piątek, 25 września 2026

|| Reinkarnacja ||

[Pedro]


Czekałem na wieści od Arnee, wraz z Kometą i Hexe, która została poniekąd zmuszona by z nami tu być. Leżeliśmy w jej grocie, chciałem porozmawiać z Kometą, a że ostatnio z nią przesiadywała tak wyszło.

– Nie wiedziałam że Arnee tak potrafi, przecież…

– Musisz zabierać mi nadzieje? – przerwałem Komecie.

– Wiecie że łatwo może was okłamać? – wtrąciła Hexe.

– Mówiła mi że dzięki Blakie ty powróciłaś. – Popatrzyłem na Kometę: – Że dotyk feniksa to sprawił, tak jak zmienia się maść waszej matki, właśnie pod wpływem Blakie, a ona wciąż jest w Arnee, może sama jej podpowiedziała że mogą sprowadzić Rositę z powrotem.

– Ale czy to będzie ta sama Rosita? – zapytała Hexe.

– Właściwie ma rację, bo wiesz, dusza Chaos jest w Turnii, a mimo to to nie do końca moja mama, nie jest taka jaka była zawsze, choć nie znałam jej tak dobrze jak Rosita, ale jednak… Różni się, może nie aż tak bardzo, może… To przez to co przeżyła w tym cyklu tak się…

– I ty to mówisz? Czy ty nie jesteś Kometą?

– Jestem, przecież wiesz. Ale czy to zasługa Blakie? Nie wiem…

– Rosita też będzie sobą, pomożemy jej sobie przypomnieć, gdyby nie pamiętała. Gdzie ta Arnee? – Podniosłem się wychodząc na korytarz, Kometa wyszła za mną.


~*~


[Mozzran]


– Dlaczego nie przyszłaś na żaden trening? – spytała Mozzran Eepli, leżały razem na słońcu, na wilgotnej od porannej rosy trawie, niedaleko świeżych rzeźb Eepli, te dla odmiany ulepiła z gliny: – Może byłoby mi wtedy raźniej? – Mozzran czuła się już nieco lepiej w towarzystwie siostry, o ile sobie tego nie wmawiała. Eepli przecież nie mogłaby udawać przez tak wiele dni że nią jest, kiedy Mozzran zwracała uwagę na każdy szczegół w jej zachowaniu.

– Nie lubię trenować – przyznała siostra.

– Nie ćwiczymy tam tylko walki, nawet jeszcze nie zaczęłam uczyć się walczyć. – Mozzran zaplątywała muszelki, które ostatnio znalazła, w kawałek pnącza, próbując zrobić z tego naszyjnik: – Ostatnio znów skupialiśmy się na robieniu uników. A wczoraj biegaliśmy.

– Jestem zbyt powolna i ciężka i naprawde tego nie lubię.

– Nawet Forsycja trenuje. A jest od ciebie większa. Przecież nikogo nie przygnieciesz, z twoją magią się to nie zdarzy, Forsycja jej nie ma, a się nie boi.

– Nie lubię tego robić.

– Mama wymyśliłaby dla ciebie indywidualny trening, może coś bardziej siłowego?

– Nie chcę trenować. 

– Ja chętnie z tobą potrenuję! – dołączyła do nich Arnee, jakby znikąd. Lewitując, położyła się na grzbiecie Eepli. 

– Po co ci trening? Masz moce feniksa. – Mozzran odłożyła na bok prowizoryczny naszyjnik. Przy drugim pnączu i kolejnych kilku muszelek.

– A jakbym nauczyła cię wspinać się po drzewach, Mozz? Jeszcze pamiętam jak to robić.

– Znowu majaczysz.

– Są drzewa na które mogłabyś wejść. Naprawdę. I zawsze bym cię złapała gdybyś miała spaść.

– Przecież wiesz że nie chcę spędzać z tobą w ogóle czasu, musisz nam przeszkadzać?

– No… – Uszy Arnee opadły.

– Idź sobie.

– A jakbym siedziała cicho?

Czy w ogóle jest bezpiecznie odmówić tego Arnee? Może lepiej pozwolić jej zostać i ją po prostu ignorować na tyle na ile się da? Ostatnio też musiała znosić jej towarzystwo.

Rei do nich przyszedł.

– Cześć Rei! – wykrzyknęła radośnie Arnee.

Stanął kopytami na muszelkach, aż pod nimi trzasnęły.

– Zejdź z nich. – Mozzran niemal krzyknęła, odepchnęła go ogonem, zgarniając je od siebie. To miał być prezent dla któreś z jej mam, chciała zrobić jeszcze jeden, w końcu głupio byłoby obdarować tylko jedną. Rei zniszczył prawie wszystkie muszelki, które już zaplotła. Zaczęła je wyciągać, próbując powstrzymać łzy, których nie rozumiała, w końcu to tylko muszelki. Najwyżej nie da mamą żadnego prezentu, nawet nie wiedziały że zamierzała.

Rei stał niedaleko ze spuszczoną głową, jego wzrok padł na Mozzran, uśmiechał się. Zrobił to specjalnie.

– Teraz je sobie weź! – Mozzran rzuciła w niego pozostałymi muszelkami. Były małe, a ona nie użyła do tego jakoś dużo siły, nie mogło go za bardzo zaboleć.

– Mozz! – Arnee już wstała. 

Mozzran wzdrygnęła się.

– Rei chce się tylko zaprzyjaźnić, pamiętasz co mówiły mamy? Byś była dla niego miła? – Arnee lewitacją przeniosła się do Reia: – Chcesz zrobić swój własny naszyjnik? – Trąciła go sobą w bok, mały przytaknął: – To poczekaj, zaraz ci coś przyniosę. – Arnee już poleciała. Rei zebrał wszystkie muszelki, uważnie patrząc przy tym na Mozzran jakby chciał się upewnić że nie umyka to jej uwadzę. A potem wszystkie je połamał.

Mozzran uderzyła ogonem o ziemię, patrząc na niego wrogo.

Eepli chowała głowę przed Reiem, zasłaniając ją ogonem, rozglądała się za płachtą. Rei miał wiele blizn i nie widział na jedno oko, do tego krzywy nos, z tym ostatnim musiał się urodzić, Mozzran nie przypominała sobie by kiedykolwiek go złamał.

– Nic mu nie będzie jak cię zobaczy, sam nie jest zbyt piękny. – Mozzran złapała jej ogon swoim, ściągając go delikatnie w dół.

– Nie mów tak.

Mały pobiegł prosto na jedną z rzeźb, jeszcze miękką, dopiero twardniejącą na słońcu i strącił jej głowę.

– Myślisz że wszystko ci wolno, bo cierpiałeś?! My też cierpiałyśmy. – Mozzran złapała Reia ogonem za szyję. Rei uśmiechnął się do niej podle.

– Mozzran… – Eepli patrzyła na siostrę zaniepokojona, gdy jej ogon zacisnął się na szyi źrebaka. Zabrała go od Mozzran stawiając go po swojej drugiej stronie i otulając ogonem: – On jest jeszcze mały, nie rozumie…

– Widziałaś jak się uśmiechnął? On robi to specjalnie! Znalazł sobie ofiarę, nie pozwalaj mu się tak traktować!  – Mozzran popatrzyła wrogo na Reia, chowającego się za Eepli, jakby to on był tutaj ofiarą.

– Rei za to nie może – powiedziała Eepli.

– Nie zasługujesz na nic co dostajesz od naszych mam! – krzyknęła na niego Mozzran. Wyrwał się Eepli biegnąc do kolejnej z rzeźb, Mozzran stanęła mu na drodze. Mały rzucił się na nią z zębami, zranił ja nimi nim Mozzran posłała go na ziemię. Rei znów się na nią rzucił. Odskoczyła, nie odpuścił, odepchnęła panicznie źrebaka na jedną z rzeźb ogonem. Rei już wstawał, w oczach Mozzran wyglądając jak mały upiór, który chce ją skrzywdzić. Eepli go złapała, próbował ją ugryźć, ale jego zęby przenikały przez jej ogon, wywijał dziko nogami.

– Weźmy go do twoich mam.


~*~


Rei nocował z mamami i Arnee, Mozzran przekonała Eepli by spały same z Faith w osobnej grocie. Rei ją przerażał, choć był przecież o wiele młodszy i słabszy. A jeśli to jej brat wrócił się zemścić? 

– O, nie nie, do Hexe nie wejdziesz, nie ma na to najmniejszej szansy – Pedro stawał synowi w wejściu, nie pozwalając mu się przycisnąć. Mozzran spróbowała przekraść się z Faith na zewnątrz. Teraz żałując że w ogóle wyszła. 

