[Kometa]
– Ciociu! – Arnee unosiła się nade mną. Radosna jak zawsze. Jej przemęczone kompletnie oczy wyglądały nieco niepokojąco, czasem bardzo niepokojąco, tak jak teraz, ale może to dlatego że ja byłam, choć minęło naprawdę mnóstwo czasu, wciąż chyba w szoku, trudno było mi nazwać to uczucie. A Arnee miała tak już od dawna z oczami i nikt raczej nie zwracał już na to uwagi w tym i ja do niedawna, bo i nie dało się z nimi za bardzo nic zrobić: – Obudziłam cię?
– Tak, ale nie spałam aż tak głęboko… W ogóle teraz ciągle śpie, więc… Rany muszą się zagoić. – Zastrzygłam uszami: – Zanim… Wiesz co... Zanim będę mogła wstać.
Arnee opadła na mój bok, okryty materiałem.
– Mogę zdobyć dla ciebie nowe ciało.
– Nie, dzięki, jeśli ktoś miałby ucierpieć to już wolę… Ale dzięki. – Jak taka urocza istotka, wyglądająca przez cały czas jak miniaturowy jednorożec, jak źrebię, mogła nasłać na nas te kłyki? Jestem pewna że nie wiedziała co wtedy robi.
– Brakuje mi twoich skrzydeł. Daj się namówić.
– Nie.
Opadły jej puchate uszy, położyła się na mnie wygodniej, tuląc się do mnie. Po chwili zeskoczyła, zatrzymując się przy mojej głowie.
– Wiem że kochasz biegać.
Jej słowa, choć jestem pewna że nie wypowiedziane by mnie zranić, jednak zraniły. Nie dałam po sobie poznać, uśmiechając się do Arnee, jakby nic złego się nie wydarzyło.
– Kiedyś jeszcze pobiegnę. Nie może być aż tak źle, radziłam już sobie ze sztucznymi nogami.
– Poszukam wszystkich kłyk w pobliżu i je wybije.
– Nie, nie rób tego.
– Dlaczego?
– One po prostu… Po prostu tego nie rób. Zginęły wszystkie, które nas napadły, nie muszą ginąć też inne… Poza tym jedna z kłyk mi pomogła. – Spuściłam wzrok. Tak tylko przez chwilę walcząc z łzami. Lepiej o tym nie mówić, bo wtedy przypominam sobie znów jak mnie rozszarpują i… Burzę.
– Zagrażają nam. Czemu nie miałabym wykorzystać mocy i je zlikwidować?
– Ale słyszałaś co mówiłam? Jedna z kłyk mi pomogła i to obca… Nie znałam go, mam nadzieje że nadal żyje, chociaż… – Podniosłam wzrok, wreszcie otrząsając się z tych negatywnych emocji. Gdzie Arnee?
Już stała we wyjściu, oglądała się na mnie, z takim dojmującym smutkiem, a potem odeszła.
– To mało prawdopodobne że on żyje, ale mogłabyś… – urwałam, już nawet nie słysząc jej kroków.
~*~
Zostawałam sama tylko na krótkie chwile. Gdy nie odwiedzali mnie inni, leżała przy mnie Hexe, dość blisko jak na nią, zachowywała się kompletnie inaczej, jakby zarażając się ode mnie tym dobrym humorem, do którego sama się zmusiłam, nagle zaczęła się uśmiechać, śpiewać ze mną piosenki, zachęcać do opowiadania o swoim życiu i sama opowiadała mi różne historie. Chyba chciała odwrócić moją uwagę od… Od tego co mnie czeka. Albo sprawić że te chwilę będą… Dobre.
– Rosita przyniosła mi trochę owoców. Zjesz je za mnie? Ja nie bardzo mogę… A nie chcę sprawić jej przykrości.
Nagle spoważniała, to był pierwszy raz kiedy się do tego przyznałam.
– Czujesz ból?
– Nie, nie, Arnee kompletnie go wyłączyła, jestem najwyżej coraz bardziej zmęczona, ale nie czuje bólu…
– Musisz im powiedzieć.
– Nie! Ja… Ja wytrzymam. Ivette nie może wiedzieć, ona oszaleje…
– To nie potrwa długo, będziesz żałować że nie zdążyłaś się pożegnać.
– Dlaczego mi to robisz?
– Dłużej zwlekać nie można, umierasz.
– Nie.
– Wiesz o tym.
– Nie, pożyje jeszcze długo… Powiemy reszcie że tylne nogi są sparaliżowane… Prawie udało mi się poprosić Arnee, o kryształ z istotą tego… Płaza co się regeneruje…
Irutt weszła do środka, przysunęła do siebie mise z jedzeniem, zmieniając się już w Beerha, miała łzy w oczach.
– Pomóż mi ją namówić – poprosiła ją Hexe.
– Będą na mnie źli że tak ich okłamałam. A Ivette, ostatnim razem zaczęła nowy cykl… Celeste wtedy zginie i Arnee, nie wiadomo co z Arnee, gdy Blakie jest w niej, a to wszystko, to nie potoczy się tak samo, nie będzie Eepli, ani Mozzran, ani…
– Nie będą na ciebie źli – wydusiła Irutt, złapała ogonem za moją nogę, dotykając mojego boku rogiem. Czułam jak magia Beerha rozchodzi się po ciele, choć to w żadnym stopniu nie zaspokajało głodu ani pragnienia, ale gdybym coś zjadła, albo popiła umarłabym od razu.
– Przecież dasz radę utrzymać mnie przy życiu, prawda? Przecież jakoś to funkcjonuje. Mogę jeszcze wiele zrobić… Mogę zamienić się w to stworzenie co się regeneruje, widziałam jak ty to robisz, w innym cyklu, pamiętasz?
Ledwie przekazała mi jeszcze wodę, a się rozpłakała, tuląc mnie do siebie. Objęłam ją łbem, dając radę. Jeszcze. Zatrzymać łzy.
– Aksolotly wymarły dawno temu… – wydusiła: – Arnee może ich poszukać, ale… Poszuka ich.
– Przyjdą gorsze bóle, Irutt, nie utrzymuj jej na siłę przy życiu, daj jej odejść. – Hexe patrzyła na nią.
– Nie mów tak! – krzyknęłam: – Nie tak… Jeszcze nie.
– Nie chcę byś umierała w męczarniach, powiedz innym, albo ja to zrobię.
