piątek, 13 marca 2026

|| Strata ||

[Kometa]


– Mmm… Jest naprawdę najlepszą trawą jaką jadłam. – Zajadałam się nią obok taty i Cruziny. Znaleźliśmy małą polankę tych pyszności. Burza skubała od niechcenia listki rosnącego przy lesie krzewu. Ciekawe gdzie jest teraz Hexe? Kręci się gdzieś w lesie, czy może udaje że jej nie ma w swojej grocie? Nadal próbowała mnie zniechęcić do siebie i nie tylko mnie.

– Musisz koniecznie spróbować, Burza, nie pożałujesz, jest słodka i do tego soczysta, jestem pewna że nigdy nie jadłaś nic tak smacznego. – Zerwałam z ochotą spory kęp, niedługo już nie będzie się za bardzo czym dzielić.

– Podziękuję wam za byle trawę, idę coś… – Burza przerwała. Wszyscy unieśliśmy głowy, bo właśnie tak nagle ściemniało. Dlatego że na niebie pojawiło się całe stado kłyk i… Patrzyły na nas tak wrogo.

– Biegniemy, już! Już! – krzyknął tata, popychając najbliżej niego Cruzine, a potem mnie. Burza stała dość daleko. Ruszyliśmy w las. Chcą zaatakować, nie pędziłyby tak w naszą stronę. Już wylądowały, biegły za nami… 

– Burza! – krzyknął tata: – Uciekaj stamtąd! – Biegł tuż za mną między drzewami. Zahamowałam, obracając się, tata przeze mnie też się zatrzymał. 

– Jestem półfeniksem! – Burza wbiegła między kłyki, unosząc skrzydła w bojowej postawie, w ogóle się ich nie bała i…

– Co ty wyprawiasz?! 

Obejrzała się na nas: – Kto ich może….

Jej krew rozprysła pod kłami kłyk, a ja nie mogłam w to uwierzyć, rozszarpały ją na naszych oczach, odrywając jej kończyny. Cruzina upadła przed nami, potknęła się? Zemdlała? Nie wstawała. Tata zabrał ją na grzbiet, złapał mnie za grzywę, ciągnąc za sobą. Kłyka za nami wyszarpnęła z pnia garść gałęzi stojącej jej na drodzę do nas. Jest za blisko! Gęstwiny, trzeba uciekać tam gdzie ledwie można się przecisnąć, im będzie jeszcze trudniej. 

– Pomocy! – krzyknęłam, niemal czując kły w swoich przednich nogach. Nie jestem Haalvią, mam nogi, jeszcze. Uciekniemy im, tata jest obok mnie, a… Cruzina się ocknęła, szeroko otwartymi oczami patrząc za siebie, chwyciła się mocniej mojego taty, cały jego tułów oplatając ogonem.

“Ja… Wtopię was w tło…”

Tata przytaknął, skręcił popychając tam i mnie, musiałam skoczyć, tam był mały wąwóz, a my w nim wylądowaliśmy. Cruzina zeskoczyła z grzbietu mojego taty, wciskając się między nami, no tak, ona sobie samej nie potrafiła zmienić koloru, zasłoniłam ją skrzydłami, czując jak drży, a my… Staliśmy się niewidzialni. Wstrzymaliśmy wszyscy oddech. Kłyki nas otoczyły, dlaczego one wiedzą…? One nas czują. Otoczyły nas z każdej ze stron. Nie mieliśmy już gdzie uciekać, bo one mają skrzydła i… Nie mogłabym zostawić taty na ich pożarcie.

– Leć Kometa! Nie oglądajcie się! – Tata ruszył na jedną z nich.

– Nie! Nie puszczę cię! – Poleciałam, ale tylko po to by go złapać. Upadłam razem z nim, obejmując go skrzydłami. To głupie, ale… Nie chcę znów go stracić, nie przeżyje tego… Teraz już nawet dosłownie. Zacisnęłam oczy. Złapały nas… Ogonem? To ogon Eepli. Zniknęła z nami pod ziemią.


~*~


Eepli ruszyła ratować resztę, a my utknęliśmy w ciemnościach. Coś pospadało z hukiem na naszą kryjówkę, słyszałam trzeszczący dźwięk nad własną głową.

– Sklepienie pęka! – krzyknął tata: – Do…!

Runęło, skoczyłam, nawet nie wiem gdzie, uderzyłam w piaskową ścianę. Światło wpadło do środka, jako pierwsze, potem kolejne skały. Nad zawalonym sklepieniem latały kłyki, kilka z nich ze skałami w pyskach. Wstrzymałam oddech, gdzie tata? Gdzie Cruzina? Widziałam tylko same gruzy i kłyki. Nie mogą mnie usłyszeć, ale poczują mój zapach, przetarłam się zakurzonymi skrzydłami. Jedna z kłyk tu wylądowała, inne poleciały nagle, jakby zauważyły kogoś na górze… Wycofałam się do wnęki powstałej z opartych o siebie skał. Czarna kłyka wpatrywała się we mnie, z napiętym ciałem i spowolnionym oddechem. Przywarłam do skały, cofnęłam nawet skrzydła, po chwili jednym zasłaniając szyję.

– Proszę, nie rób tego… – szepnęłam, gdy ona warknęła, ruszyła na mnie: – Nic złego wam nie zrobiłam! 

Złapała mnie za klatkę piersiową, wbiła w nią kły, w moje żebra, wyszarpując spod skał. Naprawdę mocno zapierałam się kopytami, ale i tak była silniejsza ode mnie. 

– Nie! Proszę! – Biłam ją skrzydłami po głowie z całej siły. Oderwała mnie od ziemi: – Ivette!!!

Nie mogę wołać o pomoc, nie mogę innych narazić. Oni nie dadzą im rady… Nie wiem gdzie jest reszta która mogłaby walczyć z kłykami. Ivette zwykle była w pobliżu mnie, nie wierzę że mnie sobie odpuściła, musi być gdzieś blisko, musi. Jedna z kłyk chwyciła tą za kark. Wypuściła mnie.

Wzbiłam się w powietrze. Za dużo gałęzi, oberwałam nimi kilka razy. Kłyka je łamała. Kolejna kłyka. Gdzie jest góra? Gdzie dół? Leci za mną. Słyszałam trzepot jej skrzydeł. Chwyciła mnie za tylną nogę.

– Nie! Błagam, nie znowu! – Kopnęłam ją z całej siły wolną nogą, jej język zacisnął się na niej: – Nic ci nie zrobiłam! Nie rób mi tego! – Uderzyła mną o ziemię. Machałam skrzydłami, łamiąc nimi gałęzie, próbowałam zaczepić o cokolwiek przednimi nogami, a ona ciągnęła mnie po ziemi. 

Coś nagle rozbłysło i po chwili prysnęło na mnie coś ciepłego. Kłyka już… Wszędzie leżały jej szczątki. I głowa, obok mnie, a w jej pysku… W jej pysku… Róg Hexe jeszcze przez chwilę świecił. 

Zabolało jak próbowałam obrócić się na brzuch: – Musisz mi pomóc je wyciągnąć – próbowałam podnieść skrzydłem szczękę kłyki: – Hexe! Nie zostawiaj mnie tak! 

Kłyka, kolejna… Czekała za drzewami, wstrzymałam oddech. Zginęła tak samo tragicznie, gdy trafiła w nią magia Hexe. 


[Ivette]


Wzbiłam się do lotu jak tylko usłyszałam trzepot mnóstwa kłyk i zobaczyłam je na niebie, niektóre z nich umazały się już czyjąś krwią. Przecież je pochłonęłam, jak zdołały się poukrywać? Celeste leciała obok mnie. Wypatrywałam Komety. Zniżyłyśmy lot, kłyki nas doganiały.

– Leć dalej, ja je zatrzymam.

– Nie zostawię cię mamo.

– Powiedziałam leć! Wiesz że nie da się mnie zabić, dzięki Blakie, więc leć!

– Wezwę pomoc – Przyspieszyła, a ja zawróciłam.

Teraz tego żałując. Oczywiście mnie dopadły i zaczęły torturować. Warczałam, wbiły mi kły w skrzydła, zaczęły je przegryzać. Nie czułam bólu, ich ślina mnie na niego znieczuliła, ale i tak się szarpałam.

– Wy chorę… – urwałam, jedna z kłyk złapała mnie za gardło.

– Milcz, feniksie.

– Skąd wiesz kim jestem?

– Pochłonęłaś naszych bliskich – powiedziała inna, oblizując poparzony pysk. Poparzyłam ich wszystkich, ale nie puszczały, na nic innego nie pozwalała mi ta żałosna resztka moich mocy. Jeszcze słabła, wytracałam ją z każdą chwilą, na pustyni mogłam spalić nogę Irutt aż do kości, a teraz?

– To wszystko wina Blakie! – krzyknęłam. 