– Powiedziałem ci coś! – Pedro popchnął małego nieco mocniej niż wcześniej, w końcu złapał go za grzywę odprowadzając ku jaskini mam Mozzran.

Rei kopał go z całej siły po nogach.

– Przestań! – Pedro nim potrząsnął. Wciąż próbował to robić, popchnął syna na ścianę, ten zawrócił do niego.

– Nie wyprowadzisz mnie z równowagi. – Pedro odwrócił go przodem do groty, popychając do środka.

– Zabiłem ją specjalnie – wydukał mały. 

Pedro się zatrzymał.

– Zrobię to znowu. – Rei obejrzał się na niego, jego spojrzenie zmroziło krew w żyłach Mozzran i ten uśmiech. Pedro uderzył kopytem o ziemię, drżał z nerwów, Rei otworzył znów pysk, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Irutt wyszła po niego, przysuwając do siebie ogonem.

– Nie wierz w to co mówi, to był wypadek.

– Sam już nie wiem…

– On cierpi, dlatego prowokuje wszystkich wokół.

– Skąd możesz wiedzieć? A jeśli jest taki jak Erin?

Rei wyrwał się Irutt, wbiegając do środka jaskini. Po chwili dało się słychać głos Linnir. Irutt wyglądała na wykończoną, pewnie druga z mam nie lepiej.

– Musiałyśmy przysnąć… – przyznała Irutt: – Nie można go spuścić z oka ani na chwilę.

– Ten źrebak was wykończy. Powinniśmy…

– Powinniśmy co? – zapytała ostrzej mama.

– Będę tu pilnował żeby znów nigdzie nie uciekł – stwierdził Pedro.


[Linnir]


– Rei, dlaczego tak się zachowujesz? – zapytałam małego, zostaliśmy na chwilę sami: – Nie możesz tak traktować innych osób, rozmawialiśmy na ten temat.

Szarpnął mnie lekko za grzywę, schyliłam głowę.

– Nienawidzę cię – szepnął mi na ucho. 

– Co ty mówisz?

Położył się w kącie, zanosząc się płaczem. Po chwili ułożyłam się obok niego, czekając aż choć trochę się uspokoi.

– Co się dzieje, Rei?

Wcisnął się w kąt. Irutt wróciła, od razu udając się w naszą stronę.

– Nie uważasz że rozmowa byłaby od tego lepsza? Chcemy ci pomóc.

– Byłeś za mały, by wiedzieć jak nieść pliszkę – spróbowała Irutt: – To był wypadek, Rei. – Irutt przejechała mu po grzbiecie ogonem, za drugim razem Rei złapał go w zęby.

– Puść, to boli – powiedziała do niego Irutt: – Rei, puść.

– Puść ją. – Złapałam go za grzywę.

Mały zacisnął zęby z całej siły. 

– Rei! – krzyknęłam.

Irutt musiała złapać go zębami za podbródek, próbując poluźnić jego szczęki, mały nie chciał puścić. W końcu Irutt wyszarpała mu się, widziałam łzy w jej oczach. Rei zranił ją do krwi, zdzierając jej trochę skórę. Trzymała sztywno ogon z grymasem na pysku. Przyniosłam opatrunki leżące przy drugiej ścianie jaskini, nie spuszczałam oka z źrebaka, owijając je delikatnie wokół jej rany. Oparła końcówkę ogona o mój bok.

– Co się z tobą dzieje, Rei? – zapytała rozpaczliwie.

Przyglądał się nam z łzami w oczach. Uśmiechnął się złowrogo, ale jego przestraszone oczy nie współgrały z resztą jego mimiki.

– Rei… – westchnęłam: – To się nie uda, nikt cię nie zabije, ani nie zrani, dopilnuje tego, musisz przetrwać ten ból, obiecuję ci że potem poczujesz się lepiej. Nie zabiłeś swojej mamy celowo, to był wypadek.

– Znałyśmy bardzo dobrze Rosite i wiem że nigdy by cię za to nie winiła, chciałaby żebyś był szczęśliwy – Irutt podeszła do niego, ostrożnie kładąc ogon na jego grzbiecie. Przysunął się bliżej ściany. Zabrała ogon.

– Nie wolno ci więcej nikogo zranić – powiedziałam stanowczo.

– I tak nie dostanę żadnej kary – stwierdził Rei, był coraz śmielszy. Może tylko się oszukiwałam i on naprawę staje się taki jakiego myślałam że udaje?

Irutt patrzyła na niego w zamyśleniu, zerknęłam na jej ranny ogon, lekko spuchł.

– Zabierzmy go na chwilę do Angusa, trzeba lepiej przemyć ranę i nałożyć parę ziół.

– To tylko lekkie zranienie.

– Nie odpuściłabyś mi gdyby mnie tak zranił, prawda? Angus potrafi zachować zimną krew, nie uderzy go, nie ważne co by zrobił.

Patrzyła mi w oczy z niepokojem, ostatnio próbowała ciągle być przy Reiu. Do tego stopnia że prawie nie spała i ja też nie, martwiąc się o nich oboje.


~*~


Przemyła już sama ogon we wodzie, a ja poszukałam ziół, rosły niedaleko, słyszałam jej głos kiedy je zrywałam.

– Boję się że ktoś go zabije, kiedy tylko zostawię go na moment… Tak jak Arneba – przyznała: – Zwłaszcza że wszystkich wokół prowokuje.

– Musisz odpocząć, mogłybyśmy się zmieniać, a tak żadna z nas nie śpi.

– Nie mogę spać.

– Poprosimy Arnee o pomoc – Ostatnio sama przysnęłam, byłam na tyle zmęczona że tym razem musiałam odpuścić. Irutt już nawet nie martwiła się o to ile ja śpię. To ona zwykle naciskała bym o siebie dbała, a teraz ja naciskałam na nią.

– Parę ziół na sen powinno ci pomóc – dodałam, przeżuwając już zioła na papkę.

– A jak nas zaatakują?

– Wtedy i tak nie będziesz miała sił walczyć. – Oparłam głowę o jej bok.

– Martwię się o niego, wracajmy już. – Złapała za opatrunek.

– Irutt, zioła – przypomniałam jej, od razu zabierając się do nałożenia prowizorycznej maści na jej ranę.


~*~


Arnee zasnęła razem z Irutt, obok jej przednich nóg, wtulona w nią, chciała pomóc jej zasnąć i sama też przysnęła. Na razie jej nie budziłam.

Rei zamiast spać na przygotowanej dla niego miękkiej kupce piasku, wolał zimny kąt groty, wyrzucał z niego jakiekolwiek liście czy piasek, które mu przynosiłyśmy. Zawsze wybierał najgorszą trawę do jedzenia, mimo że tuż obok rosła zdrowa i soczysta porcja, której wcale nie chciał jeść. 

Zatrzymałam go gdy zaczął nosić odłamki skalne w swój kąt groty.

– Rei, nie będziesz na tym leżał.

Rzucił jednym z nich w moją nogę, w porę ją uniosłam, zatrzymując kamień kopytem. 

– Naprawdę chcesz wszystkich wokół nienawidzić? Samego siebie też, prawda? 

Pokręcił głową.

– Chciałbym cierpieć.

– To w niczym nie pomoże, Rei. Rosita by tego nie chciała.

– Chciałaby.

– Nie. Twoja mama cię kochała.

– Ja chcę.

– Dlaczego?

– Wtedy… Boli mniej…

– Rei, jest wiele innych sposobów by pomóc ci choć na chwilę o tym zapomnieć, właśnie dlatego chciałyśmy byś poznał trochę świata, gdyby coś cię zaciekawiło to choć na chwilę przestałbyś o tym myśleć.

– Zabawa – podpowiedziała Arnee, wstając ostrożnie by nie zbudzić Irutt: – Pobawimy się? – Ziewnęła po chwili, podchodząc do mnie: – Wybacz, mamusiu, możesz się już położyć, ja się nim zajmę. – Oparła ogon na mojej łopatce.

– Nie chcę niczego co sprawi mi radość – stwierdził cicho Rei.

– Twoja mama mówiła że nie może się doczekać by cię zobaczyć – Arnee ułożyła się obok niego: – Przywróciłam ją, będziemy się razem bawić kiedy się urodzi!

Popatrzył na nią z nadzieją.

– Zmartwi się jak usłyszy że wszystkich atakujesz i że próbujesz sobie zrobić krzywdę.

– Wątpię… 

– Rei, a gdyby to twój tata przypadkowo zabił Rosite? Wybaczyłbyś mu? – zapytałam. Po raz pierwszy mogliśmy porozmawiać, bez oporów z jego strony.

– Nie wiem…

– Albo któreś z nas. Chciałeś jej pomóc, prawda?

