[Mozzran]
– Nie wiem czy to ty. – Mozzran leżała zwinięta w kłębek, trzymając się z dala od Eepli i Irutt, Linnir położyła się obok niej.
– Pamiętasz jak…
– Widzieli twoje wspomnienia. – Wciąż była słaba, dodatkowo męczyli ją jeszcze podając jej co parę godzin węgiel, nieprzerwanie czuła jego gorzki posmak, picie wody nie pomagało, przez niego nawet zwykłe jedzenie smakowało gorzko, a próbowała jeść by pozbyć się choć na chwilę tego smaku.
Linnir wymieniła zmartwione spojrzenia z Irutt. Mozzran powoli zasypiała, nie dawała rady oprzeć się zmęczeniu.
– Z czasem będzie lepiej, Mozzran, znów będziesz mogła nam zaufać – obiecała Linnir.
Obudziła się po kilku godzinach przy Linnir. Jeszcze żyła i nie dopadł jej żaden straszliwy ból. Brzuch niemal już jej nie bolał, jakby ten węgiel faktycznie jej pomagał.
– Mamo?
– Tak? – Linnir z Irutt przeniosła spojrzenie na nią.
– Chce mi się pić.
– Chodźmy, pomogę ci wstać.
– A twój uraz?
– Jaki uraz? – wtrąciła Irutt.
– Już mi lepiej, musiałam nadwyrężyć nieco kręgosłup – przyznała Linnir.
– Ja ci pomogę tam dojść – Irutt podeszła do córki: – Czy wolisz napić się tutaj? – Podsunęła jej pojemnik z wodą. Mozzran wpatrywała się w niego chwilę, w końcu się poddała i zaczęła pić. Tak wyczerpanej było jej już wszystko jedno.
~*~
– To ten… Ta… mamusiu… – Arnee zataczała się na korytarzu, którym Mozzran wracała właśnie z Linnir. Kolejnego dnia mogła już utrzymać się dłużej na nogach i nikt nie musiał pomagać jej iść. Arnee wpadła na ścianę, Linnir ją podtrzymała własnym pyskiem. Mała uniosła głowę, patrząc uśmiechnięta w oczy mamy. Mozzran trzymała kurczowo za pelerynę Linnir, ogonem, cała się trzęsła. Może już nigdy nie będzie miała pewności czy to naprawdę Linnir, ale tęskniła za nią już wystarczająco mocno i potrzebowała jej wsparcia by być skłonna choć trochę w to wierzyć.
– Jadłaś znów grzyby? – zapytała Linnir.
– No – odpowiedziała radośnie Arnee: – Jesteś cała… Ziefioletowa…
– Pozbądź się ich.
– Nieee… Tak mi dobrze.
– Jesteś jeszcze gorsza, niż normalnie – stwierdziła Mozzran, ostrożnie badając grunt, ale nie była wcale pewna że wszystko to co mogłaby zrobić jej siostra to tylko jej obawy.
– No nie… Przekoskokowałam – Arnee wpadła w mały wybuch śmiechu. Nie zwracając kompletnie uwagi na zszokowane spojrzenie siostry. Mozzran schowała się za Linnir.
– Arnee, pozbądź się tego – powiedziała bardziej stanowczo Linnir.
– Ale mamusiu…
– Natychmiast.
– Nie da rady…
– Możesz zneutralizować truciznę w swoim ciele, moce Blakie na to pozwalają tak jak pozwalają ci by działały na ciebie te grzyby.
– Mamusiu…
– Nie pomogą ci w tym co się stało, sama musisz się z tym zmierzyć, my możemy tylko cię wspierać. Doprowadź się do porządku.
Mozzran spojrzała zdziwiona na mamę, myślała raczej że ta będzie się cackała z Arnee, jak zwykle.
Po policzkach Arnee popłynęły łzy, nadal się uśmiechała, w oczach Mozzran teraz wyglądała na jeszcze bardziej obłąkaną.
– Nie… Nie lubisz mnie?
– Gdyby tak było nie martwiłabym się o ciebie, nie możesz ich jeść, zrozum, spowodują tylko jeszcze więcej problemów. – Przysunęła małą bliżej swoich nóg, obejmując głową: – Obie cię kochamy z Irutt, dlatego musisz się teraz postarać i więcej im nie ulegać.
Arnee wtuliła się w nią, szlochając, a po chwili śmiejąc się jak szalona. Mozzran się odsunęła.
