzu, wędrując po nim niespokojnie i wypatrując Linnir.
~*~
[Eepli]
Eepli przyciskała do siebie swoją ukochaną figurkę obserwując obce stado, Linnir zdążyła już porozmawiać z wieloma osobami, Eepli choć nie słyszała z tak daleka słów, widziała jak obcy kręcili głową. Wydłużające się cienie ułatwiały jej ukrycie się w lesie, jak dotąd nie odezwała się do nikogo. Rogi jednorożców błyszczały w ostatnich promieniach słońca, sprawiając wrażenie jakby świeciły w półmroku niczym strumień lawy.
Widziała taki tylko raz w życiu, niewiele brakowało by ten dzień był jej ostatnim…
***
Miała zaledwie kilka tygodni, dwa jednorożce niosły ją na grzbiecie, trzymali ją ogonami upewniając się że nigdzie im nie ucieknie. Szli całą grupą, gałęzie łamały się pod ich racicami, a w mroku, chowając się za drzewami, świecił cienki pas lawy.
– Chciałam tylko się pobawić – oba głosy Eepli brzmiały identycznie, przepełniała je rozpacz, przymykała dolne oczy z których wypływały łzy i do których napływały łzy z górnych oczu. Źrebaki na jej widok uciekły w popłochu, tak jak ostrzegała ją mama, mama w ogóle zabroniła jej opuszczać kryjówkę, ale Eepli jej nie posłuchała.
– Czyja to córka? – spytała jedna z samic.
– Nie jestem pewien. – odpowiedział jeden z niosących ją jednorożców, był prawie tak samo puchaty jak ona, nawet układ ich łat był podobny.
– Jak jej matka mogła pozwolić temu maleństwu tak cierpieć?
– Mama nic nie zrobiła, sama uciekłam… – przyznała Eepli: – Chcę do domu.
Określenie “maleństwo” nie było w jej przypadku zbyt trafne, gdyby stanęła obok innych źrebiąt, nie ważne jakiego gatunku, z pewnością by je przerosła.
– Wszystko będzie dobrze, Eepli – Jednorożec spojrzał na nią bursztynowymi oczami: – Nie będziesz już więcej cierpieć, obiecuję.
Szli już korytarzem, ku coraz głośniejszemu szumowi wodospadu. Mijali mnóstwo kryształów po drodzę.
– Chcę do mamy…
– Odwiedzi cię tam, my także, w swoim czasie.
– Znów będziesz zdrowa – obiecała jedna z samic.
– Tak, będziesz ślicznym, małym jednorożcem. – Samiec położył Eepli na miękkim mchu. Otoczyli ją: – Przodkowie się tobą zaopiekują, już nigdy nie będziesz sama.
– Nie chcę do przodków, chcę wrócić do domu… – zapłakała Eepli.
Do środka wszedł kolejny jednorożec, niósł purpurowy sok w pojemniku wyrzeźbionym z drewna, odłożył go przed Eepli. Przejechała po jego gładkich ściankach ogonem, ciekawa jego struktury.
Jednorożce ułożyły się przy niej. Każda próba dotknięcia ich ogonem kończyła się tym że łapali ją za niego i układali z powrotem przy jej boku.
– Wśród nich są maluchy z którymi będziesz mogła się bawić.
– Muszę wracać do domu, mama będzie zła. – Eepli podniosła się, ale aż dwa ogony posłały ją z powrotem na mech i przytrzymały, spojrzała na obcych z lękiem: – Proszę, już nigdy nie będę do was przychodzić… – Eepli zakryła się bujnie porośniętym włosami, a jednocześnie chwytnym i długim ogonem: – Nie chciałam nikogo wystraszyć.
– Śmiało, pij. Już za chwilę będziesz zdrowa.
Mała pokręciła głową. Mama miała rację, we wszystkim, naprawdę chcieli ją zabić. Nie powinna była uciekać.
– Eepli, musisz, jesteś chora.
– Nie chcę umierać.
– Obiecuję że przestanie boleć.
– Nic mnie nie boli.
– Wiem, ja wiem, jesteś bardzo dzielna, ale już nie musisz. Twoje ciało jest zniekształcone, z czasem będzie cię bolało, z czasem trudniej też będzie odejść do przodków, proszę, wypij to, nic nie poczujesz, zaśniesz i obudzisz się wśród nich, zaopiekują się tam tobą. – Samiec próbował wsunąć jej pojemnik między wargi, odwracała głowę, odpychając sok ogonem, szamocząc się rozlała go po mchu, wreszcie zakryła swoje oba pyski, trzymała je tak kurczowo że żaden jednorożec nie mógł jej oderwać z nich ogona.
– Tirre? Co teraz?
Tirre? Dlatego wydawał się znajomy, to jej tata ją tu przyniósł.
– Musimy jej pomóc.
Nagle otworzyli jej jeden z pysków na siłę, wlewając wszystko, szarpnęła Tirre ogonem. Krztusząc się, poderwała się przewracając jednego z jednorożców. Przebrała nogami, próbując pozbyć się trucizny, obraz jej się rozmazywał. Poczuła nagły impuls, a jej róg zaświecił, cała trucizna przeszła przez nią na wylot, jakby nagle stała się duchem. Jednorożce stały blisko siebie, na ich obliczach malował się szok. Eepli odkryła że może przeniknąć przez ziemię, potem zgubiła się wśród jej warstw.