– Chciałem zabrać ją do Arnee, by ją odmieniła…

– Więc, wybaczyłbyś, na przykład mi gdyby przytrafiło mi się to samo co tobie?

Zawahał się.

– Chcesz bym sobie wybaczył? – zapytał po chwili.

– Tak, Rei, chciałabym byś był bardziej wyrozumiały wobec siebie, byś przestał się nienawidzić. Nikt cię nie nauczył jak trzymać pliszkę by nie zrobić jej krzywdy. Byłeś zbyt mały by zdawać sobie sprawę co się stanie.

– Szarpała się…

– Nie zrobiłeś tego specjalnie.

Pokręcił głową, strącając łzy z oczu.

– Postarasz się sobie to wybaczyć? – Zbliżyłam się do niego: – Mogę spokojnie spać, nie zrobisz nikomu krzywdy, w tym sobie?

– Nie zrobię.

– Będę go pilnować – obiecała Arnee.


[Rei]


Rei obserwował jak Linnir kładzie się obok Irutt, uważając przy tym na jej zraniony przez niego ogon. Dlaczego miałby wybaczyć sobie, kiedy tak łatwo dopuszczał się czyjejś krzywdy tylko po to by samemu poczuć się lepiej? Nie zasługiwał na to. 

– To co? Pobawimy się? – szepnęła Arnee: – Ale na zewnątrz, nie chciałabym byśmy obudzili moje mamy.

To przez niego są tak wykończone. Musi zniknąć, albo przynajmniej przestać sprawiać problemy. Szkoda że sęp nie uszkodził mu też drugiego oka. Szkoda że go nie rozszarpał.

– Rosita wróci za rok, tyle trwa ciąża, będzie młodsza od ciebie – dodała Arnee.

– Możesz sprawić że o mnie zapomni? – poprosił.

– Ale dlaczego? Nie chcesz jej zobaczyć?

Pokręcił głową.

– Nie martw się, nie zranisz jej drugi raz. Mamusie nauczą cię jak bawić się z młodszymi źrebakami. Jak chcesz to ja też mogę ci pomóc.

– Chciałbym spłonąć w twoim ogniu.

– Nakłamałeś Linnir – szturchnęła go zaczepnie: – Nieładnie.

– Chciałbym… – powtórzył: – Nie zauważą.

– No… Nie powinnam tego robić.

– Wtedy przestanę sprawiać problemy – szepnął.

“No dobrze” odpowiedziała mu telepatycznie.

“Co to?” Rei poderwał głowę, przechylił ją jakby zamierzał nią trzepnąć, spojrzał na Arnee “Ty?”

“Tak, to mój wewnętrzny głos i ty też radzisz sobie z tym całkiem dobrze, lepiej byśmy teraz tak rozmawiali, wtedy na pewno nikt nas nie usłyszy.”

Pokiwał głową. “Chcę teraz płonąć.”


[Arnee]


“Teraz?” Arnee spojrzała na mamy, Irutt wzdrygnęła się przez sen, znów śnił jej się koszmar? 

“A wyłączę ci głos, to mamy nic nie usłyszą.” Uśmiech Arnee przygasł gdy Rei go odwzajemnił, by pojawić się znowu. Czy Rei naprawdę się do niej uśmiecha czy udaje? Czy można to nazwać przyjacielską przysługą? Skoro Rei tak desperacko pragnie bólu to czy nie pomoże mu w ten sposób? Komecie było lepiej gdy wyszła z uzależnienia. Chociaż to co innego, w pełni kontrolowany ból nie będzie szkodził Reiowi, jak tamte koktajle z trujących roślin Komecie.

“Chyba nie kłamiesz po to by potem naskarżyć na mnie moim mamą?” zapytała Arnee.

“Nie kłamię, nie zdradzę cię.” Przekazując jej to telepatycznie, patrzył prosto w jej oczy i Arnee miała wrażenie jakby widziała oczy Rosity, to uszkodzone oko Reia, było dokładnie tym, które było nieruchome u Rosity. Przez nie był do niej jeszcze bardziej podobny niż przedtem.

“I tak ci by nie uwierzyły, ale wolę się upewnić. Chciałabym się z tobą zaprzyjaźnić.”

“Czy wtedy zadasz mi ból kiedy tylko będę chciał?”

“No jak to ci pomaga…” Wciąż czuła że nie powinna tego robić, a jak inni się dowiedzą, jak jednak uwierzą Reiowi? Z drugiej strony jej mamy naprawdę potrzebowały odpoczynku, a i Mozzran, i Eepli ucieszą się gdy znajdą dla nich więcej czasu. Może istnieje chociaż mała szansa że Mozzran będzie jej za to wdzięczna?


~*~


[Ivette]


Kometa znów przesiadywała z Hexe, oparłam głowę o ścianę, tuż obok wejścia do groty, w której przebywały. Przycisnęłam do tej lodowatej skały czoło, zaciskając zęby i strosząc wszystkie pióra, starając się utrzymać w swojej pegaziej formie, stłumić jakoś chęć wbiegnięcia tam i rozszarpania Hexe, Kometa wtedy już na pewno nie chciałaby być nigdy ze mną. A nie miałam gwarancji że w kolejnych cyklach zapomnij wydarzenia z poprzednich.

– Trochę nie było okazji o tym rozmawiać, ale… – zaczęła Kometa. 

– Nie – przerwała jej Hexe: – Niedługo umrę…

– Wcale nie – wtrąciła Kometa.

– Nawet jeśli bym miała żyć jeszcze wiele lat to i tak nie chcę pakować się w żadne związki.

– Ja… Miałam ci zaproponować, to co proponowałam wcześniej Ivette, to znaczy byśmy spróbowały w trójkę.

– Zgodziła się? – zdziwiła się Hexe.

– Nie bardzo, ale mogę… Spróbować jeszcze raz? Albo… Wolałabym tego nie robić, ale… Może warto spróbować tylko z tobą? Ivette raz mówi mi żebym znalazła sobie kogoś lepszego, a potem jest zazdrosna i… Nie wiem czasami o co jej chodzi, gubię się w tym wszystkim. Często się ranimy. Chyba zbyt często…

Poluźniłam szczęki, osuwając się na ziemię, wciąż z nastroszonymi piórami.

– Nic z tego nie będzie, nie mamy ze sobą nic wspólnego. – Słyszałam jak Hexe poderwała się z ziemi: – Nie powinnaś szukać szczęścia u klątw. – Wyszła na zewnątrz, schowałam się za ścianą.

– Nie jesteś… – Kometa wyszła za nią, Hexe nie pozwoliła jej dokończyć.

– Masz tyle dowodów, a nadal w to nie wierzysz?

– Nie. Naprawdę nie jesteś klątwą. Najwyżej jesteś ofiarą klątwy, a to zupełnie co innego. Razem z Irutt doszłyśmy do wniosku że to może być jakaś siła, silniejsza od feniksa.  

– A skąd taki wniosek?

– Bo Arnee nie wyczuła w tobie energii żadnego feniksa.

– Czy słabszy feniks mógłby wyczuć tego silniejszego?

– Sądzisz że… Że to jednak był feniks? Taki… W pełni mocy?

– Nie wiem, Kettui też była zaskoczona moją magią, zapytała czy jestem feniksem. Nie jestem feniksem, więc…

– A jeśli jesteś?

– Wtedy własna magia by mnie nie zabijała, ani nie miałabym tych wszystkich wizji, klątw urodziło się całe mnóstwo, one wszystkie są feniksami?

– Och… Faktycznie o tym wspomniałaś… A jeśli, to twoje poprzednie wcielenia? Wiesz feniksy potrafią… – Umilkła na chwilę, zerkając na swoje ciało: – Się odrodzić.

– Skąd ten irracjonalny pomysł? – Wyszłam z cienia. Kometa aż podskoczyła obracając się do mnie, zastrzygła nerwowo uszami. Spojrzałam na swój cień, nie przedstawiał już pegaza, a kłykę, zresztą: – Żadna z was nie jest feniksem, czułabym to.

– Nieprawda! Blakie nie potrafiłaś wyczuć w poprzednim cyklu – zauważyła Kometa.

– Dlatego że połączyła się z Keirą. Poza tym wtedy byłam zupełnie pozbawiona swojej mocy, ale teraz jest inaczej. 

– To jak wyjaśnisz to że Arnee nie może zniszczyć jej narośli? – Kometa zastrzygła uszami.

– Może po prostu nie chce? – Podeszłam do Hexe. Obie zmierzyłyśmy się wzrokiem.

– Rozniesiesz zarazę – ostrzegła, wymierzając we mnie róg, a gdy zaświecił poczułam jego nieprzyjemne ciepło.