Oderwali mi skrzydła, wrzasnęłam z nagłego bólu, czując jak rozrywają mi tkanki, upadłam. Rozszarpały skrzydła na moich oczach. 

– Skończyły się rządy jednorożców i feniksów.

– Tyle nas pomordowaliście.

– Potwory.

– To wy jesteście potworami! – ryknęłam.

– Takimi nas uczyniliście! 

Złapały mnie za nogi.

– Przestańcie! – krzyknęłam, kiedy zaczęły mnie za nie ciągnąć i szarpać. Czułam że skrzydła już mi odrastają i już wiedziałam że te potwory będą bez przerwy pozbawiać mnie kończyn, ani na chwilę nie przestając się znęcać. Miały już całe poparzone wargi i dziąsła. 


~*~


Został mi kawałek klatki piersiowej i głowa, ból kompletnie mnie otępiał. Widziałam przed sobą uśmiechniętą, ociekającą krwią Arnee. To za to wszystko co zrobiłam? Nie chcę już… Niech wreszcie przestanie boleć!

– Postarałam się by cierpiały, ciociu.

– Nie… nazywaj mnie… tak… – wycedziłam.

– Myślałam że skoro jesteś z moją ciocią Kometą, to oczywiste że ty też jesteś moją ciocią… Nadal mnie lubisz?

– Dość tych bzdur! Zaraz oszaleje! 

– M-mamo… – Celeste stała za nią.

– Twoja mama się zregeneruje, obiecuje. – Arnee opadły uszy, oparła racice na moim pysku, oglądając się na Celeste, powoli zasypiałam, a ból stawał się z każdą chwilą coraz znośniejszy.


~*~


– Dziękuje, Arnee.

– Nie ma sprawy.

– Przyznaje że byłaś mi obojętna, aż do tej chwili.

– To nie lubiłaś mnie wcześniej? 

– Teraz już cię lubię, jak mogłabym ci się odwdzięczyć?

Otworzyłam oczy, widząc jak Arnee skacze na klatkę piersiową Celeste, wtulając się w nią z opartymi o nią racicami. Celeste niepewnie dotknęła ją skrzydłem, tak delikatnie jakby Arnee była tylko kruchym źrebakiem, co jest absurdalne, bo pewnie zmasakrowała te kłyki. Odzyskałam dopiero co połowę tułowia, przynajmniej nie czułam bólu.

– Płaczesz? – zapytała Celeste, a Arnee popatrzyła w jej oczy roniąc łzy.

– Chciałabym żeby Mozz mnie tak łatwo polubiła. – Wyprostowała się z wciąż opartymi przednimi nogami na Celeste: – Boję się że to wszystko na nic.

– Wszystko? Znaczy co? – warknęłam: – Posłałaś na nas te kłyki?!

Obejrzała się na mnie, szeroko otwierając oczy.

– Czy ty jesteś normalna?! 

Uszy jej opadły. Tak naprawdę nie wiedziałam. Nawet mała część mnie myślała że to niemożliwe.

– Wymknęły się spod kontroli, byłam…

– Wiesz ile wycierpiałam przez ciebie?!

– Ale już cię nie boli, wyłączyłam ból… Przepraszam.

– I ty chcesz bym była twoją ciotką?! By cię lubili?!

– Ale wszyscy się cieszyli kiedy Blakie… Zabiła moją mamusię.

Szarpnęłam się do przodu, bez nóg i skrzydeł niewiele się przesunęłam, kłapnęłam szczękami, cała się jeżąc: – Ty cholerna psychopatko! 

Arnee spuściła głowę, popłakując jakby faktycznie była tylko bezbronnym źrebakiem.

– Mamo, proszę, daj jej spokój – wtrąciła Celeste: – Żadnej z nas się to nie opłaca.

– Mozzran się o tym dowie, wszyscy się dowiedzą, zobaczymy co wtedy zrobisz. A jak Kometa choćby jest ranna to cię zabije!

Arnee uciekła z płaczem. Wskoczyła w krzewy znikając w ciemnym lesie. Słońce zachodziło, a niebo przypominało krew.

– Lepiej jakby myślała że ją lubimy, jest od nas silniejsza i tylko to ją powstrzymuje… – zaczęła Celeste.

– Zamknij się. Takie wsparcie to lepiej wcale nie musiałaś go szukać! 

– Mamo…

– Daj mi spokój! Takiego horroru to długo nie przeżywałam jak ten i to przez jakiegoś pokręconego źrebaka, którego Blakie wybrała specjalnie by mnie dręczyć.


[Arnee]


Arnee nie uciekła daleko, wspięła się wysoko na drzewo, dawno tego nie robiła, ciągle bawiąc się mocami Blakie. Słuchała na Ivette i Celeste w dole.

Celeste udawała że mnie lubi… Tylko ze strachu… –  uświadomiła sobie. Reszta też udaje?

Została na drzewie nawet jak Ivette i Celeste już odleciały kolejnego dnia. Nie ruszyła się ani odrobinę, analizując w głowie wszystkie chwilę spędzone z bliskimi i próbując odgadnąć kto był wobec niej fałszywy, a komu naprawdę zależało. 

Kettui zawsze ją kochała. A skoro może cofać szkody spowodowane mocami Blakie… Może przywrócić swoją ukochaną mamusię. 


~*~


[Mozzran]


Wzrok Mozzran utknął na Irutt, mama w ogóle jej nie słyszała gdy wzywała pomocy? Czy zrobiła coś źle? Czy Irutt specjalnie ją zignorowała by Arnee mogła się wykazać? By wreszcie Arnee dopieła swego? 

– Nie wstawaj, jesteś ciężko ranna. – Irutt przycisnęła jedną z racic do grzbietu Linnir, gdy ta próbowała się podnieść. Wyglądała na chorą. Mozzran przestraszyła się że źle opatrzyła ranę. Poszła na nią cała sierść z jej boku i teraz lekko drżała gdy powiewał na nią wiatr od strony wyjścia z kolejnej podziemnej jaskini, w której się ukryli. Tu sklepienie było tak niskie że Eepli kiedy nie używała swojej magii musiała leżeć, a gdy wstawała połowa jej ciała znikała w sklepieniu. 

– Tylko mnie drasnęła… Muszę…

– Odpocząć. – Irutt zmieniona w Beerha znów użyła na Linnir jego magii: – Ja zajmę się resztą. A Arnee wkrótce wróci. – Wróciła do swojej postaci, przywierając głową do grzywy Linnir: – Niczym się nie przejmuj.

“Będę miała na nią oko…” – obiecała Cruzina, podchodząc do nich: “Kometa poleciała szukać Arnee.” Cruzina położyła się naprzeciwko Linnir.

– Mozzran… – Linnir spojrzała na nią z troską.

– Dam sobie radę, Faith mnie potrzebuje… – opowiedziała córka.

Irutt poprawiła na Linnir opatrunki. Angus uspokajał Noor, a Eepli ułożyła się obok Linnir, otaczając ją i Cruzine ogonem. 

“Mamo…” Mozzran spróbowała znów porozumieć się magią z Irutt, w ten sam sposób co wtedy.

“Tak?” Irutt odpowiedziała jej natychmiast. Więc dlaczego nie zareagowała wcześniej? Przecież odległość nie ma znaczenia.

“Co się stało?” spytała jej po chwili Irutt, za pomocą rogu.

“Tak tylko sprawdzałam…”


~*~


Kłyka leżała w niewielkiej grocie, ukryta pod stertą materiałów, spod której wystawały jedynie jej skrzydła, otulała się nimi, popłakując.

– Faith, Mozzran do ciebie przyszła – powiedziała Irutt. Faith pisnęła na dźwięk jej głosu, jeszcze mocniej otulając się skrzydłami. Mozzran położyła się obok, sunąc ogonem po jej sierści imitującej pióra. Faith jęknęła. 

– Już po wszystkim – powiedziała do niej Mozzran: – Jesteśmy w kryjówce, tu kłyki nie wejdą, zresztą wszystkie już zginęły.

– Poradzisz sobie? – spytała Irutt.

– Z kim rozmawiasz? – Mozzran obejrzała się na mamę, z niepokojem, zauważając jej świecący róg.

– Muszę coś sprawdzić. Na razie nie mów nic Linnir, wszystko wam wyjaśnię, ona musi teraz odpocząć. 

– Co się dzieje? 

– Kometa jest ciężko ranna, muszę lecieć jej pomóc.


[Cruzina]


Okłamaliśmy wszystkich. Popatrzyłam na Angusa, z łzami w oczach, obserwował wychodzącą Irutt i Mozzran.

– Podam ci wody. – Zwrócił się do Noor. Podszedł do pojemników z wodą, potykając się nagle, wiedziałam że specjalnie, o własne szczotki pęcinowe, porozlewał wszystko. Linnir się mu przyglądała, ale nie wyglądała jakby czegoś się domyślała.