~*~
Coraz sprawniej poruszała się w ziemi, niczym przez wodę, wreszcie odnalazła drogę do domu głodna i przestraszona. Kompletnie straciła poczucie czasu tkwiąc tam, pod ziemią, gdzie nie było żadnego źródła światła oprócz jej własnego porośniętego sierścią, świecącego rogu. Kettui spała, jak przez większość dotychczasowego życia Eepli, gdy się budziła i tak sprawiała przykrość Eepli, na razie tylko głównie słowami, była zbyt słaba na cokolwiek innego. Eepli wtuliła się w jej sierść, czując jak bardzo jest gorąca. Zmoczyła kawałek materiału, kładąc go na jej ciele.
Kettui nie była w stanie urodzić Eepli – mała była dla niej za duża, dopiero hybrydy wyciągnęły ją z niej i połączyły rozciętą skórę za pomocą mrówek. Gdy ich żuwaczki wbiły się odpowiednio pozbawili owadów tułowi, teraz głowy mrówek były już stare i wysuszone, a rana powoli się zrastała.
– Eli… – Kettui majaczyła znów przez sen, jej wargi i racice drgnęły.
Eepli złapała niepewnie za wymie mamy, zerkając na nią w strachu. Jeszcze dobrze nie zaczęła ssać, a oberwała ogonem po głowie.
– Gdzie byłaś?! – Kettui złapała ją boleśnie za dolny pysk: – Co ja ci mówiłam, ohydztwo?
– Myślałam…
– Ojej, myślałaś że ktokolwiek cię polubi? – zapytała z udawanym zmartwieniem i nutą kpiny: – Powinnaś się cieszyć że w ogóle pozwalam ci żyć po tym co mi zrobiłaś.
– Nie chciałam…
– Oby twoja magia była cokolwiek warta.
***
– Eepli, musimy już wracać. – Przyszła Linnir, Eepli okryła się bardziej materiałem: – Nie rozmawiałaś z nikim? – Linnir cofnęła uszy, patrząc na nią zmartwiona.
Eepli pokręciła głową, wciąż myślami krążąc przy tym co było kiedyś.
– Może następnym razem się przełamiesz?
Nic na to nie odpowiedziała.
– Najważniejsze że próbujesz.
– Skojarzyli mi się jak… Jak rodzina taty próbowała i on sam mnie zabić… Jednorożce są chyba dla mnie najtrudniejsze do poznawania…
Linnir wtuliła się w nią, a Eepli objęła ją głową.
– Najlepiej jak zapomnisz o przeszłości.
– Cieszę że mam was.
– Ja też się cieszę że jesteś z nami.
– A gdybym nie miała żadnej magii?
– To nie przez magię jesteś dla nas ważna, jesteś częścią rodziny, Eepli i zawsze będziesz.
Eepli objęła ją i siebie ogonem, w głębi duszy wiedziała o tym, ale czasem potrzebowała też to usłyszeć.
~*~
[Kometa]
Biała kłyka, bez wystających kłów i ze skrzydłami porośniętymi sierścią, tego nie da się przegapić, a jednak szukaliśmy tak długo i już właściwie w ciemności. Księżyc świecił dość słabo przez tyle chmur na niebie. Wylądowałam na ziemi.
Ile tu połamanych gałęzi i przewróconych… Obciętych! Drzew i… Kłyk! Uniosłam skrzydła, odrywając kopyta od ziemi. Zaraz… One są martwe. Coś przedziurawiło ich ciała. Hybrdy będące teraz jednorożcami nadal się zabijały nawzajem z kłykami? Przetrwała pewnie ich część, chociaż… Nie ma za dużo śladów racic.
Otrzepałam się, muszę się rozejrzeć. Oby nie było tu Chmury, ale… Mogła być. Wstrzymałam oddech idąc tym strasznym, krwawym szlakiem. Ani śladu białej sierści. Ach! Co to za światło? Przymrużyłam oczy. Osłaniając je też skrzydłem.
Światło przygasło nieco, a właściwie to róg, albo to ja się przyzwyczaiłam do jego blasku. Obca jednorożec, utknęła po brzuch w błocie, oglądała się na mnie, bo akurat jej tył był najbliżej mnie. Stałam w trawie całej w, jestem pewna że w jej krwi. W końcu leciała z jej zabłoconego boku, każdy skrawek jej ciała był w błocie, a z tego boku jeszcze wisiał kawałek skóry. Skrzywiłam się, otrzepując.
Jeśli to jednorożec Kettui… Ale ona już nie żyje, nawet jeśli to ktoś od niej to jest kompletnie sama. I potrzebuje pomocy.
– Ty… Zabiłaś te wszystkie kłyki? Tak w pojedynkę? Bo wiesz, nikogo innego tu nie ma…
– Ja też nie jestem z tego zachwycona.
– Lepiej polecę po opatrunki. – Już uniosłam skrzydła.
– Stój! Nadal jakaś kłyka może czaić się w pobliżu!
Wzdrygnęłam się, wyobrażając sobie jak któraś ją zjada na żywca, nie wiem czy kłyki kiedykolwiek kogoś z nas zjadły, ale… Zabiły nie jednego jednorożca. A ona musi być już wykończona.
– Racja... – Podeszłam ostrożnie z uniesionymi skrzydłami w razie gdyby noga utknęła mi w błocie, dzięki nim mogłabym się od niego oderwać, sprawdzałam podłoże kopytami…
– Nie dotykaj mnie! – Zabrała głowę, gdy próbowałam złapać ją za grzywę. Róg zaświecił mocniej, przysłoniłam się znów skrzydłem.
