piątek, 24 lipca 2026

|| Nowy dom ||

   [Forsycja]


Mama się rozszalała, chciała mi uciekać na wyspę, żądała klucza do łańcucha by się ode mnie uwolnić i znów błagała bym dała jej szaleńców. Nie wiem po co próbowałam odnaleźć obcą po zapachu, skoro mama już o niej zapomniała, kiedy ledwo zaczęłam te poszukiwania. Czułam się tak jakbym śledziła trasę jedzenia, byłam pobudzona, jakbym za chwilę miała złapać nieznajomą i uśmiercić. Bałam się nawet że stracę na chwilę świadomość i to zrobię. Zabije kogoś.

– Siedź tu cicho. – Wrzuciłam mamę na swój grzbiet, łapiąc w dziób, zorientowałam się że to robię dopiero po chwili, na szczęście jej nie skaleczyłam, nie przyszła mi nawet ani razu do głowy myśl by ją zjeść, jej zapach był inny, choć przecież bardzo podobny do zapachu reszty pegazów: – I wypatruj tej twojej mamy, specjalnie jej dla ciebie szukam.

Przez chwilę był spokój, potem znów płakała za szaleńcami. Nieznajoma wyszła naprzeciwko nas. Wykonałam kilka szybkich, małych kłapnięć, drżącym dziobem. Jakiś nerwowy tik?

– W jakim celu za mną podążacie? – zapytała.

Mama szarpała mnie za łańcuch, z frustracji bijąc skrzydłami po głowie, strąciłam ją na ziemię, przyciskając łapą, by się uspokoiła.

– Puść mnie! – Ugryzła mnie, prawie ją puściłam, wbiła zęby jeszcze mocniej w moją łapę.

– Mamo, przestań! Przestań mnie gryźć! 

Puściłam ją, a kolejne szarpnięcie łańcucha, gdy pobiegła, niemal mnie przewróciło, wypadło mi kilka piór, a w żołądku ściskało boleśnie. Narwałam parę liści i od razu jak je połknęłam zrobiło mi się niedobrze.

– Chodź za mną, zaprowadzę cię tam gdzie wam pomogą – zaproponowała obca. Pokiwałam jej głową. Ruszyłam za nią, ciągnąc za sobą mamę na łańcuchu, wyzywała mnie, szarpiąc się i zapierając. Zatkałam sobie uszy skrzydłami. Trzymałam się na dystans od obcej, przełykając znów ślinę. Mięśnie mi drżały. Oglądała się na mnie, jakby upewniając się że idę za nią.

Jeśli powiem jej o Komecie, a to wszystko okaże się prawdą? Co ja wtedy zrobię? Co z mamą? To oznaczałoby że ją zabije w pewnym sensie? Własną mamę. Opiekowałam się nią odkąd nauczyłam się mówić

– Mam na imię Forsycja, a mama to Echo.

– Nazywam się Haworsja. 

To żadne z tych imion, które wymieniła Kometa. Właściwie gdyby mama faktycznie tu wcześniej była z ciocią, wątpię by się tym chwaliły przed innymi.


~*~


Zatrzymałyśmy się na leśnej polanie, mama zasnęła jak najdalej ode mnie mogła, ciągle drżała przez sen. Haworsja przystanęła niedaleko, odciążając jedną z tylnych nóg. Jeszcze nigdy nie spałam na stojąco, rzadko kiedy jakikolwiek pegaz tak robił. Przełknęłam teraz już wyjątkowo paskudną ślinę, w dodatku wypływała jakby z mojego żołądka. 

– Powiesz mi coś o jednorożcach? Nie wiem o nich nic, nie pochodzimy stąd. – Drżenie mięśni się nasilało, pochorowałam się? Czułam się fatalnie.

– W porządku, jednakże najpierw wyjaśni mi jak to się stało że zostałaś jej córką.

– Byłam pegazem, takim jak mama… – Zaczęłam mówić jej o eksperymentach cioci, o tym co się działo, jak uciekłyśmy, bo już nie było czego ukrywać, Haworsja widziała jak mama się zachowuje.

– Forsycja, to nieodpowiedzialne z twojej strony, nie znasz mnie, a powiedziałaś mi o wszystkim.

– Bo i tak widziałaś co wyprawia mama. 

– Aczkolwiek to nie jest właściwy powód by od razu mi ufać, ktoś inny mógłby to wykorzystać przeciwko tobie, zwłaszcza fakt istnienia eliksiru, a także substancji wpływających tak destrukcyjnie na umysł, dla dobra świata powinnyśmy milczeć na ten temat. 

– Ale wszyscy wiedzą o osiągnięciach mojej cioci.

– Na twojej wyspie, lecz nie tutaj. Nikt także nie jest świadomy waszego istnienia. Opowiem ci teraz o jednorożcach i o Kettui, gdyby żyła z pewnością wykorzystałaby to przeciwko tobie.


~*~


Nogi mnie bolały od tego ciągłego chodzenia, Haworsja niestety odmówiła lotu na moim grzbiecie. Nie wiadomo też czy dałabym radę unieść ją i mamę na raz. A może się mnie brzydziła? W nocy coś ohydnego wydostało mi się z dzioba, poczułam się lepiej, ale od tej chwili Haworsja trzymała się ode mnie jak najdalej. Wyglądało jak wpół przeżuta trawa i rozmiękłe korzenie, całe w kwasie. Żołądek wciąż mnie bolał, jeszcze bardziej niż wcześniej. A głód chwilami nie pozwalał myśleć. Poczułam zapach ptasiego gniazda w dziupli, pozwalając sobie, rozłupać ją dziobem i połknąć wszystkie jajka, przeszył mnie lęk gdy usłyszałam krótki pisk ptaka i poczułam jego skrzydła bijące o moje podniebienie, musiał je wysiadywać, a ja go… Połknęłam.

Próbowałam sama spowodować to co stało się w nocy.

– Nie rób tak – Haworsja się odsunęła z przez chwilę widocznym grymasem, jakby zapomniała udawać skałę, za to mama patrzyła na mnie z niepokojem. Zwróciłam i jajka, i ptaka, który odleciał w popłochu, alarmując całą okolicę. Mama się skrzywiła na ich widok.

– Przepraszam… – szepnęłam, walcząc z chęcią by połknąć ponownie te jajka.

Poszłyśmy dalej. Haworsja zatrzymała się dość nagle, kilka kroków stąd kara pegazica kąpała się w jeziorze, a my podglądałyśmy ją chwilę ukryte za drzewami. Dziwnie się z tym czułam, jakbyśmy się na nią czaiły.

– Jesteśmy na miejscu, nie wspominajcie jej o mnie – szepnęła Haworsja. Odeszła drogą, którą przyszłyśmy. Przekradając się niezauważona. Chciałam za nią zawołać, ale się powstrzymałam.

– Dobrze że ją znalazłaś, nie wiadomo ile byśmy błądziły – powiedziała cicho mama.

– Ty chciałaś… – urwałam, naprawdę nie pamięta?

– Wiesz chociaż kto to był? – zapytałam.

– Wydaje mi się… Znałam ją, choćby z widzenia, to… To… Turnia?

– Haworsja, miała na imię Haworsja, mamo.

– Hej! – zawołała nagle mama, wyskakując zza drzew, szarpnęła mnie za łańcuch. Nie wiedziałam czego się spodziewać, czy powie że ją porwałam, czy poprosi o schronienie. Wyszłam z nią do karej pegazicy, wychodzącej właśnie na brzeg jeziora. 

– Szukamy schronienia, chociaż tymczasowego, w jakieś kolonii, albo stadzie, albo… Jakkolwiek to nazywacie. Znasz jakieś? – zagadała do niej.

– Nie wiem czy można wam ufać. – Pegazica już zauważyła łańcuch i mnie. Przyglądała nam się bardzo uważnie.

– Komu mielibyśmy zrobić krzywdę? – zapytałam. Napiłam się łapczywie wody, zaburczało mi w brzuchu, ścisnął się boleśnie. 

– Nie wiem, może jesteście od Kettui? – Trzymała dystans, wystarczający by móc uciec gdyby zrobiło się nieprzyjemnie. Rozejrzałam się za czymś innym do jedzenia niż ona. Nie mogę jeść innych osób!

– Byliśmy pod jej zaborem, ponoć – zaczęła mówić mama, chwilę patrząc jak kopie w ziemi na brzegu jeziora: – Nikt za bardzo tego nie odczuł, ale czy jesteśmy z nią, niekoniecznie. Teraz już w ogóle nie należymy do nikogo, nasza kolonia została zniszczona…

Co ty wygadujesz, mamo?  Przecież to Nefer nam mówiła tak o swojej kolonii.

Kara odsunęła się jeszcze, strzepując z siebie wodę. Mierzyła nam prosto w oczy chłodnym spojrzeniem, podobnym do Heworsji, ale jej ciało było napięte. Przeze mnie? Wykopałam dżdżownice. Ściskałam je w łapie. Mama się krzywiła, a one się wiły, próbując się wyrwać z moich szponów. Westchnęłam, kładąc je tam z powrotem i zagrzebując ziemią.

