piątek, 19 czerwca 2026

|| Sęp ||

[Mozzran]


– Nie wiem czy to ty. – Mozzran leżała zwinięta w kłębek, trzymając się z dala od Eepli i Irutt, Linnir położyła się obok niej.

– Pamiętasz jak…

– Widzieli twoje wspomnienia. – Wciąż była słaba, dodatkowo męczyli ją jeszcze podając jej co parę godzin węgiel, nieprzerwanie czuła jego gorzki posmak, picie wody nie pomagało, przez niego nawet zwykłe jedzenie smakowało gorzko, a próbowała jeść by pozbyć się choć na chwilę tego smaku.

Linnir wymieniła zmartwione spojrzenia z Irutt. Mozzran powoli zasypiała, nie dawała rady oprzeć się zmęczeniu.

– Z czasem będzie lepiej, Mozzran, znów będziesz mogła nam zaufać – obiecała Linnir.


Obudziła się po kilku godzinach przy Linnir. Jeszcze żyła i nie dopadł jej żaden straszliwy ból. Brzuch niemal już jej nie bolał, jakby ten węgiel faktycznie jej pomagał.

– Mamo?

– Tak? – Linnir z Irutt przeniosła spojrzenie na nią.

– Chce mi się pić.

– Chodźmy, pomogę ci wstać.

– A twój uraz?

– Jaki uraz? – wtrąciła Irutt.

– Już mi lepiej, musiałam nadwyrężyć nieco kręgosłup – przyznała Linnir.

– Ja ci pomogę tam dojść – Irutt podeszła do córki: – Czy wolisz napić się tutaj? – Podsunęła jej pojemnik z wodą. Mozzran wpatrywała się w niego chwilę, w końcu się poddała i zaczęła pić. Tak wyczerpanej było jej już wszystko jedno.


~*~


– To ten… Ta… mamusiu… – Arnee zataczała się na korytarzu, którym Mozzran wracała właśnie z Linnir. Kolejnego dnia mogła już utrzymać się dłużej na nogach i nikt nie musiał pomagać jej iść. Arnee wpadła na ścianę, Linnir ją podtrzymała własnym pyskiem. Mała uniosła głowę, patrząc uśmiechnięta w oczy mamy. Mozzran trzymała kurczowo za pelerynę Linnir, ogonem, cała się trzęsła. Może już nigdy nie będzie miała pewności czy to naprawdę Linnir, ale tęskniła za nią już wystarczająco mocno i potrzebowała jej wsparcia by być skłonna choć trochę w to wierzyć.

– Jadłaś znów grzyby? – zapytała Linnir.

– No – odpowiedziała radośnie Arnee: – Jesteś cała… Ziefioletowa…

– Pozbądź się ich.

– Nieee… Tak mi dobrze.

– Jesteś jeszcze gorsza, niż normalnie – stwierdziła Mozzran, ostrożnie badając grunt, ale nie była wcale pewna że wszystko to co mogłaby zrobić jej siostra to tylko jej obawy.

– No nie… Przekoskokowałam – Arnee wpadła w mały wybuch śmiechu. Nie zwracając kompletnie uwagi na zszokowane spojrzenie siostry. Mozzran schowała się za Linnir.

– Arnee, pozbądź się tego – powiedziała bardziej stanowczo Linnir.

– Ale mamusiu…

– Natychmiast.

– Nie da rady…

– Możesz zneutralizować truciznę w swoim ciele, moce Blakie na to pozwalają tak jak pozwalają ci by działały na ciebie te grzyby. 

– Mamusiu…

– Nie pomogą ci w tym co się stało, sama musisz się z tym zmierzyć, my możemy tylko cię wspierać. Doprowadź się do porządku.

Mozzran spojrzała zdziwiona na mamę, myślała raczej że ta będzie się cackała z Arnee, jak zwykle.

Po policzkach Arnee popłynęły łzy, nadal się uśmiechała, w oczach Mozzran teraz wyglądała na jeszcze bardziej obłąkaną.

– Nie… Nie lubisz mnie?

– Gdyby tak było nie martwiłabym się o ciebie, nie możesz ich jeść, zrozum, spowodują tylko jeszcze więcej problemów. – Przysunęła małą bliżej swoich nóg, obejmując głową: – Obie cię kochamy z Irutt, dlatego musisz się teraz postarać i więcej im nie ulegać.

Arnee wtuliła się w nią, szlochając, a po chwili śmiejąc się jak szalona. Mozzran się odsunęła.

– Już… Już… – Arnee dźwignęła się, wciąż roniąc łzy z uśmiechem na pysku: – Nie widać, ale to już. – Oparła racice na klatce piersiowej Linnir: – Kocham cię, mamo. Nie znienawidzicie mnie teraz, prawda?

– Nie, Arnee.

– A jak będę znów pod wpływem grzybów?

– Postaraj się nie być. 

– Mozz…

– Zostaw mnie w spokoju. – Mozzran unikała jej wzroku.

– Mozzran, obiecałaś… Dlaczego nie dotrzymujesz żadnej obietnicy? Tak bardzo mnie nienawidzisz?

– Boje się ciebie… – wydusiła Mozzran: – Prawie się przez ciebie zabiłam!

– Mozzran… 

Arnee momentalnie znalazła się przy niej, Mozzran uniosła wysoko głowę, wybałuszyła oczy, niewiele brakowało by uciekła. Arnee stając dęba, cała się w nią wtuliła, zaglądając jej w oczy, zasłoniła pysk ogonem: – To nie przeze mnie, to wina Kettui, Mozz.

– Nie zgodziłam się. – Jej ogon miotał się i podskakiwał, przy czym nadal trzymała za pelerynę Linnir: – Mamo!

– Proszę… – jęknęła Arnee.

– Arnee. – Linnir je rozdzieliła: – Mozzran teraz musi dojść do siebie.

– Już nic jej nie jest, mamusiu!

– Arnee.

– Czemu?

– Posłuchaj mnie.

I znów zaczęło się tłumaczenie wszystkiego Arnee od nowa, Mozzran tymczasem się wymknęła, napotykając na końcu korytarza Irutt. 

– Ma-mamo? – Mozzran cofnęła uszy, nie zbliżała się zanadto, cała spięta.

– Martwimy się o ciebie, na razie będziemy cały czas w pobliżu…

– Dobrze – przerwała jej nerwowo Mozzran. Prosząc w duchu by przynajmniej nikt jej teraz nie torturował.

– Chcesz stąd wyjść, czy zaczekamy na Linnir?

– Zaczekamy – odpowiedziała gwałtownie, to pytanie tak nagle wydało jej się podejrzane.


~*~


Nie wiedziała nawet kiedy zasnęła, obudziła się nie mniej wyczerpana niż przed tym niespokojnym snem. Arnee leżała zapatrzona w oczy Irutt, z przednimi racicami opartymi o nogi mamy, mama gładziła jej grzbiet ogonem. 

– …więc wolałabym byś podawała jej padlinę – i kończyła coś do niej mówić. Arnee ochoczo kiwała głową. 

Wzrok Irutt padł na Mozzran, która w tym momencie zlękła się że za chwilę też Arnee zorientuje się że nie śpi, a Linnir akurat teraz nie było w pobliżu, Eepli spała, zresztą Mozzran także jej nie wiedziała czy ufać, a czuwająca reszta stada niewiele jej dawała już przedtem. Obróciła się tyłem zwijając w kłębek, przy boku starszej siostry. Eepli sama się przy niej położyła, jeszcze zanim zasnęła niespokojnym snem.

– Mamusiu, Linnir nie pozwala mi jeść szczęśliwych grzybów.

– I dobrze, nie masz ich jeść.

– Ty też? Ale one pozwalają mi się poczuć lepiej.

– Znajdziemy mniej szkodliwy sposób.

– Poza tym nie muszę pytać was już o zgodę i mówiłaś że zaakceptujecie to jaka jestem.

– Arnee, naprawdę nie rozumiesz? Masz nas, rodzinę, która cię wspiera, nie potrzebujesz żadnej trucizny. Jak będziesz pod ich wpływem ktokolwiek będzie cię potrzebował ty nie będziesz w stanie pomóc… 

– No… Dobrze, mamusiu, masz rację, mam was, Eepli i… Mozz?

Mozzran poczuła na sobie wzrok siostry, ona wiedziała że nie śpi.

– Dlaczego mnie nie akceptujesz? – zapytała: – Obiecałaś mi. To nie była moja wina, ma… Kettui mnie też oszukała.

Mozzran poderwała się nagle, uciekając do swojej małej groty. Popłakała się, czując jak choć część napięcia z niej uchodzi. 

“Jesteś u siebie?” zapytała jej na odległość Irutt.

“Przestańcie mnie kontrolować!”

“Tylko się martwię…”

“Chcę odpocząć.”

“Gdyby coś…”

“Tak, wiem. Zostaw mnie.”

“Ja…”

“Zostaw.”

W końcu mama odpuściła.


~*~


“Mozzran…” usłyszała za sobą głos mamy, brzmiał rozpaczliwie, a kiedy odwróciła głowę zobaczyła że Irutt wbiła sobie w oko metalowy kolec, padając na ziemię.

Mozzran obudziła się gwałtownie okryta skrzydłem Faith, wokół panowała ciemność, z trudem łapała oddech. Nie potrafiła się zmusić by skontaktować się z mamą, zresztą przecież nie mogła z jej powodu odebrać sobie życia. Mozzran otuliła się ogonem, zaciskając oczy. Odsunęła się od Faith. A w końcu poszła do reszty, zobaczyć czy Irutt tam jest. 