– Już… Już… – Arnee dźwignęła się, wciąż roniąc łzy z uśmiechem na pysku: – Nie widać, ale to już. – Oparła racice na klatce piersiowej Linnir: – Kocham cię, mamo. Nie znienawidzicie mnie teraz, prawda?
– Nie, Arnee.
– A jak będę znów pod wpływem grzybów?
– Postaraj się nie być.
– Mozz…
– Zostaw mnie w spokoju. – Mozzran unikała jej wzroku.
– Mozzran, obiecałaś… Dlaczego nie dotrzymujesz żadnej obietnicy? Tak bardzo mnie nienawidzisz?
– Boje się ciebie… – wydusiła Mozzran: – Prawie się przez ciebie zabiłam!
– Mozzran…
Arnee momentalnie znalazła się przy niej, Mozzran uniosła wysoko głowę, wybałuszyła oczy, niewiele brakowało by uciekła. Arnee stając dęba, cała się w nią wtuliła, zaglądając jej w oczy, zasłoniła pysk ogonem: – To nie przeze mnie, to wina Kettui, Mozz.
– Nie zgodziłam się. – Jej ogon miotał się i podskakiwał, przy czym nadal trzymała za pelerynę Linnir: – Mamo!
– Proszę… – jęknęła Arnee.
– Arnee. – Linnir je rozdzieliła: – Mozzran teraz musi dojść do siebie.
– Już nic jej nie jest, mamusiu!
– Arnee.
– Czemu?
– Posłuchaj mnie.
I znów zaczęło się tłumaczenie wszystkiego Arnee od nowa, Mozzran tymczasem się wymknęła, napotykając na końcu korytarza Irutt.
– Ma-mamo? – Mozzran cofnęła uszy, nie zbliżała się zanadto, cała spięta.
– Martwimy się o ciebie, na razie będziemy cały czas w pobliżu…
– Dobrze – przerwała jej nerwowo Mozzran. Prosząc w duchu by przynajmniej nikt jej teraz nie torturował.
– Chcesz stąd wyjść, czy zaczekamy na Linnir?
– Zaczekamy – odpowiedziała gwałtownie, to pytanie tak nagle wydało jej się podejrzane.
~*~
Nie wiedziała nawet kiedy zasnęła, obudziła się nie mniej wyczerpana niż przed tym niespokojnym snem. Arnee leżała zapatrzona w oczy Irutt, z przednimi racicami opartymi o nogi mamy, mama gładziła jej grzbiet ogonem.
– …więc wolałabym byś podawała jej padlinę – i kończyła coś do niej mówić. Arnee ochoczo kiwała głową.
Wzrok Irutt padł na Mozzran, która w tym momencie zlękła się że za chwilę też Arnee zorientuje się że nie śpi, a Linnir akurat teraz nie było w pobliżu, Eepli spała, zresztą Mozzran także jej nie wiedziała czy ufać, a czuwająca reszta stada niewiele jej dawała już przedtem. Obróciła się tyłem zwijając w kłębek, przy boku starszej siostry. Eepli sama się przy niej położyła, jeszcze zanim zasnęła niespokojnym snem.
– Mamusiu, Linnir nie pozwala mi jeść szczęśliwych grzybów.
– I dobrze, nie masz ich jeść.
– Ty też? Ale one pozwalają mi się poczuć lepiej.
– Znajdziemy mniej szkodliwy sposób.
– Poza tym nie muszę pytać was już o zgodę i mówiłaś że zaakceptujecie to jaka jestem.
– Arnee, naprawdę nie rozumiesz? Masz nas, rodzinę, która cię wspiera, nie potrzebujesz żadnej trucizny. Jak będziesz pod ich wpływem ktokolwiek będzie cię potrzebował ty nie będziesz w stanie pomóc…
– No… Dobrze, mamusiu, masz rację, mam was, Eepli i… Mozz?
Mozzran poczuła na sobie wzrok siostry, ona wiedziała że nie śpi.
– Dlaczego mnie nie akceptujesz? – zapytała: – Obiecałaś mi. To nie była moja wina, ma… Kettui mnie też oszukała.
Mozzran poderwała się nagle, uciekając do swojej małej groty. Popłakała się, czując jak choć część napięcia z niej uchodzi.
“Jesteś u siebie?” zapytała jej na odległość Irutt.
“Przestańcie mnie kontrolować!”
“Tylko się martwię…”
“Chcę odpocząć.”
“Gdyby coś…”
“Tak, wiem. Zostaw mnie.”