– Mam na imię Forsycja, a to moja mama, Echo.

– Tak naprawdę jestem jej właścicielką – dodała mama. Nie chciałam być znów postrzegana w ten sposób, choć to tłumaczyło dlaczego “trzyma mnie” na łańcuchu. 

– Mama miała uraz głowy i od tego czasu… Hej!

Uderzyła mnie skrzydłem w łopatkę, zabolało trochę, zastrzygła niespokojnie uszami.

– Musiałabym zapytać Linnir.

– Tą Linnir? – wymsknęło mi się, nim zdążyłam pomyśleć. Zerknęłam na mamę, popatrzyła na mnie pytająco.

– Uratowała wam życie?

– Słyszałyśmy o tym. – Improwizowałam: – To imponujące.

Już wiem, mama musiała usłyszeć wieści od kogoś innego i ubzdurać sobie że zna tego jednorożca. To wiele by wyjaśniało, mogła wziąć te imiona z historii innych, przecież rozmawiała z wieloma pegazami, w tym odwiedzającymi nas podróżnikami. Oczywiście oni też mieszkali na wyspie, ale kto zabraniał ją im opuszczać?

W grupie była jeszcze dość miłą i czasem też nieco żartobliwą osobą, i tylko ciocia i ja wiedziałyśmy, i wszyscy ci co mieli tą przyjemność zostać z mamą sam na sam jakie to fałszywe, że to tak naprawdę była jej maska i to wredna, zadufana w sobie osoba, co też w gruncie rzeczy było jej maską. Wydawała się silna, ale była bardzo krucha. Ciocia ciągle ocierała jej łzy i ją pocieszała, a potem gdy ciocia umarła, ja zajęłam jej miejsce. 

– Za chwilę przylecę z odpowiedzią. – Pegazica wzbiła się do lotu, a jak tylko odleciała, ruszyłam z mamą w dalszą podróż.

– A ty dokąd? Właśnie załatwiłam nam schronienie. – Mama zaparła się nogami. Wzniosłam się do lotu. Próbowałam złapać ją w szpony ale uderzyła o nie swoimi skrzydłami.

– Pamiętasz co mówiła Haworsja? – odezwałam się: – No chyba nie zatrzymamy się u jednorożców?

– A czemu nie? – zapytał obcy głos. Chwyciłam łapą za łańcuch, z zaskoczenia, szarpiąc mamę do przodu, prawie się przewróciła, ratując się machnięciem skrzydeł. Źrebię jednorożca, wyjątkowo małe, mniejsze nawet od Pucha, stało tuż przede mną, uśmiechając się radośnie. Wylądowałam na ziemi. Wyglądało słodko, z tymi puchatymi uszami i kępką czerwonego futerka na nosie. Jak taki mały, puchaty owoc… Mózgu, przestań.

Miało cechy i klaczki, i ogierka, albo to mi się tak wydawało. 

– Cześć wam! 

– Cześć, promyczku, zgubiłeś się, gdzie twoi rodzice? – zapytała je mama, zniżając głowę do poziomu źrebięcia. Do mnie nigdy tak nie mówiła. W ogóle nie mówiła tak nigdy do źrebiąt.

– Mam już dwa lata, także… Ale miło was poznać, jestem Arnee.

Niemożliwe, dwie osoby w tym samym miejscu, ale jeśli ma dwa lata to mnie nie było jeszcze na świecie i mama mogła go spotkać lub o nim usłyszeć.

– Chodźcie, chodźcie, ucieszą się na wasz widok. – Arnee poszedł przodem, jednak żadne z nas się nie ruszyło. Nie powinniśmy tu być: – Słyszałem że szukacie schronienia. – Obejrzał się na nas.

– Popatrz tylko na niego, czy może być niebezpieczny? Idziemy? – powiedziała do mnie mama, dotykając skrzydłem mojego boku i uśmiechając się do mnie, tak jak zawsze gdy czegoś chciała.

– Naprawdę masz dwa lata? – Ruszyłam za Arnee, czując jak przewraca mi się w żołądku.

– No.

– Arnee! – zawołał ktoś. A już po chwili z lasu wybiegła niebieska klacz, z podartą peleryną na sobie: – Miałaś tylko się napić. – Spojrzała najpierw na… Chyba raczej małą, a potem na nas, cała się spinając.

– Mamusiu, naprawdę muszę pytać w tym wieku o zgodę by gdzieś pójść? – zapytała niebieskiej Arnee.

– Nie, ale wolałabym widzieć gdzie jesteś.

– Ona naprawdę ma dwa lata? – spytałam, obojętnie pod jakim kątem spojrzałam wciąż wyglądała na źrebaka.

– Tak.

– Mamo, Celeste cię szuka, z ich powodu, poleciała tak szybko że nie zdążyłam jej powiedzieć że ja się nimi zajmę – powiedziała Arnee.

– Linnir? Spodziewałam się… – urwałam, wyobrażałam sobie ją kompletnie inaczej.

– Jednorożca? – odgadła Linnir: – O co chodzi?

– Szukają nowego domu – powiedziała entuzjastycznie Arnee: – Możecie zostać tu na stałe, jeśli chcecie, spodoba wam się.

– O ile jesteście godni zaufania – dodała Linnir.

– Mamo, tu jej… – Tym razem jednorożec, przyszła za Linnir i też nazwała ją mamą? Wpatrywała się teraz we mnie wielkimi oczami. Roztaczali wokół smakowite zapachy, kręciło mi się od nich w głowie. 

– Mozz! Szukałaś mnie? – Arnee podbiegła do siostry, normalnych rozmiarów. Nadal nie mogłam uwierzyć że ona nie jest już źrebakiem. 

– Pomagałam tylko mamie. – Mozz odepchnęła ją od siebie ogonem.

– Ale mnie szukałaś.

– Odsuń się ode mnie!

Arnee opadły uszy i zrobiła kilka kroków do tyłu.

– Arnee. – Linnir zwróciła się do niej łagodnym tonem. Mała podeszła do jej boku, posyłając kolejny uśmiech nam, z wciąż opadniętymi uszami. Wyglądając przy tym rozbrajająco, jak żadne inne źrebię, które spotkałam w całym swoim życiu. Choć to przecież tylko cztery miesiące. Chciałabym już mieć dwa lata jak ona. Wzrost już mi nie przeszkadzał, ale wciąż wyglądałam niedojrzale. Zauważyłam maliny tuż obok, pozjadałam je wszystkie, już nawet nie próbując liści.

– Ja wracam – oznajmiła Mozz, Linnir skinęła jej głową. 

– Nie lubi cię? – spytałam.

Arnee wtuliła się w przybraną matkę.

– Nie uznajemy trzymania kogokolwiek jako swojego niewolnika, nie ważne jakiego jest gatunku. – Linnir położyła uszy, patrząc na mamę. Ta cofnęła swoje, a na jej pysku pojawiło się zmieszanie, jakby nie wiedziała o co chodzi.

– Jestem kłykogryfem – powiedziałam.

Róg Arnee zaświecił, dotknęła ogonem łańcuch, a on zmienił się w srebrną ciecz i wyparował. Został mi po nim już tylko klucz w dziobie.

– A, to… – Mama nagle zrozumiała: – To dla jej bezpieczeństwa, żeby nie uznali jej za jakąś krwiożerczą bestię czy coś… Tak naprawdę jestem jej mamą. 

Linnir przyjrzała mi się lepiej.

– Skąd jesteście? – zapytała. Pewnie pomyślała że jestem adoptowana.


~*~


– To głupie, ale wydawało mi się, byłam wręcz pewna że niebieskie konie są zimne, ale rozumiem że to tylko plotka, albo… Moje problemy z pamięcią? – Mama zerknęła na mnie.

Nie rozumiałam o czym ona mówi. Czy niebieskie konie to całkiem odrębny gatunek? Myślałam że Linnir wyglądała tak przez to że jest zaklętą, bo założyłam że nią jest. Prowadziła nas przez ich tereny pełne drzew, pokazujac gdzie można coś zjeść – nic oprócz niej samej nie wyglądało zbyt apetycznie, choć kiedyś, zaledwie parę tygodni temu przecież to jadłam. Pokazywała nam też gdzie często spotykają się inni i gdzie płynie rzeka, ostatnim punktem tej wycieczki miała być przeznaczona dla nas grota do spania. 

– Jesteśmy zimne, to prawda. Peleryna, którą noszę ja i Noor jest do nas przystosowana, chroni nas przed przegrzaniem właśnie.

– Niesamowite. Co za utalentowany jednorożec to zrobił?

– Arnee.

– Nieprawda, zrobiłam tylko pelerynę Noor, a i tak mnie nie lubi i nie udałoby się to… – Arnee urwała, bo Linnir pokręciła głową. Oni też coś ukrywają. Może… Rzucili czary na moją mamę. Co to dla jednorożca? Arnee jednym dotykiem pozbyła się łańcucha. Albo zrobili coś tymi swoimi kryształami. Tylko po co im moja mama? 