– To jej decyzja. – Irutt mnie puściła, jednak wciąż trzymając ogonem za moją nogę.
– Później już nic nie pomoże na ból, chcesz na to patrzeć? Nie będzie w stanie się już z nikim pożegnać.
– Ale Arnee go zablokowała, jej moce są dość silne bym go nie czuła, naprawdę i… Wystarczy tylko jeden akso…. Tylko jeden i wyzdrowieje. Nie mogę umrzeć. Wolę zwariować, zresztą to odwracalne. Damy radę, będziesz mi przypominała kim jestem, wszyscy będą, jakoś się ułoży…
~*~
[Irutt]
Zostawiłam Kometę z Hexe, na zewnątrz czekała na mnie Linnir, objęła mnie, nie pytając o nic. Powiedziałam jej i tylko jej, tuż po tym gdy uratowałam Kometę, wiedziała więc o wszystkim.
“Ona umiera…” przekazałam jej za pomocą rogu “Doszło do zakażenia krwi, którego nie potrafię powstrzymać.”
Linnir się rozejrzała, udałyśmy się do naszej groty.
– Musimy powiedzieć reszcie – szepnęła.
– Wiem, ale ona błaga bym tego nie robiła.
– Powiemy im o całej sytuacji, mogą przed nią udawać tak jak ona przed nimi. Ważne byśmy przy niej byli.
– A Ivette? Albo Arnee? Boję się co się stanie kiedy się dowiedzą.
[Arnee]
Arnee leżała na jednym z wielu konarów ogromnego dębu. Nie ruszała się stamtąd już od kilku dni, nie jadła, nie piła, a moce Blakie sprawiały że właściwie nie musiała. Nie mogła uzdrowić Komety.
W jej planie z kłykami wszystko wymknęło się spod kontroli, Burza zginęła, a mamy zabroniły próbować jej ją przywracać, poza tym nawet z mocami feniksa to nie możliwe. Ale i tak by spróbowała. A potem gdy sądziła że zabiła wszystkie wrogie kłyki te zaatakowały znowu i okaleczyły Kometę. Wszystko byłoby łatwiejsze bez tych mocy. Łatwiej budować relacje gdy nie ma się aż tylu możliwości by to wszystko zawalić. Poprzednich przyjaciół też łatwiej jej było zrozumieć, byli po stronie jej pierwszej mamy i dążyli do tego samego co ona. Żyli i myśleli podobnie.
“Blakie… Jak pomóc cioci Komecie?” próbowała by jej wewnętrzny głos dotarł głęboko w jej ciało, gdzie ukrywał się feniks.
Irutt wiele razy się kontaktowała już z Arnee i ani razu Arnee jej nie odpowiedziała. Nawet Cruzina próbowała, za każdym razem zdradzając swój strach, mała doceniała jej akty odwagi i żywiła nadzieję że ciocia Cruzina naprawdę, a nie ze strachu jak Celeste ją lubi. I wreszcie Linnir, martwiła się o nią, próbując porozumieć się z nią jak kiedyś porozumiewała się z Blakie na odległość.
“Blakie! Proszę!” Arnee skryła głowę w przednich nogach. “Jesteś zła że przywróciłam Kettui? To kara? Twoje milczenie. Dlaczego mi to zrobiłaś?”
Wstała, czując jak wiatr porusza jej grzywą, kosmykami dłuższej sierści i ogonem: – Blakie! – wykrzyknęła, rzucając się z drzewa. Wylądowała na nogach. Po chwili popatrzyła na nie z namysłem.
~*~
Arnee zaczekała przed grotą Komety, aż wszyscy wyjdą – Pedro, Postrach i Angus – chowając za sobą pomarańczowy kryształ. Witali się z nią, ale nawet się do nich nie uśmiechnęła, nasłuchiwała tylko, patrząc gdzieś w bok.
– Dziwnie się zachowuje – skomentował szeptem Pedro. Arnee była w stanie, dzięki mocą Blakie usłyszeć każdy, nawet najcichszy, lub pochodzący z wnętrza głos w swoim pobliżu. Obaj byli już w odległości w której nikt inny nie słyszałby ani słowa.
– Faktycznie, trochę niepokojąco – zgodził się Postrach: – Musi być załamana, Burza zginęła przez nią, z drugiej strony to świadczy że ma jakieś sumienie, a to dobrze dla nas.
– Marzę że pewnego dnia moja córka wróci, nigdy by nie zrobiła czegoś takiego.
– Głupio pytam, ale też nie przepadasz za Arnee?
– Co ja mam ci powiedzieć? Boli mnie to że Blakie zniknęła, by ta mała żyła.
Czy Pedro i Postrach wcale jej nie lubią? Ile jeszcze osób udaje?
Angus wyszedł ostatni i postał chwilę w ciszy przy Arnee. Aż ta na niego spojrzała.
– Twoje mamy się o ciebie martwiły – powiedział: – Kometa zresztą też. Chcesz porozmawiać o tym co cię gnębi?
Powinien być na nią wściekły, to przez to że myślą że nadal jest malutkim źrebakiem? Była już młodą dorosłą. Nie, nie postrzegają jej już w ten sposób, boją się jej.
– To najwyżej z mamami, muszę iść. – Weszła do środka. Z Kometą leżała jeszcze Hexe. Arnee ten jeden raz nie ucieszył widok nowej, potencjalnej przyjaciółki, chciała zostać z Kometą sama.
Kometa popatrzyła na nią pogonie: – Arnee, co ty taka… Ponura? Nie przejmuj się tym, przyzwyczaję się.
– Po co ci ten kryształ? – zapytała Hexe. Jak go zauważyła? Przypatrywała się jej z pewnym niepokojem. Ona też myśli tylko o tym że Arnee ją skrzywdzi? A przecież Arnee nie prosiła o te wszystkie moce feniksa. Już z góry ją ocenia? Ile osób wie co zrobiła?
– Chyba nie chcesz zrobić tego co myślę? – zapytała Kometa małej.
– A co byłoby złego w tym gdybym zmieniła cię w kogoś swoich rozmiarów i oddała ci nogi, których ci brakuje? Mi są zbędne. – Zaczęła lewitować, by udowodnić że faktycznie ich nie potrzebuje.
