[Irutt]
Linnir zasnęła przy przysypiającej córce, uspokajała ją niemal całą noc. Mozzran wciąż trzymała kurczowo ogonem za jej pelerynę.
– Córeczko, prześpij się, będę czuwała – obiecałam. Roniła łzy. Dotknęłam jej grzbietu ogonem, podskoczyła, popatrzyła na mnie z widocznymi białkami.
– Nie dotykaj mnie.
– Odpocznij, Linnir też jest obok.
Nie chciałam powtarzać kolejny raz że Cruzinie nic nie jest, Linnir tyle razy jej o tym mówiła, Mozzran bardziej wystraszyła Cruzine niż zraniła.
– Weź ją stąd, proszę… – Mozzran zerknęła nerwowo na Arnee, po czym wcisnęła głowę w swoje przednie nogi.
Zabrałam ogon, trzymając go chwilę nad nią.
Chciałam nawiązać z nią tak silną więź jak Linnir, ale Kettui odebrała nam zbyt wiele...
– Dobrze, Mozzran… – westchnęłam, zwijając ogon przy swoim boku, przy Arnee, podniosłam się, kładąc śpiącą małą na swoim grzbiecie: – Jak Linnir się obudzi powiedz jej że śpię w grocie obok, ze względu na ciebie, nie chcę żeby się jeszcze o mnie martwiła.
Nie odpowiedziała nic, obejrzała się tylko gdy już przekroczyłam próg największej jaskini, patrzyła za mną ze łzami w oczach.
Położyłam się przy samym wyjściu z mniejszą córką i długo nie zmrużyłam oka, trąciłam delikatnie Arnee, znowu nie reagowała, zajrzała do mnie Cruzina, położyła się obok.
“Wystraszyłam ją, przepraszam…”
Spojrzałam na jej skaleczoną szyje, gdyby Mozzran raniła ją głębiej, mogłaby nawet ją zabić: – To ja cię przepraszam…
“Ty nie masz za co. Podeszłam ją od tyłu…Może, może teraz powinnam do niej pójść też sama?”
– Na razie jest jeszcze roztrzęsiona.
Cruzina wzięła głębszy i dłuższy oddech: “Idę…”
Zmieniłam się po chwili w mysz, trzymając się blisko ściany. Cruzina zatrzymała się przy Mozzran, córka popatrzyła na nią z niepokojem..
– Przepraszam… – wydobyła z siebie rozpaczliwie.
“Ja też, podeszłam cię od tyłu, jak drapieżnik, a tego się nikomu nie robi, nie pomyślałam. O nic się nie obwiniaj…” Cruzina złapała ją za ogon, Mozzran puściła w tej chwili pelerynę Linnir, sama łapiąc za ogon Cruziny.
Musiałam wyjść, by nikt nie widział moich łez. Nie mogłam zebrać myśli, czy Mozzran kiedykolwiek mi zaufa, czy Kettui na zawsze odebrała mi córkę?
Zbyt długo już leżałam w śniegu, obejmując się ogonem i płacząc. Nie chciałam żeby Linnir znalazła mnie w takiej rozsypce, żeby przejmowała się jeszcze mną, znów będzie siebie zaniedbywała, muszę sobie z tym jakoś poradzić sama.
Arnee, przywarła do mojej głowy, ocierając o mnie głową.
– Arnee… – Otarłyśmy o siebie nasze rogi. Przytuliłam ją do siebie, wtuliła się we mnie kurczowo, mocząc łzami i cicho się śmiejąc.
– Kocham cię, mamusiu.
– Ja też bardzo cię kocham. Wreszcie się obudziłaś… – powiedziałam przez łzy, starła mi je ogonem, wpatrując się we mnie z radosnym uśmiechem. Oparła o moją klatkę piersiową przednie racice, zaraz wywracając się na grzbiet.
– Nadal jesteś osłabiona? – Podniosłam się, podnosząc ją ogonem i nadal ją nim trzymając by znów nie upadła.