Szliśmy szeroką, leśną ścieżką, mijając się z dwoma jednorożcami. Jedna miała metalowe gardło i niepewny chód, w dodatku nie patrzyła nikomu w oczy. Druga jednorożec, z czerwonymi i brązowymi znaczeniami na sierści uśmiechnęła się do Linnir, z wzajemnością. Zatrzymała się blisko niej, wtulając głowę w jej grzywę, a Linnir przywarła czule do jej głowy swoją.

– Podoba wam się tu? – zapytała obca.

– Nie są to klify ani góry, ale całkiem tu przytulnie – odpowiedziała mama.

– Jestem Irutt, a to Cruzina – popatrzyła na nas z przyjaznym uśmiechem, co mama odwzajemniła, ja nigdy nie przepadałam za tego typu przywitaniami i założe się że mój uśmiech, o ile go widać, był wyjątkowo sztuczny. Jeszcze z tym dziobem.

Druga jednorożec przywitała się z nami krótkim skinieniem głowy.

– Forsycja i moja mama, Echo. – Wskazałam na mamę głową.

– Nie przejmuj się, nikt tu nikogo nie krytykuje za jego wady – zagadała do niej Arnee, łapiąc za jej łapę ogonem.

– Dzięki, płomyczku. 

Chyba śnie, mama nie mało że zniżyła do niej głowę, to przytuliła ją do siebie skrzydłem.

– W ogóle, dziękujemy za przyjęcie – dodała, spoglądając na Linnir i Irutt ciepło. Arnee nie zamierzała opuścić jej objęć, wtulała się w nią niczym malutki źrebak. Linnir wydawała się zaskoczona, po krótkiej chwili spoważniała, na moment odwracając wzrok. Ogon Irutt znalazł się blisko mamy, ale go wycofała, zwijając końcówkę, obie spochmurniały.

To nie może być prawda, w ciele mamy nie mieszka żadna Kometa, to najwyżej jedna z jej osobowości, albo znali się dawno temu. Jest im przykro, bo mama ich nie pamięta.

– Jesteście parą? – spytałam.

– Już od dawna – stwierdziła Linnir.

– Byłaś kiedyś jednorożcem? 

– Wychowywały mnie jednorożce, ale urodziłam się niebieskim koniem.

– Spotkałyście kiedyś takiego pegaza jak mama? – zapytałam, w nadziei że okaże się że to starzy znajomi mojej mamy, nie Komety.

– Nie.

Nadal mogła ich znać z czyiś opowieści. Może dziwiły się temu jak szybko nawiązała więź z Arnee? Albo nie podobało im się to.

– Nie spotkaliśmy też twojego gatunku – dodała Irutt: – Czy się myle? – Popatrzyła na Cruzine i Linnir.

– Jestem kłykogryfem – stwierdziłam.

– Witajcie – przyszedł siwy, bliznowaty ogier, a za nim kolejna niebieska klacz.

– Jestem Noor, miło was poznać. 

– Wzajemnie – odpowiedziała mama.

– To Echo, a to jej córka, Forsycja – przedstawiła nas Irutt.

– Zostajecie tu na dłużej? – zapytał ogier, który nie spieszył się by przedstawiać się z imienia: – To bezpieczne? – Spojrzał na Linnir.

– Unikanie wszystkich obcych też nie jest dobre.

– To zależy jak będziemy się tu czuły – odpowiedziałam niepewna czy to pierwsze pytanie jest nadal aktualne: – Czy zostaniemy tu na dłużej – dodałam.

– Macie coś może na poprawę nastroju? – dodała mimochodem mama. Znowu zaczyna. Muszę ją stąd zabrać nim wpadnie w kolejną histerie. 

– Ja mam! – wykrzyknęła Arnee, wciąż siedząca przy mamie.

– Arnee… – zwróciła się do niej Irutt.

– Spokojnie mamusiu, miałam na myśli dobrą zabawę.

– Szłyśmy cały dzień – wtrąciłam: – Chciałybyśmy już odpocząć. – Oparłam na mamie swoją szponiastą łapę, odtrąciła ją skrzydłem.

– Arnee, a nie masz czegoś do picia? Czegoś rozweselającego?

– Łaskotki? – Przeturlała się pod jej brzuch, gilgotając ją puchatym ogonem. 

– Nie… – mama śmiała się, mimowolnie, wiercąc się w miejscu: – Przestań – Skoczyła przed siebie uciekając Arnee: – Nie to miałam na myśli.

– Mogę podać ci zioła na odprężenie – zaproponowała Linnir.

– To za słabe.

– Więc co masz na myśli?

– Moje radosne grzyby? – podpowiedziała Arnee.

– O, właśnie coś takiego.

– Mama jest uzależniona, nie wolno jej niczego brać. – Zgarnęłam ją do siebie skrzydłem, uderzyła mnie nagle w pysk. Wypuściłam ją z zaskoczenia, nigdy nie zachowywała się tak gdy wokół było tyle osób. Patrzyła mi w oczy jakby równie zaskoczona.

– Forsycja, nie chciałam… – Próbowała dotknąć mnie skrzydłem, odsunęłam się.

– Nigdy nie chcesz. – Wbiłam szpony w ziemię. Tłumacz się teraz.

– Ma rację, chciałbyśmy już odpocząć – Spuściła głowę, składając oba skrzydła. 

– Pokaże wam grotę – powiedziała Linnir: – Forsycja, nic ci nie jest?

– Mama zawsze tak reaguję gdy sprzeciwiam się jej uzależnieniu. Przeżyje – odpowiedziałam. Szczerze zawsze denerwował mnie ten tłum kręcący się wokół mamy i teraz byłam już zmęczona ich fałszywą uprzejmością.

– Przepraszam – dodała mama, jakby naprawdę było jej wstyd. Gdybyśmy były same pewnie nie skończyłoby się tylko na jednym ciosie.


~*~


Szłyśmy w ciszy już dłuższy czas, aż w końcu w tej ciszy mama się popłakała, oparła głowę o Linnir.  

– Nie chciałam jej uderzyć… Byłam wściekła że mnie powstrzymuje znów od ich brania… Ale nie chciałam, mam mętlik… 

Linnir położyła swoją głowę na jej grzbiecie, mama się do niej przytuliła, płacząc głośno i bez skrępowania, jak przy cioci. 

– Echo, to dobrze że żałujesz, choć to nie wystarczy. Musisz zrobić wszystko by więcej nie uderzyć swojego źrebaka. Poćwiczyć nad samokontrolą, pomożemy ci. 

Linnir była pierwszą co zaproponowała coś takiego mamie, zwykle inni chcieli nas rozdzielić i nigdy nie interesowali się tym co czuła mama.

– Jak? – zapytałam.

– Pomyślimy nad tym jutro. Zostanę z wami na noc. 

– Po co? Potrafię się zajmować mamą. – Muszę coś zjeść, chodźby te dżdżownice, chyba się przełamię, ale nie zrobię tego przy Linnir, musiałabym pójść się wymknąć i wrócić z nimi.

– Chcę wam pomóc – oznajmiła.

– Nie trzeba.

– Nalegam.

– To dlatego że jestem źrebakiem?

– Między innymi.

– A jaki jest jeszcze powód?

– Nie mogę wam od razu zaufać, jesteście tu obce, poza tym jeśli będziecie czegoś potrzebowały, lub jak twojej mamie się pogorszy będę tam z wami.

Dzisiaj jeszcze nie zjem, mam nadzieje że z tego głodu mi nie odbije i nie zaatakuje Linnir.


Przeszliśmy obok rzeźb, złapałam mamę, przyciskając do siebie: – Zmieniliście ich w kamień?

– Forsycja, puść mnie – kazała mama, o dziwo nie wyrywając się tym razem.

– Nie, nikogo nie zamieniliśmy w kamień, to rzeźby Eepli, bratanicy mojej partnerki, przedstawiają osoby które straciliśmy.

Mnóstwo śladów do nich prowadziło, to stado musiało odwiedzać je regularnie i nie były aż tak realistyczne jak na początku mi się wydawało, ale było im do tego bardzo blisko.

– Kłyka? – zobaczyłam bestie tuż obok normalnych rzeźb.

– Miała na imię Tana.

Nic dziwnego że tak łatwo zaakceptowali mnie, przyjaźnili się z kłyką. Musiałam przyznać że Tana miała imponujące poroże i dziwaczne przednie kończyny, skrzydła i nogi w jednym.

– Obok jest jej przybrana siostra, Burza… Kometa…

Serce niemal mi stanęło, przez chwilę nie słyszałam co Linnir dalej mówi, puściłam już mamę, słuchała na to całkiem spokojnie. Niczego nie pamiętała?


~*~


Czułam się jakby schodziła do podziemi, sieć jaskiń była usytuowana dość nisko. W środku też ktoś był, cała trójka koni siedziała ze sobą, siwy ogierek, myszaty ogier i drugi ciekawie umaszczony ogier, na jego ciele różne odcienie szarości przeplatały się ze sobą w bezkształtne plamy, miał białe nogi i biały pysk. A za nimi leżało coś ogromnego, z łatwością mogłoby unieść nawet dużego konia swym sporym ogonem, większe nawet ode mnie, całe było ukryte pod materiałem, wystawał tylko ogon i przypadkiem odkryła się noga – dwie kończyny zrośnięte ze sobą, jedna zakończoną kopytem, druga racicą. Mutant?