– Nie, Arnee, nie wybaczyłabym ci czegoś takiego. – Ciocia położyła na moment uszy: – Nie przejmuj się mną… Cieszę się że żyje i naprawdę sobie poradzę. Pewnie będzie ciężko, ale tylko na początku.
– To moja wina! To ja sprowadziłam na was kłyki! – wykrzyknęła Arnee, zaciskając oczy i kładąc uszy, spuściła głowę dodając ciszej: – Chciałam by Mozzran mnie polubiła, po tym jak ją uratuje. Wymknęły się spod kontroli… – Podniosła wzrok na Kometę, cały zalany łzami. To teraz nie było żadnych wątpliwości że Hexe też wie. Nie wyglądała na ani trochę zaskoczoną.
– Nie powinnaś tego robić, ale… One nas zaatakowały, ty tylko powiedziałaś im gdzie jesteśmy, to była ich decyzja, nie zmusiłaś ich przecież, prawda?
– Nie, nie musiałam ich zmuszać… Czyli… – Arnee pociągnęła nosem: – Nadal mnie lubisz?
– Pewnie. – Kometa wyciągnęła głowę, Arnee uścisnęła jej przednią nogę dość lekko ogonem: – Ta Arnee którą ja znam już dawno rzuciłabym się na mnie by się poprzytulać.
– Nie udajesz tylko dlatego że jestem niebezpieczna?
– Chodź, bo naprawdę się obraże.
Podeszła do niej, a Kometa objęła ją głową.
Arnee uśmiechnęła się do niej, ocierając łzy ogonem: – Wszystko będzie dobrze?
– Oczywiście, Arnee. Tylko obiecaj mi że jakby nie było to… To się nie załamiesz, masz mamy, które cię kochają i siostry i… Nas wszystkich. Proszę, nie rób więcej niczego złego.
~*~
[Kometa]
Czy grota stanęła w płomieniach? Zrzuciłam z siebie materiał, nie ma płomieni, to mi jest tak gorąco… Mama weszła do środka, nie widziałam jej od wielu dni, a teraz tak po prostu przyszła. Hexe spała przy ścianie.
Oderwałam się nieco od ziemi, próbując się podnieść na tylko dwóch przednich nogach, bo… Zostały mi tylko one. Jestem za słaba, nie mogę… Opadłam z powrotem na brzuch.
– Przed tobą mnóstwo pracy – stwierdziła mama, tak typowo dla niej, bez emocji, złapała za materiał, wycierając mi nim przemoczoną od potu sierść: – Przyszłam się pożegnać. – Odłożyła go w kąt, stawiając przede mną wodę. Wargi i język już dawno mi wyschły.
– Jak to pożegnać? Ty chyba…
– Udam się tam gdzie żyła Chaos, aktualnie nie wiem już kim jestem, prawdopodobnie tam zostanę, muszę zdecydować kim chcę być.
– Ale nikim złym, prawda?
– Nie, Kometa, nie będę wam zagrażać. Postanowiłam dać spokój swoim źrebiętom. Musisz więcej pić.
– Ale ja nie chcę żebyś dała mi spokój i jestem pewna że Rosita też tego nie chcę.
– Bądź razie przekażesz reszcie że odeszłam. Potrzebuje tego. Jesteś silna Kometa, jeśli będziesz chciała mnie kiedyś spotkać odnajdziesz mnie na własnych nogach – Zawróciła do wyjścia.
– Mamo, poczekaj! – krzyknęłam, znów próbując dźwignąć przód ciała: – Przytulmy się na pożegnanie, możesz to dla mnie zrobić, prawda?
Skinęła mi głową, wreszcie podchodząc i mnie obejmując. Tak bardzo chciałam się z nią wtedy przywitać, a teraz już… Już się żegnamy i nie wiadomo kiedy zobaczymy.
– Tylko przeżyj do naszego spotkania, proszę – szepnęłam.
– Pij więcej wody, Kometa. Nawet jeśli nie czujesz pragnienia.
– Będę… – Uroniłam łzy, już… Już wychodziła.
~*~
– Eepli. – Wtuliłam się w nią, jak tylko obudziłam się na jej ogonie. Ukrywała się pod materiałem, chyba płakała, tak cicho i po trochu.
– Nie wstydź się swojego wyglądu… Hexe już… Jest tu w ogóle? – Wychyliłam głowę, obraz ciemniał mi przed oczami.
– Jest…
– Ona już cię widziała. I, mam nadzieje że o nic się nie obwiniasz, kłyk było całe mnóstwo, a ty jedna, nie mogłaś wiedzieć że zniszczą… – Nagle zabrakło mi tchu. Eepli zabrała ogon, delikatnie kładąc mnie na ziemi.
– Nie umieraj, proszę…
– Nie… – Dlaczego tak osłabłam?
– Nie zostawiaj mnie, proszę, proszę, Haalvia. – Przytuliła mnie do swojego boku i to dość mocno, chyba trochę za mocno.
– Zrobisz jej krzywdę. – Czy to Rosita?
– Eepli, chodź ze mną, musisz mi w czymś pomóc – usłyszałam głos Linnir: – Chodź. Puść Kometę.
[Linnir]
Zamiast Komety przytuliła do siebie mnie, już w korytarzu, mocno płacząc.
– Musimy pozwolić jej umrzeć w spokoju, może lepiej posiedzisz tu ze mną? – zaproponowałam. Pedro, Rosita, Angus i Postrach zostali w środku, wraz z Hexe, która nie odstępowała już Komety. Przyszła do nas Mozzran, dotykając ogonem boku siostry. Po chwili przyszła też Noor z Cruziną, obie we łzach. I Irutt, z Arnee, która wyrwała się z jej uścisku wbiegając momentalnie do środka.
– Wie. – Irutt zatrzymała się przy nas: – Usłyszała jak mówiłam o tym pozostałym.
Na końcu korytarza niosły się kolejne kroki. Ivette.
– Chcę zostać z nią sama – wycedziła, przeszywając Irutt wzrokiem. Celeste musiała jej powiedzieć.
[Ivette]
Wychodzili o wiele za wolno, nie patrzyłam już na nich tylko na konającą u moim kopyt Kometę. Ostatnia próba. Skoro Blakie mogła to zrobić to ja też, już zawsze będziemy razem i nigdy jej nie zranie. Położyłam się przy niej, obejmując ją całą sobą, tak by całkowicie do mnie przylegała. Zacisnęłam oczy i szczęki, oczywiście że musiałam się zawahać, otworzyłam jeszcze na moment oczy. Tak będzie dla wszystkich lepiej, może i dla mnie tak będzie lepiej. Przecież chciałam zginąć. Odsunęłam się od niej zdając sobie sprawę że muszę być w formie feniksa by to zrobić, tak jak Blakie.