– Albo to Blakie stała się słabsza od byle jednorożca. Po ożywieniu Kettui Arnee straciła mnóstwo jej energii.

– Więc… To zwykła mutacja? – zapytała Kometa: – Ale Hexe ma wizję i w dodatku nie da się zablokować jej magii i jest odporna na kryształy, a właściwie to one się rozpadają w kontakcie z nią.

– Przecież jednorożce potrafią zniszczyć kryształy, w końcu pochodzą od nich. 

Czułam dziwny niepokój, jakby coś mi zagrażało, ale nie potrafiłam określić co. No chyba nie Hexe. 

– A wizję można wytłumaczyć omamami – dodałam.

– To nie omamy, odróżniam je od rzeczywistości, wręcz czuję jakbym była w skórze kogoś innego, innych klątw – wtrąciła Hexe.

– To nadal mogą być omamy.

– A ja ci mówię że nimi nie są, jedna z wizji pokazała mi że mogę uratować Mozzran węglem, dokładnie wtedy kiedy tego potrzebowałam, to nie jest przypadek. Czy z jakichkolwiek omamów można nauczyć się czegoś nowego? Może ktoś próbuje się ze mną skontaktować? Jakaś inna klątwa, może wie więcej od nas.

– Mniejsza o to. Dowiedziałam się czego chciałam, a więcej mi nie potrzeba – wycedziłam, przeszywając Kometę wzrokiem.

– Ivette… – Miała jeszcze czelność dotknąć mnie skrzydłem.

– Czego teraz chcesz?! Wybrałaś ją! – Odepchnęłam ją od siebie, tak gwałtownie że ledwie wyhamowała łapami, uderzyła bokiem o ścianę, niezbyt mocno, choć i tak trochę się przestraszyłam.

– Myślisz że możesz z nią robić co chcesz?! – krzyknęła na mnie Hexe. Jej róg znów zaświecił, warknęłam, niech tylko spróbuje mnie zranić tą jej żałosną magią.

– Nie zaczynaj ze mną – wycedziłam przez zaciśnięte kły.

– W porządku, to tylko kłótnia. – Kometa wepchnęła się między nas odpychając nas od siebie skrzydłami: – Ivette trochę nie panuje nad swoją siłą. I… Emocjami…

– Zamknij się – Przecięłam skrzydłami powietrze.

– Dobrze zrobiłaś że od niej odeszłaś – skomentowała Hexe.

Byłam na tyle wściekła że nie mogłam wrócić do swojej normalnej postaci. Miała szczęście że jeszcze nie odgryzłam jej łba.

– Powinnaś wiedzieć że gdy mówiłam byś sobie kogoś znalazła to wcale nie chciałam byś to zrobiła – rzuciłam Hexe wrogie spojrzenie.

– Więc dlaczego mi to mówiłaś? – zapytała Kometa: – Zresztą nie raz.

– Bo wiem też że ze mną cierpisz… – Odsunęłam się. Złożyła skrzydło, które przed chwilą opierała na mojej klatce piersiowej, Hexe wciąż blokowała do mnie dostęp.

– Nie. Chodzi raczej o twoje czyny – przyznała Kometa, patrząc mi w oczy: – Przez nie cierpię, zresztą wiesz co zrobiłaś i ja… To są nasi bliscy, może w twoim sercu jest dość ciasno, ale u mnie jest mnóstwo przestrzeni, dla wielu osób… Nie wybieram wśród nich kogo wolę bardziej, a kogo mniej…

– Nie zmusisz nikogo do związku z kilkoma osobami na raz – wycedziłam, kładąc uszy: – Kompletnie ci odbiło?!

– Nie zamierzałam nikogo do tego zmuszać. Chodziło mi teraz o to że tobie zależy na małej garstce osób, albo tylko na mnie? A mi, właściwie na całym stadzie, wszyscy są dla mnie ważni. Cała rodzina, więc kiedy ich krzywdzisz, nawet Blakie, co właściwie skrzywdziło też innych to…

– Taka natura każdego feniksa.

– Co?

– Feniksy pochłaniają się nawzajem, nie potrafią od tak przestać, nawet jak grozi im przemiana w gwiazdę. Robią to do czego zostały stworzone.

– Ivette, przecież ty i Blakie jesteście tutaj i niczego… Och. 

– Widzisz? Dlatego nienawidzę być feniksem, one nigdy nie wygrywają ze swoją naturą.

– Uważam że to możliwe – wtrąciła Hexe: – Jeśli macie świadomość to i siłę by przeciwstawić się instynktowi. 

– Tak, skończyło się na tym że w końcu odgryzłam Blakie głowę. Zawsze kończy się tak samo, nie jestem w stanie się zmienić.

– Ale ona nie próbowała cię nigdy pochłonąć.

– Naprawdę? Jakoś nie przypominam sobie by powstrzymywała się przed pochłonięciem moich cząstek mocy w kryształach i ciałach innych. Wszyscy jesteście idiotami, gdyby Blakie była w pełni mocy bylibyście dla niej nikim. Potrzebuje was by przetrwać.

– Ale ty byłaś w pełni mocy, całkiem na początku i jakoś… Nie pamiętam, ale… Jak możesz mówić za Blakie? Może przez to że straciła sporą część siebie tu trafiła, ale skąd wiesz co by zrobiła gdyby trafiła tu w pełni mocy? 

– Pierwsze co to by mnie pochłonęła, jakby tylko wyczuła kim byłam, a już na pewno zgarnęła by całą moją energię rozsianą po tej planecie. Może jej zależeć na was, ale zawsze będziemy wrogami, feniksy nie bratają się z innymi feniksami, nawet te z tym samym poziomem mocy współpracują do czasu aż któreś z nich będzie silniejsze od drugiego, by móc pochłonąć swojego towarzysza.

– Ale… Nie znasz wszystkich feniksów, bo to niemożliwe, może niektóre…

– Jasne, a widziałaś kiedyś drapieżnika przyjaźniącego się z ofiarą?

– Pamiętasz jak byłam mrocznym koniem?

– To co innego.

– A czym się to różni? 

– Naprawdę o to pytasz? Zresztą to tylko porównanie.

– Ale ile feniksów spotkałaś? 

– To nie ma znaczenia! Każdy feniks gdy powstaje posiada już bazową wiedzę.

– A jeśli nie musi postępować zgodnie z nią? Przecież kto go do tego zmusi?

– Myślisz że chcę taka być?!

– Nie wiem czy to ma coś wspólnego z byciem feniksem, wtedy wszystkie byłby takie… Nerwowe, a Blakie nie jest.

– Daj mi już z tym spokój! – Uderzyłam skrzydłem o ścianę, przeszło przez nią pęknięcie: – Bądź sobie sama jak tak bardzo chcesz. – Poszłam już.

– Może właściwie tak będzie lepiej! – zawołała za mną.

Chce już całkiem wyprowadzić mnie z równowagi?


~*~


[Hexe]


– Dzięki. – Kometa odezwała się jak tylko kroki Ivette ucichły. Polizała się po obitym boku, zauważając po chwili że Hexe jej się przygląda: – A to… Mówiłam ci że Ivette ma małe problemy z opanowaniem tej siły, w sensie część mocy do niej wróciła, a wcześniej jej nie miała i… To było tylko popchnięcie.

– Możesz przysiądz że nigdy wcześniej cię nie uderzyła?

– Mogę przysiądz… W tym cyklu mnie nie uderzyła.

– Czyli jednak coś ci kiedyś zrobiła?

– Nie, nie, dziękuje za to że byłaś dla niej względnie miła, bo… – Popatrzyła za Ivette, by potem wrócić wzrokiem do Hexe: – Obie wiemy że potrafisz być o wiele bardziej nieprzyjemna.

– Tylko proszę cię nie odbierz tego opacznie. – Hexe odsunęła się, trzymając już ogon uniesiony przy swoim boku.

– Nie, pójdę teraz serio odpocząć, tylko… Nie ryzykuj więcej z magią, proszę. I… Gdybyś chciała to naprawdę możemy spróbować. Ivette ma trochę racji w tym że byłam zbyt natarczywa, ale to dlatego że chcesz umrzeć gdzieś w samotności… – Otrzepała się: – Znaczy zostanę przy tym żebyś tu została, wybacz, ale naprawdę nie mogę ci pozwolić tak odejść. – Położyła uszy: – Sumienie mi nie pozwala.

– Obyś przez to nie ucierpiała, ani twoja rodzina. Tu się rozdzielamy?

– Jeśli obiecasz że zostaniesz z nami.

– Idę się przespać. – Hexe miała wejść już do środka, ale się zatrzymała: – Wolę gdy się przyjaźnimy, to uczucie mi nie pasuje – Obejrzała się na Kometę: – Nie wyobrażam sobie tego w tym stanie.