“Pomogę ci.” Poszłam pozbierać z nim pojemniki, udaliśmy się oboje korytarzem prowadzącym głębiej pod ziemię, gdzie na końcu zaczynało się podziemne źródło. Tam mogłam bez obaw skontaktować się z Irutt, mój róg od razu rozświetlił mrok. Zgarnęłam wszystkie pojemniki ogonem, by nie powpadały do wody. Angus patrzył na mnie z przejęciem.

“Irutt… Ja… My kłamaliśmy… N-nie możemy jeszcze… Stracić Linnir, ona od razu by ruszyła jej na pomoc”.

“Kometa jest w niebezpieczeństwie?”

“Ona… Nie wiem czy nie zginęła pod skałami, zawaliły się na nas… A jeśli nawet nie to.. To kłyki ją pewnie…”

Angus przytulił mnie do siebie, choć to przecież jego córka i ja powinnam go teraz wspierać, nie potrafiłam powstrzymać łez, załkałam niemo.

“Cokolwiek… Linnir by zauważyła jakbyśmy powiedzieli Eepli… Irutt?”

“Rozmawiałam z Hexe, jest z Kometą.”


[Kometa]


– Nie trać na to energii… – Mrugała tak szybko jakby coś wleciało jej do oka: – Przez wysiłek krwawisz bardziej…

– Przecież… 

– To nic nie da, już nic nie da się zrobić.

– Nie mów tak! Ja… Ja nie…

Czy ona płacze? Jej łzy już kapały na ziemię i zniżyła głowę do mojego poziomu, ale stała dość daleko. Jest aż tak źle? 

– Dlatego nie powinnam poznawać żywych.

– Hexe… – Próbowałam zatrzymać krew skrzydłami, tak szybko przemokły…

– Co mam im przekazać?

– Nie mów tak!

– Nie wiem czy Irutt zdąży, czy ty zdążysz się wykrwawić… Później możesz nie mieć sił by mówić, jak tylko opadnie adrenalina… 

– Nie chcę umierać! – Próbowałam wspiąć się na przednie nogi, muszę poszukać czegoś do zatamowania krwi…

– Przestań się ruszać! – Hexe podeszła nieco bliżej, położyła się tak bardzo niewygodnie, tak zwinięta by zająć jak najmniej miejsca, jakby… Na pewno obawiała się dotykać ziemi: – Opowiedz mi coś miłego.

– Ale że… Teraz?

– Tak, teraz, bo musisz się uspokoić, czym szybciej bije ci serce tym więcej tracisz krwi, to oczywiste.

– Nie teraz! Teraz… Powinnam znaleźć opatrunek. – Rozejrzałam się, wszędzie były tylko plamy krwi i szczątki kłyki, mnóstwo plam krwi, to jej czy już moja?

– To cię zabiję, rozumiesz?

– Ty znasz się na… Umieraniu, prawda? Nie na….

– Powiedz mi o swoim najspokojniejszym dniu.

– A jak bym związała… Jakoś tą ranę? Mogłoby zadziałać… – Popatrzyłam w korony drzew, w lesie jednorożców było tak wiele pnącz, ale dlaczego tutaj miałby być? A może…? Tylko… To raczej nie do końca możliwe…

– Proszę cię, próbuje ci jakoś pomóc, wiesz że nie mogę cię dotknąć.

– A jakbyś owinęła się… 

– Nie mogę, odejdę kawałek a tymczasem kłyki cię rozszarpią.

– Myślisz że nadal tu są? 

 Popatrzyłam po sobie, zauważając że dygoczę. Jak długo? W ogóle tego nie czułam… Czy ja…? Nie.

– Twoi bliscy coś wymyślą. Niektórzy wychodzili z gorszych urazów.

– Tak… – Nie mogę jeszcze umierać, kto będzie pilnował Ivette, ostatnio ją zaniedbałam, ale… A jak o wszystkim zapomnę?

– Arnee w końcu jest feniksem… – dodałam, siląc się na pogodny ton: – Właściwie to ma feniksa w sobie…

– Nie wiele o nim mówiłaś – Hexe przetarła łzy, uśmiechając się do mnie, to niewiele miało wspólnego z radością, ale mój uśmiech też raczej nie, bo też się do niej uśmiechnęłam.

– Nie wspominałam ci o Blakie?

– Ani słowem, opowiedz mi o niej.

– Wiesz… Ona w ogóle nie miała nóg, więc nie powinnam ubolewać, prawda? Chociaż na początku miała jedną i… Siostrę… – Ach! Nie mogę już.

– Siostrę? Kolejny feniks?

– Nie, to nie był inny… – głos mi się łamał, nie mogę o tym myśleć, o tamtym też: – Przecież feniksy nie mają rodzeństwa… Prawda?

– To ty jesteś ekspertką.

– Ivette… Ivette coś kiedyś wspominała… Wiesz… Jakby gwiazda była matką, to brzmi tak dziwnie, bo to płonąca kula… Chyba… Są rodzeństwem? Ale zabijają się wzajemnie, znaczy pochłaniają – Łzy też już popłynęły.

– Zawsze tak jest?

– Według Ivette zawsze… A Blakie… Musiałabym zapytać, ale to jest teraz nie bardzo możliwe…

Ktoś jakby… Mnie obserwował. Tak czułam. Faktycznie. Irutt już przyszła. Nie podobał mi się ten szok na jej obliczu.


~*~


[Mozzran]


Faith otarła głowę o Mozzran. 

– Po prostu załóż to na oczy. – Mozzran spróbowała po raz któryś wsunąć na pysk Faith opaskę, kłyka uniosła wysoko głowę, piszcząc przeraźliwie.

– Przestań się wygłupiać, muszę zobaczyć Linnir, wolisz zostać tu sama? – Minęło już kilka godzin, musiała się upewnić co z mamą.

Faith ukryła się pod materiałami.

– Nie uciekniesz na widok pegaza? Albo kłyki? – W każdej chwili Ivette mogła wrócić i Celeste, o ile już nie wróciły, możliwe też że Kometa jest już z resztą.

Faith nie odpowiedziała.

– Nawet cię nie drasnęły. – Mozzran podniosła się, udając się do wyjścia. 

Kłyka nie ruszyła się z miejsca. 

– Muszę sprawdzić co z Linnir. – Mozzran ledwie postawiła racice na korytarzu, a usłyszała że z głównej jaskini dobiega mnóstwo głosów. Faith pisnęła. Mozzran wycofała się do środka, wprost do niej. Kładąc się z powrotem i nasłuchując. Ale i tak nie była w stanie usłyszeć jakiegokolwiek słowa, ani rozpoznać żadnej z rozmawiających osób.

– Wchodzę – zawołała Linnir. 

Mozzran podbiegła do wyjścia: – Dlaczego wstałaś? – Przyjrzała się opatrunkowi, dotykając go delikatnie ogonem, nie znała się na tym, ale to miejsce, choć wciąż zimne, wydawało się nieco cieplejsze od reszty ciała.

– Nic mi nie jest, poza tym konie nie mogę zbyt długo leżeć. – Mama stała na nogach tak samo stabilnie jakby nic jej faktycznie nie dolegało. – Pomyślałam że będziecie się niepokoiły, wróciło do nas kilka osób. Pedro, Rosita, Postrach i Turnia.



⬅ Poprzedni rozdział

piątek, 27 lutego 2026

|| Zasadzka ||

[Linnir]


Gałęzie zaszeleściły, a z lasu wyszła Mozzran, a za nią biała kłyka pozbawiona kłów. Mozzran złapała ją za sierść na klatce piersiowej, jak tylko nas zauważyła. Obca pisnęła przeraźliwie, przeskakując po nas wzrokiem, pisnęła jeszcze raz, bardziej stłumionym i błagalnym tonem.

– To moja druga mama, Linnir, ona tym bardziej nic ci nie zrobi – powiedziała do niej Mozzran.

Spojrzałam w stronę Eepli – zniknęła.

– Kto to? – spytałam, zostając przy wejściu do jaskini, by nie stresować obcej.

– Moja kłyka, Faith.

Cofnęłam uszy: – Mozzran, wiesz że…

– Była moja gdy byłam mała – przerwała mi: – Dlaczego spędziłaś tam cały dzień? – zapytała z wyrzutem: – Bałam się że coś się stało.

Faith położyła się za nią, nie spuszczając ze mnie oka.

– Rozmowy się przeciągnęły, tamto stado jest dość sporę.

– I co? Eepli z kimś rozmawiała? Znalazłaś kogoś kto chce tego źrebaka?

– Niestety. – Westchnęłam: – Żadnej z nas się nie udało. Wejdźmy do środka.

– Faith – Mozzran poprowadziła kłykę za mną. Zatrzymałyśmy się w jednej z grot. Faith położyła się przy Mozzran, liżąc ją po boku.

– Nigdy nie wspominałaś o Faith, Mozzran – zauważyłam, kładąc się naprzeciwko nich.