“Ja…”
“Zostaw.”
W końcu mama odpuściła.
~*~
“Mozzran…” usłyszała za sobą głos mamy, brzmiał rozpaczliwie, a kiedy odwróciła głowę zobaczyła że Irutt wbiła sobie w oko metalowy kolec, padając na ziemię.
Mozzran obudziła się gwałtownie okryta skrzydłem Faith, wokół panowała ciemność, z trudem łapała oddech. Nie potrafiła się zmusić by skontaktować się z mamą, zresztą przecież nie mogła z jej powodu odebrać sobie życia. Mozzran otuliła się ogonem, zaciskając oczy. Odsunęła się od Faith. A w końcu poszła do reszty, zobaczyć czy Irutt tam jest.
Jej mamy spały razem, Mozzran patrzyła przez chwilę czy oddychają, wszyscy spali, jedną która nie spała była Arnee, leżała obok mam i Eepli z zwieszoną głową, po chwili popatrzyła na siostrę.
– Cześć, Mozz – szepnęła do niej smutno: – Teraz wszyscy mają odłamki fioletowych kryształów, umieściłam je pod ich skórą, by tak nie rzucały się w oczy. Pomogą jak ktoś będzie chciał ich kontrolować. Będą też mogli o tym wszystkim zapomnieć.
– Tego nie da się zapomnieć – szepnęła Mozzran.
Arnee popłynęły łzy, pociągnęła chrapami, podeszła do Mozzran stawiając przed nią figurkę, na podstawce, przedstawiała je obie, razem, uśmiechnięte w trakcie wygłupów: – Jak chcesz to możesz ją zniszczyć… Daje ci ją, dla mojej ulubionej siostry.
– Przestań, zabierz to. – Mozzran popchnęła rzeźbę aż do przednich nóg Arnee. Kąciki warg Arnee drgnęły. Mozzran położyła uszy. Tym razem nie okaże strachu.
– Powiesz mamom że wyruszyłam w podróż, że… Coś wymyślisz. Kończe ze sobą.
– Naprawdę grozisz mi swoją śmiercią?! – Mozzran nie obchodziło czy kogoś obudzi, tym lepiej: – Pomyślałaś co z mamami? Jak to przeżyją?!
– Miałaś im powiedzieć…
– Dlaczego tylko wszystkich krzywdzisz?
– To była Kettui. Miałam nauczkę z kłykami, nie zrobiłabym wam krzywdy świadomie…
– Ożywiłaś ją, to twoja wina!
– Nie! Proszę!
– Wracaj na miejsce, nie wolno ci się zabić. – Mozzran popchnęła ją ku mamom, Arnee wydawała się teraz krucha i słaba, prawie jej współczuła. Mogła skończyć podobnie, zdradzając Linnir, tak jak chciała Kettui. Siostra złapała ją za ogon, gdy Mozzran już chciała iść.
– Nie przeginaj, miałaś zabić Kettui.
– Ale…
– Obiecałaś, chcesz bym sama dotrzymała słowa, to ty też go dotrzymaj.
– Poświęciłam mnóstwo osób by przywrócić Kettui. Ich poświęcenie…
– Tak, chcę byś ją zabiła. I chcę dowodu jak zdecydujesz się to zrobić. – Wyrwała swój ogon siostrze, wracając do siebie.
– Kettui była całkiem martwa, a ty i tak nie dawałaś mi szansy! – zawołała za nią Arnee, Mozzran przyspieszyła kroku. W połowie drogi obejrzała się, z mocno dudniącym sercem, Arnee na szczęście odpuściła.
~*~
Sęp miotał się, bijąc skrzydłami o ziemię.
Miał wspomnienia Kettui, więc może rzeczywiście to ona i Arnee nie kłamała mówiąc że to wszystko zaplanowała Kettui, albo wrzuciła te wspomnienia do głowy ptaka, mocami Blakie. Chyba że to wszystko jest iluzją, a Mozzran w niej utknęła.
Bardzo łatwo mogłaby mu złamać kark, na razie tylko trzymała racice na jego grzbiecie i głowie. Zaskoczyła go, kiedy musiał wylądować by napić się wody.
Przez kilka dni nie widział ani kropli, Mozzran wylewała mu wodę i zabierała padlinę, wszystko co przynosiła mu Arnee, a on nie mógł nic jej zrobić, bo kiedy nadlatywał zmieniała się w ogień i sęp rezygnował z ataku, w przeciwieństwie do Arnee – każda jej wizyta kończyła się ranami, zadanymi szponami i dziobem sępa.