Jej mamy spały razem, Mozzran patrzyła przez chwilę czy oddychają, wszyscy spali, jedną która nie spała była Arnee, leżała obok mam i Eepli z zwieszoną głową, po chwili popatrzyła na siostrę.

– Cześć, Mozz – szepnęła do niej smutno: – Teraz wszyscy mają odłamki fioletowych kryształów, umieściłam je pod ich skórą, by tak nie rzucały się w oczy. Pomogą jak ktoś będzie chciał ich kontrolować. Będą też mogli o tym wszystkim zapomnieć.

– Tego nie da się zapomnieć – szepnęła Mozzran.

Arnee popłynęły łzy, pociągnęła chrapami, podeszła do Mozzran stawiając przed nią figurkę, na podstawce, przedstawiała je obie, razem, uśmiechnięte w trakcie wygłupów: – Jak chcesz to możesz ją zniszczyć… Daje ci ją, dla mojej ulubionej siostry.

– Przestań, zabierz to. – Mozzran popchnęła rzeźbę aż do przednich nóg Arnee. Kąciki warg Arnee drgnęły. Mozzran położyła uszy. Tym razem nie okaże strachu.

– Powiesz mamom że wyruszyłam w podróż, że… Coś wymyślisz. Kończe ze sobą.

– Naprawdę grozisz mi swoją śmiercią?! – Mozzran nie obchodziło czy kogoś obudzi, tym lepiej: – Pomyślałaś co z mamami? Jak to przeżyją?!

– Miałaś im powiedzieć…

– Dlaczego tylko wszystkich krzywdzisz?

– To była Kettui. Miałam nauczkę z kłykami, nie zrobiłabym wam krzywdy świadomie… 

– Ożywiłaś ją, to twoja wina!

– Nie! Proszę!

– Wracaj na miejsce, nie wolno ci się zabić. – Mozzran popchnęła ją ku mamom, Arnee wydawała się teraz krucha i słaba, prawie jej współczuła. Mogła skończyć podobnie, zdradzając Linnir, tak jak chciała Kettui. Siostra złapała ją za ogon, gdy Mozzran już chciała iść.

– Nie przeginaj, miałaś zabić Kettui.

– Ale…

– Obiecałaś, chcesz bym sama dotrzymała słowa, to ty też go dotrzymaj.

– Poświęciłam mnóstwo osób by przywrócić Kettui. Ich poświęcenie…

– Tak, chcę byś ją zabiła. I chcę dowodu jak zdecydujesz się to zrobić. – Wyrwała swój ogon siostrze, wracając do siebie.

– Kettui była całkiem martwa, a ty i tak nie dawałaś mi szansy! – zawołała za nią Arnee, Mozzran przyspieszyła kroku. W połowie drogi obejrzała się, z mocno dudniącym sercem, Arnee na szczęście odpuściła. 


~*~


Sęp miotał się, bijąc skrzydłami o ziemię. 

Miał wspomnienia Kettui, więc może rzeczywiście to ona i Arnee nie kłamała mówiąc że to wszystko zaplanowała Kettui, albo wrzuciła te wspomnienia do głowy ptaka, mocami Blakie. Chyba że to wszystko jest iluzją, a Mozzran w niej utknęła.

Bardzo łatwo mogłaby mu złamać kark, na razie tylko trzymała racice na jego grzbiecie i głowie. Zaskoczyła go, kiedy musiał wylądować by napić się wody. 

Przez kilka dni nie widział ani kropli, Mozzran wylewała mu wodę i zabierała padlinę, wszystko co przynosiła mu Arnee, a on nie mógł nic jej zrobić, bo kiedy nadlatywał zmieniała się w ogień i sęp rezygnował z ataku, w przeciwieństwie do Arnee – każda jej wizyta kończyła się ranami, zadanymi szponami i dziobem sępa. 

Dziś jednak Kettui zmieniła swoje zachowanie, zamiast atakować po raz kolejny Arnee, skorzystała z jej obecności i zjadła cały kawałek mięsa jaki od niej dostała. Skrzeczała nawet za już odchodzącą Arnee, która ku zdziwieniu Mozzran nie szukała z nią w ogóle kontaktu i sprawiała wrażenie jakby zajmowanie się nią było jej niechcianym obowiązkiem. Gdy siostra zniknęła z pola widzenia, Mozzran przestała udawać kawałek głazu i jak co dzień wyszła do sępa, nie zamierzając tym razem jednak poprzestać na odebraniu mu wody.

Skrępowała go, a gdy nie mógł już walczyć tylko leżał bezradnie, zaczęła obsypywać go ziemią. Popatrzyła na moment na las, a serce podeszło jej do gardła i zrobiło jej się tak słabo że ledwie utrzymała się na nogach. Arnee stała przed drzewami. Przyłapała ją. 

– Cześć… – Uszy jej opadły, a głos brzmiał przygnębiająco: – Czyli to ty sprawiasz że mamusia chudnie?

– Już więcej nie będę, przysięgam na mamy! – krzyknęła panicznie Mozzran, dostrzegła błysk w oku sępa, nie mając wątpliwości że Kettui cieszy jej strach, odsunęła się od niej: – Przepraszam, to było silniejsze ode mnie.

– Ale Mozz, chcesz być jak Kettui? Zagrzebać ją jak ona ciebie?

– Nie… – Trzęsła się cała, patrząc błagalnie na siostrę: – Nie rób mi krzywdy, wiem że nie powinnam, ale proszę… Przez wzgląd na mamy. Możesz im wszystko powiedzieć, ale nie rób mi krzywdy.

– Nauczymy jej paru sztuczek! – Arnee nagle się ożywiła. Przybiegła do Mozzran, stanęła dęba, wtulając się w jej bok: – Nie mogę się zgodzić byś ją torturowała, ale upokorzyć możesz. – Ocierała o nią głowę.

– Naprawdę…?

– Tak, jesteś moją ulubioną siostrą, pamiętasz? A mamusia za jedzenie to zrobi wszystko, ptaki są proste, lubią cię gdy je karmisz, zwłaszcza jak są wygłodzone.

Czy Arnee wiedziała od początku? Wykorzystała okazję by się do niej zbliżyć? 

– Mozz…? – Siostra oparła się przednimi racicami na jej klatce piersiowej, Mozzran spuściła na nią wzrok, oczy z widocznymi białkami: – Nie bój się mnie, widziałam co mamusia ci robiła, z twojej i jej perspektywy, dlaczego nie miałabym pozwolić ci się odpłacić? Ale na moich zasadach, zgoda?

Mozzran pokiwała jej głową i rzeczywiście Arnee próbowała nakłonić Kettui do sztuczek niczym kłykę w niewoli, machając jej kawałkiem mięsa przed dziobem, sęp poleciał na drzewo i tam został, całkowicie ignorując Arnee.

– Zgłodnieje. – Obejrzała się na siostrę, przez sekundę się do niej uśmiechając, zakryła pysk ogonem, jakby pamiętała że Mozzran tego nie lubi, robiła to cały czas: – Będziemy miały czas by wymyślić dla niej coś fajnego.

Mozzran ulżyło dopiero gdy wróciła z siostrą do mam, w ogóle nie powinna tego robić, ale chciała by Kettui się jej bała, by cierpiała jak ona, a najlepiej by zniknęła raz na zawsze. Arnee chwaliła się że się razem trochę bawiły, co nie było prawdą, Mozzran jedynie tam stała w strachu i oszołomieniu, ale przytakiwała na słowa siostry, ciągle wierząc w to że czeka ją straszliwa kara. Nigdy więcej już nie znęcała się nad Kettui.


~*~


[Arnee]


Pliszka przeszła podwójną przemianę i nie dało się jej już w nic przemienić. Plan był prosty, umieścić duszę Rosity w ciele innego ptaka i zamienić ją z powrotem w konia, tylko na to Pedro i Rosita się zgodzili, a i tak Rosicie przyszło to z ogromnym trudem. 

Arnee przeszukiwała kryjówkę za kryjówką, wszystkie należały do Kettui, dzięki wspomnieniom swojej matki znała położenie każdej, jednak wszędzie znajdowała same odłamki kryształów. Nie było wątpliwości że rozbito je celowo i całkiem niedawno.

Zaglądała do zniszczonych skupisk, udało jej się znaleźć tylko parę zielonych kryształów. Zupełnie nieprzydatnych. Jak bardzo się zezłoszczą jak umieści Rositę w ciele innego konia? 


~*~


– Cześć! – Arnee przyszła do Reia przynosząc mu bursztyn z ważką w środku, położyła ją przy wciąż opatrzonych nogach źrebięcia.

Mały uniosł głowę, spoglądając na niego i Arnee z nadzieją.

 – Fajny? – zapytała, na zewnątrz jeszcze spokojna, w środku podekscytowana Arnee, pierwszy raz spotkała się z małym Reiem, choć i tak większym od niej samej, nigdy jeszcze nie miała okazji przyjaźnić się z źrebiętami, to dziwne, ale jej dawni przyjaciele zawsze je przed nią ukrywali, jakby nawet oni jej do końca nie ufali, a nie miała wtedy jeszcze mocy Blakie: – Znalazłam go dla ciebie. Widziałeś kiedyś tak wielką ważkę?