– Myślałam że Kettui ją zabiła. Oszukała mnie, albo dałam się nabrać Arnee…

– Co Arnee ma z tym wspólnego?

Opowiedziała mi o wszystkim, Faith tymczasem zasnęła z głową pomiędzy jej przednimi nogami, wtulając się nosem w jej dłuższą na łopatce sierść. Mozzran położyła ogon na jej czole. Widziałam po jej nerwowych ruchach i dobrze widocznych białkach że nie czuła się zbyt pewnie przy Faith.

– Ufa ci – zauważyłam.

– Nie wiem dlaczego…

– Może jako jedyna byłaś dla niej dobra? Musimy jej pomóc, Mozzran, rozumiesz to, prawda? Nie możesz mieć niewolnicy.

– Wiem… – Spuściła wzrok na Faith.

Kłyka uchyliła powieki. Mozzran pogładziła ją po szyi, lekko drżąc.


[Mozzran]


Mozzran zawahała się, nie była przecież dla Faith zła, a gdy Faith zyska wolność może ją za to znienawidzić. Popatrzyła na mamę, ta skinęła jej głową zachęcająco.

– Umiesz mówić? – spytała Mozzran Faith, błyskając białkami.

Faith oblizała nerwowo pysk.

– Prosto… – mruknęła, nieznacznie go otwierając.

Mozzran miała wrażenie że zaraz zemdleje. Już się zatrzęsła, a serce próbowało wyskoczyć z piersi. 

– Boję się skrzydeł – dodała cicho Faith.

– Pegazów, tak? – dopytała Linnir.

– Chcę zostać z tobą.

– D-dobrze… – głos Mozzran drgnął. Do tej chwili nie spodziewała się że będzie kiedykolwiek rozmawiała z Faith jak z każdym innym, choć przecież już wtedy jak kłyka była mała wszystko na to wskazywało – że raczej nauczy się mówić. 

– Wolę z tobą.

– Ja… Ja nie miałam wyboru, Kettui i tak by cię zabrała… Przepraszam.

Faith dotknęła pyskiem jej boku, liżąc ją tak jak wtedy gdy wylizywała jej rany, nawet pamiętała gdzie pod futrem Mozzran kryją się stare blizny.

– To prawda że jesteś hybrydą?

– Nie wiem…


~*~


[Kometa]


Weszłam do Hexe, zmieniając się z Irutt, przyniosłam jej trochę jedzenia. Przyciskała ogon do boku, wciąż ze smutkiem patrząc w ziemię: – Eepli chciała ci to dać. – Kiedy to powiedziałam spojrzała na mnie zaskoczona. Postawiłam przed nią figurkę jednorożca. Popatrzyła na nią. Właściwie ja poprosiłam o to Eepli, ale od razu spodobał jej się pomysł i chętnie wyrzeźbiła coś dla Hexe, czyli jak ją sobie wyobraża, szkoda że wstydziła się jej pokazać.

Hexe wzięła posążek oglądając go: – Eepli długo mieszka z wami?

– Ty ją znasz?! Ale…  Jak? Ona… – Czemu jej ogon jest od krwi? Wybrudziła nią rzeźbę. Ona krwawi z tego zdrowego boku? Zraniła się?

– Widziałam ją, mieszkam w skupisku kryształów, widziałam jak inne jednorożce chciały ją zabić, właśnie tam.

– Ale… Naprawdę?

– W ścianach są niewielkie szczeliny, widzę przez nie co dzieje się w jaskini otwartej dla wszystkich.

– To to miałaś na myśli jak mówiłaś że zabijają kogo nie trzeba!

– Przekonywali ją że cierpi, nie cierpiała, widziałam mnóstwo cierpiących, ale oni nie.

Ta rana na boku, coś się tam przebijało przez skórę, ale wcześniej jej nie miała. Nie mogła zranić się od wewnątrz. Patrzyła na figurkę, dotykając ogonem jej zagłębień. Nie zauważyła krwi?

– Czy to…?

– Tak, wyrasta mi nowe narośle. Nie zostanę tu na długo, jak tylko wyzdrowieje wracam do domu. Podasz mi opatrunki?

Podsunęłam jej nie tylko opatrunki, ale i wodę. Przelewając ją do jej pojemnika.

– Chcesz zobaczyć się z Eepli? – zaproponowałam: – Ja już i tak miałam z nią kontakt. Czyli jakby już cię dotknęła, tak pośrednio, przeze mnie.

– Wszystko z nią dobrze? – Zanurzyła figurkę we wodzie, myślałam raczej że zajmie się najpierw raną.

– Raczej tak. Więc?

– Nie mam ochoty nikogo widywać. – Teraz ją wycierała: – Jeśli mogę wolę uniknąć pożegnań. Umierający tego potrzebują, ale ze zdrowymi nie powinnam mieć kontaktu.

– Zostań z nami, nie musisz się z nikim żegnać, odchodzić… I… Przemiana może by ci pomogła? Albo i nie. Ja będąc wtedy jeszcze Haalvią – opowiedziałam jej o tym, być może trochę ją zmęczyłam tymi opowieściami, na taką wyglądała, ale też wydawało mi się że słuchała i chciała słuchać: – Nie odzyskałam nóg jak przemieniłam się w pegaza, chociaż istnieją stworzenia którym te nogi by odrosły, więc może są i takie które pozbyłyby się choroby? Musiałybyśmy zapytać Irutt.

– Nie ma nic przeciwko używaniu kryształów?

– Kiedyś nie bardzo jej się to podobało, mam na myśli poprzednie cykle, ale wiesz… Takie czasy. Można je nawet dobrze wykorzystać i często nie ma innego wyjścia, ale… Znasz Kettui?

– Zapytaj kto jej nie zna, jej słudzy zabrali wszystkie kryształy z mojego domu i wszystko zniszczyli, przez nich już nikt tam nie przychodził umierać.

– Przez takie osoby jak ona to faktycznie trzeba nie dopuścić nikogo do kryształów, to nie używanie ich i chronienie nie jest takie… Jest całkiem potrzebne.

– Przodkowie mnie zawiedli zanim jeszcze zdążyłam się urodzić, możecie robić z ich kryształami co tylko chcecie.

– O… Myślałam że ranię twoje uczucia, Irutt bardzo to przeżywała jak miała użyć jakiegokolwiek kryształu. Kiedyś, w dawnych czasach oczywiście. W innym cyklu tak dokładniej.

– Jak to jednorożec. – Popatrzyła na wyjście, a potem na mnie.

– Ty też przecież jesteś jednorożcem. – Oparłam o jej szyje głowę, po prostu miałam na to ochotę, sprawić jej przyjemność, chyba trochę ją zaskoczyłam, bo dopiero po chwili odpychała mnie ogonem.

– Naprawdę lubisz igrać z losem. Przestań!

– Nie krwawisz z szyi, a ranę już opatrzyłaś. I…

Odepchnęła mnie dość brutalnie. Ktoś za mną warknął. Obejrzałam się wprost na Ivette. Jak długo tu stała? Czemu właściwie się zakrada? Poderwałam się, zasłaniając Hexe skrzydłami.

– O co chodzi?

Ivette miała czerwone oczy, nie dobrze. Nie powinny tak drżeć mi nogi. Nawet bałam się położyć uszy. Przecięła skrzydłami powietrze i wyszła dość gwałtownie, zarzucając je sobie na grzbiet.

– O co się złościsz? – Poszłam za nią na korytarz, nie mogę się jej bać: – Ja tylko… Wiem, niemal cały czas z nią przesiaduje odkąd ją znalazłam, ale… Potrzebuje mnie…

To spojrzenie, wyglądała jakby tu i teraz miała mnie zabić. Dwa razy większa, przez napuszoną sierść. 

– Co ja takiego powiedziałam? – zapytałam.

– Widziałam jak na nią patrzysz… Tak patrzyłaś na mnie!

– Co…? Nie! – Oburzyłam się, otrzepując: – A nawet jeśli, ty… My nie jesteśmy już razem…

– Dobrze! – rzuciła wściekle i równie wściekle wyszła, szybko wyskakując na zewnątrz.

– Ivette, obiecałaś! – Wybiegłam za nią. Pobiegła do lasu, tratując po drodzę wszystko co tylko dało się stratować, od jej szarży uchroniły się tylko te wszystkie masywne drzewa, ale ich gałęzie już nie. 

– Ivette! – Jest tak ciemno, strasznie… Kłyka. Tuż przede mną, czaiła się za drzewami. Rozpostarłam powoli skrzydła, tylko że już mnie zauważyła, patrzyła prosto na mnie.

– To ja – powiedziała.

– Uff… – Rozluźniłam się, składając skrzydła i podbiegając do niej: – Myślałam że pobiegłaś nieco dalej, w tej ciemności kiepsko widać… A kłyki ostatnio bez powodu zaatakowały Hexe, może być ich…

– Wracaj do środka – przerwała mi: – Ja też przyjdę, ale nie spodziewaj się mnie tam za szybko. A najlepiej trzymaj się własnych postanowień i daj mi teraz spokój, skoro już oficjalnie nie jesteśmy razem.