Dziś jednak Kettui zmieniła swoje zachowanie, zamiast atakować po raz kolejny Arnee, skorzystała z jej obecności i zjadła cały kawałek mięsa jaki od niej dostała. Skrzeczała nawet za już odchodzącą Arnee, która ku zdziwieniu Mozzran nie szukała z nią w ogóle kontaktu i sprawiała wrażenie jakby zajmowanie się nią było jej niechcianym obowiązkiem. Gdy siostra zniknęła z pola widzenia, Mozzran przestała udawać kawałek głazu i jak co dzień wyszła do sępa, nie zamierzając tym razem jednak poprzestać na odebraniu mu wody.
Skrępowała go, a gdy nie mógł już walczyć tylko leżał bezradnie, zaczęła obsypywać go ziemią. Popatrzyła na moment na las, a serce podeszło jej do gardła i zrobiło jej się tak słabo że ledwie utrzymała się na nogach. Arnee stała przed drzewami. Przyłapała ją.
– Cześć… – Uszy jej opadły, a głos brzmiał przygnębiająco: – Czyli to ty sprawiasz że mamusia chudnie?
– Już więcej nie będę, przysięgam na mamy! – krzyknęła panicznie Mozzran, dostrzegła błysk w oku sępa, nie mając wątpliwości że Kettui cieszy jej strach, odsunęła się od niej: – Przepraszam, to było silniejsze ode mnie.
– Ale Mozz, chcesz być jak Kettui? Zagrzebać ją jak ona ciebie?
– Nie… – Trzęsła się cała, patrząc błagalnie na siostrę: – Nie rób mi krzywdy, wiem że nie powinnam, ale proszę… Przez wzgląd na mamy. Możesz im wszystko powiedzieć, ale nie rób mi krzywdy.
– Nauczymy jej paru sztuczek! – Arnee nagle się ożywiła. Przybiegła do Mozzran, stanęła dęba, wtulając się w jej bok: – Nie mogę się zgodzić byś ją torturowała, ale upokorzyć możesz. – Ocierała o nią głowę.
– Naprawdę…?
– Tak, jesteś moją ulubioną siostrą, pamiętasz? A mamusia za jedzenie to zrobi wszystko, ptaki są proste, lubią cię gdy je karmisz, zwłaszcza jak są wygłodzone.
Czy Arnee wiedziała od początku? Wykorzystała okazję by się do niej zbliżyć?
– Mozz…? – Siostra oparła się przednimi racicami na jej klatce piersiowej, Mozzran spuściła na nią wzrok, oczy z widocznymi białkami: – Nie bój się mnie, widziałam co mamusia ci robiła, z twojej i jej perspektywy, dlaczego nie miałabym pozwolić ci się odpłacić? Ale na moich zasadach, zgoda?
Mozzran pokiwała jej głową i rzeczywiście Arnee próbowała nakłonić Kettui do sztuczek niczym kłykę w niewoli, machając jej kawałkiem mięsa przed dziobem, sęp poleciał na drzewo i tam został, całkowicie ignorując Arnee.
– Zgłodnieje. – Obejrzała się na siostrę, przez sekundę się do niej uśmiechając, zakryła pysk ogonem, jakby pamiętała że Mozzran tego nie lubi, robiła to cały czas: – Będziemy miały czas by wymyślić dla niej coś fajnego.
Mozzran ulżyło dopiero gdy wróciła z siostrą do mam, w ogóle nie powinna tego robić, ale chciała by Kettui się jej bała, by cierpiała jak ona, a najlepiej by zniknęła raz na zawsze. Arnee chwaliła się że się razem trochę bawiły, co nie było prawdą, Mozzran jedynie tam stała w strachu i oszołomieniu, ale przytakiwała na słowa siostry, ciągle wierząc w to że czeka ją straszliwa kara. Nigdy więcej już nie znęcała się nad Kettui.
~*~
[Arnee]
Pliszka przeszła podwójną przemianę i nie dało się jej już w nic przemienić. Plan był prosty, umieścić duszę Rosity w ciele innego ptaka i zamienić ją z powrotem w konia, tylko na to Pedro i Rosita się zgodzili, a i tak Rosicie przyszło to z ogromnym trudem.