– Możesz… Twój róg razi w oczy.
Przygasiła go, patrzyła na moje nogi, wydawała się zamyślona. Miała na policzkach po trzy wybrzuszenia. I pod uszami, i na grzbiecie nosa.
– Co to…? – I na szyi też.
Już otworzyła pysk, ale nie pozwoliłam jej odpowiedzieć, dodając od razu:
– To później. Później. Teraz pomogę ci się z tego wydostać… Z tego błota. To znaczy muszę cię złapać za grzywę i pociągnąć.
– Dobra. Zrób to – odpowiedziała po namyślę, odrobinę przygnębionym głosem: – To i tak już niczego nie zmieni.
– Co masz na myśli? – Złapałam ją za grzywę, wyszarpując z całego tego błota. Trochę to trwało i wymagało naprawdę dużo siły, po wszystkim ledwie łapałam oddech. Nie ma nic czym bym mogła jakoś zatrzymać krwawienie? Gdzieś widziałam rzekę, musimy obmyć tą ranę…
– Jeśli dotknęłaś mojej krwi to umrzesz – powiedziała nagle.
– Ale to tylko szczotki pęcinowe. – Zastrzygłam nerwowo uszami, patrząc na nią.
– Już za późno, za kilka miesięcy będziesz martwa.
– Nie… Umyje je, siebie…
– Gdzie? Chcesz by to rozniosło się we wodzie?
– Ummm…
– Zginiesz, a twoje martwe ciało nadal będzie zarażać. Tak jak te kłyki.
– Nie mów tak! – Położyłam uszy, wstrząśnięta, to straszne tak to sobie wyobrażać: – Nie umrę.
– Musimy tu wszystko spalić. Wywołanie epidemii to ostatnie co chciałabym zrobić. Choroba bardzo szybko się rozprzestrzenia i trwa wiele miesięcy, zanim zauważysz pierwsze objawy jest już za późno. Może zabić cały świat. – Przycisnęła zabłocony ogon do rany.
– Jesteś chora…?
– Jestem Klątwą.
– Co…? – Zastrzygłam uszami: – Co to znaczy?
– Nic dziwnego że o niej nie słyszałaś, nawet gdyby ich torturowali nigdy by się do tego nie przyznali.
– Kto?
– Jednorożce. Czy to nie oczywiste? Klątwy rodzą się rzadko, ale kiedyś prawie zabiły wszystkie jednorożce, przetrwali tylko dlatego że matki z klątwami w swoich łonach kończyły swój żywot w wulkanicznej lawie.
– Dlaczego klątwy? Przecież masz na myśli źrebięta, prawda?
– Czarne źrebięta jednorożców, tak.
– Ktoś rzucił na nie, na was, klątwę?
– Nikt już nie pamięta…
– Ja… Znam osoby które ci pomogą i które się nie zarażą. I… Może wcale też się nie zaraziłam.
– Zapomnij o nich, od tej chwili nie wolno ci się zbliżać do nikogo. Nie ma już dla ciebie ratunku.
– Jestem pewna że…
– Nie ma nadziei. Chcesz zarazić swoich bliskich? Chcesz by umarli razem z tobą? By cierpieli jak moja matka? Wystarczy że ty będziesz cierpiała.
– Nie mogę umrzeć… Muszę…
– Musimy tu wszystko spalić. Bierz gałąź. – Dźwignęła się na dygoczące nogi.
– Twoja rana…
Z gardła wyrwał mi się krzyk, omal nie trafiła mnie jasnym promieniem światła, powaliła nim kilka drzew za mną.
– Rób co ci każe, inaczej cię zabije. – Jej róg nadal tlił się światłem, ale po jej oczach widziałam że jest wyczerpana.
– Przecież…
– Idziemy.
– A jak ogień się rozprzestrzeni? Arnee mogłabym tego wszystkiego się pozbyć w bezpieczniejszy sposób i pomóc tobie.
– Ruszaj – Trafiła promieniem blisko moich nóg, aż poczułam jak uderzają w nie grudki ziemi.
– Co robisz?! – krzyknęłam. Jak narobi mi tam małych ran, to na pewno się zarażę!
– Następne będzie twoje skrzydło, łap za gałąź i idź przodem.
– Arnee jest feniksem, potrafi o wiele więcej niż my.
– Naprawdę nie chcę tego robić, ale za chwilę mnie do tego zmusisz!
Złapałam za gałąź, czując jak łzy napływają mi do oczu, a serce pędzi w piersi.
– Skręć w prawo na ścieżkę i idziesz dalej nią.
Poszłam tam gdzie chciała, kuśtykała za mną, ledwie trzymała równowagę i oddychała z coraz większym wysiłkiem. Zostawiała ślady krwi.
– Jestem pewna że jak zemdlejesz… – Oglądałam się na nią.
– Przestań kombinować.
– Wróciłabym z opatrunkami.
– Nigdzie nie polecisz! – krzyknęła.
– Nie lądowałabym na ziemi.
– Spróbuj się wzbić, a stracisz skrzydło.