Zacisnęłam znów powieki. Ból sprawił że wrzeszczałam, płonęłam żywcem, a przecież moje własne płomienie nie powinny mnie ranić. Dlaczego to nie działa? Czy byłam już na zawsze związana z tym ciałem i nie mogłam już w żaden sposób się od niego uwolnić?!
– Ivette! – usłyszałam głos Linnir.
– Nie przeszkadzaj mi!
~*~
[Hexe]
Kometa gorączkowała, coraz częściej nie kontaktując, Irutt nie umiała jej już pomóc. Hexe roniła łzy, wzruszona obecnością tylu bliskich Komety i to jak próbowali ją wspierać. Jednorożce umierały w samotności, ona jedyna im towarzyszyła, lecz w innych skupiskach kryształów musiało się to odbywać tradycyjnie, bez nikogo w pobliżu. Choć oni wszyscy bali się i nie ważne jak bardzo zaprzeczali, chcieli by ich bliscy byli z nimi.
Bliscy Komety opłakiwali ją kiedy przestała już oddychać, wspierając się nawzajem. A Hexe odetchnęła z ulgą, jej śmierć mogła przebiec znacznie gorzej. Dzięki Arnee nie odczuwała bólu i nie była ani na chwilę sama.
– Jak się trzymasz? – Podeszła do niej Noor, we łzach, jak wszyscy tutaj.
– Cieszę się że nie cierpiała tak bardzo jak mogłaby i że odeszła w gronie najbliższych. Te ostatnie dni były dobre.
Noor wpatrywała się w nią, jakby w szoku, roniąc łzy, odeszła po chwili, rozmawiając trochę z Cruziną, trochę z Angusem, on kiwał jej tylko głową by go zostawiła, stał przy martwej córce, nie dając się nikomu pocieszyć. Arnee leżała w bezruchu przy brzuchu Komety. Do środka weszła Linnir. Oparła pysk na łopatce Komety, na moment zamykając oczy, szepnęła coś do niej. Po czym zabrała córkę, przytulając ją do siebie, mała wtuliła się w nią na tyle słabo że gdyby Linnir by ją puściła osunęłaby się na ziemię.
~*~
[Ivette]
– Mamo…Mamo… – w oddali brzmiało wołanie Celeste: – Mamo!
Gdy otworzyłam powieki stała całkiem blisko. Pomogła mi wstać. Wydawała się większa, dorównywała mi wzrostem. Czułam że moje wargi przylegają do siebie, jakbym straciła wszystkie kły. Córka dokądś mnie prowadziła.
– Gdzie Kometa?
– U siebie, kilka dni temu zemdlałaś przy niej i przenieśli cię do innej jaskini.
Nikogo już przy niej nie było gdy wchodziłyśmy i już wiedziałam co to oznacza, nie chciałam nawet przekraczać progu. Zaparłam się kopytami. Zdrętwiałam, a potem zaczęłam krzyczeć i płakać tak mocno że rozbolało mnie i gardło i cała klatka piersiowa. Celeste patrzyła na mnie wystraszona, gdy powoli, szorując sobą o ścianę osuwałam się na ziemię. Obejrzałam się słysząc kroki, odepchnęłam od siebie córkę idąc prosto na Irutt. Przygotowała już róg i ogon do obrony.
– Lepiej daj mi coś po czym będę spała, inaczej was wszystkich rozszarpie! – Mój cień stał się większy, moje ciało urosło i nagle zdałam sobie sprawę że przez chwilę, akurat gdy Kometa umarła, byłam sobą, nawet potrafiłam ronić najprawdziwsze łzy, jakby los po raz kolejny ze mnie zakpił.
[Mozzran]
Kometa już nie żyła, Mozzran nawet jej nie zdążyła odwiedzić. Może i lepiej. Nie była z nią szczególnie blisko, już Arnee spędziła z nią o wiele więcej czasu i zdążyły nawet nawiązać jakąś więź.
Faith szła za nią, trzymając jej ogon w pysku i zasłaniając sobie oczy skrzydłem. Wreszcie nakłoniła ją do wyjścia. Serce Mozzran biło dość szybko, co jeśli kłyka wystraszy się na tyle że uszkodzi jej ogon? Dlaczego przyszło jej do głowy pozwolić Faith ją tak trzymać?
– Cześć, Mozz! – Arnee przybiegła do niej w podskokach: – W końcu wyszłyście!
Szczęki kłyki drgnęły.
– Faith, puść! Puść mnie! – Mozzran wyrwała jej swój ogon. Faith pisnęła, kładąc się i chowając pod skrzydłami: – Czego chcesz? – Mozzran spojrzała w te o identycznej barwie i kształcie jak u Kettui oczy, a po grzbiecie przeszedł jej dreszcz, bo w połączeniu z uśmiechem Arnee i jeszcze cieniami pod nimi i zaczerwienieniem, wyglądały równie, a może i bardziej przerażająco niż u Kettui. Odwróciła wzrok.
– Nie pamiętasz co sobie obiecałyśmy? – Siostra oparła o jej bok racice, tak mała że Mozzran mogłaby ją nosić, a jak niebezpieczna. Powinna teraz opłakiwać Kometę.
– Niestety pamiętam.
– Dlaczego niestety? Nadal mnie nie lubisz?
– Teraz już tylko za tobą nie przepadam.
– O, cześć Hexe! – zawołała Arnee do czarnego jednorożca, którego Mozzran widziała pierwszy raz na oczy, ściągał coś z gałęzi: – Musiała coś przegapić.
– Co przegapić? – Mozzran odsunęła się, pozwalając racicą Arnee opaść na ziemię. Ta dotknęła jej uda ogonem. Niemożliwe by była tak szczęśliwa, chyba że tylko udaje że tak jej zależy na innych.
Hexe poszła w głąb lasu nie zwracając na nie uwagi.
– Sprząta w lesie, przez całą noc. Suche liście i inne takie.
– Po co?