– Możemy się przyjaźnić, może to nawet i lepiej, nie mam szczęścia do związków. – Kometa uśmiechnęła się do niej, strzygąc jednym z uszu. Hexe weszła do środka kładąc się na tym samym miejscu co zawsze. 


~*~


[Ivette]


Pierwsza z klaczy jaką Arnee mi znalazła uciekła gdy się zirytowałam i zobaczyła mnie jako kłykę, druga, akurat pegazica była bardziej skupiona o opowiadaniu o swoich zaletach niż na mnie, jakby ubiegała się o jakieś stanowisko w stadzie, a nie próbowała się z kimś związać, więc sama ją zostawiłam. Po tej Arnee przyprowadzała już tylko pegazice. Trzeciej nie spodobał się mój wygląd, stwierdziła że preferuje jaśniejszą sierść, czwarta chciała desperacko mi się przypodobać i za wszystko przepraszała i nawet jak powiedziałam jej że z tego nic nie będzie błagała bym dała jej jeszcze jedną szansę, myślałam że ją rozszarpie. Arnee przyprowadziła dziś kolejną – hybrydę mrocznego konia i pegaza, takiego jak Zamieć.

– Dość już tego. – Przycisnęłam uszy do szyi.

– Ale ciociu, nawet nie zamieniłyście słowa.

Obca patrzyła na mnie spod łba, z znużoną miną i już tym mnie irytowała, a nawet gdyby nie to jej wygląd przypominał mi o Zamieci.

– Z nią na pewno nie będę.

– I kto to mówi? Kłyka? – wtrąciła obca: – Dziwne że jeszcze wybrzydzasz.

Ryknęłam, wyrastając nad nią jako kłyka. W jej oczach błysnął lęk i uciekła jak wszystkie inne.

– Jeszcze się nie poddaje ciociu, znajdę taką…

– Daj mi spokój! Od początku ten plan był beznadziejny! – Zbliżyłam się do niej gwałtownie. Oczywiście nic sobie z tego nie robiła, zacisnęłam szczęki i cała się zjeżyłam.

– Może spróbujemy właśnie z kłykami?

– Nie szukaj dla mnie więcej nikogo! – Warknęłam, przecinając skrzydłami powietrze. Odleciałam.


~*~


[-]


Mała płakała gdy się urodziła.  

– Córeczko, już dobrze, mama i tata tu są. – Angus przytulił ją do siebie.

– Coś ją boli? – zapytała Turnia, leżała wykończona tuż obok, nie chciała by Arnee zablokowała jej ból, twierdząc że on choć nieprzyjemny jest ważnym elementem porodu, wskazówką co robić i siłą, która powstrzymywała od zbyt gwałtownych i niebezpiecznych ruchów.

– To może teraz? – zapytała Arnee Turnii, jednocześnie podsuwając małej ostry kawałek, wyjątkowo gładkiego, nie topniejącego lodu, który niedawno znalazła gdzieś przy rzece i w którym widniało teraz odbicie klaczki. Arnee trzymała szkło ogonem tuż przed źrebakiem. Klaczka przyjrzała się sobie, powoli się uspokajając. Musiała zobaczyć czy wszystko z nią w porządku.

Turnia w odpowiedzi pokręciła głową.

– Dlaczego?

– Potrafię znieść ból.

– Skoro Arnee daje ci taką możliwość… – zaczął Angus.

– Nie.

– Wyglądasz trochę inaczej, ale Cruzina to naprawi – Arnee zwróciła się do źrebaka.

– Rosita…? – Przyszedł Pedro, ostrożnie wchodząc na leśną polanę: – Poznajesz mnie?

Mała obejrzała się, pozostając w objęciach Angusa, który obmywał już jej sierść, jednocześnie delikatnie wygładzając jej króciutką kręcącą się grzywę. Maść źrebaka jeszcze nie przypominała Rosity. Było w większości siwe, ale jej głowę, szyję, w większości białą grzywę i kawałek brzucha pokrywały łaty myszatej sierści, ciemnoszary pysk zdobiła malutka chrapka, a myszate uszy dwa białe ciapki, jak u Raisy, oczy odziedziczyła po Angusie.

Kiwnęła łebkiem, uśmiechnęła się łagodnie, wyciągając do niego głowę. 

– Rosita, wróciłaś do mnie…? 

Jak znów mu przytaknęła, objął ją głową.

Arnee ulżyło, uśmiechnęła się do źrebaka: – Cześć, Rosita, dobrze cię znów widzieć!

– Córeczko, to naprawdę ty? – spytał Angus, nawiązując z córką kontakt wzrokowy. Wtuliła łebek w szyję Pedro.

Turnia zabrała momentalnie małą, osłaniając ją własną głową: – Ona jest źrebakiem. – Przycisnęła uszy do szyi, jej grożący ton, przyćmiewała desperacja. Pedro miał teraz wrażenie jakby patrzyła na jednego ze swoich oprawców, a nie na niego.

– Naprawdę myślisz że zrobiłbym coś niewłaściwego? – zapytał zdezorientowany. Nigdy przedtem się tak nie zachowywała.

– Turnia, w porządku? – zapytał Angus. Gdy na niego spojrzała stłumiła emocje, wypuszczając małą. Klaczka popędziła do Pedro, przytuliła się do niego, wtulając brodę w jego grzywę. Objął ją po raz kolejny. Tym razem czując się jakby robił coś złego, gdyby tylko sam mógł się cofnąć do źrebieństwa i zapomnieć o wszystkim co już się wydarzyło.

– Wybacz mi, zawiodłem cię, naszego syna także…

Zarżała, nie potrafiąc jeszcze mówić w praktyce, choć znała słowa, nawet lepiej niż nowonarodzony jednorożec.

– Póki nie zacznie mówić, nie możemy z całą pewnością stwierdzić że to Rosita – powiedziała Turnia.

– Arnee, dziękuje – Pedro zwrócił się do niej, z łzami w oczach.

– To znaczy że mi wybaczasz? – zapytała Arnee.

– Wybaczam.

– Znów możemy się przyjaźnić! – Arnee skoczyła się przytulić, powitała się jeszcze z Rositą, Angusem, a nawet Turnią, która jako jedyna nie odwzajemniła jej tulenia się. Obserwowała córkę i chwilami Angus mógł dostrzec jej niepokój w zwykle chłodnych, złotych oczach.

– Rei! Chodź, twoja mama wróciła! – Arnee pobiegła do przyjaciela obserwującego źrebaka za drzew. Ciężko było patrzeć na tego młodego dorastającego ogiera, tak podobnego do Rosity, z samymi bliznami na ciele.

“Nie mówiłeś serio że ją zabijesz?” zapytała Reia telepatycznie Arnee. 

Pokręcił głową, przyciągając spojrzenia innych.

Arnee regularnie zadawała mu ból, a dzięki temu Rei już od dawna nikogo nie prowokował swoim zachowaniem, w ogóle wycofał się z wszelkich relacji, nie będąc zainteresowanym żadnymi próbami nawiązania ich ze strony stada. Do odwiedzenia nowo narodzonej Rosity namówiła go Arnee. 

Rei i tak tylko stał i patrzył na małą, odmawiając choćby podejścia do źrebaka.


~*~


Arnee bawiła się z Reiem, który ciągle ją wywracał, albo rzucał nią, trafiła akurat na grzbiet, gdy przeskoczyła przez nią Rosita, obrywając kopytami Reia w ferworze walki. Klaczka padła obok Arnee, z pełnym zaskoczenia krzykiem.

– Stop! – Arnee poderwała się, zasłoniła ją własnym ciałem, kładąc się na niej, bo Rei już chciał przeprowadzić kolejny atak. Otrząsnął się, zatrzymał, patrząc zaskoczony na źrebaka, jakby w ogóle go wcześniej nie zauważył.

– Jesteś cała? – zapytała Arnee małej. 

– Nic nie czuje. – Otworzyła oczy, patrząc na nią i Reia ze łzami.

– W sensie? – Uderzenie nie było aż tak silne, bolało i najwyżej Rei narobił jej siniaków.

– Waszych emocji.

– To wiąże się z ponownymi narodzinami, straciłaś tą umiejętność, ale przyzwyczaisz się. – Arnee zeszła z niej.

– Przyzwyczaje? Nigdy mi się nie uda nikogo zrozumieć w tym stanie.

– Dasz radę. – Arnee oparła się o jej bok, próbując jej pomóc podnieść się na nogi: – Przecież znasz wszystkich bardzo dobrze.

– O co się pokłóciliście?

– Walczyliśmy dla zabawy, nie musimy się powstrzymywać, bo wszystkie rany jakie zadaje Reiowi potrafię też cofnąć, ja sama regeneruje się z łatwością i nie czuje bólu. 