– Tak, ale nadal muszę cię pilnować.

– Nikt nie musi mnie pilnować!

– Przepraszam że mnie nie było, ale wypadło mi kilka spraw…

– Tak, ta twoja Hexe.

– Tylko się przyjaźnimy, bądź razie ja uważam ją za przyjaciółkę, bo ona może nadal nie chce nikogo… Też mogłabyś się z nią zaprzyjaźnić.

Ivette prychnęła z rozbawieniem: – Zaprzyjaźnić – powtórzyła z ironią: – Idź już, muszę się wyżyć.

– Celeste nie powinna być z tobą?

– Już powiedziałam że nikt nie musi mnie pilnować! – Rozpostarła gwałtownie skrzydła.


~*~


[Mozzran]


Mozzran znów została z Faith sama. Nie mogła się powstrzymać od gestu ogonem – jednego z poleceń w tresurze. Ku jej zdumieniu Faith wykonała sztuczkę, polegającą na obrocie wokół swojej osi, posłusznie kładąc się z powrotem na ziemi, choć już nie musiała tego robić. Mozzran zakładała nawet że jej teraz nie posłucha.

– Przepraszam… – szepnęła: – Wiesz że nie musisz tego robić? – Chyba nie powinna jej tego uświadamiać, może stracić wtedy jakąkolwiek kontrolę nad nią, a ta dawała jej choć małe poczucie bezpieczeństwa.

– Boje się tego nie robić…

– Dlaczego?

– To co mam na myśli, nie znam takich słów… Ale chce należeć do ciebie.

– Ale ja nie mogę cię mieć na własność, nikt mi na to nie pozwoli, poza tym nie powinnam tego robić. – Położyła się niedaleko kłyki, cała spięta, Faith przysunęła do niej pysk, patrząc na nią niebieskoszarymi oczami.

– To złe – dodała Mozzran, tak jakby chciała też przekonać samą siebie. 

– Mozzran, chodź na chwilę – zawołała ją Irutt.

– Zostań tu, Faith. – Mozzran podniosła się, wychodząc niechętnie do mamy.

– Zmieniłaś jej imię?

– To bardziej nam się podoba – stwierdziła Mozzran: – Faith to potwierdzi. – A przynajmniej powinna skoro nadal była jej lojalna. 

– Muszę wam o czymś powiedzieć – Irutt weszła do środka. Wołała ją by zapytać o takie bzdury? Czy imię ma aż takie znaczenie?

Faith popatrzyła na Irutt przestraszona.

– Zamieszkała z nami Hexe. Jednorożec z którą przyleciała wczoraj Kometa, musicie być ostrożne w kontakcie z nią.

– Mamo, naprawdę myślisz że będę czegokolwiek od niej chciała? – wtrąciła Mozzran.

– Hexe niestety jest nosicielką śmiertelnej choroby.

Mozzran wybałuszyła oczy.

– Musimy unikać kontaktu z jej krwią i śliną, ułatwi nam to, bo wcale nie chce nikogo zarazić…

Po chwili dołączyła do nich też Linnir, jakby spodziewała się że Mozzran może znów wpaść w histerie, ale tym razem starała się z całych sił nad sobą zapanować, nie chciała by Faith widziała ją taką słabą i bezbronną, bo wtedy na pewno przestanie się jej słuchać…


~*~


Na zewnątrz błysnęło. Faith pisnęła przeraźliwie, ukrywając pysk pod własnym skrzydłem.

– To tylko burza – stwierdziła Mozzran, sięgnęła ogonem po jedną ze swoich figurek, stawiając ją przed Faith: – Podoba ci się?

Kłyka przesunęła się gwałtownie pod ścianę.

– Nie bij… – Nastroszyła sierść.

– Przecież ani razu cię nie uderzyłam – oburzyła się Mozzran: – Chciałam ci tylko pokazać co wyrzeźbiłam.

Faith zwęszyła w powietrzu, gdy Mozzran przysunęła do niej rzeźbę, pisnęła, uciekając pod inną ścianę.

– Faith…? – Mozzran cofnęła uszy, mlasnęła niespokojnie. 

Jak tylko zagrzmiało Faith rzuciła się do ucieczki. Zahaczyła bokiem pyska o wystającą ostrą krawędź jednej ze ścian, która pobrudziła się jej kroplami krwi. Mozzran od razu znalazła się na nogach.

– Faith, nie! – krzyknęła. Kłyka odskoczyła od rzeźby leżącej na jej drodzę, rozbijając się o kolejną ścianę.

– F-Faith… – wydusiła Mozzran, unosząc ogon, pokazując jej żeby się zatrzymała. Faith wyskoczyła już na zewnątrz, w ogóle jej nie zauważając. Mozzran wybiegła za nią. 

Linnir doskoczyła do Faith i chwyciła za jej sierść zębami, Faith pisnęła jak złapany w śmiertelną pułapkę królik, natychmiast się zatrzymała, położyła się na ziemi, drżała, oblizując świeżą ranę pod okiem. Całkowicie się jej poddała choć była większa i na pewno silniejsza. Przypatrywała się jej prawie niewidocznymi źrenicami.

Mozzran dobiegła do mamy, sama roztrzęsiona z doskonale widocznymi już białkami. 

– Wszystko będzie dobrze. Nic ci nie grozi. – Linnir puściła Faith powoli.

Kłyka pisnęła znowu przez kolejne błyśnięcie na niebie, chowając głowę w skrzydłach. Zagrzmiało. Faith podskoczyła, a gdy znów rozbłysło krzyknęła przeraźliwe.

– Chodźmy do środka, tam będziesz bezpieczna. – Obiecała Linnir, trąciła ją pyskiem, co wystarczyło by Faith poszła tam gdzie chciała. Mozzran podążyła za nimi. Zdążyły w sam raz przed ulewą.

– Tutaj nie dotrą żadne pioruny – dodała Linnir.

– Nie chcę… – Przy kolejnym uderzeniu błyskawicy Faith pisnęła rozpaczliwie.

– Nic ci nie będzie – powiedziała Mozzran, kładąc na kłycę kilka materiałów. 

– Nie bij… – Wtuliła w jej bok pysk, liżąc ją natarczywie.

– Uderzyłaś ją? – spytała spokojnym tonem Linnir.

– Nie! – krzyknęła Mozzran: – Przestraszyła się burzy i mojej rzeźby, chciałam jej tylko ją pokazać.

– Ktoś cię bił w trakcie burzy? – zapytała Linnir Faith: – Bo się jej boisz?

Faith przejechała znów językiem po ranie.

– Skrzydła uderzały kamieniami… Bym się nie bała… Ale bałam się bardziej… – Łzy zmoczyły jej sierść na policzkach. Pisnęła na kolejne uderzenie pioruna.

– Chciałam ci tylko pokazać tą rzeźbę, zająć czymś co odwróci twoją uwagę – Mozzran położyła się obok tego puchatego kłębku strachu, jakim była Faith, zakrywając jej uszy materiałem, którym nieco stłumiła każdy grom z nieba, ale Faith i tak za każdym razem krzyczała jak gdyby pioruny miały ją zabić. Gwałtowny deszcz bębnił o ziemię i zewnętrzne ściany jaskini.

Linnir przyniosła zioła na uspokojenie, Faith obwąchała je i połknęła wszystkie.

Przynajmniej ma coś czemu może zawsze zaufać – pomyślała Mozzran – Doskonały węch.

– Co to jest? Co to jest? – spytała panicznie Faith, trzymając sztywno uniesioną głowę. Po jej pysku wędrował, mały czerwony owad, w czarne kropki.

– Nigdy nie widziałaś biedronki? – zapytała Mozzran.

– Nie jest w stanie cię skrzywdzić, Faith – dodała Linnir: – Jak przestanie padać pokaże ci co jest niebezpieczne, a co nie, zgoda?

– Mamo, ja sama mogę to zrobić. To… – Moja kłyka? Nie mogła tak powiedzieć, odwróciła głowę do Faith: – Faith, weź ją na skrzydło, a potem na ziemię. – Mozzran złapała ją za skrzydło, pozwalając biedronce na nie wpełznąć. Faith śledziła wzrokiem jak owad wspina się po jej sierści imitującej pióra. Popatrzyła na Mozzran, która nadal trzymała ją ogonem za skrzydło, obecność Linnir dodała jej odwagi. Chciała pokazać mamie że potrafi zajmować się własną kłyką, przecież nie przestanie nią być w jeden dzień. Choć mama może tego właśnie oczekiwała.

– I co? Jest niebezpieczna? – zapytała Mozzran.

Biedronka wędrowała po sierści Faith, aż odsłoniła skrzydła i poleciała. Faith pisnęła przeraźliwie.

– Przestań bać się takich bzdur. – Mozzran położyła uszy.