Po śmierci Komety, Hexe w ogóle nie zmrużyła oka, a tymczasem Mozzran nawet nie zajrzała do ciotki, gdy ta była jeszcze w miarę dobrym stanie. Nie potrafiła się przełamać, nawet wtedy gdy jeszcze nie wiedziała że Kometa umiera. Tym razem bez zapasowego życia. Tym razem naprawdę.
– A wiesz dlaczego kłyki nas prześladują? – podjęła dalszą rozmowę Arnee: – Ivette pochłonęła im bliskich na spółkę z Blakie, no i wiedzą o naszym pokrewieństwie z Kettui. Mozzran, to co? Spędzimy razem czas?
– Nie widzisz co robię? – Mozzran wskazała jej głową na Faith, wciąż ukrywającą się we własnych skrzydłach.
– Mogę ci pomóc z Faith, na przykład wyłączyć jej na chwilę strach.
– Jak chcesz to zrobić?
– No normalnie. Dzięki mocą Blakie wiem co trzeba uszkodzić by go wyłączyć, Erin miała uszkodzone to miejsce w mózgu, to chcesz?
– Erin?
– Siostra bliźniaczka Blakie, Blakie widziała jej głowę od środka, ona nie była w stanie czuć strachu.
– A to bezpieczne?
– Mogę to w każdej chwili odwrócić.
– Potrafisz dowolnie kształtować czyjś charakter? – Mozzran się wzdrygnęła.
– Podejrzewam że gdyby tak było to Blakie pomogłaby w ten sposób naszej mamusi.
Położyła uszy, odsuwając od siebie Arnee ogonem jak najdalej, niemal ją wywróciła.
– Przepraszam! – Mały jednorożec stanął dęba: – Nie gniewaj się na mnie. Postrzegam Kettui inaczej niż ty. – Podbiegł do Mozzran.
– Gdybyś mogła wróciłabyś jej życie! – Mozzran uskoczyła w bok, wymierzając w nią róg.
– Mozzran, przepraszam… – Arnee została tam gdzie stała: – Wszystko mi się miesza. Nie chciałam śmierci Burzy, Noor nadal nie chce mnie znać, a tym bardziej…
– Co ty masz z tym wspólnego?
– Mamy mówiły że polubisz mnie za to jaka jestem, a nie jaka chciałaś bym była.
– Serio tak mówiły?
– Serio. Chcesz trochę? – Pokazała jej pusty ogon, dopiero po chwili orientując się że to robi: – Wybacz, zjadłam już wszystko, przyniosę ci trochę.
– Nie chcę twojej trucizny.
– Nie są trujące, są całkiem fajne. Nie widziałaś jeszcze tylu barw po zjedzeniu czegokolwiek.
“Mamo…” Mozzran zawahała się, ale już było za późno, Irutt ją usłyszała.
“Tak, Mozzran?”
“Już nic…”
“Coś się stało? Gdzie jesteś?”
“Mówię że nic!”
– Ty też Mozzran? – Arnee opadła na bok pod jej brzuchem: – Dlaczego wszyscy na mnie skarżycie?
Mozzran zatrzęsła się, spojrzała na Faith. Czy w takim stanie byłaby zdolna ją obronić albo z nią uciec? Po chwili przyszła Irutt.
– Arnee? Co się dzieje? – Przysunęła ją do siebie, podtrzymała ogonem, bo Arnee zaczęła się słaniać, a Mozzran wycofała się aż do Faith. Oczy Arnee albo jej się wydawało, albo wyglądały jeszcze gorzej, jakby chorowała na jakąś ciężką chorobę. Może to po tym co trującego zjadła?
– Mozzran nie podoba się co zjadłam… A przecież już mogę, jestem już dorosła…
– Chodź ze mną – Irutt zabrała ją na grzbiet.
– Chociaż Kometa musi wrócić.
Obie poszły do lasu.
– Nie.
– Mamusiu, proszę, zgódź się…
Mozzran odwróciła się do Faith, natychmiast się wycofała, odgradzając się od niej rogiem. Faith stała już prosto i obserwowała ją bez cienia strachu. Arnee jej to zrobiła? Już nie będzie się bała? A jak teraz zechce się zemścić? Otarła głową o Mozzran, trącając ją pyskiem.
– Przestań! – krzyknęła Mozzran.
Faith cofnęła się o krok, a po chwili położyła.
– Co Arnee ci zrobiła? – Odsunęła się, zdając sobie sprawę że zostały same, przynajmniej blisko kryjówki. Ale co z tego, skoro jest tam mnóstwo miejsc bez wyjścia. Faith wpatrywała się w nią.
– Zaczekaj, za chwilę wrócę.
Mozzran wróciła z Eepli, odrywając ją od rzeźbienia rzeźb o rzeczywistych rozmiarach, przy śpiącej obok Cruzinie, ona tak jak Hexe i jak większość nie spała w nocy. Mozzran nie wspomniała Eepli że czeka tam na nich Faith. Eepli zasłoniła głowę ogonem, ale Faith ani nie drgnęła, leżała w tej samej pozycji, przypatrując się im obu. Mozzran szarpnęła siostrę za ogon.
– Nie boi się już. Możesz jej nawet dotknąć. Arnee jej to zrobiła.
Eepli odsłoniła się, wahając się jeszcze.
– Nauczysz ją rzeźbić?
– Nie przyniosłam nic do rzeźbienia.
– Ale zaraz wrócisz?
– A… A pójdziesz ze mną?
– On z tobą pójdzie. – Mozzran wręczyła siostrze rzeźbę źrebaka jednorożca, nie chciała zbierać wszystkiego na piechotę, nie wiadomo jak długo Faith taka zostanie, może to jedyna okazja by porzeźbić z kłyką, a nurkować pod ziemią Mozzran nigdy by się nie zgodziła.
– Dobrze... – Eepli zniknęła pod ziemią ze swoim małym przyjacielem z kamienia. Mozzran wyczekiwała jej w napięciu. Faith nie robiła nic. Mozzran potoczyła do niej kamień, kłyka zerknęła na niego gdy dotknął jej nogi i znów zwróciła wzrok na Mozzran.
“Będę się wynurzać.”
Mozzran aż serce podskoczyło do gardła, dopiero po chwili zdała sobie sprawę że słyszy głos Eepli, nie Kettui jak się spodziewała. Przekazała jej coś telepatycznie.