– Forsycja, ściana.

Niemal w nią wpadłam, tak się na to zagapiłam, Linnir ocaliła mnie od narobienia sobie siniaków.

– Dzięki…

– To właśnie Eepli, prosiłabym byście nie oceniały jej po wyglądzie.

– Jest czyimś eksperymentem? – zapytałam, oszpecenie głowy to jedno, zdarza się, ale pod tym okryciem kryło się coś dziwnego i ten podwójny oddech, który się spod niego wydobywał. Czy ciocia… Postępowała źle?

– Urodziła się taka.

– Jak wygląda? – Ciotka nigdy nawet nie chciała opisać mi jak wyglądały pierwsze kłykogryfy.

– Jak będzie czuła się przy was pewniej to się wam pokaże, na razie nie naciskajcie na nią o to.

– A jak ona…

– To niegrzeczne o to wszystko pytać – zwrócił mi uwagę bliznowaty ogier, miałam ochotę pokazać mu język, ale to nie byłoby zbyt dojrzałe zachowanie. Przyszedł za nami, przynosząc Linnir parę ziół.

– Nie musiałeś.

– Grunt to się nie przepracowywać. – Puścił jej oczko wchodząc do jednej z grot, wyniósł stamtąd kilka pojemników.

Linnir zaprowadziła nas do przytulnej, średniej wielkości groty, wspomniała jeszcze o podziemnym źródle na końcu korytarza, gdzie schodziło się jeszcze bardziej w dół, w razie gdybyśmy potrzebowały wody. Mama powlekła się wyczerpana do jednego z gniazd, legła w nim na własny bok. Ich szkielet stanowiły splątane gałęzie, a wyścielenie zrobili z miękkich liści, zamiast piór.

– Zupełnie jakby były z kolonii pegazów – skomentowałam, ich budowa była taka sama.

– Podpatrzyliśmy od nich pomysł na miejsce do snu.

Położyłam się obok mamy, starczyło tu miejsca też dla mnie.

– Echo, wszystko dobrze? – zapytała jej Linnir, odkładając zioła w kąt.

– Byłoby, gdybym mogła się napić szaleńców – mama już zasypiała, jej nogi drżały i przez nie przebudzała się co chwilę.

– Po paru tygodniach ci minie, mamo, tylko nie wolno ci tego pić – powiedziałam.

– Dam ci coś na sen – Linnir podała jej parę łodyżek. Mama je zjadła, opierając o nią skrzydło. 

To nie zdarza się wśród nas, ale może, może mama jest zaklętą, a jej moc polega na przewidywaniu przyszłości, dlatego ich pamiętała jakiś czas, a potem zapomniała, bo to były wizje.

Wsunęłam łapę pod bolący brzuch, potrząsnęłam głową, gdy przychodziło mi na myśl by rozerwać bok Linnir i zjeść jej trochę. Mama zasypiała. Oparłam głowę o swój kłąb, zamykając oczy, cisza sprawiła że głód stał się dotkliwszy i nie pozwalał mi spać, przebudziłam się parę razy nim zasnęłam na dłużej.


~*~


Gdy wstało słońce wyszłyśmy z Linnir na zewnątrz, do reszty, zajadali się trawą i roślinnością rosnącą wśród jej źdźbeł. Wykopałam dla mamy parę korzeni. Zagadała się z innymi. Faktycznie czuła się tu lepiej, jadła to co oni i zdawała się naprawdę cieszyć z ich towarzystwa. Już mnie nie potrzebuje? 

W domu długo nie musiałam rywalizować z innymi, odkąd zmarła ciocia mama stoczyła się tak bardzo że wszyscy mieli jej dość, nawet jej najwytrwalsi fani w końcu się od niej odwrócili. Zostałam jedynie ja, wcale nie traktowana przez nią lepiej.

– Mamo, korzenie. – Położyłam je przed nią. W ogóle ostatnio nie tęskniła za śpiewaniem.

– Dzięki, ale jakoś tak… Nie za bardzo za nimi przepadam – Przesunęła je do mnie łapą, kiedyś je uwielbiała: – Ty je… 

Arnee wyszła z jaskini, ziewając. Miała sińce pod oczami.

– Pari, źle wyglądasz, jesteś chora? – powiedziała do niej mama, nie mało że ją obraziła to jeszcze pomyliła jej imię, ale jej ton wyrażał zmartwienie? Próbowałam sobie wmówić że ją obraża. Wszyscy tak nagle umilkli, patrząc zdziwieni na mamę. Cofnęła uszy, zerkając na nich niepewnie.

– Wybacz, coś mi się pomyliło… Ty jesteś…

Arnee podbiegła do niej, oprzeć o nią racice, wyglądała jakby chciała się wspiąć po jej klatce piersiowej, spojrzała w jej oczy: – Ciociu. – Rozpromieniła się, wygląd jej oczu nawet zdawało się że się poprawił: – Wróciłaś! 

– Ciociu…? Dokąd wróciłam?

– Niemożliwe. Kometa wróciła? – odezwał się Postrach, jako pierwszy, podchodząc bliżej: – Jak?

To nie może się dziać.

– To prawda? – spytała Linnir.

– No, ciocia wróciła! – potwierdziła radośnie Arnee, zachichotała, wtulając się w moją mamę, już nie tak chętną jak wczoraj by to odwzajemnić. Irutt dotknęła ją rogiem, mama wzdrygnęła się i spojrzała na nią tak jakby ją raniła, ale tylko przyłożyła róg do jej boku.

– O co chodzi? Co mi robisz? Chcecie bym… Bym udawała waszą zmarłą…?

– Nic nie pamiętasz? – zapytała jej Irutt.

– Ciociu, musisz coś pamiętać, nazwałaś mnie Pari, tak ci się przedstawiłam po raz pierwszy. Miałam wtedy… Dokończysz?

Mama się otrzepała: – Nie, ja nie… – I jej źrenice się zwężyły gdy przerzucała po innych wzrokiem, strzygąc nerwowo uszami, przebierając nogami.

– Kometa, spokojnie, znasz nas wszystkich – dołączyła do nich też Linnir.

– Podpowiem ci ciociu, mój wygląd był inny, pamiętasz dlaczego?

– Nikt cię już nigdzie nie uwięzi. – Irutt złapała ogonem za jej nogę, mama się cofnęła, Irutt ją puściła. Mama znów się otrzepała, Arnee jej się uczepiła.

– Dajmy jej trochę przestrzeni – powiedziała Linnir, pierwsza się odsuwając. Po chwili i resztą przestała ją tak ciasno otaczać.

– No dobrze. – Arnee puściła ją jako ostatnia.

– Echo, chcesz się ze mną przejść? – zaproponowała Linnir.

– Tak, poproszę… – Mama odeszła z nią do lasu. 

– To nie ja. Chciałam, ale nie zdążyłam – powiedziała głośno Arnee do Irutt. 

Poszłam śladem mojej mamy. 

– Oddychaj, spokojnie – słyszałam jak Linnir ją uspokaja. Mama położyła się na ziemi, przyciskając skrzydła do głowy.

– Mamo? – Znalazłam się przy niej, opierając o nią swoją łapę. Wstrzymywała co chwilę oddech: – Coś cię boli?

– Mam okropny mętlik w głowie… Zostawcie mnie! – odpowiedziała rozpaczliwie mama. Położyłam się obok, popłakała się, oparła o mnie skrzydło: – Muszę się napić – Popatrzyła na mnie błagalnie: – Córeczko…

– Dostaniesz najwyżej wody. 

– Ale Forsi, ja muszę…

– Zapewnimy ci wsparcie, wszyscy – powiedziała Linnir: – Nie możesz ich brać.

Obrazi ją, wyśmieje? Zgnojenie kogoś zawsze sprawiało że czuła się lepiej.

– Czy ja… Kogoś zraniłam? Nie chciałam sprawić wam przykrości, ja naprawdę się gubię… Kim ja jestem?

– Moją mamą – powiedziałam, trącając ją pyskiem: – To jej ciało, nie pozwól by Kometa je ukradła.

– Ona niczego nie ukradła – wtrąciła Linnir.

– A jeśli, jeśli…? – zapytała jej mama.

– Nie, nie zrobiłabyś tego.


~*~


– Zmiana jest trudna, ale….

Już nie chcę żadnych zmian. Nie mogę zawieść cioci, ona mi tego by nigdy nie wybaczyła.

– Nie chcę żadnych zmian! – krzyknęłam na Linnir, Arnee i Irutt siedziały z moją mamą, a Linnir zajęła się mną, zapraszając mnie na rozmowę na uboczu. Nikt nie miał do mnie pretensji że wszystko zataiłam. Próbowali mnie nawet zrozumieć. 

– Spędziłyście trochę czasu razem, Kometa już była dla ciebie mamą i wiem że nadal będzie cię uważała za córkę.