– Mozzran, spokojnie – upomniała ją mama: – Nie znasz zbyt wiele stworzeń, prawda? – zwróciła się do Faith.

– Nie rozumiem… pytania…

– Zwierząt, takich jak to. – Mozzran wskazała jej biedronkę.

– One ranią…

– Nie wszystkie, Faith – powiedziała Linnir.

– Nie wszystkie?

– Nie, większość jest niegroźna.


~*~


– Podejdź bliżej, śmiało – zachęciła Faith Irutt, stojąc nad pajęczyną mieniącą się kroplami rosy, na jej środku siedział kolorowy pająk: – Nic ci nie zrobi jak go trochę poobserwujesz. Ale lepiej go nie dotykać, może boleśnie ugryźć.

– To niesprawiedliwe – skomentowała Mozzran, miotając końcówką ogona nad ziemią, by przypadkiem nie bić nim niepotrzebnie na alarm.

– Co się stało, Mozzran? – zapytała Irutt. 

– Chciałam sama zająć się Faith. – Należy do mnie, dodała w myślach, a może już wcale nie? Jeśli nie właścicielką, to była przynajmniej kimś w rodzaju opiekunki.

– Faith powinna mieć kontakt też z innym osobami – odpowiedziała Linnir: – Na razie chcę by trochę nas poznała, a później przedstawimy jej innych.

Faith oglądała się na Mozzran, z niepewnością w oczach, oblizując pysk.

– Po prostu we mnie wątpisz.

– Chcę tylko by czuła się swobodnie wśród wszystkich.

– Uważasz że sobie nie poradzę.

– Nawet nie zamierzałam zostawić opiekę nad nią tylko tobie, zrobimy to wspólnie. 

–  Ale to moja… – Jej ogon podrygiwał nerwowo: – To moja podopieczna. A ty wcale mi nie ufasz. – Położyła uszy.

Linnir westchnęła: – Mozzran, ty sama czasami potrzebujesz…

– Przestań! Jestem już od dawna dorosła! Nie tylko ty potrafisz komuś pomóc!

– Nie zabraniamy ci jej pomagać – wtrąciła Irutt: – Zostawałaś z nią nawet sama. Możesz ty jej teraz coś pokazać.

– Chciałam zrobić to sama – podkreśliła Mozzran.

– Przykro mi, ale brakuje ci doświadczenia, z czasem się nauczysz, jak będziesz chciała, ale Faith nie może czekać – powiedziała Linnir: – Dlatego robimy to razem.

– A co w tym trudnego?

– Mogłaby wpaść w panikę, wolę być wtedy obok, niż gdyby któreś z was miało się coś stać.

Irutt zbliżyła się ostrożnie do boku córki: – Dam ci kilka rad dzięki którym będziesz mogła uspokoić Faith – szepnęła.

– Wiem jak to robić, zajmowałam się Faith gdy była mała i Linnir wiele razy mnie uspokajała. Wystarczy ją naśladować.

– Chodźmy dalej. – Linnir poprowadziła kłykę, w dół, po małym wzgórzu, na które przedtem weszły, a Irutt została tu z Mozzran. Faith oglądała się za nimi, idąc posłusznie za Linnir.

– Traktujecie mnie jak źrebaka – poskarżyła Mozzran.

– Po prostu się o ciebie troszczymy. Faith łatwo wpada w panikę, tak jak podczas burzy… 

– Wymyśliłabym coś! Po prostu nie miałam czasu, bo Linnir…

– Nadal mogłoby ci się coś stać, córeczko – Irutt oparła na jej grzbiecie ogon: – Faith mogłaby cię nie zauważyć i stratować w panice.

– A Linnir już nie? Faith nie musiała się zatrzymywać, mogła biec dalej, przecież Linnir nie ma tyle siły by przytrzymać dorosłą kłykę.

– Linnir często ryzykuje – stwierdziła ponuro Irutt: – Czasem boję się że mogłabym ją stracić. – Powiodła za nią wzrokiem, Linnir tłumaczyła coś Faith przy gęstych krzewach, obok których kłyka bała się przejść: – Ona nie chcę by ty też tak ryzykowałaś. 

– Miałam się nie bać, a teraz gdy się staram to stwierdza że to dla mnie zbyt niebezpieczne? Zawsze mogę użyć magii.

– Czy nie jest ważniejsze by Faith mogła zacząć normalnie żyć? Pomyśl trochę o jej dobru, Linnir wiele dla ciebie zrobiła, może to samo zrobić dla Faith.

– To był twój pomysł z tą grotą tylko dla mnie, prawda? – zapytała nagle Mozzran, zmęczona już powtarzaniem tego samego.

– To nie ma nic wspólnego z Faith.

– Już wam się znudziłam? Chcecie mieć ode mnie spokój?

– Nie, córeczko, nadal możesz znaleźć u nas wsparcie, nawet jak się usamodzielnisz, nie przestaniemy cię kochać. 

Czyli nie uważają jej wcale za samodzielną. Może i miały rację, ale jak miałaby być samodzielna skoro nie dają jej szans zająć się własną kłyką? Nie wierzą w nią.

– Gdyby miała źrebaka też byście je wzięły, bo nie mam doświadczenia? W ten sposób w ogóle nie będę nic potrafić.

– Mozzran…

– Taka prawda!

– Nie wiesz co to znaczy rodzina – powiedziała ze zmartwieniem Irutt, kręcąc głową: – Rodzina sobie pomaga, nikt nie chce nikogo na własność czy wyłączność. Nie odtrąca kogoś bez powodu.

– Czyli twoim zdaniem mam uważać Kettui za swoją rodzinę?! – Mozzran otworzyła szerzej oczy.

– Nie, Mozzran, dobrze wiesz co mam na myśli.

– Arnee jest taka sama jak ona! A może i gorsza! Nie widzisz tego? – Zwróciła róg w stronę matki, wybiegając naprzeciw niej, nagle czując się przy niej zagrożona.

– Nic ci nie zrobiła, sprowadziła dla ciebie Faith, a ostatnio sama daje ci spokój, jest dobrą siostrą dla ciebie i Eepli. – Irutt zatrzymała się przed nią, w przeciwieństwie do Mozzran odsłaniała szyję.

Mozzran oglądała się nerwowo za siebie. Linnir i Faith zdążyły odejść już daleko.

– Ona tylko czeka aż dam się zwieść…

– Nic by się nie stało jakbyś dała jej szansę, nie musisz zostawać z nią sama, zareagujemy jakby coś było nie tak. Eepli też nie chciałaś na początku zaakceptować.

– Co ty możesz o tym wiedzieć, nie było cię przy mnie! – słowa opuściły jej gardło szybciej niż była w stanie pomyśleć, ten uraz był tak absurdalny, ale nie potrafiła nic na to poradzić że czuła żal do matki. Zupełnie jakby oczekiwała że Irutt mogła dokonać niemożliwego.

– Mozzran, wiesz że nie mogłam…

Spuściła głowę, z łzami w oczach. Może faktycznie jest beznadziejnym przypadkiem?

– Po prostu… Twoim pierwszym odruchem gdy się obudziłaś było zranienie mnie, ja wiem że się pomyliłaś, ale i tak się ciebie boję! – Cofnęła się o parę kroków: – A potem ta zamiana ciał, skąd ja mam wiedzieć co jest prawdą? Chcę ci ufać, ale nie mogę!

Irutt pogrążyła się w swoich myślach na wiele długich chwil, a wtedy zaczęło też narastać w Mozzran napięcie, zwłaszcza gdy jej matka zwinęła końcówkę ogona, próbowała znów wypatrzeć drugą z mam, mieć ją chociaż w zasięgu wzroku. Prosiła w myślach by Linnir zawróciła. Niepotrzebnie się z nią przedtem kłóciła.

– Popełniłam błąd – wreszcie Irutt się odezwała: – Nie powinnam rzucać się na nikogo, kiedy widziałam jeszcze niewyraźnie. Przepraszam.

Mozzran pokiwała głową, strącając kilka łez ze swoich powiek: – To było głupie… O tym wspominać…

– Nieprawda. Warto mówić co cię gnębi – Irutt złapała ją za ogon.

– Nie nienawidzisz mnie? Chociaż trochę? – zapytała Mozzran: – Za… Za śmierć Arneba? – Serce Mozzran przyspieszyło, błysnęła białkami, zaraz spróbowała wziąć głębszy oddech, a po nim też kolejny, patrzyła mamie w oczy, spokojnej jak Linnir i zastanawiała się jak one to robią i o czym myśli teraz Irutt, czy mówi szczerze? Czy to w ogóle ona? Miała już tyle okazji by się na nią wściec.

– Nienawidzę Kettui, nie ciebie, ona was skrzywdziła i doprowadziła do tego wszystkiego, poza tym nie możesz w pełni za to odpowiadać, byłaś źrebakiem.