– A Rei? – Mała w końcu wstała.

– Rei też nie – skłamała Arnee.

– Dobra, skoro nic wam nie grozi, w co Rei lubi się bawić?

– W chowanego? – Arnee spojrzała na niego. Stał w bezruchu z ponurą miną.

– Rei, uśmiechnij się, mama cię za chwilę rozweseli – powiedziała do niego Rosita, po krótkim namyśle dodając: – Potrzebuje czegoś co ma paskudny zapach.


~*~


Klaczka wylała mnóstwo śmierdzącej maści na ziemię, uciekając w krzaki gdzie kazała siedzieć Arnee i Reiowi. Pedro akurat jej szukał, ominął mnóstwo korzeni, o które mógł się potknąć, marszcząc nos.

– Mam cię! – Rosita wyskoczyła do niego, przestraszył się, ale to nie spowodowało że wpadł w breję, bo chyba o to chodziło klaczce.

– Rosita? Ty to tu wylałaś? 

– Chodź, schowaj się z nami. – Mała zaprowadziła go prosto do Arnee i Reia.

– Co ty wymyśliłaś?

– Cześć! – Arnee posłała mu radosny uśmiech: – Chcieliśmy zrobić ci kawał. 

– Ja na to wpadłam – poprawiła ją klaczka: – Ty mi tylko pomogłaś.

– Sprzątnijmy to źrebaki, zanim ktoś straci węch – powiedział półżartem, półserio Pedro.

– Ścigamy się? – zaproponowała Rosita.

– Pewnie! – Arnee wyskoczyła pierwsza, pozorując że przypadkiem się potknęła o korzenie, próbując odzyskać równowagę, ale ostatecznie lądując w brei, chciała sprawić jej przyjemność. I już po chwili usłyszała śmiech małej, zupełnie inny niż gdy śmiała się z jej niezdarstwa mamusia. Arnee jej zawtórowała, mała przybiegła do niej, obrywając od niej maścią w bok, po chwili obie się nią obrzucały. 

– To jest przeciwieństwo sprzą… – Pedro też oberwał podchodząc zbyt blisko, prosto w chrapy, trzepnął głową, z tak dziwnym grymasem że nawet Rei się zaśmiał, który nie wyszedł jeszcze z krzaków.

– Mówiłam że go rozbawie – podsumowała po wszystkim Rosita. Arnee oparła o siebie uszy. Zerknęła na Pedro, parsknął krótkim śmiechem. 

– Rei, skarbie – mała już pobiegła do niego: – Chodź, pomożesz mi wysmarować tym twojego tatę.

– Zapomnijcie o tym oboje – powiedział żartobliwym tonem Pedro, rzucając się do ucieczki. 

“Rei przyłącz się, proszę.” przekazała Arnee Reiowi, który wyskoczył za małą z kryjówki i oboje pobiegli teraz za Pedro, Arnee dołączyła do nich. Rei trzymał pokaźną grudę brei w pysku, jakby nie przeszkadzał mu ten zapach, a Arnee zebrała trochę ogonem, tylko Rosita ścigała Pedro bez niczego. Czekał na nich już we wodzie, a gdy dobiegli ochlapał ich. Arnee i Rosita odwróciły jego uwagę, podczas gdy Rei wysmarował mu grzbiet. Całą trójką rzucili się na niego i zniknął na chwilę pod wodą. Gdy udało mu się wynurzyć zaczęła się mała bitwa gdzie każdy każdego ochlapywał.


~*~


Po zabawie poszli coś zjeść. Rosita zasnęła obok Pedro wśród soczystych traw, patrzył na nią z coraz większymi obawami, może reakcja Turnii nie była bezpodstawna? Co jeśli krzywdzi Rosite? Jest przecież źrebakiem. Tak bardzo za nią tęsknił że nawet nie pomyślał przez chwilę jak to będzie wyglądało.

Arnee przypatrywała się im.

– Coś nie tak? – zapytała zmartwiona.

– Źle się z tym czuję, nie powinienem tu być. Przy niej – Pedro wstał, ruszając jedną z leśnych ścieżek, Arnee podążyła za nim, prosząc telepatycznie Reia by został z wciąż śpiącą Rositą.

– Dlaczego? Przecież to twoja partnerka.

– Nie mów tak.

– Ale to prawda.

– Była nią w poprzednim życiu, ale teraz jest tylko małym źrebakiem, a ja jestem dorosłym ogierem, jak to ma wyglądać? Przecież to chorę.

– No… Nie dało się inaczej jej przywrócić.

Szedł dalej, nie zatrzymując się ani na chwilę.

– Dokąd idziesz? – zapytała w końcu Arnee.

– Muszę to wszystko przemyśleć. Więc jakbyś mogła zostaw mnie samego.

– Ale nie jesteś na mnie zły?

– Nie, chcę być sam.

Wciąż miał w pamięci słowa Turnii, może powinien zniknąć do czasu aż Rosita faktycznie dorośnie? Może teraz gdy była mała to nieodpowiednie by się spotykali? A co jeśli to w ogóle nie jest odpowiednie? 


~*~


[Pedro]


Opowiedziałem o wszystkim Linnir, odeszliśmy na tyle daleko że nikt nas tu nie słyszał, a przynajmniej nikt kogo dało się zauważyć. Miałem małe wyrzuty, bo gdy przyszedłem do Linnir, odpoczywała akurat z Irutt, a ja im przeszkodziłem. Ale z Kometą głupio byłoby o tym rozmawiać i nie chciałbym by źle to zrozumiała, z rodzicami Rosity jeszcze gorzej. 

– Co ty byś zrobiła gdybyś była w mojej sytuacji? 

– Nie chciałabym być. – Cofnęła uszy.

– Widzisz? Najgorsze jest to że sam do tego doprowadziłem.

– Odpowiedz szczerze. Czujesz do niej jakiś pociąg?

– Nie! To źrebię, w ogóle nic do niej nie czuję, masz mnie za potwora?

– Nie, Pedro, próbuję ci pomóc.

– Jeszcze tego by brakowało bym czuł coś takiego! To chorę.

– Wiem. – Patrzyła mi prosto w oczy ze współczuciem. Gdybym tylko pozwolił Arnee pomóc gdy Rosita była jeszcze pliszką, nie ważne co trzeba by było poświęcić, czy nie zasługiwaliśmy na to? Gdybym tylko nie był tak głupi.

– Po prostu tęsknie za Rositą, a jeśli to ona… Co ja mam zrobić? Jak się zachować?

– Musi tęsknić też za tobą, może to być też dla niej raniące, w końcu utknęła w ciele źrebaka, musiałbyś się zorientować…

– Jest strasznie niedojrzała – przerwałem jej: – Czuję że powinienem odejść, ale wciąż mam tu syna i nawet nie mam dokąd iść.

– Powinniście poczekać, może to ciało sprawia że jest niedojrzała, ale jak już dorośnie będzie sama wiedziała co jest właściwe i czego by chciała, jeśli to faktycznie Rosita.

– Coś wiesz? Arnee nas oszukała? – Myśl że to nie jest Rosita bolała jeszcze bardziej niż te wszystkie obawy.

Linnir westchnęła: – To nie byłby pierwszy raz. Z drugiej strony udało jej się przywrócić Kettui.

– Nie przypominaj mi, gdyby nie to Rosita wciąż byłaby z nami w swoim własnym ciele.


~*~


– Jesteśmy razem – mała pchała się do mnie, a ja ją odpychałem, teraz żałując że przyszedłem z nią o tym porozmawiać osobiście, mogłem lepiej przekazać przez kogoś wiadomość, albo w ogóle jej tego na razie nie tłumaczyć. Co jeśli to dla niej traumatyczne? Ale z drugiej strony wszystko pamięta, jak mógłbym przed nią to ukrywać?

– Rosita, posłuchaj.

– Dlaczego mnie odtrącasz? – Jej oczy się zaszkliły gdy patrzyła na mnie.

– Posłuchaj, proszę.

Zamilkła w końcu, opierając się cała na moim pysku, którym trzymałem ją z daleka od siebie.

– Czuję się jakbym cię krzywdził, to nie jest najlepsze dla naszej psychiki, rozumiesz? – Odsunąłem się od niej: – Dlatego powinniśmy trzymać się z dala od siebie, dopóki nie minie wystarczająco dużo czasu byś mogła wybrać.

– Co wybrać? Kocham cię – Zrobiła już krok w moją stronę, a ja cofnąłem się o kilka kolejnych.

– Nie chcę cię skrzywdzić, nie utrudniaj mi tego.

– Przecież mnie nie krzywdzisz.