– Nie, chciałam cię rozbawić, mamusiu. – Opadły jej uszy, choć nadal się uśmiechała: – Teraz mogę powiedzieć Mozzran że serio zabiłam moją pierwszą mamusie. – Poderwała się, wracając raźnym krokiem do środka.
– Arnee. – Dogoniłam ją, zatrzymując, po jej policzkach płynęły łzy, pociągnęła nosem: – Twoja siostra… – Urwałam zmartwiona: – Mozzran musi się teraz uspokoić, na to przyjdzie czas.
Mała wtuliła się w moje przednie nogi, płacząc. Objęłam ją ogonem.
– Kettui musiała zginąć, skarbie.
– Mama nigdy by was nie zabiła, bawiłaby się z wami, ale nie zabiła…
– Sprawiała nam wiele cierpienia, nie chciała odpuścić. Mogę ci pokazać każde wspomnienie z Kettui, Linnir, Cruzina i Eepli także.
– Eepli? – Popatrzyła na mnie z zachwytem, ścierając łzy ogonem: – Muszę ją poznać!
~*~
Na zewnątrz szalała śnieżyca. Niedługo mieliśmy wyruszać dalej. Na razie wszyscy schronili się w jaskini przeczekując złą pogodę. Arnee śmiała się. Burza biegała z nią na grzbiecie tam i z powrotem co chwilę skacząc i brykając. Gdyby mała spadła nic by się nie stało, nie czuła bólu, a jej rany przez obecność w niej Blakie natychmiast się goiły. Burza zatrzymała się obok leżącej na ziemi Eepli, łapiąc oddech. Po chwili wsadziła Arnee na jej głowę. Mała ucichła, ale jej radosny uśmiech nie opuścił jej pyszczka, przebrała tylnymi racicami w powietrzu, próbując się podciągnąć. Burza zachichotała. Eepli uniosła głowę. Obejmując małą ogonem, posadziła ją na własnym grzbiecie.
Ich pierwsze spotkanie polegało na tym że Arnee zakradła się przytulić do nogi Eepli, zaskoczyła ją i Eepli nie miała już powodu – bo Arnee i tak ją zobaczyła – się przed nią chować. Przy okazji zobaczyła ją też Noor.
– Ciężko cię rozbawić – sapnęła Burza, opadając grzbietem na swoje gniazdo tuż obok. Eepli przykryła ją ogonem.
– Przestań, na razie mi ciepło. – Burza odepchnęła go skrzydłem, obracając się na bok. Nawet tu, w środku nie było zbyt ciepło, widzieliśmy swoje własne oddechy w chłodnym powietrzu.
– Jak się nie przykryjesz to szybko się przeziębisz – powiedziałam leżąc obok drzemiącej Linnir, tuż przy Mozzran, którą próbował zagadywać Angus, trzymając się trzy kroki od niej, ale córka odpowiadała mu zdawkowo i niechętnie, wyraźnie nie miała na to ochoty.
– Eepli, chodź ze mną do niebieskich koni, polubią cię. – Arnee stanęła na jej grzbiecie.
– To się nie stanie – Eepli spuściła głowę, Arnee zsunęła się po jej szyi, zatrzymując przy samej głowie.
– Będziesz bohaterką jak dasz im to. – Podsunęła ogon blisko jej oczu, trzymając w nim dwa pomarańczowe kryształy, racicami zaparła się o sierść na szyi Eepli, by z niej nie spaść: – Są z istotami niebieskich koni,dzięki tobie ich gatunek przetrwa.
– Arnee, skąd je masz? – zapytałam.
– Z kryjówki… – Arnee zerknęła na Mozzran: – Z kryjówki Kettui, część niej przetrwała pod górą czarnego piasku. Wybrałam się tam w nocy.
– Jak? – Burza poderwała głowę, obracając się na brzuch.
– To łatwizna, mam moce Blakie, mogę poruszać się tak nienormalnie szybko jak ona. To co Eepli? Idziemy zostać ich bohaterami?
– Nie chce im się pokazywać.
– Będą cię uwielbiać jak dasz im te kryształy.