– Wiesz… Jakoś ciężko mi uwierzyć że tak łatwo się zaraziłam, może, skoro twoja krew nie dostała się do mojego pyska, ani chrap czy oczu, ani do ran to nic mi nie jest? Przecież zaraźliwe choroby tak właśnie działają, prawda? Więc… – Czy można łapać za świecący róg? Bo gdybym ją złapała za róg nie mogłaby już nic mi zrobić… Chociaż i tak bym nie odleciała, raczej nie uniosłabym jej za sam róg, to by ją za bardzo zabolało, a przytrzymać tak na swoim grzbiecie… A najpierw w ogóle na niego wsadzić, przecież mi na to nie pozwoli.
– Ta choroba jest inna – stwierdziła: – Jest skutkiem klątwy, to jasne że działa inaczej.
– A jeśli to jakaś mutacja? Tak jak twoje… Narośla. Czy one są objawem?
– Nie, ja tylko zarażam tą chorobą. Kłyki ukruszyły ściany mojego domu, gdzie nikt nie mógł się do mnie dostać, były wściekłe, choć nie mam pojęcia dlaczego, nigdy nie wchodziliśmy sobie w drogę. Gdyby nie one w ogóle mnie by tu nie było.
– Też byłam uwięziona…
– To było schronienie, nie więzienie.
– Ale nie mogłaś wyjść.
– Mogłam, ale nie jestem samolubna, co z tego że cieszyłabym się wolnością skoro wszyscy zaczęliby umierać?
– Ja też nie jestem samolubna, po prostu wiem że nam pomogą.
– Nawet jeśli to prawda, to nie będę ryzykować, nie chcę zabijać, ani więzić nikogo więcej.
– Gdybym…
– Gdyby moja matka wskoczyła do wulkanu tak jak powinna to nic by się teraz nie stało – przerwała mi.
– Ona cię uratowała!
– A nie powinna!
– Jak możesz tak mówić? Kochała cię! Poświęciła się dla ciebie…
– Nigdy nie chodziło jej o mnie! Nie chciała umierać i nie potrafiła mnie zabić, bo jednorożce mają z tym problem wtedy kiedy nie powinny, a kiedy powinny nie chcieć zabijać to jakoś chcą.
– Nigdy nie słyszałam by kiedykolwiek chciały, znaczy nie licząc Kettui, albo… – Przetarłam łzy skrzydłem: – Jak masz na imię?
– Klątwa.
– A jak dała ci na imię mama?
– Nazywała mnie tak jak wszyscy. Mam wiele imion, Klątwa, Zaraza albo Śmierć, między innymi.
– Brzmi naprawdę… – skrzywiłam się: – Okropnie. To nie są imiona, nie będę tak cię nazywała.
– Inni nie mają z tym problemu.
– Twoja mama musiała cię kochać choć trochę…
– Nie potrafiła zabić źrebaka. Sumienie też nie pozwoliło jej mnie zaniedbać, nigdy nie robiła tego z miłości. Nie uznawała mnie w ogóle za swojego źrebaka, twierdziła że zabrałam jej córkę i życie. Jednorożce nie myślą o nas jak o osobach. A mimo to czuję ból, głód i zmęczenie tak jak wszyscy.
– Przykro mi.
– A mi nie, to normalna część mojego życia.
– Wcale nie jest normalna.
– Klątwy nie mogą liczyć na nic lepszego.
– Mylisz się, Arnee ci pomoże, jak mówiłam jest feniksem. Wystarczy że na nią zaczekamy. Zaczną mnie w końcu szukać, jak zorientują się że zniknęłam…
– Nie wiem o co ci chodzi z tym feniksem, ale nikt nie jest wstanie tego odwrócić.
– Arnee jest, a przynajmniej w jakiś sposób nam pomoże…
– Możesz teraz jedynie pielęgnować wspomnienia z nimi, bo nigdy więcej ich nie zobaczysz, wrócimy do mojego domu i tam zostaniemy, jak ci się pogorszy będę się tobą opiekować, postaram się byś odeszła spokojnie.
– Ale ja nie umieram…
– Wielu przed tobą zaprzeczało.
– Jak to wielu?
– Jednorożce przychodzą umierać do skupiska kryształów, a ja dotrzymuje im towarzystwa, oczywiście za ścianą, gdy ich życie się kończy jest im wszystko jedno z kim rozmawiają, byleby ktoś przy nich był. Choć wmawiają sobie że jest inaczej.
– To… Masz naprawdę dobre serce…
– Nie. Robię to by nie czuć się samotna i by nie zwariować.
Coś już świeciło przed nami, jakby ogień, ale nie do końca, nie było dymu, ani nie był to taki intensywny blask. Za to zapach drażnił trochę chrapy.
– Jestem Kometa, może… Będę mówiła ci Nadzieja?
– Nie jestem niczyją nadzieją, tylko Klątwą.
– Nie jesteś klątwą… To nie twoja wina że jesteś… Że zarażasz… Nie chcę cię tak nazywać, nie będę cię tak nazywać, a jakoś muszę, więc musimy wybrać inne- Właściwie tamto to nie są imiona, więc musimy wybrać ci prawdziwe imię.
– Nie chcę imienia. Daj sobie z tym spokój – Położyła uszy.
– Nie znam się na imionach jednorożców, ale…
– Nie chcę imienia! – krzyknęła: – Zanurz gałąź – Podeszła do strumienia lawy zanurzając swoją, przymknęła chrapy, zrobiła to za pomocą ogona, a ja… Moje chrapy znajdą się tak blisko tego strumienia, gdy włoże w niego gałąź… Muszę wstrzymać... Włożyła sobie płonącą już gałąź w zęby, wyciągając do mnie ogon, podałam jej swoją gałąź. Potem podała mi ją z powrotem już z płomieniem.