Jej siostra zjawiła się za nią, Mozzran obejrzała się wystraszona, róg Eepli jeszcze świecił. Spuściła głowę.
– Inaczej nie mogłam cię ostrzec…
Mozzran położyła uszy: – Masz wszystko? – Wyciągnęła do niej ogon, a Eepli podała jej mokrą, lepiącą się glinę. Na pysku Mozzran pojawiło się rozczarowanie, Eepli wzięła glinę i zastąpiła go standardowym kawałkiem drewna.
– Miałam ochotę polepić – napomknęła.
– Ja nie bardzo. – Mozzran otarła resztki gliny na swoim ogonie o trawę i położyła się niedaleko Faith. Eepli ułożyła przed kłyką i glinę, i drewno. Mozzran nie mogła uwierzyć jak Faith słucha jej wskazówek i jeszcze próbuje rzeźbić, a nawet lepić. Ogon Eepli ciągle wędrował do jej pysków, jakby chciała się zakryć. Faith przypatrywała się jej bardzo dokładnie gdy mówiła i nie tylko wtedy. Dosłownie co chwilę jej uważny wzrok spoczywał na siostrze Mozzran.
Eepli cofnęła uszy, próbując zakryć ogonem całą głowę. Faith używała języka, jak jednorożce ogona by ulepić coś co przypominało właśnie Eepli.
– Nie widzę cię. – Faith nawet dotknęła jej ogona skrzydłem.
– Nie lep jej! – Mozzran rozgniotła jeszcze miękką glinę racicą, Eepli właśnie uciekła pod ziemię, ku jej zaskoczeniu. Czy to ona właśnie ją zraniła, a nie Faith?
– Eepli! Ja myślałam… – urwała. Spróbowała porozumieć się z nią telepatią: “Eepli…? Nie miałam nic złego na myśli, ja…”
“Nic się nie stało.”
“To wracaj.”
Nie wracała. A Faith żłobiła już kłami w kawałku drewna, gryzieniem jednak nic nie udawało jej się wyrzeźbić.
“Eepli?”
“Tak?”
“Wrócisz?”
Nie odpowiedziała.
“Eepli? Przepraszam za to, myślałam że źle się z tym czujesz i nie chciałaś by Faith cię ulepiła. Drugi raz zapytam.”
Faith zaczęła znów coś lepić, odklejając spłaszczony kawałek gliny od ziemi. Mozzran była przekonana że ją, jak tylko zobaczyła, niedokładne, ale mimo wszystko kształty przypominające jednorożca.
“Boję się zostać z nią sama. Arnee pomieszała w jej głowie.”
Eepli wyszła z ziemi, zakryta materiałem, Mozzran drgnęła, bo jak zwykle ją zaskoczyła pojawiając się tak znienacka.
– Po co to założyłaś? – Pociągnęła materiał ogonem, a Eepli go przytrzymała.
– Bo jestem ohydna…
– To jednak przeszkadzało ci że ona cię lepi czy nie? – Siłowała się jeszcze chwilę z siostrą. Dopóki Faith nie złapała nagle za materiał, wyrywając jej go z ogona, szarpnęła za niego tak mocno że rozerwała go kłami. Mozzran krzyknęła. Kłyka nie wyglądała już wcale przyjaźnie, tak milcząca i śmiała. Mozzran schowała się za Eepli, rozpłakała się, choć przecież nie stało się nic wielkiego, nie powinna reagować tak przesadnie. Okazywać Faith że się boi. Eepli otoczyła ją ogonem. Mozzran przetarła szybko łzy.
“Powiesz Arnee by to cofnęła? Nie prosiłam jej o to!”
Róg Eepli zaświecił, a po krótkiej chwili odpowiedziała: – Arnee teraz śpi. Twoja mama mówi że źle z nią. Przeżywa to co stało się… Wczoraj… – Eepli pociągnęła oboma parami chrap.
– Miałyśmy rzeźbić, więc rzeźbijmy. Poczujesz się lepiej.
[Hexe]
Las znów wyglądał jak przed zmasakrowaniem kłyk. Arnee pozbyła się ich szczątek wiele dni temu, a Hexe sprzątnęła części uszkodzonych roślin. Zaszła już na obrzeża lasu. Przez całe swoje życie aż do ataku kłyk na nią, nie wybierała się dalej niż ciągnęły się korytarze otaczające skupisko kryształów. Cały labirynt wbrew pozorom był dość spory. Nie starczyło jej czasu by odkryć wszystkie miejsca, a teraz już większość przepadła bezpowrotnie.
Las nie wywarł na niej takiego wrażenia, jakiego by się spodziewała. Dotknęła dziś mnóstwo drzew, opatrzonym, jak całe ciało, ogonem, nie potrafiąc się z tego cieszyć. Nie zjadła nic do tej pory. Nie wejdzie już do jaskini, gdzie czeka na nią Kometa, nie usłyszy jej głosu, ani nie zobaczy uśmiechu, nikt tak nie cieszył się na jej widok.
Poczuła nagły ból, zupełnie jakby czyjeś kły zacisnęły się wewnątrz jej szyi, a ostre kolce przebiły nogi, wszystko zawirowało przed jej oczami i przygniótł ją ogromny ciężar, próbujący zmiażdżyć jej ciało.
– Hexe? Wszystko dobrze? – Pedro do niej podbiegł.
Leżała na ziemi. Myślała że już nigdy nie odzyska oddechu. Ból prysnął tak szybko jak się pojawił, pozostawiając po sobie ogromne wyczerpanie.
– Nie podchodź… – wysapała: – To ta choroba! Teraz i mnie dopadła.
– To tak nie działa – wtrącił Postrach, w pobliżu była też Rosita.
– Ta choroba wynika z klątwy, z tego co wiem nie znasz się na klątwach. – Hexe zmierzyła go wzrokiem.
– Klątwę ktoś by musiał na was rzucić, ale to nie możliwe, bo klątwy nie istnieją.
– Wezwać Irutt? – zapytała Rosita.
– Nie. Wracam do domu – Hexe dźwignęła się na nogi, dziwnie słabe, dygotały pod nią i wydawały się chudsze niż normalnie, dźwięki zastąpiła nieskończona cisza, a obraz zagubił się w ciemności.
– Jesteś tu jeszcze? – Postrach trącił ją w bok i nagle wszystko wróciło do normy.