– Naprawdę nie rozumiesz?

– Nie możemy już normalnie rozmawiać? Co jest w tym złego? Albo bawić się. Nie możemy się przyjaźnić? – jej głos zdradzał złość.

– Nie wiem, naprawdę nie wiem.

– Będziesz udawał że nie istnieje? Przecież chciałeś żebym wróciła! – krzyknęła, a po policzkach popłynęły jej łzy.

– Potrzebujemy czasu.

– A co z tym co przeżyliśmy? To się nie liczy? Nie chcę znów być źrebakiem! Jestem dorosła! – Znów spróbowała się do mnie zbliżyć, uciekłem jej. 

– Ja na pewno potrzebuję czasu, proszę cię, czuję się jakbym był twoim oprawcą.

– Przecież nie dotknąłeś mnie w ten sposób! Zachowywaliśmy się normalnie. Pedro.

– Przepraszam, Rosita, nie mogę tak. – Nie patrzyłem już w jej oczy, tylko tyle by się zorientować jak blisko mnie jest.

– Ile chcesz czekać? – zapytała już spokojniej.

– Co najmniej dwa lata. Wybacz, może powinienem poczekać aż do nowego cyklu na ciebie, nie myślałem jasno, tak bardzo za tobą tęsknie. – Mój wzrok wędrował po drzewach.

– Ja też. Kocham cię.

Chciało mi się płakać. Uspokój się Pedro, podjąłeś właściwą decyzję, chyba najlepszą dla nas obojga. Jeśli istnieje choć cień szansy że to nie jest Rosita to tym bardziej dobra decyzja.

– Pedro, nie musimy się spotykać. Na razie. Ale chyba nie będziesz uciekał zawsze gdy pojawię się w twoim pobliżu? Możemy zachowywać się normalnie, prawda?

Jakby to w ogóle było normalne.

Skinąłem tylko głową i odszedłem już bez słowa. 


~*~


[Arnee]


Kolejnego dnia Arnee znalazła dla Reia i siebie bardziej ustronne miejsce, po chwili słysząc głosy Angusa i Turnii w górze, na szczycie małego wąwozu. Zobaczyła małą jak biegnie wzdłuż krawędzi, weszła na jedno z drzew, wyrastającego ze zbocza, po jego drugiej stronie rosło kolejne. Kopyta klaczki ślizgały się po korze, gdy przemieszczała się ku zwężającej się gałęzi.

“Rosita, hej!”

– Cześć, Arnee! – Zauważyła ją w dolę, zatrzymała się, ale wciąż ślizgała się kopytami.

“Ty nie potrafisz chodzić po drzewach, tylko ja.”

– No to patrz. – Cofnęła się i Arnee już wiedziała że chcę wziąć rozbieg. Spadła, z krzykiem. Arnee załapała ją tylko dzięki sile i szybkości feniksa. Odstawiła ją na górze wąwozu, zabierając ogon z jej klatki piersiowej.

– Rosita, co się stało? – przybiegł Angus, a dopiero za nim Turnia.

– Krzyczałam dla zabawy, prawda Arnee?

– Tak, chciałyśmy zrobić zawody w tym kto najgłośniej krzyczy.

Turnia przypatrywała się im z nieodgadnioną miną, klaczka zauważyła w dole Reia.

– Rei! Synku! Czemu nic nie mówisz że tu jesteś? – zawołała do niego: – Chodź pokrzyczeć z nami!

– Mało prawdopodobne by chciał to robić, Rosita – stwierdziła Turnia.

– Arnee, pomożesz mi zejść? – zapytała mała, trącając ją w bok. 

Arnee zabrała ją na dół, tak jak przed chwilą łapiąc ogonem.

– Lubi bawić się w chowanego? 

– Spodoba mu się.

– To pobawmy się, ale w trochę inny, pochowamy… – Mała rozejrzała się, znajdując tu na dnie wąwozu jedynie suche liście, gałęzie i mnóstwo sosnowych igieł.

– Zwęglone szyszki? – Arnee złapała zwyczajną szyszkę w ogon, ogniem Blakie spalając ją do czerni. Rei wyrwał jej ją, chyba myśląc że jest rozgrzana i się oparzy. Dziś Arnee jeszcze nie zdążyła mu zadać bólu.

– Rei najpierw muszę je przed wami schować, będę was szukać i ścigać, a wy będziecie zbierać szyszki, chować się, a kto uzbiera najwięcej do swojej kryjówki wygrywa.

– No, najpierw musimy zebrać te szyszki.  – Arnee zaczęła przeszukiwać ściółkę, Rei też. Rosita spojrzała w kierunku rodziców, ale już ich tam nie było, dołączyła do poszukiwań. 

Uzbierali całą stertę, a Arnee zmieniła ich barwę ogniem na czarną.

– Zamknijcie oczy, powiem wam kiedy skończe. – Rosita zabrała pierwszą szyszkę, cała góra się rozsypała, ale nikt się tym nie przejmował. Arnee dotknęła ogonem boku Reia stojącego obok niej z zamkniętymi oczami. Po chwili usłyszała jak klaczka się z czymś szarpie, jej powieki drgnęły, zakryła oczy ogonem, jak będą podglądać to nici z zabawy.

– Pomocy! Utknęłam! Pomocy! – zaczęła krzyczeć mała. Arnee ruszyła w stronę jej głosu. Głowa źrebaka utknęła w dziupli, w dodatku ono samo dostało się tam dzięki stosowi niewielkich skał, które się osunęły, a mała zawisła, na oczach Arnee. Rei dopadł do niej wraz z Arnee, raniąc ją zębami w grzbiet. Rosita krzyknęła, dusząc się jednocześnie. Arnee po jego minie odgadła że Rei chciał ją tylko złapać.

– Zostaw, ja to… Rei! – Arnee musiała go odepchnąć, w momencie gdy ten postanowił ciągnąć za ogon źrebaka. Arnee uniosła Rosite, ale jej głowa wciąż tkwiła w dziupli. Kaszlała. Rei uderzył kopytami o pień drzewa, drapał w niego, Arnee dostrzegła w jego oczach panikę. No przecież mogła pozbyć się drzewa. Rei już zdążył się zranić, zanim ogień Blakie poszerzył dziuple i klaczka była w końcu wolna. Rozpłakała się, przyciskając Arnee do siebie.

– Tato! Mamo! – zawołała rozpaczliwie.

– Nie wołaj ich. Nic się nie stało, poradziłyśmy sobie.

– Boli!

– Potrafię zablokować ból. Już.

– Pomóżcie!

– Nie jesteś już w dziupli.

– Tato!

– Rosita, jesteś dorosła.

Mała ją puściła biegnąc do wąwozu, szukała wejścia na górę, Arnee leciała za nią.

– Ty nie panikujesz, to to nowe ciało… – Arnee wylądowała przed nią.

– Wyglądam dobrze?

– Pewnie!

– Moja szyja nie spuchła? Jest brzydka?

– Nie, nic ci nie jest.. – Arnee zobaczyła trochę krwi na grzbiecie źrebaka, to przez zęby Reia. Mała trzęsła się i płakała.

– Rosita by tak bardzo nie przejęła się taką głupotką, mały wypadek przy zabawie, nic wielkiego. Już nawet nie boli. – Arnee oparła się o nią racicami, obejmując głową.

– Przejęłaby się, to było straszne... Chciałam tylko by tata się mną teraz zaopiekował, jak kiedyś… Dlaczego nie mogę go zobaczyć?

– Chcesz go martwić? Wiem że nie, zwłaszcza taką bzdurą. Jesteś dorosła.

– Masz rację, jestem dorosła. – Wyprostowała się, Arnee wylądowała z powrotem na ziemi, a mała przetarła łzy o przednie nogi. Arnee dotknęła pyskiem jej łopatki, upewniając się dzięki mocy feniksa że szyja klaczki nie doznała zbyt wielkich uszkodzeń, miała rację, nic wielkiego się tam nie stało.

– Wracamy do zabawy.

– Bez żadnych dziupli i wspinania? – zapytała jej Arnee.

– Bez.

Arnee wróciła do Reia, a Rosita pobiegła schować resztę szyszek. Nie minęło wiele czasu gdy w lesie rozległ się jej krzyk. Arnee znalazła się tam w mgnieniu oka. Rosita znowu utknęła, tym razem w norze, całym przodem ciała. 


~*~


Arnee przemyła jej stłuczony nos. Mała leżała nad jeziorem, przyglądając się swojemu odbiciu. Dzięki Cruzinie wyglądała jak we wspomnieniach, po maści z którą się urodziła zniknął wszelki ślad.

– Nie chciałam tam wcale wchodzić, ześlizgnęłam się ze zbocza prosto do tej nory.