– Dzięki… Ale lepiej bym nie brała jej teraz do pyska.
– Przecież i tak jesteś zarażona – powiedziała dość niewyraźnie przez zaciśnięte na swojej gałęzi zęby.
– Nie często coś trzymasz w pysku i mówisz, prawda?
– Hm?
– Bo wiesz ja nie mam z tym problemu.
– Chodź.
Powrotna droga dłużyła się, przystawała, chwilami dość ciężko oddychając. Ale jakoś tam wróciłyśmy, rzuciła oba palące się gałęzie na jedno z ciał kłyk, ogień zajął krzewy i pień drzewa.
– Hexe – powiedziała wyczerpanym tonem. Też wyglądała na coraz słabszą. Czy to przez utratę krwi?
– To jednak masz imię?
– Dopiero je wymyśliłam…
– Trochę… Bardzo nietypowe dla jednorożca, ale… Chyba nie znaczy nic złego, prawda? – W końcu poprzednie propozycje były…
– Nie.
– Ale jesteś pewna?
– Kurcze, daj mi z tym spokój! To imię nic nie znaczy! Potrzebujemy więcej ognia…
~*~
Kasłałyśmy obie, dymu było całe mnóstwo, a ogień rósł bardzo szybko. Hexe może nie krwawiła już dawno, ale wciąż nawet nie oczyściła rany.
– Trochę się odzwyczaiłam od zwykłego ognia, ostatnio miałam do czynienia tylko z ogniem feniksów, Arnee…
– Jedzenia nam nie zabraknie, w skupisku kryształów roślinność odrasta już kolejnego dnia, tyle jest tam zgromadzonej magii po martwych jednorożcach.
– Hexe…
– Idziesz czy mam cię zmusić? – spojrzała na mnie dość ostro.
– Idę… Chociaż…
Zrobiła kilka kroków i upadła…
– Hexe! – Omal ją dotknęłam.
Muszę… Muszę jakoś ją przenieść. Tu nie da się oddychać. I niedługo wszystko spłonie. Muszę zaryzykować…
Wzięłam ją na grzbiet, była lżejsza niż się spodziewałam. Wzbiłam się do lotu, wysoko nad ogniem i kłębowiskiem dymu. Oby tylko się teraz nie ocknęła. Muszę chociaż owinąć jej czymś róg, bo naprawdę może mnie za to zabić…
~*~
[Mozzran]
Mozzran próbowała jeść, choć jej żołądek ściskał się ze stresu, ledwie przełknęła kolejny kęs, tak mocno się spinała. Zrobiło się ciemno, a Linnir nadal nie wracała, zostało tu niewiele osób, większość szukała jej kłyki. Miała wrażenie jakby została sama na świecie. Jak mama mogła jej to zrobić?
– Mozzran. – Irutt wylądowała niedaleko, z sowy zmieniając się w siebie: – Nigdzie jej nie ma… – Podeszła bliżej, Mozzran obserwowała każdy jej krok: – Jesteś tu sama?
– Reszta już się położyła – stwierdziła: – Linnir zamierza tam nocować?
– Nie wiem, chodź do środka.
Odsunęła się od ogona mamy, nie patrząc jej przy tym w oczy. Czuła się wystarczająco źle i nawet nie miała z kim o tym porozmawiać, przecież nie zwierzy się Cruzinie.
– Będę w środku.
– Czyli nie zamierzasz pilnować Arnee?
– Nie wiem gdzie teraz jest, ale obiecała się do ciebie nie zbliżać.
– I ty wierzysz jej na słowo?
– Jestem już tym tak zmęczona… – Mama przycisnęła zwinięty ogon do głowy, weszła do środka zakręcając go jeszcze bardziej, przy swoich tylnych nogach. Mozzran patrzyła za nią, czując jak zbiera jej się na płacz. Irutt zniknęła w ciemnościach jaskini.
Do uszu Mozzran dotarło ciche mruknięcie. Obejrzała się momentalnie, Chmura stała za nią, kilka kroków dalej, trzymała głowę nieco niżej od linii swojego grzbietu, skrzydłami niemal dotykając ziemi. Patrząc na nią wystraszonymi oczami. Gdy Mozzran miała już pobiec do jaskini, kłyka położyła się na ziemi, wołając za nią cichym piśnięciem.
Z wyglądu niewiele się zmieniła, poza tym że urosła do rozmiarów każdej dorosłej kłyki, choć miała przedłużone wargi, nie wystawały jej kły, miękka, jedwabista sierść, zwyczajne oczy, to wszystko nadawało jej łagodny wygląd, bliższy pegazą niż kłyką. Może Arnee się nie myliła że to hybryda?
Mozzran podeszła do niej drżąca, starając się oddychać głęboko i powoli, jak uczyła ją mama. Zatrzymała się w bezpiecznej odległości od Chmury, gotowa w razie czego ugodzić ją rogiem i uciec. Wyciągnęła ostrożnie ogon, kładąc go na grzbiecie nosa kłyki, zauważając że ta trzęsła się nie mniej od niej. Kłyka mruknęła cicho. Była tak samo miękka w dotyku jak Mozzran zapamiętała.