Ogierek położył głowę odwracając wzrok. Tuż obok spał na stojąco Pedro. Na grzbiecie Reia wylądowała pliszka. 

– Ładny, prawda? – spytała jej Arnee. Ptak pokiwał jej głową. Arnee uśmiechała się do nich pogodnie.

– Możemy się pobawić?

– Nie ma mowy. – Pedro otworzył oczy: – Odejdź od naszego syna! – Tupnął kopytem, odsuwając Arnee od Reia: – Ile razy mam cię jeszcze stąd przeganiać?!

Pliszka ćwierknęła, wylądowała na Arnee kręcąc głową i trzepocząc skrzydłami.

– Chyba oszalałaś. – Pedro zatrzymał się, patrząc w oczy ptaka.

Rosita znów pokręciła głową.

– Będę pilnowała by nie zrobił sobie krzywdy – obiecała Arnee: – Proszę, chcę się tylko zaprzyjaźnić!

– Znalazłaś kryształ?

Rei popatrzył na nich, nastawiając uszy. 

– Nie, cały czas szukam i ciągle natrafiam na zniszczone kryształy, ale nadal mogę znaleźć jej nowe ciało. Jakieś złej osoby co na to zasługuje.

Rosita kręciła głową, Pedro patrzył na nią z łzami w oczach.

– Kochanie, Keira cię potrzebuje i ja. To nie byłoby takie złe, jeśli faktycznie Arnee znalazłaby kogoś pokroju Kettui. – Pedro spojrzał na Arnee surowo. 

– Znajdę, bez problemu.

Arnee zauważyła jego pomyłkę, ale zwracanie mu uwagi, wiedziała że tylko go rozzłości.

Rosita ćwierknęła głośno w proteście, pokręciła głową. 

– To mogę pobawić się z Reiem? Spójrz jaki jest smutny. – Arnee oparła o siebie uszy.

– Przez ciebie jest też głodny. – Przysunął Arnee ku wyjściu.

Rosita coś ćwierknęła. 

– Byliśmy ci jak rodzina, a ty zabijasz niewinnych i przywracasz do życia potwora? – Pedro uniósł głos.

– Moją mamę. – Arnee stuknęła racicami, w próbie zaparcia się nimi, gdyby użyła mocy feniksa Pedro w ogóle nie zdołałby jej ruszyć. Zatrzymał się z nią na korytarzu.

– Co zrobiłaś z Blakie? Ona by ci nie pozwoliła na to wszystko.

– No nie wiem, wywołała dwa końce świata.

– Daj mi z nią pomówić.

– Ale ona nie odpowiada. Przysięgam, sama próbowałam z nią rozmawiać.

Pedro zabrał pliszkę z jej grzbietu.

– Przepraszam za wszystko, proszę, nie nienawidź mnie.

– Trzymaj się z dala od mojej rodziny. – Zawrócił do środka.

– Znajdę kryształ! Postaram się bardziej, obiecuje!


~*~


Czas mijał, a Arnee wciąż nie mogła znaleźć całego, pomarańczowego kryształu, nie ważne jak długo szukała i jak wielu osobom przeglądała wspomnienia. Wystarczył tylko jeden, zabiłaby by uzyskać w nim istotę konia, nikt by się nie dowiedział o tej ofierze, powiedziałaby że znalazła go właśnie takiego.

– To może dzisiaj się zgodzisz? – zapytała Arnee siedzącej na półce skalnej pliszki. Tym razem ptak nie pokręcił jej w odpowiedzi głową, tylko przyglądał się swoimi ciemnymi oczami. 

– Zostaw nas! – Pedro zatrzymał się tak gwałtownie za Arnee, jakby rozmyślił się w ostatniej chwili przed szarżą na nią: – Dość szkód narobiłaś! 

Pliszka zerwała się do lotu, krążąc w panice po jaskini.

– Rosita! – Pedro pobiegł w ślad za nią, ale nie był w stanie jej dosięgnąć. Arnee uniosła się, łapiąc ją w ogon zanim pliszka uciekła na zewnątrz. 

– To mogę teraz znaleźć dla niej ciało? Już traci…

– Wypad mi stąd! – Pedro wyrwał jej pliszkę i wypchnął z jaskini, zasuwając wejście gwałtownie głazem: – Zostaw nas wreszcie w spokoju! Rosita odpowiedziała ci wiele razy że tego nie chcę!

– Nie mogę znaleźć pomarańczowego kryształu! Nie chcę by ona przepadła! Proszę!

– Wynoś się!


~*~

[Eepli]


Eepli czuła się na tyle komfortowo przy Cruzinie i Angusie że bez obaw wyciągnęła swoją ukochaną figurkę, będącą jej przyjaciółką od źrebieństwa, by mogła popatrzeć jak rzeźbi, okryła się materiałem w razie gdyby w pobliżu ktoś przechodził i ją zobaczył.

Straciła swoją przyjaciółkę w dniu ataku. Rozkruszyła się gdy na nią upadła. Lęk nigdy nie zniknął, stał się jedynie silniejszy odkąd nagle bez ostrzeżenia została uśpiona przez Cruzine, rzeźbiąc ukryta pod płachtą. Gdyby chodziła bez niej zauważyłaby jak ciotka wyciąga liściastą kulkę z pyłem nasennym. Gdyby tylko tak się nie brzydziła samej siebie, Rosita nie straciłaby na zawsze swojego ciała, z Arnee nie byłoby aż tak źle, ani z Mozzran, mogłaby uratować wszystkich. Przenieść w bezpieczne miejsce. 

Bez swojej figurki przejście w samotności choćby tego krótkiego korytarza wydawało się niemożliwe. Obejrzała się na rozmawiające niedaleko ciotki. Irutt leżała, Linnir stała przy partnerce, Eepli powiedziała im kilka minut temu że pójdzie zobaczyć do Arnee, zamiast nich. Siostra była tam na końcu korytarza, by się do niej dostać będzie sama najwyżej przez pół minuty. Całkowicie sama. 

“Eepli, dasz radę” przekazała jej Irutt. “Już zostawałaś sama, a to tylko przejście z jednej groty do drugiej.”

Nie była sama, gdy inni byli zajęci, figurka wtedy jej towarzyszyła, dbała o tego małego, kamiennego jednorożca, wyglądem przypominającego jej tatę, chowała zawsze w sobie i nigdy się z nim nie rozstawała, ale teraz zostały po nim tylko drobne kawałeczki, które zgubiły się, a część z nich zniknęła.

Eepli przebiegła przez korytarz tak szybko jakby ziemia się pod nią waliła. Dudnieniem dwóch par kopyt i racic dała znać Arnee o swojej obecności. Siostra rzuciła się na stosik grzybów, zakrywając je swoim malutkim ciałem. 

Miała pójść napić się tylko wody. 

– Nie mów nic, mamą, proszę! – zawołała.

Eepli wzięła ją w ogon, była tak mała w stosunku do niej że trudno było ją jej czasami złapać. Eepli uspokoiła się dopiero gdy poczuła kogoś przy sobie, zwłaszcza kiedy Arnee wtuliła się w jej gęste futro. 

– Nie mogę obiecać… – przyznała. W końcu chodziło o dobro Arnee.

– Eepli, proszę, będą na mnie złe, a ja muszę ich trochę zjeść, bo nie wytrzymam… Nie chcę by znów ktoś się na mnie złościł. Proszę!

– Ja się na ciebie nie złoszczę.

– Ty na nikogo się nie złościsz, to się nie liczy.

– Dlaczego? – Czy Arnee nie akceptuje jej tak jak myślała? Wierzyła że najbliższa rodzina akceptuje ją w pełni, o czym wielokrotnie mogła się przekonać.

– Wybaczyłaś nawet mamusi, prawda? Gdyby innym nie przeszkadzał twój wygląd wszyscy by cię lubili… A na pewno by wykorzystywali twoją dobroć, przez co miałabyś wrażenie że cię uwielbiają…

– Jest mi smutno że mama skończyła jako tak zła osoba i że nie da się jej pomóc, że nie miałam szansy nawet spróbować… Nikt mi nie powiedział że ona to Sasha.

– Ale mamusia… Mamusia cię nienawidzi i niczego by to nie zmieniło, a może i byłoby gorzej, bo by cię wykorzystała i zraniła. Nie potrafię jednak odbierać wspomnień… Eepli, przynajmniej ty będziesz mnie zawsze lubiła, prawda? – Arnee popatrzyła na nią z nadzieją.

– Tak.

– Jesteś moją ulubioną siostrą! Ty i Mozzran. – Uśmiechnęła się.

– Chciałabym zobaczyć mamę.

– Na pewno? 

– Tak, razem z tobą, nie chcę być tam sama…


~*~


Arnee chciała się przespać po grzybach, nie chcąc znów by inni widzieli jak na nią wpływają i jak głupia się po nich staje. Eepli tymczasem porzeźbiła obok wtulonej w nią siostry. Arnee wierciła się przez sen, Eepli okryła ją ogonem. Mała przebudziła się nagle, nieco zdezorientowana, rozglądając po grocie z zejściem do podziemnego źródła wody, z której wcale nie wyszły.

– Śnił ci się koszmar? – spytała Eepli.

– Tak… – Arnee schowała pysk pod jej ogonem: – Chodźmy już do mamy, zniwelowałam działanie grzybów. – Mała wyskoczyła z objęć siostry. Eepli ruszyła za nią, Arnee szła raźnym krokiem, oglądając się na nią z radosnym uśmiechem: – Mogłybyśmy zamienić się ciałami – zaproponowała.