– Ale ty masz dziś pecha. – Zmyła też krew z grzbietu, sierść ukryła drobną rankę, ale spuchnięta odrobinę szyja i stłuczony nos nie znikną tak łatwo.

– Może jutro uda się w to pobawić?

– No, lepiej sobie odpuścić.

– Nie. Robię to dla mojego synka. Jest dla mnie najważniejszy. – Rosita spojrzała na Reia, uśmiechając się do niego. Rei spuścił wzrok: – I lubię wyzwania. Hej, mam świetny pomysł! 

– Jaki? – spytała Arnee.

Wróciły, a mała znów kazała im się chować po krzakach, wyszła do rodziców i Pedro z zwieszoną głową. Pedro już chciał uciekać, ale zatrzymał go widok jej ran.

– Rosita? Co ci się stało? – zapytał.

– Ktoś cię uderzył? – dodał Angus, podchodząc bliżej córki.

– Rei…

– Rei, myślałem że z tym…

– Rei nie żyje… – przerwała Pedro mała. Zapadła kompletna cisza, Angus przytulił do siebie źrebaka: – Starałam się…

– To nie twoja wina.

– Co ty mówisz? – spytał z niedowierzaniem Pedro.

– Jak to się stało? – zapytała Turnia.

Arnee zerknęła na Reia, który ronił w ciszy łzy.

“Hej, to tylko żart, też mi się nie podoba.” Arnee wtuliła się w jego bok, łapiąc za jego tylną nogę ogonem.

“To nie mama.”

“Oczywiście że to twoja mama.”

Rosita się roześmiała, wprawiając całą trójkę w osłupienie.

– Żartowałam! 

– To nie jest śmieszne – skarcił ją Pedro. Klaczka zwróciła uszy ku tyłowi. Arnee ukryła głowę za przednimi nogami. Jest skończona. Już zawsze będą ją nienawidzić.

– Co się z tobą dzieje?

Mała ucichła.

– Nie żartuje się z takich rzeczy. – Angus ją puścił.

Mała zwiesiła głowę, wzdychając płaczliwie.

– Ty nie jesteś Rositą – stwierdził Pedro.

– Jestem. – Mała cofnęła uszy, a w jej oczach zakręciły się łzy.

– Nigdy nie żartowałaby z takich rzeczy.

– Przepraszam…

– Nigdy nie bawiła się naszymi uczuciami, nawet gdy ich nie czuła. Byłem taki głupi!

– Nie, to jest Rosita! – Arnee wyskoczyła z kryjówki: – Jest zagubiona, tak jak ciocia Kometa. I ty Turnia, nie jesteś przecież do końca sobą, bo jak masz być jak to nie twoje ciało? – Zerknęła na nią, wracając spojrzeniem do Pedro: – Musimy jej pomóc się odnaleźć.

Angus przytulił do siebie córkę.

– Mówię prawdę.

Pedro odszedł.

– Możesz przysiądz na swoje matki że to jest Rosita? – zapytała Turnia.

Arnee nabrała powietrza do płuc, przytakując.

– Powiedz to na głos.

– Przysięgam.


~*~


[Hexe]


– Coś nie wychodzi ci to umieranie. – Ivette zatrzymała się przy Hexe, która przez pierwsze parę chwil próbowała ją ignorować.

Zjadła parę źdźbeł, zerkając co chwilę na Ivette. Ivette stała przy niej dość spokojnie, jedynie jej westchnienia i grzebanie kopytem w ziemi, zdradzały niecierpliwość. Hexe nasłuchała się i widziała w praktyce jej wybuchowość, więc to zachowanie wydało jej się dziwne i intrygujące zarazem. Musi czegoś od niej chcieć, to najbardziej logiczne wytłumaczenie.

– Pomyliłaś mnie z Kometą? –  Popatrzyła jej w oczy.

– Próbuje zrozumieć co Kometa w tobie widzi.

– To stare dzieje.

– Unika mnie, ciebie i udaję że wszystko jest w porządku, nie odzywa się do mnie, choć to ja powinnam być obrażona.

– Nie obchodzi mnie to. – Hexe unikała cały czas Komety, więc z łatwością mogła przegapić że Kometa robi to samo.

– Ciężko ci z nią chociaż się przywitać? Ciekawe czy do ciebie by się odezwała.

– Mam ci pomóc się z nią zejść? To o to chodzi? Nic z tego.

– Porozmawiaj z nią.

– Kiedy mówię nie to znaczy nie.

– Aż tak ciężko ci się z nią chociaż przywitać?! Żyjecie w jednym stadzie! – wrzasnęła, kładąc uszy, jej kolor tęczówek szybko przeszedł z błękitu do fioletu.

– Nie będę z nią rozmawiała, tylko dlatego że mi każesz. Moja klątwa wcale nie minęła i lepiej także dla ciebie gdy będziesz trzymała się z daleka. 

– Jestem feniksem, nie działają na mnie żadne klątwy! Zresztą sama nie wiesz co to dokładnie jest.

– Rozwiąż to sama, powiedz jej bliskim i daj jej spokój skoro nie chce mieć z tobą kontaktu. A mnie w to nie mieszaj.

– To nasza sprawa.

– Jaka nasza?

– Mogę się zgodzić na jej badziewny pomysł, byleby do mnie wróciła.

Hexe zaczęła obawiać się najgorszego, w końcu Ivette ma opinie że jest zaborcza, widziała ją w akcji, a skoro chce się dzielić teraz Kometą…

– Zostawcie wy mnie dwie w spokoju! – krzyknęła: – Nie chcę mieć ani z tobą, ani z nią nic wspólnego! – Uciekła w głąb lasu, wyskakując na polanie, na której akurat była Kometa, wycofała się między drzewa podczas gdy tamta rozmawiała z córką Turnii. Po drugiej stronie małej leżał jeszcze Angus.

– Nie mam żadnych wątpliwości że jesteś Rositą. – Kometa stykała się z małą, własnym bokiem, ze złożonym skrzydłem.

Mała nieco się rozpromieniła, jej oczy były mokre od łez.

– Arnee nie okłamałaby tylu osób, przecież wie jakby się to skończyło, na pewno by tak nie ryzykowała.

– Nie wiemy tego – odezwał się Angus.

– Nie ma ku temu żadnych wątpliwości, tato. Znam ją.

– Zapomniałaś o ataku kłyk? 

– Nie, tego akurat by nie zrobiła, to Rosita, przecież widać, wyglądają identycznie, wiem, wiem, to zasługa Cruziny, ale spójrz na te oczy, to oczy Rosity, i zachowują się podobnie, tak, mają dużo wspólnych cech, parę różnic, ale wiadomo, mogła się trochę zmienić, chcieć czegoś nowego… To przez to że…

– Kometa, posłuchaj mnie przez chwilę – poprosił Angus, Kometa spojrzała na niego: – Jeśli to nie jest Rosita to my…

– Ale to jest Rosita, musimy jej pomóc.

– Kometa.

– Nie ma innej możliwości.

– Musimy pozwolić źrebięciu być sobą.

– Tak, Rositą.

– Nie dogadam się dzisiaj z tobą.

– Kometa ma rację, po prostu to nowe ciało sprawia że się gubię – powiedziała mała: – I fakt że nie czuje już emocji. Myślałam że wszystkich rozbawie. Nie wiem co mi przyszło do głowy.

– Córeczko, Rosita nie czuła emocji, które dopiero miały się pojawić, jej dar nie przepowiadał przyszłości. Też musiała zgadywać jak jej słowa i czyny wpłyną na kogoś, jej dar podpowiadał jej czego już nie robić i pozwalał lepiej kogoś poznać, ale możesz to zrobić też bez niego.

Hexe powoli się stąd wymknęła. Minęła po drodzę więcej członków stada, zatrzymując się w ustronnym miejscu, na innej leśnej polanie. Położyła się, słysząc kroki Ivette.

– Przestaniecie mnie prześladować? – zawołała, zanim Ivette do niej przyszła.

– Dobrze ci tak ciągle samej? – Wyłoniła się zza drzew, kurcząc się z postaci kłyki do pegaza.

– Wiem już o co ci chodzi i nie podoba mi się to. – Wstała.

– Niby o co?

– Lecisz na mnie.

Ivette parsknęła z rozbawieniem: – Mam cię gdzieś jeśli chcesz wiedzieć. Wyobrażasz sobie nie wiadomo co. – Fiolet w jej tęczówkach zakłóciła czerwień, przycisnęła uszy do szyi: – Robię to dla Komety, tylko dla niej, bo kocham tylko ją.

– Więc przestań za mną łazić. 

– Jedna rozmowa i dam ci spokój.



⬅ Poprzedni rozdział