Tak tylko się mówi, przecież jeśli zacznie sobie radzić, to ja stanę się dla niej zbędna. Będę tylko źrebakiem, takim jak wszystkie, może nawet mnie komuś odda. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam? Muszę się nią dalej zajmować, chcę by była tak bezradna jak dawniej i samotna przez swój paskudny charakter. Chcę tego, prawda? Nie potrzebuje wcale jej miłości. Chciałabym, ale to nie jest coś co potrzebuje. Czy to pragnienie czyni ze mnie złą osobę?

– Mama ciągle wraca, zachowywuje się dokładnie tak jak wcześniej…

– Arnee to sprawdziła. W ciele twojej mamy jest tylko Kometa, dusza Echo odeszła, zostały jedynie jej wspomnienia i problemy z uzależnieniem. Wyczuła też ślady trucizny, która może zaburzać jej pamięć i myślenie, Irutt pomoże jej ją zwalczyć.

To co dawał Brylant mamie nadal krąży w jej ciele? Po tak długim czasie?

– Nie będę namawiała cię byś ją zaakceptowała – mówiła dalej Linnir: – To zależy od ciebie, ale Kometa nie odpowiada za to co się stało, znam ją, nie zabrałaby niczyjego ciała z własnej woli. Nikt nie miał na to wpływu, nie wiemy nawet dlaczego tak się stało. 

– A skąd wiesz czy Arnee mówi prawdę?

Ciocia chciałaby wyrwać mamę z uzależnienia, ale tylko ono sprawi że mama wróci, więc musimy to zrobić, muszę polecieć na wyspę i zdobyć dla niej trochę szaleńców, muszę się pospieszyć, zanim całkiem przywrócą Kometę i po mojej mamie nie zostanie najmniejszy ślad. Nie wiem jak to zrobię, wymyślę coś po drodzę, ale muszę już teraz wyruszyć…

– Możesz mi się wygadać jeśli chcesz, albo komuś z nas, nie jesteś z tym sama – powiedziała Linnir: – Ja też straciłam mamę.

– To znaczy że mogę sobie odejść?

– Dokąd chcesz odejść, Forsycja? 

– A czy to ważne?

– Dla mnie tak.

– Nigdzie mnie nie puścisz, bo jestem źrebakiem?

– A dlaczego w ogóle tego chcesz? Dokąd się udasz? Co będziesz robiła samemu?

Nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Dlaczego jej powiedziałam że chcę uciec? To było wyjątkowo głupie, teraz będą mnie pilnować. Tak jakbym chciała by mnie powstrzymali, a przecież nie chcę.

– Czyli mnie nie puścisz?

– Jesteś źrebakiem, a my jesteśmy za ciebie odpowiedzialni czy tego chcesz czy nie, jak dorośniesz będziesz mogła podjąć decyzje o odejściu. Na razie ci na to nie pozwolę.

Przez kilkanaście miesięcy mama na pewno zniknie.

– Potrafię sobie poradzić samemu, w czym problem?

– Nie wiem czy potrafisz, nawet dorosły mógłby mieć z tym problem, w świecie w którym żyjemy wszędzie czyha jakieś niebezpieczeństwo, będziesz potrafiła się obronić? Zauważyć je w porę? 

– Pewnie… 

– A jedzenie, wiesz gdzie je znaleźć kiedy się ochłodzi i roślinność stanie się uboższa? Poradzisz sobie w zimie?

– Zimie?

– Wiesz co to śnieg?

– Wiem, oczywiście że wiem.

– Czyli?

– To niesprawiedliwe, wszystkiego mogę się nauczyć sama, jak zawsze, wystarczą mi wskazówki, które dała mi ciocia.

– Kiedy zostaniesz sama nie będziesz miała na to zbyt wiele czasu, a błędy mogą kosztować cię życie, właśnie dlatego potrzebujesz dorosłych, byś mogła na nich polegać, uczyć się od nich, mieć czas na zabawę i rozwój, samodzielne życie. Opiekowanie się kimś to za dużo dla źrebaka. 

Czapla i Obłok próbowali wmówić mi to samo, nie dałam się im, to tym bardziej jakieś obcej się nie dam.

– Ale ja potrafię… Jestem dojrzalsza nawet od Arnee, a ona ma ponoć dwa lata.

– Nie jesteś w stanie wszystkiego się nauczyć i zrozumieć w tak krótkim czasie.

– Nie widzę problemu, mogę pytać dorosłych, których spotkam po drodze.

– Nie możesz im wszystkim zaufać, poza tym jesteś kłykogryfem, uznają cię za zagrożenie. 


~*~


– Forsi! – Arnee wskoczyła na mój grzbiet, leżałam nad rzeką, mocząc w niej łapy, z głową wspartą na przednich nogach: – Przyszłam poprawić ci humor, wymyśliłam dla nas świetną zabawę.

– Jestem zbyt dojrzała na twoje źrebięce zabawy. – Wystarczy że Linnir zabroniła mi ich opuszczać dopóki nie dorosnę. I ledwie zgodziła się bym posiedziała tu sama. A to wszystko przez moją własną głupotę, gorzej, jakbym zrobiła to specjalnie. Mama zginie przeze mnie, bo chciałam Kometę. I gdzie ona teraz jest? Obchodzi ją to że cierpie? Pewnie nie, jak zawsze. Co z tego że mama ma inną duszę? To nadal mama.

– Mozzran nie chciała to może ty? Nauczymy mojego sępa paru sztuczek.

– Możesz ze mnie zejść?

Zeskoczyła na ziemię.

Oszukuje samą siebie, Kometa jest intruzem, którego trzeba się pozbyć z ciała mamy. Więc może sposobem mamy uda się sprawić że mnie znienawidzą i wtedy puszczą dokądkolwiek chcę.

– Brzydzę się twoją idealną rodziną.

– Brzydzisz? Niby dlaczego? 

– Po prostu ich nie lubię, ani ciebie, nikogo z was, bo wszyscy razem z tą waszą Kometą zabraliście mi mamę! Jesteście gorsi od Czapli i Obłoka razem wziętych! Wkurza mnie ta wasza wzajemna miłość.

– Bo nigdy tego nie miałaś? 

Jej słowa zabolały. Czego w niej nie znoszę? Co sprawi że nie będzie chciała mnie znać? W najgorszym wypadku mnie zabiją, ale wtedy nikt nie będzie mógł powiedzieć że nie zajmowałam się mamą do samego końca. 

– Linnir sprowadziła mnie do roli źrebaka, a tego nienawidzę. – Muszę się bardziej postarać by obrazić jej matkę. Najgorsze że czułam w sobie wewnętrzny opór by dalej to robić. Nie możliwe że mama i Brylant są moimi rodzicami. Oni by się nie wahali.

– Na początku też myślałam że mamusia mnie kocha, moja pierwsza, która mnie urodziła. Robiłam wszystko by tak było, ja nadal kocham ją, ale ona mnie… Nigdy. I myślę że teraz rozpaczasz po stracie swojej, tak jak ja po mojej.

– To Irutt nie jest twoją biologiczną mamą? 

– Jest. 

– To znaczy że była ogierem?

– Może być kim zechce, na tym polega jej magia, może zmienić się w każdego, oprócz feniksów.

– Serio? A ty?

– Większość uważa mnie za klacz, ale możesz uważać mnie za ogiera jeśli chcesz, mam cechy obu.

– Właśnie zauważyłam i… Co wolisz?

– Oba.

– W sensie?

– No jak ci wygodnie.

– Urodziłaś się taka?

– No. A moja magia blokuje ból i mam moce Blakie, feniksa właśnie, jest we mnie.

– Feniks? Blefujesz.

Wokół nas na chwilę pojawiły się błękitne płomienie, poderwałam się, dotknęły mnie, nie robiąc mi absolutnie nic, w dodatku czułam od nich nienaturalnie bijące zimno. A ogień nie może być zimny.

– Ja wcale tego nie chcę, zrobiła to bez mojej zgody. I wcale mi nie pomaga, śpi przez cały czas. – Arnee cofnęła płomienie.


~*~


– Jesteś córką Kettui? Najgorszej osoby na świecie? I zmieniłaś ją w sępa? – Patrzyłam na przerośniętego ptaka z łysą głową siedzącego na gałęzi, ścisnął ją szponami tak mocno że je praktycznie w nią wbił. I miałam wrażenie że próbował zamordować mnie wzrokiem.

– No, tak właśnie powiedziałam.

– Zawsze byłaś taka radosna? 

– No. – Teraz też się uśmiechała, w dodatku rozbawiona moją reakcją przymknęła rozweselona oczy.

– Jak zła dla ciebie była?

– Nie taka zła, dla moich sióstr i brata była znacznie gorsza, mogę ci pokazać.

– Dzięki, ale nie chce by ktokolwiek grzebał mi w głowie. 

– Mamusiu, chcesz? – Arnee przyniosła sępicy małe jajko: – Wiem że chcesz.

Sama chętnie bym je zjadła, przełknęłam ślinę. Sępica zaskrzeczała na nią wściekle, zleciała nagle prosto na jej głowę, uderzyłam ją odruchowo skrzydłem, strącając z niej na ziemię.