Mozzran cofnęła uszy, jeśli to naprawdę ona musi znać sztuczki, których ją nauczyła. Inny zestaw gestów niż używała Kettui. Chmura stanęła dęba za ruchem jej ogona, zrobiła obrót, a potem gdy Mozzran wyprostowała ogon, kłyka powoli osunęła się na brzuch, na wyprostowanych przednich nogach, rozkładając skrzydła, jakby się kłaniała.
– Mozzran, ona nie jest…
Mozzran zlękła się, dostrzegając w wejściu jaskini Irutt. Chmura pisnęła, podrywając głowę, prawie wstała, Mozzran położyła znów ogon na jej pysku, zatrzymując ją tym prostym gestem na ziemi.
– Tak, wiem, mamo, tylko sprawdzam czy to zna, bo jeśli to Chmura to musi pamiętać czego ją uczyłam – wyjaśniła natychmiast Mozzran: – Poszłabyś dla niej po ryby?
Kłyka zahaczyła językiem ogon Mozzran, podczas szybkiego, niespokojnego liźnięcia po własnym pysku.
– Jakie ryby lubi?
– Wszystkie świeże… – Mozzran spuściła nieco wzrok, zastanawiając się czy Linnir też by się na to zgodziła.
Wiedziała że mamom się to nie spodoba, ale i tak, gdy Irutt zniknęła z zasięgu jej wzroku, nakłoniła Chmurę do położenia się i weszła na jej grzbiet, nie mogła się powstrzymać, zawsze chciała na niej polecieć. Ale nie wiedziała jak nią sterować, ani jak sprawić by się z nią uniosła.
Kettui nigdy jej nie uczyła jak kierować kłyką, w przeciwieństwie do jej brata, wszystko podpatrzyła z ich wspólnych lekcji, Kettui musiała uczyć tego Chmury, raczej nie oddałaby jej od razu pegazom, prawda? Choć początkowo nieudolnie to jednak udało jej się odpowiednio szarpnąć za sierść na szyi kłyki by poszła w kierunku którym chciała.
– Dobrze, Chmura.
Kłyka spojrzała na nią.
Pojeździła na niej jeszcze chwilę. Chmura pisnęła nagle, Mozzran zeskoczyła z niej, błyskając białkami, kłyka położyła się na ziemi. Mama właśnie wracała z rybami, w szponach sporego orła. Czy Chmura ją przed nią ostrzegła? Rozumiała więcej niż się zdaje…? Właśnie schowała się za skrzydłami, piszcząc przeszywająco.
– Chmura, cicho.
Zwykle to wystarczyło, ale kłyka albo zapomniała o tym poleceniu, albo jej nie posłuchała świadomie.
– Chmura, to ja, spójrz – Irutt zmieniła się w siebie, delikatnie dotykając ogonem za skrzydło Chmury. Ta pisnęła jeszcze bardziej przeszywająco.
– Chmura, to moja mama. – Mozzran podeszła do niej, gładząc skrzydło Chmury ogonem. Kłyka wychyliła część łba: – Trzymaj. – Mozzran podała jej rybę, najpierw Chmura musiała ją obwąchać, dopiero potem złapała ją delikatnie i połknęła.
– Potrafisz mówić? – zapytała jej Irutt.
Chmura zatrzymała na niej wzrok, otwierając lekko pysk. Mozzran przyglądała się jej w strachu.
– Wątpię, mamo.
A co jeśli potrafi? Minęło kilka lat, wiele się mogło wydarzyć, Chmura mogła być zupełnie inna. Dlaczego to tak bardzo ją przeraża? Przecież powinna ją postrzegać jako osobę, tak samo rozumną jak reszta…
– Nie może być taka sama jak wtedy gdy miała kilka tygodni – zauważyła Irutt. Kłyka śledziła je wzrokiem, uważnie słuchając.
– Tak, ale Kettui na pewno się o to postarała.
Chmura mruknęła, tak jakby jednak próbowała mówić.
– Zna tylko dwa słowa. P-prawda Chmura? – Mozzran popatrzyła w jej szeroko otwarte oczy.
Zapadła przez kilka chwil cisza, zmącona jedynie kapaniem wody, gdzieś w głębi jaskini.
– Ch-Chmura? – Mozzran cofnęła się o krok.
– Arnee! – nagłe wołanie Komety sprawiło że Chmura uciekła do lasu.
– Chmura! – Mozzran ruszyła za nią, wraz z Irutt. Nigdzie nie dało się już wypatrzeć kłyki. Kometa krążyła wysoko nad lasem.
– Arnee jesteś? Nie wróciłaś jeszcze? – zawołała znów Kometa.
Mozzran drgnęła na ciele, zauważając Arnee na drzewie – leżała na grubszej gałęzi, oparta o pień, na nic nie reagując.
– Arnee? Co tu robisz? – spytała jej Irutt.
Mała uniosła się od niechcenia, jakby ktoś niewidzialny podniosił ją do góry, a ona zwisała bezwładnie.
– Arnee! – Kometa podleciała do niej. Mozzran nastawiła uszu, zadzierając też głowę, ale i tak nie słyszała o czym rozmawiają. Irutt zmieniła się w jaskółkę, lecąc tam do nich.
[Kometa]
– Cześć ciociu… – Arnee właściwie wisiała w powietrzu… Jakby…
– Co się stało? Ktoś jest ranny? Albo… Nie żyję?! – zapytałam gwałtownie.
– Mozzran nie chce mnie zaakceptować…
– Kometa, co się dzieje? – Podleciała do nas jaskółka.