Mozzran ścisnęła mocno ogon Irutt, testując ją w ten pokrętny sposób…

– Trzymasz za mocno. – Irutt zabrała swój ogon: – Córeczko, nigdy cię o to nie winiłam. – Położyła go na grzbiecie córki.

– Kłamiesz.

– Dlaczego tak uważasz?

– Bo on był dla ciebie ważny, choć… – Tylko w ten sposób mogła się przekonać czy jej ufać: – Nie wiedziałaś jakim draniem był.

– Powiedz mi – ton Irutt nagle zmienił się na bardziej nerwowy, a Mozzran się cofnęła, szukając po raz kolejny Linnir wzrokiem: – Wybacz, potrzebuje przerwy, Mozzran, wrócimy do tej rozmowy kiedy indziej.

– Jesteś na mnie zła.

– Nie, twoje słowa po prostu mnie zabolały. Chodź, dogonimy Linnir i Faith. – Przyspieszyła kroku mijając córkę. Musiała wiedzieć na ile może jej ufać.

– Masz ochotę mnie uderzyć? – zapytała.

– Nie. – Irutt zatrzymała się, oglądając na nią: – Muszę się uporać ze swoimi emocjami, mogłabym na ciebie krzyczeć, albo powiedzieć coś w nerwach czego bym nie chciała. Wolę wyobrażać sobie twojego brata jako dobrą osobę, tak jest mi łatwiej pogodzić się z jego śmiercią. 

– Ale on…

– Mozzran, nie jestem gotowa.

– Czyli… W głębi duszy jednak chowasz do mnie urazę… Bo ja tak, za każdym razem jak obrywałam…

– Obrywałaś od Kettui, nie ode mnie.

– Ale to było twoje ciało i wiem to, ale mimo wszystko… Czasem patrzę na ciebie i widzę te momenty, nie wierzę że nie obwiniasz mnie choć trochę o śmierć Arneba. Zwłaszcza że zrobiłam to z własnej inicjatywy. Całkowicie świadomie.

– Mówiłam ci że nie chcę o tym rozmawiać. Nie teraz.

– Zabiłam go, bo chciałam uniknąć kary…

– Powiedziałam nie – rzuciła ostrzej Irutt, to jeszcze nie był krzyk, ale Mozzran zatrzęsła się, błyskając białkami.

– Kiedy nabiorę do tego dystansu wtedy o tym porozmawiamy, nie musisz się mnie bać. – Irutt podeszła do niej, przysuwając ją do siebie ogonem: – Szanujmy się wzajemnie, ty też masz prawo o czymś nie rozmawiać jeśli nie chcesz. Zgoda?

– Dobrze, mamo… – Oparła głowę o jej łopatkę, starając się uspokoić. Zwróciła uwagę na jej oddech, też zakłócony, Irutt wzięła parę głębszych oddechów, gładząc bok córki ogonem. Mozzran dostrzegła łzy w oczach mamy, ta cofnęła uszy, ruszając dalej śladami Linnir i Faith. Mozzran powiodła za nią. Z każdym krokiem coraz wyraźniej szumiała woda, szły w dół rzeki, gdzie Faith obserwowała ryby, wyjątkowo spokojna i dziwnie czujna, podążała za ich ruchem nie tylko oczami, ale i głową, skupiona, nawet jak wyskakiwały z wody, ochlapując ją. Linnir stała tuż obok. 

– Będziesz je łapać? – domyśliła się Mozzran.

Faith obejrzała się na nią: – Wszystkie się ruszają. Dlaczego…?  Dlaczego miałabym to robić?

– Nie musisz jeśli nie chcesz.

Faith położyła głowę przy racicach Mozzran, patrząc w jej oczy.

– Chcesz rybę ode mnie? – zgadywała Mozzran.

Faith poderwała się, ktoś tu szedł, zresztą niezdarnie, plątał się w krzaki, szarpiąc się z czepliwymi gałęziami.

– Spokojnie, to ktoś ze stada, nie zrobi ci krzywdy. – Linnir podeszła bliżej.

– Tu jesteście! – zawołała Burza, zbiegała z góry ku nim, Faith zjeżyła się.

– Nic ci nie grozi.

– To ta nowa…

Faith ryknęła, gdy Burza wyłoniła się z gąszczu rozpościerając skrzydła, w panice wpadła do wody, między ryby.

 – Faith. – Linnir doskoczyła do jej boku, łapiąc za jej sierść.

– Mamo! – krzyknęła Mozzran, bo tym razem nie wystarczyło złapać Faith, pociągnęła za sobą Linnir, prosto w kierunku rwącej części rzeki, z mnóstwem ostrych skał. Linnir próbowała zapierać się kopytami, ale dla Faith była lekka niczym źrebak.

Irutt zmieniła się w gryfa, podczas gdy Mozzran zdążyła pokonać ten odcinek drogi w postaci powietrza, a gdy znalazła się przed Faith już w swojej postaci gotowa ją zatrzymać, Irutt już trzymała kłykę w gryfich łapach. Faith piszczała przeraźliwie, jakby zdzierano ją ze skóry. 

– Czego w słowach nie zbliżaj się do Faith nie zrozumiałaś?! – Mozzran wyskoczyła z wody, ruszając na Burzę z rogiem, ta jednak jej nie ustąpiła, dając się dotknąć jego czubkiem, odepchnęła ze spokojem Mozzran skrzydłem.

– Wszystko rozumiem, ale ty najwyraźniej nie, bogini nie…

– Burza, prosiłam żebyście nas nie nachodzili. – Podeszła do nich Linnir, z położonymi uszami, Mozzran była zaskoczona że jej nie skarciła, bo zwykle tak się to kończyło, a zamiast tego staje po jej stronie: – Idź już.

– Jestem boginią.

– Obowiązują cię te same zasady co wszystkich.

– Nie. Wy, zwykli śmiertelnicy musicie ich przestrzegać, ja…

– Nie jesteś boginią, ani nawet po części feniksem.

– Ty też? Myślałam że…

– Tłumaczyłam wyraźnie że Faith łatwo wpada w panikę, że potrzebuje czasu by oswoić się z pegazami.

– Naprawię to. – Burza ruszyła do kłyki, zatrzymana od razu przez Linnir. Faith przebierała nogami próbując dalej uciekać, trzymana sporą łapą gryfa.

– Spójrz co narobiłaś! – krzyknęła na Burze Mozzran.

– Mogę to naprawić, jeśli mi pozwolicie.

– Nie, nie możesz! Nigdy to do ciebie nie dotrze?

– Jeszcze zdążysz ją poznać. Idź już – nalegała Linnir. 

– Chciałam tylko ją zobaczyć z bliska, wiesz jak bardzo lubiłam Tanę.

– Daj jej się uspokoić.

– Idę, już idę… Okropnie mnie potraktowałyście – Burza odleciała. 

– Mamo. – Mozzran zaczepiła Linnir, już w drodzę do Faith: – Widziałaś jak zareagowałam? – Serce dudniło jej w piersi: – Tym razem bym ją zatrzymała. Użyłabym jednego z poleceń, których ją nauczyłam, a jakby to nie zadziałało to uciekłabym przed nią, zmieniając się w wodę. Mogę zajmować się nią sama, nic mi się nie stanie.

– Nie chodzi tylko o to.

Irutt już wróciła do swojej postaci, uspokajała kłykę.

– Pokaże jej stado, pozna wszystkich, pozwól mi. Faith jest jak moje źrebię.

– Mozzran byłaś wtedy sama źrebakiem.

– Ale teraz nie jestem, jak mam się usamodzielnić? Nie ufasz mi? Nie będę jej izolować.

– Muszę ci trochę pomóc.

– Będę pytać jak nie będę czegoś wiedziała.

Irutt przyszła do nich z Faith, która schowała się za Mozzran, ocierając się o nią głową.

– Pozwólmy jej na to, Linnir – powiedziała Irutt: – Nauczy się.

Ciekawe co sprawiło że tak nagle zmieniła zdanie?

– Pod warunkiem że będę wam pomagać – Linnir popatrzyła uważnie na Mozzran.

– Dobrze, mamo.


[Irutt]


– Nie wiem czy dobrze zrobiłyśmy – Linnir spojrzała na mnie, byłyśmy w drodzę do Arnee: – Faith jest za mocno do niej przywiązana. Dlatego chciałam by miała okazję pobyć chociaż trochę bez Mozzran. Musimy pokazać jej że już nie jest niewolnicą.

– A jeśli tylko Mozzran może jej pomóc to wybić z głowy? W końcu zrozumie, a opieka nad Faith jej pomaga. Nie możemy ciągle bać się że coś jej się stanie. Musimy pozwolić jej dorosnąć. – Złapałam jej ogon własnym ogonem.

– Kosztem Faith? Nie sądzę by dla byłej niewolnicy było dobre przebywanie z dawną właścicielką. Zwłaszcza że Mozzran wyraźnie ją tak postrzega.

– Jesteś zbyt opiekuńcza, nie możemy być cały czas przy niej.