– Uważaj! Bo się zarazisz! – Odepchnęła go ogonem. Rozejrzała się, został tylko on i Pedro: – Poszła po nią jednak?
– Jak stoisz i nie reagujesz na nic to co mieliśmy zrobić? – zapytał Pedro.
– Nigdy przedtem mi się tak nie zdarzyło.
– Może psychika ci siada? Na to mi to wygląda – stwierdził Postrach: – Po wczorajszym to nic dziwnego.
Poszła przed siebie.
To mogło być ostrzeżenie, musi wrócić do domu. Ostatnio wyrosło jej mnóstwo nowych narośli, pojawiały się w zastraszającym tempie to jasne że choroba, klątwa postępuje.
– Hexe! – zawołał Pedro, obaj ruszyli za nią.
– Powiedziałam że odchodzę! Dość już ryzykowałam…
Nadal za nią szli. Po kilkunastu krokach obróciła się do nich.
– Powiedziałam! – Uderzyła promieniem blisko obu ogierów, tworząc małą wyrwę w ziemi.
– Co ty wyprawiasz? – niemal krzyknął Pedro. Obaj spieli wszystkie mięśnie.
– Zapobiegam katastrofie. Muszę zostać sama, tak jest dla was bezpieczniej. Nie chcecie słuchać, to zmuszę was byście dali mi spokój. – Hexe kątem oka zauważyła mignięcie małych skrzydeł.
– Kometa nie chciałaby byś się izolowała – Irutt wylądowała obok niej, zmieniając się z jaskółki w siebie.
– Nie używaj tego argumentu przeciwko mnie!
– To mógł być ból po stracie.
– Dlaczego tak uparcie mnie tu trzymacie?
Rosita biegła już w ich stronę.
– Bo wierzysz w kłamstwa. Złe duszę znikają? Nieprawda, wracają w każdym kolejnym cyklu.
– A jak wyjaśnisz to kim ja jestem?
– Na końcu poprzedniego cyklu Ivette walczyła z Blakie, przez co powstały kłyki i mogły powstać też czarne jednorożce i inne stworzenia, których wcześniej nie było.
– Klątwa feniksów?
– Możesz to tak nazywać. Kometa chciała byś mieszkała z nami… Czy naprawdę chcesz znów tkwić tam sama? Jesteś jednorożcem tak jak ja. – Wyciągnęła do niej ogon.
– Jestem klątwą. – Hexe uderzyła ją lekko w niego, by tak głupio nie ryzykowała, tylko po to by ją pocieszyć.
– Tak właśnie wygląda pranie mózgu – powiedział Postrach: – Możesz mieć kilka mutacji i one mogą wywoływać różne objawy. Wątpię by ta choroba nagle cię zaatakowała.
– Nie pamiętam by u nas mówiło się o jakichkolwiek mutacjach, to musi być obce dla naszego gatunku, stąd cała ta otoczka, ktoś to wymyślił by wytłumaczyć sobie dlaczego rodzą się czarne jednorożce. Zbadam cię teraz. – Irutt zmieniła się w Beerha: – Nie mam za wiele czasu, nie chcę zostawiać wszystkiego na głowie Linnir.
– Oby się to źle dla was nie skończyło.
~*~
[Noor]
Noor od paru już dni zostawiała na ziemi kropelki mleka. Wędrowała po całej kryjówce, unikając dziś towarzystwa, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca. Skurcze zaczęły jej dokuczać już od rana.
Weszła do groty Irutt i Linnir, ostatnio często stała pusta, teraz też ich nie było, skurcze się nasiliły i nie miała wyboru jak urodzić właśnie tutaj.
Po niedługim czasie, zobaczyła przy swoich tylnych nogach niebieskiego jak ona, zdrowego ogierka. W ogóle nie było po nim widać że jest mieszańcem. Przypomniała sobie wszystkie wskazówki Linnir i to jak jej były partner zajmował się ich źrebakiem. Umył je sam, teraz Noor musiała sobie z tym poradzić. Czy dobrze postąpiła? A jak znów nie da rady? A jak to źrebię też będzie jej nienawidzić?
Nie czuła zmęczenia, ani bólu, w tak wielkim była pobudzeniu, pomogła wstać źrebięciu i nakarmiła je mlekiem. Odczuła nagły niepokój i szybko chciała znaleźć się przy reszcie. Dopadła do wyjścia, ale źrebię nie podążyło za nią, stało tam, patrzyło na nią i się nie ruszyło. Ani o krok.
– Musimy iść. Poznasz resztę... – Noor wyszła, po chwili zawracając. Dlaczego syn nie chce za nią iść? To przecież coś instynktownego, podążać za matką, pierwszy źrebak w swoich pierwszych dniach ciągle za nią chodził. Weszła po małego, stojąc chwilę przy nim, nie może się wahać czegoś mu nakazać. Przełamała się po chwili, popychając go do samego wyjścia.
– Noor? – Postrach przechodził akurat korytarzem: – Nie łatwiej złapać go w zęby?
– Dlaczego w zęby? Nigdy nie widziałam by ktokolwiek tak robił.
– Pokażę ci. – Złapał źrebaka za głowę.
– Co ty mu robisz?! – Odepchnęła go, przysuwając do siebie syna: – Każdy wie że tak się nie łapie źrebiąt.
Mały zaczął płakać. Jak go uspokoić?
– Już dobrze, już dobrze… – Tuliła go, aż wpadło jej do głowy by zanucić, Linnir kiedyś wspomniała że jej matka tak robiła, nie znała konkretnej melodii, więc improwizowała. Postrach patrzył na nią z przerażeniem. Nie mogła nucić aż tak źle.
– Noor, to nie jest twoje źrebię, to pojemnik, ten akurat jest po maści na rany – powiedział do niej spokojnie.
– Turnia ci to wmówiła?
– A co ma do tego moja matka, bo nie rozumiem.
– Powiedziała ci że ciąża jest urojona, a ty uwierzyłeś.
– Nic mi nie mówiła, nie rozmawiamy ze sobą. W ogóle ona z nikim nie rozmawia.
– A mi powiedziała.
– Ty naprawdę myślisz że to twój źrebak?
Noor oddaliła się z synem, poważnie zaniepokojona. Postrach potrzebuje pomocy.