– Irutt, musisz trzymać się ode mnie z daleka, bo być może jestem chora, oby nie, ale dopóki Arnee nie sprawdzi to… Lądować też za bardzo nie mogę. – Rozejrzałam się, nie zahaczam o nic skrzydłami? Czy te wszystkie drobne pyłki w powietrzu też się liczą? A jak wypadną mi pióra, albo sierść, przecież wszyscy cały czas gubią sierść.
– Nic ci nie jest ciociu – tym razem, Arnee jedynie oparła na mojej nodze ogon. Odetchnęłam naprawdę głęboko i od razu poczułam się też lżejsza, pomimo że wciąż dźwigałam Hexe.
– Czy to ma związek z nią? – Irutt wskazała na nią dziobem.
– Tak, ona zaraża śmiertelną chorobą, nie mogłam jej tam zostawić, straciła wiele krwi i tak wytrzymała dość długo przytomna, ale w ogóle nie opatrzyła tej rany i musiałyśmy wszystko spalić. Słyszałaś może o klątwie?
– Co przeklęci mogliby mieć z tym wspólnego?
– Nie tej klątwie, klątwie… Czarnych jednorożców? Bo wśród jednorożców rodzi się więcej takich klątw, w sensie czarnych jednorożców, chociaż właściwie nie zdążą się urodzić, bo ich matki, które mają je urodzić to się zabijają w wulkanie, aktywnym wulkanie. Jeszcze z nimi w środku. Żeby ochronić świat przed zarazą którą roznoszą, właśnie czarne jednorożce. Tylko że matka Hexe tego nie zrobiła i zamiast tego ukryła ją w skupisku kryształów, ale potem zaatakowały ją kłyki…
– Pierwszy raz o tym słyszę.
– Mamusia się tym interesowała, ale nie dowiedziała się za wiele – powiedziała Arnee.
– Wcale się temu nie dziwię.
Arnee wylądowała na moim grzbiecie: – Hexe zaraża tylko przez krew i ślinę…
– Czyli miałam rację? Jej krew musi dostać się do rany, albo… Do środka ciała?
– No tak.
– Uff… Ucieszy się jak się dowie, chyba… Była gotowa… Nie, zabić to zbyt wiele powiedziane, raczej… Zmusić, uwięzić mnie u siebie. Wierzyła że umrę za kilka miesięcy.
– Mam dla niej grotę, powinnyśmy ją opatrzyć i założyć jej coś lepszego na róg.
Owinęłam na nim własne włosy, nie zdobywając się na to by je sobie wyrwać jak kiedyś zrobiła Linnir, to musiało boleć. Dobrze że miałam wystarczająco długą grzywę.
– Jest niebezpieczna? – zapytała Irutt.
– Odrobinę tak… Ale nie jest zła… – Podążyłam za nią opowiadając jej i Arnee całą resztę.
~*~
[Mozzran]
Mozzran spojrzała jeszcze raz w głąb lasu, po czym wróciła po własnych śladach. Przyspieszyła kroku, chcąc jak najszybciej dostać się do jaskini, Kometa z Arnee i jakąś obcą na grzbiecie i mama właśnie tam wchodziły. Wtem usłyszała krótkie piśnięcie Chmury. Postała chwilę w wejściu, wahając się co robić. W końcu pobiegła z powrotem między drzewa. Chmura pisnęła znowu. Znalazła ją na leśnej polanie, kłyka rozglądała się szeroko otwartymi oczami, nawołując ja jeszcze kilka razy.
– Chodź – Mozzran wychyliła się zza drzew, nie wchodząc na dobrze oświetloną przez księżyc polane. Chmura ruszyła za nią. Mozzran oglądała się co chwilę. Nie do końca ufając Chmurze że nic jej nie zrobi.
– To imię jest takie beznadziejne. Nie nazwałabym cię tak teraz – stwierdziła Mozzran.
Chmura mruknęła pytająco, a przynajmniej Mozzran tak się wydawało.
Skoro ona ją nazwała, chyba może też zmienić jej imię? Na coś co nie kojarzy się z tą świrniętą hybrydą pegaza, Burzą.
~*~
[Kometa]
Zaglądałam do niej na tyle często że trafiłam na moment kiedy się ocknęła, rozglądając się nieco skołowana po jaskini. Na pewno już zauważyła wodę i jedzenie obok siebie i parę ziół. Chyba że jest jeszcze nie za bardzo oprzytomniała.
– Powiedziałam im. – Weszłam tam do niej: – O wszystkim – wyrzuciłam z siebie, dalej mówiąc jeszcze szybciej: – A to, wiesz, jaskinia mogłaby się zawalić, ale ściągniemy ci to jak już dojdziesz nieco do siebie i możesz mi nie wierzyć, ale…
– Jakie to? – przerwała mi.
– Założyli ci na róg metalową obręcz, w ramach bezpieczeństwa… – Cofnęłam uszy, na moment, zaraz zwróciłam je z powrotem do niej.
– Oni? Pozwoliłaś komuś mnie dotknąć?!
– Nic im się nie stało, Arnee jest… – Przebrałam nogami.
– Gdzie my jesteśmy?! – Otworzyła szerzej oczy, rozglądając się.
– W domu, znaczy akurat moim domu, okazało się że zarażasz tylko przez krew i ślinę, więc jak będziemy ostrożne.
Strasznie wytrzeszczała oczy.