Arnee przeszukiwała kryjówkę za kryjówką, wszystkie należały do Kettui, dzięki wspomnieniom swojej matki znała położenie każdej, jednak wszędzie znajdowała same odłamki kryształów. Nie było wątpliwości że rozbito je celowo i całkiem niedawno.
Zaglądała do zniszczonych skupisk, udało jej się znaleźć tylko parę zielonych kryształów. Zupełnie nieprzydatnych. Jak bardzo się zezłoszczą jak umieści Rositę w ciele innego konia?
~*~
– Cześć! – Arnee przyszła do Reia przynosząc mu bursztyn z ważką w środku, położyła ją przy wciąż opatrzonych nogach źrebięcia.
Mały uniosł głowę, spoglądając na niego i Arnee z nadzieją.
– Fajny? – zapytała, na zewnątrz jeszcze spokojna, w środku podekscytowana Arnee, pierwszy raz spotkała się z małym Reiem, choć i tak większym od niej samej, nigdy jeszcze nie miała okazji przyjaźnić się z źrebiętami, to dziwne, ale jej dawni przyjaciele zawsze je przed nią ukrywali, jakby nawet oni jej do końca nie ufali, a nie miała wtedy jeszcze mocy Blakie: – Znalazłam go dla ciebie. Widziałeś kiedyś tak wielką ważkę?
Ogierek położył głowę odwracając wzrok. Tuż obok spał na stojąco Pedro. Na grzbiecie Reia wylądowała pliszka.
– Ładny, prawda? – spytała jej Arnee. Ptak pokiwał jej głową. Arnee uśmiechała się do nich pogodnie.
– Możemy się pobawić?
– Nie ma mowy. – Pedro otworzył oczy: – Odejdź od naszego syna! – Tupnął kopytem, odsuwając Arnee od Reia: – Ile razy mam cię jeszcze stąd przeganiać?!
Pliszka ćwierknęła, wylądowała na Arnee kręcąc głową i trzepocząc skrzydłami.
– Chyba oszalałaś. – Pedro zatrzymał się, patrząc w oczy ptaka.
Rosita znów pokręciła głową.
– Będę pilnowała by nie zrobił sobie krzywdy – obiecała Arnee: – Proszę, chcę się tylko zaprzyjaźnić!
– Znalazłaś kryształ?
Rei popatrzył na nich, nastawiając uszy.
– Nie, cały czas szukam i ciągle natrafiam na zniszczone kryształy, ale nadal mogę znaleźć jej nowe ciało. Jakieś złej osoby co na to zasługuje.
Rosita kręciła głową, Pedro patrzył na nią z łzami w oczach.
– Kochanie, Keira cię potrzebuje i ja. To nie byłoby takie złe, jeśli faktycznie Arnee znalazłaby kogoś pokroju Kettui. – Pedro spojrzał na Arnee surowo.
– Znajdę, bez problemu.
Arnee zauważyła jego pomyłkę, ale zwracanie mu uwagi, wiedziała że tylko go rozzłości.
Rosita ćwierknęła głośno w proteście, pokręciła głową.
– To mogę pobawić się z Reiem? Spójrz jaki jest smutny. – Arnee oparła o siebie uszy.
– Przez ciebie jest też głodny. – Przysunął Arnee ku wyjściu.
Rosita coś ćwierknęła.
– Byliśmy ci jak rodzina, a ty zabijasz niewinnych i przywracasz do życia potwora? – Pedro uniósł głos.
– Moją mamę. – Arnee stuknęła racicami, w próbie zaparcia się nimi, gdyby użyła mocy feniksa Pedro w ogóle nie zdołałby jej ruszyć. Zatrzymał się z nią na korytarzu.
– Co zrobiłaś z Blakie? Ona by ci nie pozwoliła na to wszystko.
– No nie wiem, wywołała dwa końce świata.
– Daj mi z nią pomówić.
– Ale ona nie odpowiada. Przysięgam, sama próbowałam z nią rozmawiać.
Pedro zabrał pliszkę z jej grzbietu.
– Przepraszam za wszystko, proszę, nie nienawidź mnie.
– Trzymaj się z dala od mojej rodziny. – Zawrócił do środka.
– Znajdę kryształ! Postaram się bardziej, obiecuje!
~*~
Czas mijał, a Arnee wciąż nie mogła znaleźć całego, pomarańczowego kryształu, nie ważne jak długo szukała i jak wielu osobom przeglądała wspomnienia. Wystarczył tylko jeden, zabiłaby by uzyskać w nim istotę konia, nikt by się nie dowiedział o tej ofierze, powiedziałaby że znalazła go właśnie takiego.