– Nie. – Eepli cofnęła uszy.

– Hej, miałabyś moce Blakie! A mnie Mozzran by w końcu lubiła, nie powiedziałbyśmy nikomu.

– Nie.

– Próbowałam. 

– Jak mama cię teraz traktuje? Jest nadal świadoma?

– I to jeszcze jak! W pełni mnie nienawidzi.

Eepli starała się nadążyć za Arnee, wiele osób było od niej szybszych, użyła swoich mocy by zanurkować w podłożu i skrócić sobie przez nie drogę. 

– Idziemy na zewnątrz! – zawołała do mijanych mam Arnee. Linnir jej przytaknęła za bardzo zajęta rozmową już nie tylko z Irutt, ale też Cruziną i Pedro.

Eepli na zewnątrz odruchowo okryła się płachtą. Tym razem robiąc w niej dziury na chociaż górną parę oczu. Zabrały ze sobą martwego jelenia, Arnee dzięki mocy Blakie miała siłę go bez problemu unieść, trzymając go za nogę ogonem, lewitowała z nim. Przypominał Eepli jak żegnała się z zabitymi jednorożcami, jej tatą, dziadkami, wujkiem i całą resztą, nawet na końcu swojego życia byli uwięzieni w metalowych rzeźbach które zrobiła jej mama… Przypomniał też o Komecie. Uroniła łzy jeszcze przed dotarciem do Kettui. Sępica wylądowała na jej grzbiecie. Arnee upuściła jelenia na ziemię, ale sęp pozostał.

– Mamusiu, jedzenie – powiedziała Arnee.

Ptak siedział na Eepli odwrócony do swojej najmłodszej córki tyłem. Bez życia, strosząc pióra jak w chorobie.

– Mamusiu, przestań, Eepli i tak cię nie uwolni, miałaś już szanse.

Eepli była ostatnią osobą na świecie, u której mama szukałaby pomocy, musiała być naprawdę zdesperowana, skoro w ogóle się nią nie brzydzi.

– Czy mama musi być sępem? – zapytała Eepli.

– No tak, inaczej nigdy mnie nie polubi, jako ptak zatraci własne ja i zacznie mnie lubić, dzięki temu że daje jej jeść. Nie ma innego sposobu. Ciebie też polubi, jak tylko zdziczeje możemy zacząć ją oswajać.

Sępica obejrzała się na Arnee, skrzecząc przeraźliwie, jakby chciała ją rozszarpać.

– Proszę, nie rób tego, to zbyt okrutne, czy mama nie może być sobą, pozbawioną jedynie magii i umiejętności telepatii?

– Wtedy nigdy mnie chociaż nie polubi. – Uszy Arnee opadły, uśmiechała się pod nosem, przysłoniła pysk ogonem, wpatrując się w ziemię. Czy Arnee zaczęło sprawiać radość krzywdzenie mamy? 

– Ale ona cierpi.

– Nie bardziej niż inni, których skrzywdziła, jeśli zrobię to czego chcesz to wszyscy się ode mnie odwrócą, mamusia też i od ciebie też mogą. Mamusi nic nie jest, jest cała i zdrowa, sępy mogą nie jeść długi czas.

– Dlaczego sęp?

– Nie podoba ci się mój pomysł?

– Mamie łatwiej byłoby jeść coś innego niż padlinę, możesz chociaż wybrać inny gatunek ptaka? Taki co żywi się ziarnami?

– Mozz się to nie spodoba, A mi bardzo zależy by mnie zaakceptowała.

– Arnee, to nasza mama, jest zła, ale gdyby nie ona nigdy byśmy nie pojawiły się na świecie i mimo wszystko utrzymała nas przy życiu, karmiła mlekiem… – Eepli trudno było znaleźć coś więcej, co zrobiła dla niej mama, nawet karmienie mlekiem, było koszmarne w jej wykonaniu, brzydziła się gdy Eepli je ssała, a ono lało się po jej pyskach, musiała napełnić dwa żołądki, więc jedzenie trwało zawsze dwa razy dłużej, mama szybko zrezygnowała z karmienia ją normalnie, umieściła w jej przełykach rurki i tak podawała mleko, często wcale ich nie wyjmując.

– No, bawiła się ze mną i mną. Nauczyła nie spać za dużo i mnóstwa różnych sztuczek. Myślałam że mnie naprawdę kocha, że jestem jej córeczką…

Eepli posadziła sępa na padlinie. Kettui sparaliżowała jej dolną żuchwę i język trzymając ją tak długo w metalu aż straciła w nim czucie, a mięśnie zanikły, prosiła mamę by jej to zdjęła, a ona za każdym razem mówiła że to dla jej dobra, że będzie szczęśliwsza i w pewnym sensie to rozwiązało problem z jej podwójnym głosem, ale znacznie utrudniło jedzenie i nie musiała sparaliżować jej wargi w wieczny, upiorny uśmiech. Jeszcze bardziej oszpecić ciało, miała mnóstwo innych planów i gdyby Eepli nie odkryła swojej mocy, będącej jednocześnie jej magią, której mogła użyć zamiast niej – bo jej magię Kettui zablokowała kawałkiem metalu na jej rogu – a potem nie odważyła się sprzeciwiać matce, bała się nawet myśleć co mama by z nią zrobiła.

– Mamo, tak mi przykro że nie potrafisz kochać… Chciałabym byś była szczęśliwa i dobra.

Sępica pokiwała jej głową, dotykając skrzydłem jej ogona, wpatrywała się w nią błagalnie.

– Arnee, proszę, zamień ją w…

– Eepli – przerwał jej głos Linnir, przyszła za nimi: – Nie wierz Kettui, proszę, ona chce cię wykorzystać.

– Wiem, ale mama cierpi w tej postaci, zgadzasz się na to?

– Tak długo dopóki reszta jest bezpieczna. Chodźcie, zjemy coś razem. 

– Ale mama…

– Porozmawiamy o tym na miejscu, z dala od Kettui. Eepli, proszę.

– Smacznego, mamusiu, to najświeższy jeleń jakiego znalazłam. – Arnee minęła padlinę i siedzącego na niej sępa. 

Linnir patrzyła na nią z niepokojem w zielonych oczach.

– Arnee, to nie tak że ptaki są od nas mniej rozumne – powiedziała, gdy ruszyły w trójkę drogą powrotną.

– Nie?

– Każdy gatunek ma swój własny język i swoje własne zwyczaje, zupełnie jak my, po prostu zbyt długa przemiana sprawia że tracimy rozum.

– Dlatego Rosicie tak nie podobał się ten pomysł.

– Myślę że i tak by wolała tego uniknąć.

– Ale gdyby to była pliszka, to umieściłabym ją w jej teraźniejszym ciele i problem z głowy, nikt by nie ucierpiał… Tylko wciąż szukam pomarańczowych kryształów.

– Pomożemy ci.



⬅ Poprzedni rozdział

piątek, 5 czerwca 2026

|| Czarny kamień ||

[Hexe]


– I jak? Chyba lepsze to niż przepiórka? – zapytał obcy, jak Hexe tylko się ocknęła. Wspomniany ptak, szalał w małej klatce, stojącej blisko wyjścia. Dopóki nie zabrał jej kolejny jednorożec, wchodząc i wychodząc bez słowa. 

– Powiesz coś? – Obcy niemal się roześmiał. Hexe obejrzała się słysząc jak ktoś wchodzi do środka – Cruzina.

“Mozzran uciekła.”

– Tylko ona? – zapytał obcy.

“Tak.”

– Poszło nam lepiej niż bym się spodziewał.

– Wytropię ją. – Przyszła Faith, choć Hexe już domyśliła się że to tak naprawdę tylko jej ciało, ktoś inny w nim teraz przebywał, tak jak w Cruzine. 

“Jej zapach może znikać gdy się przemienia.”

Przebywająca w Faith, unosiła wargi, poruszając językiem i co chwilę otwierając pysk, jakby było jej bardzo niewygodnie w tym skradzionym ciele.

– Idź z nią. – Obcy spojrzał na Hexe. Podniosła się.

Przebiła jego klatkę piersiową promieniem, aż po sam zad, upadł z szokiem wypisanym na pysku, łapiąc urwane w połowie, ostatnie, charczące oddechy. Krew wylała się z jego ciała na ziemię, docierając aż do kopyt Faith. Hexe zwróciła świecący róg w stronę będącej w Cruzinie. Obca wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami.

– Powiedz mi, samej Śmierci, co zrobiliście i po co?

“Nie zabijesz jej. Nie miałaby dokąd wrócić.”

– To tylko ciało. – Hexe raniła ją w bok, kolejnym promieniem. Obca krzyknęła niemo, przyciskając ogon do krwawiącej rany.

“Kettui kazała…” Wycofała się na korytarz.

– Jak? – Z tego co było jej wiadomo Blakie pochłonęła Kettui i ta nie powinna istnieć.

“Telepatycznie, wszystko pamięta, mieliśmy plan, wszystkich was podmienić i sprawić że Arnee uwierzy że jej nienawidzicie, Kettui chce jej moce. Kryształ na nią nie zadziałał, pewnie dlatego że Blakie w niej jest. Żaden. Próbowaliśmy wielokrotnie.”