– Nie możemy też jej zostawić.

– Musi uczyć się też trochę na własnych błędach.

Dotarłyśmy już do Eepli, ale nie było z nią Arnee, jedynie Cruzina i Angus.

– Arnee śpi – Eepli wskazała na drzewo, rosnące niedaleko nich.

– Znowu? – zapytała Linnir. Poleciałam już do córki odpoczywającej na drzewie.

– Nie miała na nic ochoty…

“Czy… Mogłaby zachorować od Hexe?” dodała Cruzina.

– Nie, to niemożliwe – odpowiedziła Linnir.

– Arnee – trąciłam małą jaskółczym skrzydłem, popatrzyła na mnie przygnębiona, jej oczy wyglądały jeszcze gorzej niż poprzednio, już nie tylko podkrążone, ale i z pociemniałą skórą, ale jeśli by się zaraziła objawy nie byłby tak gwałtowne: – Nadal przejmujesz się że Mozzran cię nie lubi?

– No…

– Mozzran potrzebuje czasu, słonko. Chodź, porobimy coś razem.

– No dobrze… – powiedziała bez przekonania.

Zmieniłam się w siebie, owijając ogon wokół konaru drzewa i przyciskając do niego nogi by nie spaść, objęłam małą głową, nieco przysuwając się do niej. Wtuliła się we mnie. Gałąź pod nami trzeszczała.

– Zejdźmy zanim się złamie.


~*~


[Mozzran]


– Tylko bądźcie ostrożne. – Linnir szła za Faith i Mozzran. Po leśnym wzniesieniu, które powoli przekształcało się w szczyt wąwozu.

– Tak, mamo.

– Będę w pobliżu.

– Poradzę sobie – odpowiedziała z nutą irytacji Mozzran, jej końcówka ogona podrygiwała. Po szczycie wąwozu szła już z Faith sama, która bała się spojrzeć w dół. Nagle ziemia osunęła się spod racic Mozzran, wąwóz był na tyle wąski że skoczyła na jego drugi brzeg, zanim runęła wraz z ziemią na piaszczyste dno.

– Skacz – zawołała do Faith, ściany wąwozu zwaliły się jeszcze bardziej pod Faith, która chodziła w tą i z powrotem, poszybowała na drugą stronę z piskiem. Mozzran położyła uszy.

– Boisz się latać?

Faith pokiwała głową. Mozzran złapała za sierść na jej klatce piersiowej, prowadząc ją na dół, w las. 

– A potrafisz?

– Trochę.

– Dlaczego boisz się latać?

Gałęzie drzew się poruszyły, a Mozzran zauważyła kryjące się za nimi kłyki, Faith wyrwała się jej i uciekła w panice wpadając do wąwozu.

– Nie! Nie zostawiaj mnie! – Mozzran dopadła do krawędzi wąwozu, ale Faith już biegła wzdłuż ścian. Mozzran też rzuciła się do ucieczki w gęstwiny, słysząc jak kłyki ją ścigają. Niezbyt się spieszyły. To pułapka? Ale ona sama prowadziła Faith, a nie ona ją.  Biegnie prosto w pułapkę?  

– Mamo! Mamo, pomocy!

Linnir musi ją usłyszeć. Przed Mozzran wyskoczyła jedna z kłyk, łamiąc mnóstwo gałęzi swoim cielskiem i za nią kolejna. Mozzran zmieniła się w ogień, ale kłyki jakby znały jej słabości, zaczęły machać skrzydłami, próbując ją zgasić, zmieniła się w skałę, a ich kły wtedy się w nią wbiły, ból sprawił że wróciła do swojej postaci, upadając na ziemię z krwawiącymi ranami na bokach, wyglądającymi jak ukruszona skóra. 

– Twój koniec jednorożcu będzie bolesny – oznajmiła jedna z kłyk. Inna porwała ją wysoko nad ziemię. Faith. To była Faith, uciekała z Mozzran, trzymając ją w pysku. Kłyki poleciały za nimi. Mozzran popatrzyła w górę, prosto w oczy Faith, ogarniętę przerażeniem. Ratowała ją i teraz je ścigali? Czy z nimi współpracowała? Czuła ból, Faith trzymała ją delikatnie, ale zadane już rany podrażniały małe kły kłyki. 

Znacznie oddaliły się od kłyk, Faith posadziła Mozzran na własnym grzbiecie. Mruknęła jękliwie, wylizując wszystkie nowe rany Mozzran. Ślina Mozzran spieniła się na jej pysku, ścierała ją ogonem, gdy kłyki je otoczyły z każdej ze stron. Faith pisnęła, jedna z kłyk uderzyła ją z boku, inna już sięgała kłami po Mozzran, gdyby Mozzran nie szarpnęła się w górę, prawie godząc ją rogiem już by ją pochwyciła. Kłyka przeleciała tuż nad nimi po nieudanym ataku. Tymczasem Mozzran straciła podparcie w postaci grzbietu Faith. Spadając zmieniła się we wodę, umykając przed kolejnym atakiem kłyki, wokół jej pyska. Przy samej ziemi zmieniła się w skałę bojąc się co by się stało gdyby krople wody rozproszyły się pod wpływem uderzenia. Wróciła do swojej postaci w małym dołku. Jedna z kłyk wylądowała przy niej. 

“Mamo! Pomóż mi!” Mozzran nie miała żadnej gwarancji czy Irutt ją usłyszy czy zrobiła to dobrze. Nie dostała żadnej odpowiedzi. Mogłaby znów zmienić się we wodę i wsiąknąć w ziemię, nie potrafiła przenikać przez wszystko jak Eepli, ale mogła wykorzystać właściwości wody. Jednak myśl o znalezieniu się pod ziemią przeraziła ją i sprawiła że było ciężej jej oddychać.

“Arnee!” 

Kłyka wbiła w nią kły, znów zmienionej w skałę, przyleciało ich więcej. Rzuciły Faith na ziemię i w ogóle przestały się nią interesować, jakby wiedziały że nie zaatakuje. Nawet specjalnie jej nie zraniły. Raz po raz wbijały kły w Mozzran, zmieniła się w mocniejszą niż poprzednio skałę, ale kłyki i tak zdołały ją porysować.

“Mozzran? Wołasz mnie?”

“Pomocy! Chcą mnie zabić! Proszę!”

“Ale dasz mi potem szanse?”

“Co tylko chcesz, proszę, pomóż mi!”

Faith strasznie krzyczała, jakby ją samą atakowały. Jedna z kłyk uszczerbiła skałę, którą była Mozzran, łamiąc sobie przy tym kły, ryknęła z bólu. Arnee przyleciała, od razu je dzięsiątkując, przebijała się z jednego ciała kłyki przez drugie. 

– Widzisz, zawsze, możesz na mnie liczyć. – Wylądowała na głowie jednej z martwych, cała czerwona od ich krwi, ociekała nią.

Mozzran wróciła do swojej postaci, ledwie łapiąc oddech. Faith leżała na ziemi pod własnymi skrzydłami, trzęsąc się i płacząc.

– Mama szła za nami… Mówiła że będzie w pobliżu – Mozzran przełknęła ślinę patrząc na siostrę: – Musisz…

– Mozzran! – Linnir wyskoczyła na polanę z poszarpaną, zakrwawioną peleryną, za nią przemieszczały się kłyki, zatrzymały się za ostatnią linią drzew, zwęszyły martwe ciała swoich pobratymców wycofując się. Mozzran i Linnir spotkały się w biegu, przytulając się nawzajem, Arnee wpadła w nie dołączając do ich uścisku. Mozzran natychmiast się odłączyła, błyskając białkami. Arnee wycofała się, podpatrując na siostrę, zaczęła ścierać z siebie krew.

– Umyjesz się nad rzeką, Mozzran ty też, muszę cię opatrzeć – Linnir zbliżyła się do córki, patrząc w stronę Faith. Nią też trzeba było się zająć. 

– Ja sobie poradzę, mamusiu, zorganizuję wsparcie. – Arnee oderwała się od ziemi, ciała kłyk nagle spaliły się w niebieskim ogniu, znikając w parę sekund wraz z nim, a wtedy mała poleciała przez niebo jak błyskawica. Nie została nawet jedna kropla krwi. Jedynie rany na ciele Mozzran i Linnir świadczyły o ataku kłyk. Linnir oddychała dość ciężko.

– Chodźmy…

Mozzran podniosła ogonem strzępki jej peleryny, jej matka sapnęła z bólu, a Mozzran zakręciło się w głowie na widok kości jednego z żeber. 

– Nic mi nie jest, chodź – Linnir zasłoniła ranę na powrót materiałem.

Mozzran przylgnęła do niej z łzami w oczach, jej róg zaświecił, a sierść zmieniła się we wodę, która opłukała ranę, a potem w metal który ją zamknął, idealnie się do niej dopasowując.



⬅ Poprzedni rozdział