– To może dzisiaj się zgodzisz? – zapytała Arnee siedzącej na półce skalnej pliszki. Tym razem ptak nie pokręcił jej w odpowiedzi głową, tylko przyglądał się swoimi ciemnymi oczami.
– Zostaw nas! – Pedro zatrzymał się tak gwałtownie za Arnee, jakby rozmyślił się w ostatniej chwili przed szarżą na nią: – Dość szkód narobiłaś!
Pliszka zerwała się do lotu, krążąc w panice po jaskini.
– Rosita! – Pedro pobiegł w ślad za nią, ale nie był w stanie jej dosięgnąć. Arnee uniosła się, łapiąc ją w ogon zanim pliszka uciekła na zewnątrz.
– To mogę teraz znaleźć dla niej ciało? Już traci…
– Wypad mi stąd! – Pedro wyrwał jej pliszkę i wypchnął z jaskini, zasuwając wejście gwałtownie głazem: – Zostaw nas wreszcie w spokoju! Rosita odpowiedziała ci wiele razy że tego nie chcę!
– Nie mogę znaleźć pomarańczowego kryształu! Nie chcę by ona przepadła! Proszę!
– Wynoś się!
~*~
[Eepli]
Eepli czuła się na tyle komfortowo przy Cruzinie i Angusie że bez obaw wyciągnęła swoją ukochaną figurkę, będącą jej przyjaciółką od źrebieństwa, by mogła popatrzeć jak rzeźbi, okryła się materiałem w razie gdyby w pobliżu ktoś przechodził i ją zobaczył.
Straciła swoją przyjaciółkę w dniu ataku. Rozkruszyła się gdy na nią upadła. Lęk nigdy nie zniknął, stał się jedynie silniejszy odkąd nagle bez ostrzeżenia została uśpiona przez Cruzine, rzeźbiąc ukryta pod płachtą. Gdyby chodziła bez niej zauważyłaby jak ciotka wyciąga liściastą kulkę z pyłem nasennym. Gdyby tylko tak się nie brzydziła samej siebie, Rosita nie straciłaby na zawsze swojego ciała, z Arnee nie byłoby aż tak źle, ani z Mozzran, mogłaby uratować wszystkich. Przenieść w bezpieczne miejsce.
Bez swojej figurki przejście w samotności choćby tego krótkiego korytarza wydawało się niemożliwe. Obejrzała się na rozmawiające niedaleko ciotki. Irutt leżała, Linnir stała przy partnerce, Eepli powiedziała im kilka minut temu że pójdzie zobaczyć do Arnee, zamiast nich. Siostra była tam na końcu korytarza, by się do niej dostać będzie sama najwyżej przez pół minuty. Całkowicie sama.
“Eepli, dasz radę” przekazała jej Irutt. “Już zostawałaś sama, a to tylko przejście z jednej groty do drugiej.”
Nie była sama, gdy inni byli zajęci, figurka wtedy jej towarzyszyła, dbała o tego małego, kamiennego jednorożca, wyglądem przypominającego jej tatę, chowała zawsze w sobie i nigdy się z nim nie rozstawała, ale teraz zostały po nim tylko drobne kawałeczki, które zgubiły się, a część z nich zniknęła.
Eepli przebiegła przez korytarz tak szybko jakby ziemia się pod nią waliła. Dudnieniem dwóch par kopyt i racic dała znać Arnee o swojej obecności. Siostra rzuciła się na stosik grzybów, zakrywając je swoim malutkim ciałem.
Miała pójść napić się tylko wody.
– Nie mów nic, mamą, proszę! – zawołała.
Eepli wzięła ją w ogon, była tak mała w stosunku do niej że trudno było ją jej czasami złapać. Eepli uspokoiła się dopiero gdy poczuła kogoś przy sobie, zwłaszcza kiedy Arnee wtuliła się w jej gęste futro.
– Nie mogę obiecać… – przyznała. W końcu chodziło o dobro Arnee.
– Eepli, proszę, będą na mnie złe, a ja muszę ich trochę zjeść, bo nie wytrzymam… Nie chcę by znów ktoś się na mnie złościł. Proszę!
– Ja się na ciebie nie złoszczę.
– Ty na nikogo się nie złościsz, to się nie liczy.
– Dlaczego? – Czy Arnee nie akceptuje jej tak jak myślała? Wierzyła że najbliższa rodzina akceptuje ją w pełni, o czym wielokrotnie mogła się przekonać.