– Uśpij ją. – Hexe wskazała jej ogonem na będącą w Faith, zauważając że ogon Cruziny jest cały w usypiającym pyle. Obca przytknęła go do chrap Faith.

– A teraz zabierz mnie do Arnee.

Wyszła, a Hexe podążyła za nią, wybiegła jej na zewnątrz. Wprost przed tłum obcych jednorożców, wśród nich widziała też resztę, która przejęła ciała jej członków stada.

“Klątwa jest sobą!”

Zanim z ich rogów uwolniła się magia, trafiła w nich szerokim, świetlnym promieniem, przepoławiając ich ciała. Już gdy ich zobaczyła wiedziała że ten kto pierwszy uderzy ten przetrwa. Obcy w Angusie, Rosicie i Postrachu ledwie uskoczyli z pola rażenia, wraz z kilkoma innymi jednorożcami, ci którzy rzucili się do ucieczki zostali przebici.

– Gdzie jest Arnee?! – krzyknęła Hexe.

Zabiła kilku kolejnych, w końcu jeden z nich poddał się.

– W swojej jaskini! – krzyknął desperacko.

Hexe wbiegła do środka, będąca w Cruzinie nie ruszyła się nawet gdy obok niej przebiegła, w szoku patrząc na rozczłonkowane ciała.

Arnee, z prętem wbitym głęboko w jej głowę leżała przy samej Irutt. Irutt spojrzała na Hexe, jej oczy były wyjątkowo puste.

– Co tu robisz?

Hexe doskoczyła do Arnee, wymierzając w stronę Irutt świecący róg, ogonem złapała za pręt.

Irutt uśmiechnęła się do niej złowrogo. Ogon Eepli zacisnął się wokół ciała Hexe, uniósł ją wysoko, pod samo sklepienie, gdy Eepli wynurzyła się na powierzchnię.

– To zabawne że ty jedna myślałaś że wszystkich uratujesz. Taki żałosny odpadek, którym jesteś – powiedziała Irutt. Hexe próbowała złapać oddech, Eepli zaczęła ją miażdżyć. Jej róg świecił i gdy Hexe biła w nią nogami, przenikały przez jej ciało.

– Zarazisz… – wykaszlała Hexe.

– Nie martw się, mam wszystko pod kontrolą – Irutt chodziła wokół nich: – Co za niespodzianka że na ciebie też nie działają kryształy. Szkoda, chyba będziesz musiała popływać sobie w lawie, tam gdzie od początku było twoje miejsce.

Hexe trafiła promieniem w głowę Eepli, na tyle słabo by tylko ją ogłuszyć. Eepli przewróciła się z hukiem, Hexe wyrywła się z jej ogona. Na pysku Irutt malował się szok, nie zdążyła się przemienić, a Hexe posłała w jej kierunku małą eksplozje światła, na tyle słabą by nie uszkodzić skóry, ani rogu, w który trafiła.

– Sądziłaś że klątwy można pozbyć się tak łatwo? – Trafiła go znów światłem, reagując na kolejną próbę przemiany, posyłając Irutt na ziemię.

– Czym ty jesteś? Feniksem? Nie powinnaś móc jej trafić, używała magii!

– Jestem klątwą. – Ogłuszyła ją podobnie jak Eepli. 

Wyrwała pręt z głowy Arnee.


~*~


[Linnir]


Ocknęłam się w klatce, niósł ją jeden z jednorożców.

– Nie! – Rzuciłam się do przodu odkrywając że mam skrzydła i ptasie nogi, złapałam nimi za pręty szarpiąc je. Próbowałam przegryźć je dziobem. Nieśli jeszcze więcej ptaków. Przepiórkę, która ćwierkała do nich zaciekle, obijając skrzydłami o pręty, kruka, który siedział napuszony z całkowicie zrezygnowanym spojrzeniem, łabędzia z głową między prętami, rozglądającego się i drżącego, puchacza, patrzącego prosto na mnie; reszta, gołąb, zimorodek, pliszka, biała czapla i wróbel wciąż spali.

“Arnee?” spróbowałam, ale córka nie dawała mi żadnej odpowiedzi.

Jednorożec zbliżył do mnie głowę.

– To koniec, Linnir, przegraliście.

– Dlaczego to robicie?! Kettui już nie żyję!

– Nie żyję, mówisz?

Pliszka obok przebudziła się, w panice próbując latać w zbyt ciasnej klatce, wpadała na jej ściany.

– Zrobisz sobie krzywdę! Przestań! – Próbowałam sięgnąć do niej nogą.

Zatrzymała się na środku klatki, ćwierkając do mnie.

– Jestem ciekaw, rozumiesz co mówi? – zapytał jednorożec.

– Wypuście nas! – krzyknęłam.

– Wypuścimy, Kettui przygotowała dla was piękne nowe domy, jak już stracicie rozum będziecie ją uwielbiać, z wyjątkiem ciebie, ty będziesz na to wszystko patrzeć. Chyba że tym razem jednak oszalejesz.

– Co z tego macie że ją słuchacie? Po co to wszystko?

– Dla władzy, poza tym każdy ma już dość feniksów, przy Kettui przynajmniej mamy zapewnioną przyszłość.

– Ona jest szalona, jeszcze zniszczy was wszystkich.

– Cóż, jak dotąd była dla nas dość dobra. Zresztą mamy wiele wspólnych zainteresowań.

– Co zrobiliście z resztą?

Uśmiechnął się szyderczo w odpowiedzi.


~*~


[Hexe]


“Mozzran, gdziekolwiek jesteś nie daj im się znaleźć” przekazała jej Hexe, bez gwarancji że odbierze jej wiadomość: “Kryształ na mnie nie zadziałał, całą resztę podmienili.”

“Umrę…” odpowiedziała Mozzran.

“Nie umrzesz, musimy czekać aż Arnee się ocknie, wszystko wróci do normy, uwolniłam ją. Kettui próbowała zmusić ją do oddania mocy Blakie.”

“Otrułam się…”

“Mozzran…” Zabrakło jej słów, z frustracji uderzyła racicą w ziemię, był to pierwszy raz kiedy rozmawiały: “Gdzie jesteś?” – Wzięła Arnee na grzbiet. 

“Chcę zobaczyć Linnir… Proszę…”

“Pokaż mi gdzie jesteś, będziesz musiała zadowolić się mną.”

Pobiegła jak tylko Mozzran wskazała jej drogę, mając z tyłu głowy że to może być pułapka. Na miejscu nie zastała Mozzran, rozglądała się wokół z świecącym rogiem, trzymając mocno ogonem nieprzytomną Arnee. Poszła dalej, przed siebie, w końcu trafiając na Mozzran, ukrytą w gęstych krzakach.

“Nie rób mi krzywdy…” Mozzran leżała nieruchomo, z zamkniętymi oczami i płytkim oddechem. “Nie chciałam go zabić…”

“Nie wiem o kim mówisz”

Nagle Hexe zobaczyła przed sobą kilka umierających jednorożców, leżących w półokręgu przy trujących krzewach, a w kolejnej chwili widziała jak czarny ogon wręcza im po kawałku czarnego, brudzącego czernią kamienia, tak jakby sama to robiła.

– Węgiel zneutralizuje trucizne. – powiedział obcy głos, należał do ogiera, to nie mogła być ona: – Musicie go zjeść, pospieszcie się.

– Nic z tego klątwo, to ty to na nas sprowadziłeś! – krzyknął jeden z konający.

To wspomnienie innej klątwy.

– Liście którymi się najedliście były trujące…

– Tam jest! Musimy go zabić! – Przybiegły inne jednorożce.

Wspomnienie urwało się gwałtownie, a Hexe poczuła ostry ból w boku. Wracając do rzeczywistości zauważyła kilka kawałków węgla pogrzebanych w ziemi wokół pnia młodego drzewa. Złapała jeden z nich zupełnie nie osłoniętym ogonem, pilnujac by Arnee nie zleciała z jej grzbietu.

“Musisz to zjeść, jest okropne w smaku, ale to jedyne co może cię teraz uratować.”

Mozzran otworzyła nieznacznie oczy, Hexe z wahaniem podsunęła węgiel tuż przed jej chrapy.

“Zneutralizuje trucizne, musisz potem dużo pić.” Wiedza sama napływała do jej umysłu. 

Mozzran spojrzała na nią, przyćmionymi bólem oczami.

“Umierasz i tak, czy nie warto spróbować mi zaufać?”

“Nie chcę by bolało bardziej…

“Pospiesz się” Hexe podeszła bliżej, przyglądając się swojemu ciału, na razie nie krwawiła. Mozzran złapała w zęby kamień, wpatrując się w Hexe z łzami w oczach.

– No dalej – powiedziała do niej: – Chcesz jeszcze zobaczyć rodzinę, prawda? Czy wolisz by znaleźli cię martwą?

“Oni… Zabrali ich…”

– Wrócą, gwarantuje ci to. Jedz.

Przegryzła kawałek, z grymasem na pysku, z trudem połknęła lekarstwo.

– Cały – podkreśliła Hexe.

– Nie, proszę… – jęknęła Mozzran.

– Umrzesz jeśli go nie zjesz, rozumiesz?! – Gdyby mogła sama wepchnęła by jej go do pyska i przydusiła trochę by go połknęła.