– Nie miałyśmy jej bić! – krzyknęła na mnie Arnee, z już draśniętym policzkiem: – Umawiałyśmy się, mówiłam że rany mi znikają i nie czuje bólu.

– Niech za drugim razem ci głowę urwie, a nie zareaguje. – Odeszłam od niej. Wystarczy że mama ma ciągle do mnie pretensje o wszystko. Miałam…

– Forsycja, czekaj, przepraszam! – Arnee pobiegła za mną. Rzeczywiście jej rana znikała.

– To było żałosne.

– Ty też pozwalałaś bić się mamie.

Zauważyła ślady na mojej łapie i się domyśliła, czy czyta już w myślach na odległość jak prawdziwy feniks? 

– A co miałam zrobić? Oddać jej? Teraz mogę ją przytrzymać, ale wtedy byłam mniejsza i słabsza. Szanuj się trochę.

– Spróbujmy jeszcze raz, nie obrażaj się, proszę.

– To nie wrzeszcz na mnie!

– Wybacz, Forsi, już nie będę. Poza tym to nie było w gniewie tylko mnie wystraszyłaś. Nie chciałabym byś ją uszkodziła.

Posłucha mnie? Mama prawie nigdy się nie słuchała, potrafiła tylko wszystko utrudniać, wykorzystywała to że jest silniejsza, ale tylko fizycznie.

– To co? Spróbujemy jeszcze raz? – zapytała Arnee. Ucieknę w nocy gdy będą spali, nie mogą pilnować mnie cały czas. 

Brzuch zaczął się głośno domagać jedzenia, przycisnęłam do niego łapę.

– Co to było? – zapytała Arnee.

– Zagrzmiało gdzieś.

– W twoim brzuchu? – jej głos zdradzał rozbawienie, uniosła się, lewitowała, poleciała gdzieś i wróciła w dosłownie kilka sekund, kładąc przede mną kawałek mięsa: – Częstuj się.

– Nie.

– To może jaszczurkę? – Położyła parę przede mną, wszystkie martwe.

– Zabierz to ode mnie! – Odsunęłam się. Jak mogła zabić tak łatwo? A gdzie wyrzuty sumienia?

– Burza je uwielbiała.

– To ta pegazica, siostra kłyki?

– No… – Spuściła na moment wzrok.

– Pegazy nie jedzą mięsa.

– Szkoda że nie możesz powiedzieć tego Burzy, zjadłaby je na twoich oczach, to jej ulubione. Może jajka? Ryby?

– A może tak owoce?

– No nie wiem, widziałam jak zwróciłaś wszystkie maliny, wyglądasz na drapieżnego ptaka, a one jedzą tylko mięso. To może węże? 

Zrobiło mi się gorąco, a żołądek ścisnął boleśnie, wszystko co przyniosła, łącznie z nią miało wspaniały zapach. Rozłupałam parę jajek, połykając je. Przeze mnie te pisklęta nie wyklują się już nigdy.

– Polecieć…?

– Nie. Co to jest? – Wskazałam jej dziobem na truchło.

– Jeleń.

One były takie ładne. Podobne do nas, nikomu nie robiły krzywdy. Zjadłam go z ogromnym poczuciem winy. Długo nie wytrzymałam, wszystko to było smaczne, ale… Powiedziałam Arnee że muszę iść na stronę i tam wszystko zwróciłam. Napiłam się wody, ostatnio cały czas nią zapychając żołądek. 

– Nie znasz ciekawszych zajęć? – wróciłam do niej jak gdyby nic.

– Rzeźbienie? Eepli cię nauczy, moja siostra, chciałabyś ją poznać?

– Myślałam że to twoja kuzynka, Linnir mówiła że to bratanica Irutt. Może to u was normalne że uznajecie kuzynów za rodzeństwo?

Powstrzymała ledwo śmiech, pokręciła głową.

– Nie mów. Twoja matka była z bratem… Twojej… Twojego… Eee…

– Drugiej mamy. No. Eepli jest najstarsza.

– A Mozz?

– Mozzran to moja rodzona siostra, urodziła się razem z Tirre, tak też nazywał się tata Eepli, nasz brat odziedziczył po nim imię, Kettui chciała by zastąpił naszego wujka. Zmusiła go by był jej partnerem.

– Nie. – Nagle poczułam się zagrożona jakby ktoś miałby mi też tak zrobić.

– Tak właśnie było. Później otrzymał od Blakie imię Arneb i wolał być nazywany właśnie tak…

– A ty jesteś Arnee… Kettui ciebie też…

– No… Raczej nie, wątpię.

– Jak możesz nie wiedzieć?!

– No bo mama lubiła się mną bawić, ale raczej tak jak się bawi figurką niż… Mamusia jest złą osobą… Lubi się znęcać.

– Mamusia? Dlaczego ją tak nazywasz?

– No bo ja nadal ją kocham, choć to zaczyna boleć…

– Po tym co zrobiła twojemu bratu? 

– No… Właśnie dlatego boli. I nad moimi siostrami też się znęcała.

– Tak jak nad Arnebem?

– Nie tak, ale torturowała je w inny sposób. No i uwięziła moich wujków i dziadków i resztę dalszej rodziny w metalowych rzeźbach, a Eepli o nich dbała.

– Zmyślasz.

– Nie, mówię serio. Brat przez jakiś czas udawał osieroconego źrebaka, dla mamy miał pozyskać informacje o Blakie i ogółem o feniksach, razem z Mozzran, ona zaczęła ją zawodzić, dlatego wysłała swojego ulubieńca, Arneb udawał przed Blakie że chce być jej synem, choć tak naprawde nie udawał… Myślisz że Mozzran by mi uwierzyła? Widziałam to we wspomnieniach mamy, ona go nie znosi, za mną też nie przepada, gdybym zaczęła go bronić to nie odwróciłaby się ode mnie bardziej?

Miałam wrażenie że teraz to Arnee mówi bardziej do siebie samej, mimo że pytała mnie o zdanie.

– To wszystko naprawdę ci się wydarzyło?

– Tak.

– I to ta Blakie co jest teraz w tobie? – Ona musi mnie wkręcać, to zbyt chorę by to była prawda. 

– Tak. Dokładnie tak.

– Kłamiesz.

– Nie, mogę ci pokazać.

– Nie, podziękuję. 

– Mama Linnir pokazywała ci wczoraj podobiznę Arneba, a i jeszcze mojej najmłodszej siostry, oni wszyscy nie żyją.

– Masz jeszcze jedną siostrę?

– Ona akurat zmarła chwilę po narodzinach, moja mama, Irutt, w ciele Kettui ją urodziła.

– Arnee, masz mnie za idiotkę?

– Nie zmyślam! Kettui zamieniła się z nią ciałami i ostatnio…

– Dlaczego Irutt w ogóle była z Kettui? I pozwalała na to wszystko?

– Mama ją kontrolowała zielonym kryształem, nigdy z nią nie była, nienawidzi jej. 

– Więc to potrafią zielone kryształy?

– Tak. Mama Kettui chciała magię mamy Irutt, bo mamusia lubi kolekcjonować magię i moce, uwielbia być potężna, ale na mamę Irutt nie działa żadna przemiana, bo jej magia polega na przemianie, więc mama Kettui nie mogła umieścić jej istoty w krysztale, wykombinowała więc że my, ich źrebaki możemy urodzić się z tą samą, lub inną, może też silniejszą magią, a że należymy do niej, tak mama uważała, to nasza magia też będzie, potem pomyślała o Tirre i…


~*~


Zrobiło się ciemno, a ja nadal słuchałam tego co opowiadała mi Arnee, twierdziła że wie to wszystko, bo przejrzała umysł Kettui, gdy ta ostatnim razem próbowała ją oszukać.

– Arnee, Forsycja, już późno, chodźcie spać – przyszła po nas Irutt. Arnee poderwała się, biegnąc do niej się przytulić, jak malutki źrebak. Podskoczyła, a Irutt złapała ją ogonem, tuląc ją do swojego boku. Widziały się przecież niedawno. 

– Idziemy, mamusiu – zdecydowała za mnie Arnee.

Irutt naprawdę będzie ją niosła. Arnee już wgramoliła się na jej grzbiet, wtulając w jej grzywę.

 “Możemy rozmawiać dalej telepatycznie”

Wzdrygnęłam się, gdy głos Arnee nagle pojawił się w mojej głowie.

– Jak? – Podniosłam się, dopiero teraz czując jak bardzo jestem zmęczona i głodna, nigdzie dzisiaj nie zaszłyśmy, cały dzień spędziłyśmy na rozmowie o Kettui od czasu do czasu coś przegryzając. Arnee podawała mi jeszcze mięso, ale ostatecznie wszystko zwróciłam.

“Użyj swoich myśli” – podpowiedziała Arnee. Ruszyłam za nią i Irutt. Nigdy nie czułam się tak zagubiona i jednocześnie zaniepokojona.

– A ty nie jesteś już dorosła? – zapytałam, próbując jakoś ignorować te emocje.

– Jestem. – Obejrzała się na mnie, z grzbietu swojej mamy.