– Eepli woli by polubili ją bez tego, prawda? – zapytałam.
– Tak… – przyznała bratanica.
– Ale… No to Noor, może ty chcesz? Już nikt by cię nie zignorował – zaproponowała Arnee, Noor akurat częstowała Cruzine fioletową trawą.
– Nie planuje tam wracać – odpowiedziała Noor.
– Eepli, a może pokażesz się im? – Arnee zeskoczyła na ziemię, opierając przednie racice na nodzę Eepli, Eepli nawet nie musiała unosić głowy, Arnee ledwie do niej dosięgała – I jak cię źle potraktują to nic im nie damy, a jak dobrze to zasłużą na te kryształy. Zgódź się, proszę!
– Zgódź się, pójdziemy tam razem, przyjaciółko. – Burza oparła skrzydło na jej wciąż pochylonej szyi, wtulając się w nią: – Nawet nie wspomnę im kim jestem by nie kraść ci atencji.
– Niebieskie konie uwielbiają różnorodność, nasz świat jest na co dzień nudny, pozbawiony barw, wszyscy wyglądają podobnie i krajobraz gdzie nie pójdziesz jest ciągle taki sam – dodała Noor: – Będą tobą zachwyceni.
– Idziemy? – Arnee podbiegła złapać za ogon Eepli własnym ogonem, włożyła jej w niego kryształy.
– Boję się, już raz byłam w centrum uwagi i nie skończyło się to dobrze.
– Ale teraz będzie super. Ze mną nic ci nie grozi.
– Arnee ma w sobie Feniksa, a ja jestem półboginią co mogą nam zrobić? Poza tym sama też byś sobie z nimi poradziła – dodała Burza, klepiąc ją skrzydłem po boku: – Dasz radę.
– Pójdę z wami – zaproponowałam. Co prawda nie warto ich poznawać, po tym co spotkało tu Noor, mogłabym im to wypomnieć, posłuchają mnie chętniej niż Linnir, bo jesteśmy dla nich tu atrakcją. Albo niczego nie mówić, bo pewnie jutro już będziemy daleko.
– Nie lubię zbyt wielu pytań na mój temat, wolałabym tam nie iść – powiedziała Eepli.
– A ja kocham być w centrum uwagi. Chodź Arnee, pójdziemy we dwie. – Burza przysunęła moją córkę do siebie skrzydłem.
– Jasne! – wykrzyknęła ucieszona Arnee, podała jej jeden z kryształów. Eepli okryła Burzę peleryną, na co ta skinęła jej z wdzięcznością głową, uśmiechając się do niej.
– Mamusiu, idziesz? – zapytała mnie Arnee.
– Skoro Eepli nie idzie to odpuszczam. Bawcie się dobrze.
– Będziemy – obiecała Burza.
– Przyda im się jeszcze kilka pustych pomarańczowych kryształów, za chwilę wracam! – Arnee wyleciała na zewnątrz i po paru minutach wróciła z pokaźną garścią kryształów każdy z dołączonym do niego naszyjnikiem. Podreptała radośnie na zewnątrz z Burzą.
– Musisz mi powiedzieć jak ty to robisz, też powinnam móc się tak szybko poruszać.
~*~
[Mozzran]
Mozzran leżała pod klonem, w snopie światła przebijającego się przez jego koronę. W końcu opuścili ziemię niebieskich koni i przenieśli się tutaj, gdzie rósł las i grzało słońce.
– Mozz, Mozz! Pobaw się ze mną! – Arnee podbiegła do niej. Mozzran zerwała się z ziemi, odgradzając się od niej rogiem, błysnęła białkami. Linnir i Irutt rozmawiały niedaleko, tak bardzo tym zaangażowane że tym razem nie patrzyły w ich stronę.
– Nie zbliżaj się – ostrzegła Mozzran.
– Mozzran, proszę. Czemu nie możemy mieć dobrych relacji? – Arnee uniosła się w powietrze, pomimo braku skrzydeł, tylne nogi trzymając luźno wraz z lekko zakręconym ogonem, przednie przy swojej klatce piersiowej.