Mozzran kasłała, czerń spieniła jej się na pysku, końcem końców połknęła cały węgiel. Hexe zmusiła ją do wstania, podpierając ją z boku. Była tak słaba że praktycznie ją ciągnęła. Aż do pobliskiego strumienia. Ukryły się w krzakach. Arnee zsunęła się z niej, złapała ją ogonem.

– Pij, szybko.

– Nie chcę już… – wymamrotała cicho Mozzran: – Niedobrze mi…

– Pij!

Przestraszyła się na tyle że wzięła parę łyków. Po czym Hexe pozwoliła jej się położyć.

– Mama… – Mozzran przysypiała: – Mamo…

Hexe ułożyła się na przeciwko niej, chowając przednie nogi pod sobą, Arnee położyła przy swoim boku. Wokół panowała cisza, a wiatr rozwiewał włosy zaplątując je w stukające na wietrze gałęzie.

– Tirre… – jęknęła Mozzran: – Nie… Proszę nie!

– To tylko zły sen – powiedziała do niej Hexe, Mozzran majaczyła dalej. Głowa Arnee powoli się odbudowywała.

“Oddaj mi Arnee odmieńcu” przemówiła do niej Kettui, jej głos był obcy, nie przypominał głosu nikogo ze stada, w tym głosu Sashy, którą Hexe osobiście podejrzewała o bycie Kettui. “Mam wszystkich na których ci zależy, byłoby szkoda ich teraz zabić, są tak różnorodnie upierzeni…”

“Zrób to.”

“Myślisz że blefuje?”

“Poświęciłam zbyt wiele byś zniszczyła ten świat, mogę poświęcić też ich.”

“Ach tak? Od kogo chcesz zacząć? Może od Irutt?”

Hexe odrzuciła jej kolejne telepatyczne wiadomości, czując jak próbuje wedrzeć się do jej umysłu.

Arnee otworzyła oczy.

– Mozz! – Od razu znalazła się przy Mozzran, opierając racice na jej łopatce, trącała ją nią, po chwili oparła też drugą.

– Kettui podmieniła wszystkich, oprócz naszej trójki – powiedziała Hexe.

– Mamusia…? – Arnee obejrzała się na nią zrozpaczona: – Wymazałam jej wspomnienia, to nie możliwe…

– To była cały czas Sasha?

– Nie mogłaby!

– Skontaktowała się ze swoimi podwładnymi, telepatycznie. Nie wymazałaś jej żadnych wspomnień. Co jest z tobą nie tak, źrebaku?

Arnee spuściła wzrok, wpatrywała się przez chwilę w ziemię, zaśmiała się nerwowo, przytykając ogon do pyska.

–  No przecież… – mruknęła, jej ton balansował między rozbawieniem a rozpaczą: – Noor też nie wymazałam wspomnień.

– Noor? A dlaczego…?

– Nie ważne!

– Zamierzasz to tak zostawić?

– Nie! Powstrzymam mamusie… Bo nic jej nie zrobiłaś? – Popatrzyła na Hexe z opadniętymi uszami.

– Zabiłam dziś mnóstwo osób, zginęli z twojej winy Arnee.

– Nie moich przyjaciół! – Źrenice Arnee się zwięziły, a uszy jeszcze bardziej opadły.

– Zabiliby mnie, gdybym nie trafiła w nich pierwsza. Przed chwilą twoja “mamusia” groziła mi że zabije Irutt i całą resztę jeśli jej cię nie oddam.

– Nie! – Arnee poleciała już. Mozzran spojrzała na Hexe do połowy otwartymi oczami, jej wargi drgnęły nieznacznie, a łzy wypłynęły z oczu.

– Za chwilę odzyskasz swoje mamy – stwierdziła Hexe, nie wiedząc tak naprawdę czy mówi jej prawdę i czy Mozzran przeżyje, ale lepiej, jeśli to miał być jej koniec, by odchodziła w spokoju.


Czym ty jesteś? Feniksem?


Hexe spojrzała na swoje przednie nogi, oglądając własne racice. A co z resztą klątw? Czy one wszystkie są feniksami? Czy ich magia jest po prostu silniejsza od magii innych jednorożców? To miałoby więcej sensu niż to co myślała Kettui. Zwłaszcza że klątwy miały przecież unicestwić wszystkie jednorożce, a może i całe życie na Ziemi.


~*~


[Linnir]


– Mozzran?

Ptaki kręciły głowami, oprócz przepiórki, ćwierkała z całych sił za odchodzącymi jednorożcami, zostawili nas w tych ciasnych klatkach, stawiając je jedna na drugą, w jednej z grot, w kryjówce Kettui.

– Zaskoczyli nas… – odezwała się samica kruka. 

Wszyscy próbowali mówić, ale dotąd tylko naszej dwójce się udało. Inni zagłuszali nas różnymi ptasimi odgłosami. 

– Poszłyśmy daleko za granice, popływać – dodała: – Kiedy się wynurzyłam już złapali Cruzine, a potem mnie. Byłyśmy zbyt pewne i mało ostrożne.

– Celeste?

– Tak. Przepraszam.

– Nie przepraszaj, miałyście do tego prawo. Nie da się być cały czas czujnym. Powinnam była być bardziej podejrzliwa wobec Arnee. Powinnam być bardziej stanowcza i nie pozwolić Sashy z nami zamieszkać…

Celeste zerknęła na łabędzia, który na nas patrzył i jako jedyny nie wydawał żadnych dźwięków.

– Cruzina? – spytałam.

– Tak – odpowiedziała Celeste: – Byłyśmy pierwsze.

– Słyszałem jak ktoś z nią rozmawia – powiedział jeden z jednorożców, wchodząc do środka z towarzyszem – jednorożcem niosącym wcześniej moją klatkę. 

– Myślałem że tylko papugi naśladują mowę innych gatunków.

– Mówię co słyszałem.

Przyglądali się nam. Wszyscy ucichliśmy, jedynie przepiórka uderzała sobą o klatkę, próbując ją strącić.

– Który to? – Podszedł bliżej. Celeste patrzyła na niego, nie otwierając dzioba: – Nie jesteście zbyt rozmowni.

– Dziwisz się? – zapytałam.

– Ciekawe czy zdolność mówienia pozwala nie zwariować czy raczej nie ma na to wpływu?

– Ja się zastanawiam dlaczego Kettui musi tak wszystko komplikować? – powiedział pierwszy z jednorożców.

– Ptaki przecież łatwiej upilnować niż jednorożce.

– Równie dobrze mogli być rybami, albo jednym gatunkiem ptaków, jak ten wróbel, zupełnie bezproblemowy, ogon mnie boli od taszczenia tego łabędzia.

– Nie marudź, nie niosłeś go sam i nie skakał po całej klatce tak jak ona. – Wymierzył we mnie krzywe spojrzenie: – Chodźmy coś zjeść. – Wyszedł.

– Z karmieniem ich też będzie problem. – Drugi poszedł za nim.

– Może mama miała rację i powinniśmy byli ich zabić – skomentowała cicho Celeste. 

– Ivette tylko myślała jak dopaść Blakie – zauważyłam.

– Nadal stanęłabyś w ich obronie?

– Rozpoznajesz pozostałych? – Popatrzyłam na ptaki, pliszka obok mnie przymykała jedno z oczu i nieco przechylała głowę: – Rosita?

Skinęła głową. Czapla krzyczała regularnie, nisko przysiadając na dnie klatki.

– Faith?

Nie odpowiedziała, ale spojrzała na mnie zlękniona.

– Ivette? – Spojrzałam na wciąż szalejącą przepiórkę.

– Mamę chyba zostawili, jej nie dałoby się zamienić ciałami – powiedziała Celeste: – Nie budzi się…

– Pedro?

Wróbel ćwierknął głośniej, zdradzając w swoim głosie oburzenie.

– Wybacz… 

Gołąb wydał z siebie dźwięk podobny do śmiechu.

– Postrach?

Przytaknął.

Wróbel pokręcił głową, spojrzał na pliszkę. Puchacz patrzył na mnie nieco przygnębionym wzrokiem, a zimorodek podleciał do góry, zaczepiając się niewielkimi szponami o pręty.

– Noor?

Skinął głową.

– I Angus – Odwróciłam się do puchacza, skinął głową, na moment zamykając oczy.

– Linnir, te klatki otwierają się od góry – powiedziała Celeste, uderzając kruczym dziobem o zamknięcie, owijał się na nim cienki łańcuch scalony prawdopodobnie czyjąś magią lub mocą.

Machnęłam skrzydłami, rzucając się szponami na górę klatki, upadłam na grzbiet, a ona ani trochę drgnęła. 

– Hexe? – zwróciłam się do przepiórki, usadowiła się w kącie klatki, omiotła mnie wrogim spojrzeniem, była cała poobijana, aż do krwi: – To ty?


~*~


[Arnee]


– Mamusiu! – Arnee wróciła do ich domu, na korytarzu zobaczyła jednorożca z rogiem wbitym głęboko w brzuch Irutt, na ziemi leżał zielony kryształ, zarówno Irutt jak i obca była ranna. Wyciągnęła róg z brzucha Irutt, pozwalając opaść jej na ziemię.

– Arnuś. – Uśmiechnęła się do Arnee. 

Mała znalazła się w mgnieniu oka przy swojej rannej mamie. 

– Mamusiu! – Oparła o nią przednie racice, mając zbyt mało mocy by zasklepić jej ranę. Mogła jedynie połączyć skórę lekko ją stapiając.