– Ale zachowujesz się jak źrebak, dlaczego?

– Robiłyście coś ciekawego? – zagadała Irutt.

– Rozmawiałyśmy – odpowiedziała raźnie Arnee: – O przeszłości naszej rodziny.

– Nie powinnaś jej o tym mówić.

– Ale mamusiu, Forsycja teraz należy do rodziny, to moja kuzynka.

– Niby w jaki sposób? – zapytałam.

– To proste, twoja mama, jest teraz Kometą, a Kometa na początku była Haalvią czyli siostrą mojej mamy Kettui, więc ty będąc jej córką jesteś moją kuzynką.

Aż mnie głowa rozbolała od tych nowinek.

– Forsycja, chcesz dziś spać z nami? – zaproponowała Irutt.

– A mama?

– Jest z Angusem, twoim dziadkiem i z…

– To nie jest mój dziadek, ani wy nie jesteście moją rodziną, bo Kometa nie jest moją mamą, tylko Echo.

– Przenocujesz u nas?

– Nie.

– W takim razie gdzie chcesz spać? Możesz wybrać, ale nie możesz być sama.

– Boisz się że ucieknę?

– Forsycja, nie utrudniaj. Nigdzie cię nie puścimy. Możesz być na nas zła, walczyć z nami, ale i tak zostaniesz tutaj. To gdzie chcesz spać?

– Sama.

– Nie.

– To niech będzie że z Arnee, jest w końcu dorosła, może mnie pilnować.

– Naprawdę chcesz? – Arnee już stała i wyglądała jakby miała wybuchnąć ze szczęścia: – To znaczy że mnie lubisz?

– Chyba tak… – Łatwo zaśnie, jest niedojrzała i naiwna, zrobiła podstawowy błąd o którym ostrzegała mnie Haworsja, mówiąc mi o wszystkim, poradzę sobie z nią.

– Będzie super! Mogę nie spać cały czas.

– Yhm.

O ile nie zmyślała.

– Moce feniksa sprawiają że nie muszę. – Już zeskoczyła ze swojej mamy, która złapała za jej ogon swoim ogonem, ściskając go, Arnee obejrzała się na nią: – Tak, wiem, mamo, to się nie powtórzy.

– Trzymam cię za słowo, Arnee. Śpijcie dobrze.

– Wy też, mamusiu.

Weszłyśmy do jaskini, Arnee poszła ze mną do groty w której ostatnio nocowałyśmy z mamą, raźnym, niemal skocznym krokiem.

– To opowiem ci resztę na głos, taka rozmowa bardziej ci się podobała?

Ziewnęłam, przez mamę zrywałam mnóstwo nocy i chyba marzę jednak by się wyspać, zwłaszcza że bolał mnie brzuch i czułam się fatalnie: – Jutro, Arnee, jak nie mogę uciec, to wolę się chociaż wyspać.

– Nie ma sprawy. 


~*~


Wyszłam napić się wody, Arnee poleciała na chwilę do mojej mamy, a ze mną została tym razem Irutt. Czułam się jeszcze gorzej niż wczoraj. Przez te opowieści Arnee miałam koszmary i ciągle się budziłam, do tego jeszcze dokuczał mi głód. Kłykogryfy może są silne, ale tak strasznie chce mi się jeść. 

– Źle się czujesz? – zapytała Irutt.

– A jak mam się czuć po tym jak zabrałyście mi mamę?

– To nie to, wyglądasz mi na chorą, schudłaś. – Zmieniła się w Beerha, tego który pomagał Komecie przejąć ciało mamy.

– Zabierz ode mnie ten róg! – Wskoczyłam do wody, sycząc.

– Nic ci nie zrobię, tylko cię zbadam.

– Nie ma mowy! – Wyskoczyłam na brzeg, przebiegłam kawałek i się przewróciłam, nie wiedząc co działo się dalej. 


Obudziłam się przy mamie. Głowa pękała mi razem z brzuchem. Bolał też bok na który upadłam. Zostawili nas same? Przytuliła do siebie moją głowę, skrzydłem.

– Mamo, przestań. – Nie wyrywałam się, to było nawet przyjemne, zamknęłam oczy, próbując zapomnieć że to prawdopodobnie Kometa, a nie moja mama mnie przytula. A może znów coś chciała?

– Tak mi przykro… Powinnam zauważyć, od razu… Ja… – Puściła mnie.

– Już wszystko pamiętasz? – zapytałam, odwracając głowę.

– Nie do końca, ale pamiętam trochę z innego cyklu – zaczęła mi tłumaczyć o co chodzi, mama nigdy nie miała tak wybujałej wyobraźni: – …skończyłam jako mroczny koń, a one nie mogą jeść niczego innego oprócz innych… Koni. Także musimy się cieszyć że możesz jeść jakiekolwiek mięso i Arnee może się udać szukać dla ciebie tylko już zabitych zwierząt, robi to dla swojego sępa, więc nie musisz martwić się tym że je jesz, bo i tak ktoś by to zrobił, albo w ogóle by się… Chyba mogę tak powiedzieć, by się zmarnowały. 

Przeszły mi ciarki gdy wspomniała o tym sepie, o Kettui.

– Naprawdę? Mam ci w to uwierzyć? – Ma mnie za głupiego źrebaka?

– Nie musisz, chociaż to akurat prawda…. Chyba, bądź razie pamiętam jakbym naprawdę to wszystko przeżyła. Mówiłaś że zabrałam ci mamę? Znaczy jej ciało?

– Skończmy o tym mówić.

– Mogę ci to wynagrodzić, mogę… Dzielić twój ból, jako kłykogryfa… Wiesz co mam na myśli.

– Przemianę? Serio? To po co to wszystko było?! Po co się tak poświęcałam?! 

– Wątpię bym się stamtąd wydostała gdyby nie ty.

Popatrzyłam na nią, cofnęła uszy, uśmiechając się do mnie ciepło.

– Jestem pewna że chcesz jeść, tylko ci ciężko się przełamać, ale dasz radę, z czasem będzie łatwiej. Nawet ja dawałam radę, było ciężko, ale… Wtedy bardziej skupiałam się na tym że Ivette… Chorowała.

– Kim jest Ivette? Nigdzie jej tu nie widziałam.

– Masz rację… Może znów gdzieś wyruszyła samotnie? 

Mama by to wszystko olała, to ja miałam zajmować się nią, a nie ona mną. Nie jestem taka nieudolna jak ona.

– To co robimy? Spróbujesz coś zjeść? Choćby odrobinę, malutki kawałeczek. Co? – Oparła o mnie skrzydło, przysuwając się bliżej. Co by powiedziała ciocia? Bym się nie poddawała.

– Jak… Jak mama wróci, nie ty.

– Nie bardzo może…

– A może ty nie chcesz znów umierać?

Do oczu napłynęły jej łzy, położyła uszy: – A ty chcesz? Bo właśnie tak się stanie… Rośniesz przecież, potrzebujesz… – Trudno jej było złapać oddech, po chwili stąd wyszła. Wyciągnęłam za nią łapę, rozcapierzając palce. Ktoś już zagadał ją na korytarzu. Nie musiałam się martwić że coś sobie zrobi.

– I nie wracaj! To ty potrzebujesz opiekunki nie ja! – krzyknęłam za nią, stawiając łapę na ziemi.


~*~


Zdrzemnęłam się, pierwszy raz od dłuższego czasu z pełnym żołądkiem. Arnee przyniosła mi mnóstwo jajek, którymi go napełniłam. Poczułam zapach mamy obok, ale skoro była spokojna nie otwierałam oczu, dopóki nie stwierdziłam że dość odpoczęłam.

– Forsi, co ty na to byśmy zaczęły od nowa? – spytała od razu: – Nie jestem dobra w zajmowaniu się źrebakami, ale ty jesteś ekspertką w zajmowaniu się… Echo. Wiesz, to nie do końca to co chcę powiedzieć…

– Nie potrzebujesz mnie. – Podniosłam się, wychodząc zaczerpnąć powietrza, odkąd mama przepadła zyskałam mnóstwo czasu i wyczekiwałam momentu na zrealizowanie swojego planu, ale zawsze ktoś był w pobliżu. 

Albo to ja szukałam wymówek by tego nie robić, fizycznie byłam teraz silniejsza od większości osób. Tyle że oni mają jakąś magię i jakieś moce. Nasz rodzaj nigdy ich nie miał.

– Chyba masz rację, w tym że nie musisz się mną już opiekować, ale to nie znaczy że nie możemy być nadal rodziną. To przeznaczenie. – Kometa poszła za mną.

– Co mam zrobić? Obiecałam cioci że zajmę jej miejsce i zaopiekuje się mamą, jej śmierć poszła na darmo?

– Nie wiem, ale spisałaś się, spełniłaś obietnice, opiekowałaś się Echo jak tylko potrafiłaś, jestem tego pewna. A ona… Przykro mi, ale nie wiele o tobie myślała.

– Dlaczego rozmawiam o tym z tobą? – Uderzyłam czołem o ziemię, aż wzbił się kurz.

– To cię nie boli?