– Wybaczyłaś nawet mamusi, prawda? Gdyby innym nie przeszkadzał twój wygląd wszyscy by cię lubili… A na pewno by wykorzystywali twoją dobroć, przez co miałabyś wrażenie że cię uwielbiają…
– Jest mi smutno że mama skończyła jako tak zła osoba i że nie da się jej pomóc, że nie miałam szansy nawet spróbować… Nikt mi nie powiedział że ona to Sasha.
– Ale mamusia… Mamusia cię nienawidzi i niczego by to nie zmieniło, a może i byłoby gorzej, bo by cię wykorzystała i zraniła. Nie potrafię jednak odbierać wspomnień… Eepli, przynajmniej ty będziesz mnie zawsze lubiła, prawda? – Arnee popatrzyła na nią z nadzieją.
– Tak.
– Jesteś moją ulubioną siostrą! Ty i Mozzran. – Uśmiechnęła się.
– Chciałabym zobaczyć mamę.
– Na pewno?
– Tak, razem z tobą, nie chcę być tam sama…
~*~
Arnee chciała się przespać po grzybach, nie chcąc znów by inni widzieli jak na nią wpływają i jak głupia się po nich staje. Eepli tymczasem porzeźbiła obok wtulonej w nią siostry. Arnee wierciła się przez sen, Eepli okryła ją ogonem. Mała przebudziła się nagle, nieco zdezorientowana, rozglądając po grocie z zejściem do podziemnego źródła wody, z której wcale nie wyszły.
– Śnił ci się koszmar? – spytała Eepli.
– Tak… – Arnee schowała pysk pod jej ogonem: – Chodźmy już do mamy, zniwelowałam działanie grzybów. – Mała wyskoczyła z objęć siostry. Eepli ruszyła za nią, Arnee szła raźnym krokiem, oglądając się na nią z radosnym uśmiechem: – Mogłybyśmy zamienić się ciałami – zaproponowała.
– Nie. – Eepli cofnęła uszy.
– Hej, miałabyś moce Blakie! A mnie Mozzran by w końcu lubiła, nie powiedziałbyśmy nikomu.
– Nie.
– Próbowałam.
– Jak mama cię teraz traktuje? Jest nadal świadoma?
– I to jeszcze jak! W pełni mnie nienawidzi.
Eepli starała się nadążyć za Arnee, wiele osób było od niej szybszych, użyła swoich mocy by zanurkować w podłożu i skrócić sobie przez nie drogę.
– Idziemy na zewnątrz! – zawołała do mijanych mam Arnee. Linnir jej przytaknęła za bardzo zajęta rozmową już nie tylko z Irutt, ale też Cruziną i Pedro.
Eepli na zewnątrz odruchowo okryła się płachtą. Tym razem robiąc w niej dziury na chociaż górną parę oczu. Zabrały ze sobą martwego jelenia, Arnee dzięki mocy Blakie miała siłę go bez problemu unieść, trzymając go za nogę ogonem, lewitowała z nim. Przypominał Eepli jak żegnała się z zabitymi jednorożcami, jej tatą, dziadkami, wujkiem i całą resztą, nawet na końcu swojego życia byli uwięzieni w metalowych rzeźbach które zrobiła jej mama… Przypomniał też o Komecie. Uroniła łzy jeszcze przed dotarciem do Kettui. Sępica wylądowała na jej grzbiecie. Arnee upuściła jelenia na ziemię, ale sęp pozostał.
– Mamusiu, jedzenie – powiedziała Arnee.
Ptak siedział na Eepli odwrócony do swojej najmłodszej córki tyłem. Bez życia, strosząc pióra jak w chorobie.
– Mamusiu, przestań, Eepli i tak cię nie uwolni, miałaś już szanse.
Eepli była ostatnią osobą na świecie, u której mama szukałaby pomocy, musiała być naprawdę zdesperowana, skoro w ogóle się nią nie brzydzi.
– Czy mama musi być sępem? – zapytała Eepli.
– No tak, inaczej nigdy mnie nie polubi, jako ptak zatraci własne ja i zacznie mnie lubić, dzięki temu że daje jej jeść. Nie ma innego sposobu. Ciebie też polubi, jak tylko zdziczeje możemy zacząć ją oswajać.
Sępica obejrzała się na Arnee, skrzecząc przeraźliwie, jakby chciała ją rozszarpać.