~*~
Irutt i Linnir drzemały obok siebie, z śpiącą pomiędzy nimi Arnee, trzymającą ogonem, ogon Irutt, przy rzece, na otwartej przestrzeni gdzie nie mogłaby ich zaskoczyć żadna kłyka, pod leniwie przepływającymi przez niebo, białymi, puszystymi chmurami. Dodatkowo część stada przebywała w pobliżu, gdyby coś się działo natychmiast zaalarmowała by resztę.
– Linnir! – Przeszkodził im Postrach, obie poderwały głowy: – Noor oszalała, chodzi wszędzie z pojemnikiem na maść i myśli że to jej źrebak.
Linnir odetchnęła, spodziewając się kolejnego ataku, zerknęła na wciąż śpiącą Arnee.
– Ja pójdę. – Irutt wstała, zabierając delikatnie swój ogon od córki.
– Lepiej… – zaczęła Linnir, ale Irutt nie pozwoliła jej skończyć.
– Odpocznij, a ja wszystkim się zajmę, twoja rana nawet jeszcze się w połowie nie zagoiła. – Irutt przywarła swoim policzkiem do jej policzka.
– Linnir! – Noor do nich przybiegła, Irutt obejrzała się na nią: – Postrach poskradał… – urwała, zauważając go tuż obok: – Złapał mojego źrebaka za głowę i wmawia mi że to pojemnik.
– Gdzie ono jest? – zapytała Irutt.
– Lepiej by zajęła się tym Linnir – dodał Postrach: – Jej bardziej ufam, ciebie ledwo znam, bez urazy.
– Linnir teraz odpoczywa, a my idziemy.
– W porządku, Irutt. – Linnir wstała: – Zajmę się tym…
– Nie. Potrzebujesz przerwy, idziemy. – Dotknęła Noor ogonem. Nakłaniając by ruszyła z powrotem do kryjówki. Postrach poszedł za nimi, choć niechętnie. Irutt jeszcze obejrzała się na Linnir, która po chwili położyła się z powrotem przy Arnee.
– Na razie nie jest ciężko, jest bardzo grzeczny, kazałam mu czekać, położył się i faktycznie czeka – powiedziała Noor prowadząc oboje korytarzem.
– Pojemnik raczej nigdzie nie pójdzie – stwierdził Postrach.
Noor podeszła do źrebaka, mały uniósł głowę, patrząc na nią zaspany. Irutt z Postrachem zatrzymali się w wejściu.
– Gdzie maluch? – zapytała Irutt.
– Tutaj – powiedziała Noor, przecież trzymała nad nim głowę, nie mógł być niewidzialny, ani ona, ani jego ojciec nie posiadał w swojej rodzinie zaklętych.
– Postrach ma rację, to tylko pojemnik. Gdzie rodziłaś?
– Noor wspomniała coś że moja matka mówiła jej o urojonej ciąży, o tym akurat się nie uczyłem, więc nie wiem jak to można rozpoznać.
– Wygadywała bzdury, poznała to po zapachu, a przecież ja nie mam żadnego – zauważyła Noor.
– Gdzie rodziłaś? – spytała ponownie Irutt.
– W waszej grocie, wybaczcie, szukałam was i poród przyszedł tak nagle że nie byłam w stanie wyjść.
– Nic się nie stało, chodźmy tam.
– Poczekasz tu? – zapytała małego Noor, pokiwał jej główką. Dogoniła Irutt, mijając się z Postrachem. Weszła za nią do groty. Nie zastały tam niczego. Irutt odwróciła się do niej.
– Może jeszcze nie urodziłaś. Sprawdzę twój brzuch, magią Beerha – wypowiadając to imię, zmieniła się właśnie w niego. Noor poczuła nieprzyjemne ciepło we własnym brzuchu, ale była zbyt zaskoczona by się o to skarżyć. Od kiedy Irutt potrafi zmieniać kształty?
Od zawsze?
– Źrebaka tam nie ma – Irutt popatrzyła na nią wracając do swojej postaci. Dlaczego wszyscy to przed nią ukrywali?
– Ty…. Ty potrafisz się zmieniać…
– Tak. Myślałam że wiesz. – Irutt złapała ogonem za swoją tylną nogę, zamrugała, wychodząc stąd dość pospiesznie: – Zajrzymy do jeszcze innych grot.
– Trini wtedy… To byłaś ty? – Noor poszła za nią z szybko bijącym sercem i już nie tak spokojnym oddechem.
– Nie mogłabym zmienić się w kogoś kogo nie widziałam. – Weszła jej już do groty w której czasami przebywała Rosita z Pedro, teraz stała pusta i jedynie unosił się tutaj ich zapach.
– Wracam do syna. – Noor nie chciała dłużej się zastanawiać, myśleć o ostatnim spotkaniu z Trini.
Dlaczego udają że nie widzą jej syna, albo jak w przypadku Postracha że jest jakimś przedmiotem, a nie żywym źrebakiem? Przecież był tu, nie tylko go widziała, nawet czuła, umyła go, nakarmiła, to nie mogło jej się wydawać. Może uznali że jednak będzie lepiej go oddać i nie dać jej szansy na jego wychowanie? Stąd to dziwne zachowanie. Próbowali jej wmówić że źrebaka nie ma. Dlatego Irutt tak nalegała by przyjść zamiast Linnir, jej musi być łatwiej ją oszukać.
Weszła do groty w którym zostawiła syna. Mały już nie spał na swoim miejscu, zniknął.
– Postrach! Nie zabieraj mi go! – Noor zawróciła gwałtownie, teraz i ona zaglądała do grot, w końcu wybiegła na zewnątrz, prawie wpadając na Linnir, na której grzbiecie spała Arnee.
– Co się stało?
– Mój syn zniknął!
– Ma urojoną ciąże – powiedziała Irutt, z tyłu za nią.
– Nie, to wy macie urojenia! – Przepchnęła się obok Linnir, biegnąc już z łzami w oczach, spodziewała się najgorszego. Postrach już wcześniej chciał jej zabrać syna, mógł go teraz porwać albo skrzywdzić, wystarczy że poniesie go nieodpowiednio, a coś mu złamie lub go udusi. Noor dość szybko go dogoniła, tak jak przypuszczała, niósł jej syna za głowę. Rzuciła się na niego posyłając go na ziemię, a mały upadł obok nich. Patrząc z przerażeniem na Noor, Postrach osłonił się przed nią przednimi nogami.