– Ciocia chciałaby by mama wróciła. Mam odpowiedź, dlaczego tak trudno mi się za to zabrać? – Dlaczego tak ciężko mi z myślą pozbycia się Komety?

– Ale Echo… Nie żyje.

– Ty też nie żyłaś.

– To fakt, chociaż nie znam żadnej innej osoby, która by się urodziła znowu w tym samym cyklu, choć akurat za tym razem się nie urodziłam, ale wiesz o co chodzi. I… A czego ty byś chciała?

– A nie wiem. – Usiadłam, jak gryf. 

Mama też usiadła, uśmiechając się do mnie ciepło.

– Chyba troszkę jesteśmy podobne, wiesz… Może opowiem ci trochę o sobie? To co udało mi się sobie przypomnieć. A twoja ciocia, bardzo wątpię… Bo cię kochała? By kazała ci na siłę przywracać Echo…

– Wydaje mi się że jest już i tak za późno, a ja rosnę…

– A to nie dobrze?

– Właśnie nie, osiągnęłam już rozmiar dorosłego kłykogryfa, ale dalej rosnę, chyba dlatego nigdy nie przemieniali źrebiąt.

– Mam nadzieje że nie przyszłoby im w ogóle do głowy tak karać źrebaka.

– Nie miałabym niedługo jak opiekować się mamą, gdyby wróciła… – Kolejna wymówka, czy fakt? Rzeczywiście rosłam, coraz większa i pomimo głodowania. Może gdy będę jadła jeszcze to przyspiesze?

– Forsi, dla mnie nie ważne jak duża urośniesz, jesteś moją córką, choć żadna z nas nie miała co do tego wyboru to ja cieszę się że cię mam, uratowałaś mi życie i… Wiem że w głębi duszy nie zrobisz mi krzywdy, nawet jeśli tęsknisz za… Echo. 

– Nie tęsknie za nią, szczerze miałam już jej dość. Jestem złą córką.

– Nieprawda! – Kometa objęła moją głowę skrzydłami: – Przecież nawet pomimo niechęci się nią zajmowałaś, nie jesteś złą córką, absolutnie nie, jesteś naprawdę dobrą córką, poświęciłaś nawet siebie by się nią zajmować, to Echo jest jedną z tych gorszych matek…

– Jednak kochałam ciocie, a ona powierzyła mi mamę…

– Jestem pewna że chciałaby byś była szczęśliwa.

– Na pewno chciałaby by mama była szczęśliwa, nikt nigdy nie zastanawiał się nad moim szczęściem, Czapla i Obłok próbowali, ale oni mieli swoje własne wizje tego co sprawi że będę szczęśliwa.

– A co sprawi że będziesz?

– Na ten moment? Nie jedzenie mięsa.

– Może gdyby… Nie, jak nosiłam pomarańczowy kryształ to nadal musiałam, ale… Wymyślimy coś. A tymczasem to może jest coś innego co sprawiłoby ci radość?

– Nie musisz mi niczego wynagradzać.

– Będę jednak bardzo na to nalegać, bo mimo wszystko to nie jest moje ciało… To skomplikowane, po prostu chcę byś była szczęśliwa. Na pewno jest coś co mogłabym dla ciebie zrobić.

Było coś takiego, ale to może zbyt źrebięce marzenie? Chociaż mama z tego zasłynęła, nie wiem czy chciałabym by inni mnie słuchali, podziwiali? Chciałabym być w tym dobra, od zawsze, ale… 

– Forsycja?

– Myślę.

Mama oburzyła się gdy ją zapytałam jeden, jedyny raz czy mogłabym razem z nią występować, albo przynajmniej by mogła mnie tego nauczyć. Jeden jedyny raz prosiłam by nauczyła mnie czegokolwiek. Ciocia też mnie od tego odwiodła, mówiła że mama by się załamała gdyby ktoś okazał się od niej lepszy i skradł jej wszystkich fanów. Później mama i tak wszystko zawaliła. A miło by było mieć coś co by nas łączyło, co obie uwielbiamy, co mogłabym dalej kontynuować, ciekawe jaką piosenkę wymyśliłaby dla mnie ciocia? Mogłybyśmy nawet rywalizować z innymi, jako drużyna. Byłoby cudownie.

– To… Masz już coś? – Kometa zadarła ku mnie głowę.

– Jak nie miałam jeszcze miesiąca to chciałam śpiewać razem z mamą, ale to tylko źrebięce marzenie, zwłaszcza teraz, widziałaś by kłykogryfy śpiewały?

– Tak naprawdę to nigdy nie widziałam innych kłykogryfów, oprócz ciebie. Ale czemu nie? Właściwie nic o nich nie wiemy, wątpię by pozwolili im choćby próbować śpiewać na arenie… Nie jestem akurat najlepsza w śpiewaniu, lubię to, ale nie wychodzi mi ani odrobinę, także jeśli to ci nie przeszkadza… – Zastrzygła uszami, uśmiechała się do mnie.

– Bzdura, głos mamy jest solidnie wyćwiczony i brzmi bajecznie kiedy śpiewa. Może najpierw byś spróbowała?

– Wiesz… Może i jest wyćwiczony, ale czy ja będę wiedziała jak go używać?

– Masz wspomnienia mamy.

– Też… Obawiam się trochę, a właściwie to ogromnie robienia tego co ona. Raczej nie zaśpiewam żadnej z jej piosenek, tylko bardziej po swojemu, więc…? Może tak być?

– Boisz się śpiewać piosenki cioci? To ona je wymyśliła, nie mama.

– Właściwie to tak… Boję się tego, od samego początku, w sensie stania się Echo… Chwilami zachowywałam się jak ona… Pamiętasz? Pośpiewajmy może coś swojego?

– Nie wiem jak tragicznie to wyjdzie, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?


~*~


[Kometa]


– Nakarmiłabyś Reia? – Pedro przyprowadził małego, z rozległymi, choć już gojącymi się ranami po zdartej skórze, ogierek ukrywał się za nim. Uderzająco podobny do Rosity, miał jej maść, poza grzywą po Pedro i spiczastych uszach. Więcej ciapek, w tym na uszach i po jednej nad oczami jak u Rosity. 

Uśmiechnęłam się do niego, a on niepewnie odwzajemnił uśmiech, który bardzo szybko zniknął z jego pyszczka. 

– Nie chcę znów brać mleka od Noor – dodał.

– Rosita ma za mało mleka? – zapytałam: – Właściwie dawno jej nie widziałam, jest chora? Dlatego? Albo znowu…

– Nie, ona… – Pedro westchnął ciężko.

– Rozumiem, chyba… –  Spuściłam wzrok i uszy: – Naprawdę już jej nie ma?

Rei przypatrywał się nam odwracając głowę raz do mnie, raz do Pedro. Pociągnął go za grzywę, Pedro pochylił głowę, mały szepnął mu coś do ucha.

– Dobrze – odpowiedział Pedro, źrebak poszedł dalej, wchodząc do groty.

– O co chodzi?

– Chciał się przespać. Rosita jest pliszką, ta która przejęła jej ciało zginęła razem z jej ciałem.

– Pliszką?

– Takim, szarym, małym ptakiem.

– Och… Jestem pewna że rany waszego syna w końcu się zagoją… Będzie z nim coraz lepiej, zobaczysz, a Rosita… Nie dałoby się trochę pokombinować i…?

– Myślisz że nie próbowaliśmy? Jej przemiana jest nieodwracalna, ale Arnee twierdzi że może wyciągnąć jej duszę i umieścić w ciele innego ptaka, wtedy zmienilibyśmy ją w konia, ale nie możemy znaleźć żadnych pomarańczowy kryształów. 

– Są na wyspie, tej z której pochodzi Echo, Forsycja was zaprowadzi. Ja nie znam drogi. Choć wiem że to dość daleko… Rosita wytrzyma jeszcze chociaż kilka dni?

– Tak naprawdę już przepadła, przestała nas rozpoznawać, Irutt próbowała z nią rozmawiać, ale ona nie zna nawet języka pliszek. Od dwóch dni nie rozumie ani słowa.

– Słabo ją pamiętam, ale… Chyba byłyśmy blisko, byłyśmy….

– Siostrami.

– I miała uraz głowy, tak? Mama… Mama jej go… – Spuściłam na chwilę wzrok.

– Chodź do Reia.

– Zaczekaj, a co się właściwie mu stało?

– Opowiem ci kiedy indziej.

Weszliśmy do środka, do pustej groty, Pedro raczej się nie pomylił, sama widziałam jak Rei tu wchodzi.

– Rei! – Pedro pobiegł do innej groty: – Rei! – A potem do drugiej. Wstrzymałam oddech zaglądając do innych grot. Pedro wyskoczył nagle z nie mam pojęcia z której kolei groty.

– Zabrał Rosite! Tu ich nigdzie nie ma! Gdzie jest Arnee? Założe się że pobiegł do niej.

– Nie wiem…

– Ostatni raz była z tobą.

– Chyba wróciła do mam – Pobiegłam za Pedro, nie zastaliśmy nikogo w ich grocie…


⬅ Poprzedni rozdział