– Proszę, nie rób tego, to zbyt okrutne, czy mama nie może być sobą, pozbawioną jedynie magii i umiejętności telepatii?
– Wtedy nigdy mnie chociaż nie polubi. – Uszy Arnee opadły, uśmiechała się pod nosem, przysłoniła pysk ogonem, wpatrując się w ziemię. Czy Arnee zaczęło sprawiać radość krzywdzenie mamy?
– Ale ona cierpi.
– Nie bardziej niż inni, których skrzywdziła, jeśli zrobię to czego chcesz to wszyscy się ode mnie odwrócą, mamusia też i od ciebie też mogą. Mamusi nic nie jest, jest cała i zdrowa, sępy mogą nie jeść długi czas.
– Dlaczego sęp?
– Nie podoba ci się mój pomysł?
– Mamie łatwiej byłoby jeść coś innego niż padlinę, możesz chociaż wybrać inny gatunek ptaka? Taki co żywi się ziarnami?
– Mozz się to nie spodoba, A mi bardzo zależy by mnie zaakceptowała.
– Arnee, to nasza mama, jest zła, ale gdyby nie ona nigdy byśmy nie pojawiły się na świecie i mimo wszystko utrzymała nas przy życiu, karmiła mlekiem… – Eepli trudno było znaleźć coś więcej, co zrobiła dla niej mama, nawet karmienie mlekiem, było koszmarne w jej wykonaniu, brzydziła się gdy Eepli je ssała, a ono lało się po jej pyskach, musiała napełnić dwa żołądki, więc jedzenie trwało zawsze dwa razy dłużej, mama szybko zrezygnowała z karmienia ją normalnie, umieściła w jej przełykach rurki i tak podawała mleko, często wcale ich nie wyjmując.
– No, bawiła się ze mną i mną. Nauczyła nie spać za dużo i mnóstwa różnych sztuczek. Myślałam że mnie naprawdę kocha, że jestem jej córeczką…
Eepli posadziła sępa na padlinie. Kettui sparaliżowała jej dolną żuchwę i język trzymając ją tak długo w metalu aż straciła w nim czucie, a mięśnie zanikły, prosiła mamę by jej to zdjęła, a ona za każdym razem mówiła że to dla jej dobra, że będzie szczęśliwsza i w pewnym sensie to rozwiązało problem z jej podwójnym głosem, ale znacznie utrudniło jedzenie i nie musiała sparaliżować jej wargi w wieczny, upiorny uśmiech. Jeszcze bardziej oszpecić ciało, miała mnóstwo innych planów i gdyby Eepli nie odkryła swojej mocy, będącej jednocześnie jej magią, której mogła użyć zamiast niej – bo jej magię Kettui zablokowała kawałkiem metalu na jej rogu – a potem nie odważyła się sprzeciwiać matce, bała się nawet myśleć co mama by z nią zrobiła.
– Mamo, tak mi przykro że nie potrafisz kochać… Chciałabym byś była szczęśliwa i dobra.
Sępica pokiwała jej głową, dotykając skrzydłem jej ogona, wpatrywała się w nią błagalnie.
– Arnee, proszę, zamień ją w…
– Eepli – przerwał jej głos Linnir, przyszła za nimi: – Nie wierz Kettui, proszę, ona chce cię wykorzystać.
– Wiem, ale mama cierpi w tej postaci, zgadzasz się na to?
– Tak długo dopóki reszta jest bezpieczna. Chodźcie, zjemy coś razem.
– Ale mama…
– Porozmawiamy o tym na miejscu, z dala od Kettui. Eepli, proszę.
– Smacznego, mamusiu, to najświeższy jeleń jakiego znalazłam. – Arnee minęła padlinę i siedzącego na niej sępa.
Linnir patrzyła na nią z niepokojem w zielonych oczach.
– Arnee, to nie tak że ptaki są od nas mniej rozumne – powiedziała, gdy ruszyły w trójkę drogą powrotną.
– Nie?
– Każdy gatunek ma swój własny język i swoje własne zwyczaje, zupełnie jak my, po prostu zbyt długa przemiana sprawia że tracimy rozum.
– Dlatego Rosicie tak nie podobał się ten pomysł.
– Myślę że i tak by wolała tego uniknąć.
– Ale gdyby to była pliszka, to umieściłabym ją w jej teraźniejszym ciele i problem z głowy, nikt by nie ucierpiał… Tylko wciąż szukam pomarańczowych kryształów.
– Pomożemy ci.
⬅ Poprzedni rozdział