– Arnee… – wyszeptała Irutt, otaczając ją ogonem i delikatnie opierając go o nią.

– To nie moja wina, ostrzegałam Hexe, ale ona nie chciała słuchać. – Kettui okrążyła je w ciele obcego jednorożca: – I tak mamusia była wyrozumiała, Arnuś, tylko ją otruła. Mogę dać ci antidotum w zamian za twoje moce.

Arnee skoczyła na równe nogi.

 – A, a, tylko zbliż się by mnie dotknąć, a Eepli straci głowę. – Ostrzegła Kettui, odsuwając się: – Wątpię byś przebiła się na czas przez tyle warstw ziemi. To jak będzie? – Przesunęła do niej ogonem pomarańczowy kryształ: – Umieść tu grzecznie moce Blakie i mi podaj.

– Ale to tak nie działa, muszę cię dotknąć.

– Nie jestem głupia, robaczku. 

– Trucizna na mnie nie zadziała – Irutt obróciła się na brzuch, z stęknięciem. Arnee podparła mamę z boku: – W jednym z cyklów otruto moich bliskich i ja też miałam kontakt z tą trucizną, a mimo to nic mi nie było.

– Oj, nie wiadomo czy teraz nic ci nie będzie.

– Żałuje że cię nie zabiłam, mogłam to przewidzieć…

– Zamknij się! – Kettui uniosła ogon, jakby chciała ją uderzyć, po chwili ukryła go za sobą: – Arnee, oddaj mi moce albo Eepli zginie! 

– Gotowe – oznajmiła Arnee.

– Co jest gotowe?

– Odcięłam cię od telepatiii innych – odpowiedziała z ekscytacją Arnee: – Zamieniłaś resztę ciałami z ptakami, doskonały pomysł! – Podeszła do Kettui: – W ten sposób będziesz mogła się zmienić!

– Nie. Odejdź ode mnie! – Kettui zaczęła się cofać.

– Dlaczego mamusiu? W końcu wszystkich polubisz, wystarczy że będziemy się dobrze tobą opiekować.

– Oszalałaś!

– Przecież chciałaś zrobić im to samo, mamusiu, musisz dostać karę. To dla twojego dobra. – Arnee wylądowała przy jej przednich nogach dotykając ich ogonem. Kettui osunęła się na ziemię, a Arnee oparła się na jej szyi, wtulając się w jej głowę.

– Zawsze będę cię kochać, mamusiu – szepnęła jej na ucho.


[Mozzran]


Mozzran obudziła się w swojej grocie, pierwsze co widząc to sierść Irutt pobrudzoną krwią. Poderwała głowę, nie mając siły unieść reszty ciała.

– Już po wszystkim – powiedziała Irutt, pomimo tych słów wyglądała na załamaną: – Hexe nas ocaliła.

Mozzran położyła z powrotem głowę, zwracając ją w stronę ściany.

– Musisz znów go zjeść. – Irutt podsunęła jej ogonem kawałek węgla, Mozzran zacisnęła wargi, umykając pyskiem bliżej swojej klatki piersiowej.

– Jedna bryłka nie wystarczy, Mozzran. Musisz przyjmować go co kilka godzin. 

Mozzran odwróciła się grzbietem do Irutt, zaraz czując na nim dotyk jej ogona. Otworzyła szeroko oczy.

– Przestań! – krzyknęła rozpaczliwie, jej mało widoczne źrenice przysłoniły dodatkowo łzy: – Weź sobie moje ciało i magię i zabij mnie w końcu!

– To ja, córeczko, nie zdołali znów wyrwać mnie z mojego ciała, kontrolowali mnie zielonym kryształem, tak jak Eepli, ale już ich tu nie ma… Wszystko będzie dobrze.

Naprawdę myślą że jak usłyszy to milion razy to w końcu w to uwierzy?

– Nie! Wcale nie jest dobrze! Nigdy nie jest dobrze, tylko przez chwilę, w przerwach między kolejnymi tragediami!

Irutt przysunęła się do niej, obejmując ją bez słowa, Mozzran zaszlochała, nacisnęła na bok Irutt ogonem, ale nie miała dość sił by ją od siebie odsunąć.

– Ty nie jesteś moją mamą…

– Jestem – jej głos prawie się załamał, zachowywała się tak prawdziwie, ale Mozzran nie zamierzała dać się nabrać: – Wszyscy już wracają do swoich ciał. Wkrótce zobaczysz Linnir… 

– Mozzran – Przyszła Eepli. Mozzran wyrwała się Irutt tylko po to by zaraz spróbować nabić się na jej róg, Irutt złapała ją w ostatniej chwili, czubek jej rogu już zanurzył się w spodzie pyska Mozzran i parę kropli jej krwi spadło na grzbiet nosa jej matki. Eepli złapała siostrę w ogon.

– Nie! Nie! Zostaw mnie! – Mozzran miotała nogami i ogonem w powietrzu.

– Eepli puść ją.

Eepli jedynie spuściła głowę, przytrzymując w powietrzu Mozzran, dopóki ta nie przemieniła się w ogień, natychmiast wylądowała na ziemi, Eepli syknęła z bólu, chroniąc się przed gorszymi poparzeniami własną magią. Jej ogon przechodził przez Mozzran nie mogąc już jej złapać.

– Jak masz nam uwierzyć że my to my? Jak mamy ci to udowodnić? – zapytała Irutt przez łzy. Magia Mozzran nagle osłabła, z brzucha osunęła się na swój bok. Irutt znalazła się przy niej.

– Musisz wziąć kolejną dawkę leku…

– Proszę…

– Będziemy musiały podać ci go na siłę, nie pozwolę ci umrzeć tak jak Arnebowi – Irutt objęła ją ogonem. Mozzran poderwała niespokojnie głowę, niemalże, gdy znów zasłabła, uderzając nią o ziemię.

– To nie twoja wina.

– Przecież… Ja go…

– Nie winię cię za to, tylko Kettui. Proszę, weź go. – Irutt znów podsunęła jej kawałek czarnego, brudzącego kamienia.

– Nienawidzę cię – powiedziała desperacko, te dwa słowa z łatwością zraniłyby prawdziwą Irutt.

– D-dobrze… – wydusiła, roniąc gwałtownie łzy: – Ale musisz go wziąć… – Przetarła je ogonem.

– I go też nienawidzę, zrobiłabym to znowu, nawet jakbym nie musiała. – Spojrzała na nią tak jakby to było prawdą. Zaszokowane spojrzenie mamy wydawało się prawdziwe, ale Mozzran wciąż trudno było uwierzyć. Przymknęła oczy gdy ogon mamy znalazł się znów blisko. Irutt oparła go na jej łopatce, próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła nagle wydusić ani słowa.

“Weź lekarstwo” przekazała za pomocą magii, wyglądając na zrozpaczoną.

Mozzran zdusiła w sobie szloch, to był jedyny sposób jaki przyszedł jej do głowy, by miała jakikolwiek dowód, ale czy Kettui nie zna już jej zagrań? W przeszłości testowała tak już obie mamy i to nie raz. A może Irutt wiedziałaby że kłamała? A Kettui teraz…

Mama spojrzała na Eepli. Mozzran złapała kawałek węgla w zęby, już wolała sama zjeść go na siłę niż gdyby ktoś miał jej go wciskać do gardła.


[Hexe]


Arnee wróciła z całym stadem ptaków różnych gatunków. Po czym po prostu zostawiła wszystko do ogarnięcia Hexe. Ta od razu wycelowała róg w stronę podmienionych.

– Ruszać się.

“To gorsze od śmierci.” stwierdziła będąca w Cruzinie “Stracimy wszystkie wspomnienia, naszą osobowość, możliwość logicznego myślenia…”

Ptaki przysłuchiwały się jej. Hexe zauważyła że jedno z nich zniknęło, przeliczyła ich parokrotnie, ale ich liczba się nie zgadzała.

– Znajdę wasze rodziny i je powybijam! Chcecie tego? – Na razie musiała zająć się resztą.

– To przemiana permanentna… – wydukała będąca w Noor.

– Nie obchodzi mnie to. Nie mam dla was żadnej litości.

– Nie mieliśmy wyboru! – krzyknął będący w Postrachu: – Grozili nam, tak jak ty teraz nam grozisz. Nasze rodziny zginą tak czy tak, albo ty, albo oni ich zabiją.

– Jeśli mówisz prawdę to zastanowimy się co zrobić z wami dalej, może i wam pomóc, ale musicie współpracować. Czy to jasne?!

Kilkoro z nich pokiwało głowami.

– Więc zwróćcie im ich ciała.

Pierwszy ruszył właśnie będący w Postrachu, zaraz za nim szła już po kolei cała reszta. Ptaki podlatywały do nich, siadając na ich grzbietach, bądź dając się dotknąć pyskiem już w powietrzu. Będąca w Rosicie złapała za róg Hexe, gdy ta tylko przeniosła wzrok na innych.

– Puść mnie! – Hexe czuła że wciąż może używać magii, ale to oznaczałoby że ciało Rosity stanie jej na drodzę, że uszkodzi jej głowę: – Bo cię zabiję, wcale nie blokujesz mi magii.

Kilka ptaków atakowało zażarcie głowę Rosity, a kilka innych zaczęło z nimi walczyć. Zacisnęła oczy jeszcze mocniej wbijając zęby w róg Hexe. Gdy podmienieni ruszyli na Hexe, ta nie miała już wyboru. Szarpnęła się do tyłu, nieskutecznie.