– Nic nikomu się nie stało. – Zastrzygłam nerwowo uszami: – Ja też nie jestem zarażona, ufam Arnee, może nie całkowicie, ale w tym na pewno by nie kłamała, jest feniksem, no prawie… Chociaż właściwie można tak powiedzieć…
– Nie chcę brać za to odpowiedzialności! Ty będziesz winna ich śmierci nie ja!
– Ale nikt nie umrzę, nie przez ciebie, Arnee cię opatrzyła, znaczy może cię dotykać! Jej nic nie jest w stanie zarazić. Wszyscy już wiedzą i będą ostrożni. Irutt też cię zbadała i obie, ona i Arnee stwierdziły że zarażasz tylko poprzez krew i ślinę i no wiesz ktoś musiałby…
– One kłamią! A nawet jeśli nie, wystarczy jedna pomyłka i koniec!
– Wiesz… Raczej wszyscy będą o tym pamiętać.
Głowa jej opadła z powrotem na ziemię, musi być naprawdę wyczerpana.
– Jak mogłaś?
– Nic się złego nie stanie jak z nami zamieszkasz, przynajmniej do zrośnięcia się rany, to znaczy nikt cię wcześniej nigdzie nie puści.
~*~
– Jestem pewna że wszystkich polubisz, a przynajmniej większość, wiesz, myślałam że w ogóle nie będziesz chciała wyjść. – Szłam przy jej boku, cała owinęła się opatrunkami, pewnie przez te wybuchające narośla o których mi wspominała.
– Wyszłam by pochodzić – stwierdziła: – Mieszkam w labiryncie korytarzy, wszystkich odciętych od świata, ale lubię po nich spacerować, nie będę z tego rezygnować tylko dlatego że mnie sobie przywłaszczyłaś. – Trzymała ogon przy ranie.
– Co? Nie przywłaszczyłam cię!
– To dlaczego trzymacie mnie tu siłą, a mój róg jest zablokowany?
– Żebyś wyzdrowiała! I nie zrobiła nikomu krzywdy… Zdejmiemy obręcz gdy już na pewno nikogo nie zranisz.
– Zraniłam cię?
– Nie… Jeszcze. Na szczęście, bo wtedy faktycznie mogłabym być zarażona.
– Próbowałam zapobiec epidemii.
– Ale w ten sposób raczej jej nie zapobiegniesz, to po prostu… Bez sensu.
Cześć z nas już czekała by ją poznać. Uniosła głowę, patrząc po nich z dość przygnębioną miną. Jedli trawę na jednych z sporych leśnych polan.
– Jak się z tym czujesz skazując tyle osób na śmierć? – Spojrzała na mnie wrogo: – Swoją rodzinę.
– Jesteś naprawdę… Uparta. Nie zarażasz tak łatwo jak ci się wydaje, Irutt się na tym zna… Znaczy poznaje się dopiero, niewiele wiadomo o czarnych jednorożcach, wiesz…
– Bo nikt nie jest na tyle bezmyślny by z nimi przebywać, a już zwłaszcza ich dotykać!
– Chciałam raczej powiedzieć że ta klątwa jest takim… Usprawiedliwieniem, bo jednorożce tak łatwo nie zabijają, w większości, a jeśli wmówią sobie że nie jesteś… Jednorożcem tylko jakąś klątwą to…
– Klątwa nie jest wymysłem.
– Jestem pewna że jest, może twoja choroba, w sensie to że ją roznosisz to mutacja?
– Nie tylko ja jestem uparta.
Tak, czas jej ich przedstawić: – To mój tata, Angus, a tam obok niego jest moja siostra z poprzedniego wcielenia, Cruzina. Jest i Noor, tam w cieniu. – Leżała sobie, skubiąc jak pozostała dwójka trawę: – Spodziewa się źrebaka.
– Zjedzcie coś z nami – zaproponował tata podchodząc do nas z Cruziną, Noor też już wstała. Hexe wpatrywała się w ziemię.
– To może być trochę skomplikowane, nie niemożliwe, bo musi....
– Zabije was – rzuciła nagle do nich: – Jestem chodzącą śmiercią. To kwestia czasu.
– Nie mów tak – prosiłam.
– Jeśli chcesz by twoje źrebię urodziło się zdrowe nie zbliżaj się do mnie. – Hexe ostrzegła Noor, która właśnie do nas dołączyła.
– Nie mów tak, to nieprawda. – Oparłam na jej grzbiecie skrzydło.
Odsunęła się ode mnie, umykając przed moim dotykiem, pomimo tych wszystkich opatrunków. Nieco się chybotała.
– Chyba nadal jesteś trochę słaba…
– Poświęciłam całe życie, a ty zrujnowałaś to w jedną noc!
– Skoro dokładnie cię zbadano to nie ma o co się martwić, wszyscy są poinformowani i każdy będzie uważał – powiedział tata: – Nie musisz już dłużej tkwić zamknięta i odcięta od wszystkich.
– Ta pewność jeszcze was zgubi.
– Hexe, słyszałaś w ogóle o feniksach? Mogą naprawdę wiele i jeszcze nie było tak by w czymś się pomyliły… – zaczęłam. Miałam bardziej na myśli Blakie niż Ivette, ale… O Ivette może lepiej jej nie wspominać? Ona akurat ciągle się myliła, choć nie wtedy gdy dzieliła się jakąś feniksową wiedzą. Chyba…
⬅ Poprzedni rozdział