– Uciekać! – krzyknęła, tuż przed tym gdy promień przebił się przez głowę Rosity, posyłając jej kawałki na ziemię. Zwróciła od razu róg w stronę podmienionych. Zatrzymali się raptownie, wycofali. Szczątki Rosity spadały z jej głowy.

“Arnee!!!” zawołała telepatycznie, pełna gniewu. Od razu powinna zmusić ją by się tym zajęła, to ona w końcu doprowadziła do całego tego bałaganu.


[Irutt]


Spora niebiesko-czerwona papuga wylądowała na moim grzbiecie, po samym jej spojrzeniu poznałam że to Linnir, wtuliłam do niej głowę.

– Musiałam najpierw was zobaczyć… – przyznała. Mozzran spała. 

– Mozzran naprawdę nienawidziła Arneba? – zapytałam słabym głosem.

– Tak ci powiedziała? Nie miała tego na myśli. Próbowała tylko cię przetestować.

Linnir opowiedziała mi raz jak Mozzran naraziła ją na atak kłyk i jak czasami mówiła różne prowokujące słowa: – Upewnia się że jest bezpieczna – Oparła głowę na mojej szyi, hacząc dziobem grzywę.

– Lepiej bym nie wiedziała, teraz moje reakcje nie będą naturalne… 

– Nie wiem czy to najlepszy sposób na radzenie sobie, wolałabym nauczyć ją czegoś innego…

– Mamusie, Hexe jest na mnie wściekła, chyba się coś stało… – powiedziała Arnee, zadzierając łebek, leżała w moich przednich nogach.

– Chodźmy tam – Linnir wzniosła się w powietrze: – Zostań przy niej.

Arnee już pomknęła na miejsce.

– Nie zamierzałam zostawić jej tu samej, próbowała się zabić, dwa razy… 

Nim Linnir odleciała, posłała mi jeszcze jedno zaniepokojone spojrzenie.


[Pedro]


Znalazłem się przy jej ciele, nie miała już głowy.... Wszędzie leżały jej strzępki. Na moim nosie wylądował szary ptak.

– Ros…?

Pokiwała łebkiem. Przynajmniej… Przynajmniej żyła.

Coś wymyślimy, mamy po swojej stronie feniksa, są pomarańczowe kryształy. Do cholery! Kogo ty oszukujesz? To przemiana permanentna… Sam słyszałeś że Irutt nie dali rady podmienić, bo już jeden kryształ wciąż pływał w jej żyłach.

– Obiecuję wam że zniszczę jej rodzinę – groziła im Hexe.

– Skąd wiesz kim byliśmy? Nie wiesz tego – stwierdziła Faith, sam już się gubiłem w tym kto jest kim, ale to na pewno nie była prawdziwa Faith.

– Co za problem zobaczyć wasze wspomnienia? 

– Musiałabyś dotknąć nas, a na to nie ma szans.

– Tak myślisz?

Pliszka zamachała skrzydłami, wzbiła się do lotu ciągnąc mnie za grzywę, w stronę jaskini, w jej wejściu stał nasz mały synek. Pobiegłem do niego, nawet nie zauważył, w tak wielkim był szoku. I wtedy zdałem sobie sprawę że widział to wszystko.

– Mama tu jest. – Przytuliłem go do siebie, a Rosita wylądowała na jego grzbiecie, wtulając się w jego jeszcze krótką grzywę: – Jest tym małym szarym ptaszkiem, na twoim grzbiecie. – Bądź silny Pedro, nie może ci się załamywać głos, co prawie się stało, musisz zadbać o tego malucha.

– Cześć… – Arnee wróciła. Niby nas uratowała, ale teraz zwątpiłem w jej dobre intencje. Przez jej szalony uśmiech, zapłakane oczy i już nie tyle sina co czarna skóra pod nimi. Zasłoniła swój pysk ogonem. Noor i Postrach popatrzyli po sobie spłoszeni. 

– Arnee, cześć – odpowiedziała jej Faith: – Musisz nam pomóc, przyjaźnimy się, czy nie? Wiem że rodzina jest ważna, ale tylko my akceptujemy cię w pełni.

– Zajmij się nimi. – Hexe niemal na nią krzyknęła: – Chyba nie wierzysz w ich manipulacje?

Po chwili przyleciała też papuga.

– Co się stało? – spytała, gwałtownie lądując na ziemi.

– Jedno z podmienionych się zbuntowało – odpowiedziała Hexe.

– Arnee, wiesz że nigdy nie wydostaniemy się z tych ptasich ciał? – ciągnęła Faith.

– Wiem… – odpowiedziała Arnee.

Hexe wycelowała w nią róg.

– Co robisz? – spytała jej Linnir.

– To na wypadek gdyby próbowała nas zdradzić.

– Nie ważne jak jesteś silna, z feniksem nie wygrasz – skomentowałem: – Zrobi co chce.

– Dlaczego tak źle o mnie myślicie? – spytała smutnym głosem Arnee, gdybym jej nie widział, nie znał i słyszał tylko ten głos to pomyślałbym że należy do bezbronnego źrebaka. Opadły jej uszy.

– My cię lubimy! Zawsze lubiliśmy – dodała Faith.

– Arnee, to trudne, ale wiesz co musisz zrobić, prawda? – Linnir wylądowała na jej grzbiecie.

– Wiem, mamusiu…

Zabrałem stąd syna, dość już widział i wciąż jego wzrok, choć już zasłoniołem mu widok był skierowany tam gdzie leżały zmasakrowane zwłoki. Gdy szliśmy korytarzem dostrzegłem Irutt, wyglądała ze swojej groty. 

– Nic mu nie jest? – zapytała.

– Szkoda gadać.

– Co się stało?

– Sama zobacz.

– Nie mogę, Mozzran mnie potrzebuje. 

– Nie chcę o tym mówić, inni ci powiedzą – wszedłem już do naszej groty.

– Pedro – zawołała.

Zawróciłem na moment. Mały położył się z Rositą na grzbiecie, wciąż z szeroko otwartymi oczami.

– Opiekowałam się nim, jak tylko trochę się uspokoiło – powiedziała Irutt.

– A teraz co? Pozwoliłaś mu wyjść? – niemal krzyknąłem, po co mi to mówi? By mnie rozłościć?

– Musiałam zostać z Mozzran.

– A kto zajmował się nim wcześniej? Był sam?

– Tak… Niestety. Gdzie Rosita?

– Wybacz, ale naprawdę nie chcę o tym mówić. – Wszedłem już do siebie. Na zewnątrz dało się słyszeć krzyki, chyba Arnee ich torturowała, oby ich.


[Linnir]


Znów czułam ból w kręgosłupie, ale przynajmniej mogłam znów chodzić, tak jak dotąd obca w moim ciele. Arnee otoczyła ich wszystkich płomieniami, wnikały do ich ciała, potem pozostali z nas mieli po prostu polecieć po swoje ciała, teraz wystarczyło że my ich dotykaliśmy. Po wszystkim ptaki zgromadziły się w jednym miejscu. Arnee podeszła do mnie zapłakana, objęłam ją, nie dając po sobie poznać że mnie boli. Zamknęłam na chwilę oczy. Coś błysnęło. Tam gdzie przed chwilą gromadziły się ptaki, teraz leżały ich kawałki ciał.

– Nie!!! – krzyknęła zawodząco Arnee, przytrzymałam ją gdy ruszyła w stronę szczątek.

– Dlaczego to zrobiłaś? – Spojrzałam na Hexe z położonymi uszami.

– Nie chcę by wam ktokolwiek zagrażał, czasem nie warto być litościwym. I nie będę bała się Arnee tak jak ty, jeśli mnie zabije to trudno. Mogłam zginąć już lata temu, gdyby moja matka zachowała się właściwie.

Arnee zapłakała, wtulając się we mnie mocno.

– Nie boję się jej.

– Myślałam że to jest powód dla którego ich wszystkich naraziłaś.

Nie odezwałam się ani słowem, jedynie patrzyłam na nią. Nie chciałam przyznać przed Arnee, że tak naprawdę obawiałam się jak wykorzysta moce Blakie. Musi choć trochę nas szanować, inaczej dlaczego miałaby słuchać? Choć jeśli zajrzała do moich wspomnień te starania są daremne.

– Nie byłabym tak pobłażliwa.

– Nie chciałam ranić córki… Ale więcej nie popełnie takiego błędu. Arnee, musisz to zrozumieć.

– Mamusiu, teraz już na pewno wam nie zagrozi, może nadal z nami mieszkać.

– Arnee…

– Będzie z nami mieszkać.

– Nie, Arnee.

– Ale zmieniłam ją w sępa i upewniłam się wiele razy że już nie może używać telepatii, mamusiu kiedy oszaleje polubi nas.

– Skrzywdziła twoje rodzeństwo, spójrz do jakiej tragedii doszło.

– Nie mogę jej porzucić, zobaczysz że się zmieni. A… A Rositę, mogę wyciągnąć jej duszę i umieścić w innym ciele.

– W ciele należącym już do kogoś innego? – zapytała Hexe.

– No… Nie da się inaczej, nie mam tyle mocy by zrobić takie od zera.

– Arnee… – Rosita przecież i tak nigdy się na to nie zgodzi.

– Obiecuję że to będzie ktoś kto na to zasłużył, mamusiu.



⬅ Poprzedni rozdział