– Pobaw się z Eepli, albo Burzą, albo mamami, masz wiele osób do zabawy, a ode mnie się odczep. – Mozzran położyła uszy.
– Dlaczego mnie nie lubisz?
– Bo jesteś nadpobudliwa i głośna.
Arnee wylądowała na ziemi, uspokajając się na tyle że na jej pysku pozostał tylko subtelny uśmiech: – Teraz lepiej?
– Nie mam ochoty się z tobą bawić.
– Co mam zrobić żebyś mnie polubiła oprócz tego co już zrobiłam? – Cofnęła uszy, w taki sposób że oparła je oba na sobie. Dla innych wyglądało to uroczo, ale Mozzran nie widziała w tym nic szczególnego.
– Blakie ją pochłonęła nie ty. Nigdy cię nie polubię.
– Dlaczego? Bo urodziła mnie Kettui? Eepli też, a ją lubisz.
– Wydaje ci się.
– Wcale nie, rzeźbicie czasami razem i wymieniacie się figurkami. – powiedziała, dodając półszeptem: – Bawicie się nimi gdy myślicie że nikt nie patrzy.
– Cicho bądź. – Mozzran rozejrzała się nerwowo: – Bawiła się tak z tobą?
– No. Fajnie by było gdybyś się przyłączyła. Nie musimy nikomu mówić, jeśli się wstydzisz.
– Jak mogła ci powiedzieć? Obiecała. – Mozzran minęła Arnee, prawie biegnąc przez leśną ścieżkę, niedaleko przy bukach znalazła Eepli z Kometą, w trakcie słuchania kolejnej historii Burzy, według samej Burzy zabawnej historii.
– Eepli. – Mozzran trąciła ją w bok ogonem.
– Nie widzisz że właśnie jej coś opowiadam? – odezwała się z oburzeniem Burza: – Sama też możesz posłuchać. – Oparła skrzydło na jej grzbiecie, Mozzran wycofała się spod niego.
– Jestem pewna że to o wiele lepsze niż takie rozmyślanie w samotności – wtrąciła Kometa, z pogodnym uśmiechem na pysku, nie ważne w jaki sposób ktoś się uśmiechał, bądź śmiał, dla Mozzran zawsze było to coś nieprzyjemnego. I tylko bardziej ją zniechęciło.
– Śmieją się z tych twoich historii tylko dlatego by nie zrobić ci przykrości – powiedziała prosto do Burzy.
– Niektóre naprawdę są zabawne… – odezwała się znów Kometa: – Mogłabyś być nieco milsza, wiesz? Zresztą, chodź, posiedź trochę z nami, nie pożałujesz.
– Eepli, dlaczego powiedziałaś Arnee? – Mozzran szarpnęła ją za ogon swoim własnym, aż wreszcie siostra spojrzała na nią. Znów owijała dolne żuchwy by ukryć sparaliżowane w uśmiechu wargi i język. Za co Mozzran była jej wdzięczna. Choć nie w tej chwili, w tej chwili była przede wszystkim zła i zawiedziona.
– Domyśliła się, nie wiem jak, nie chciałam jej kłamać…
– Tego nie da się domyślić, obiecałaś mi. To była nasza chwila, więcej do ciebie nie przyjdę. – Zawróciła z powrotem pod klon.
– Mozzran, nie gniewaj się.
– Co jej obiecałaś? – zapytała Kometa. Eepli zanurkowała w ziemi, wynurzając się przed Mozzran, która jeszcze nie zdążyła wrócić na swoje miejsce. Aż podskoczyła, a jej serce już dudniło, przełknęła nerwowo.
– Nie rób mi tak…
– Przepraszam, nie chciałam cię zawieść. Nie gniewaj się, proszę. Lubię z tobą spędzać czas.
– Już nie boisz się że mogłyby się zniszczyć?
– Arnee potrafi cofać wszystkie szkody, nawet gdy się rozbiją przywraca ich mocami do poprzedniego stanu.
To nie są jej moce, pomyślała Mozzran.
– Jestem już na to za stara. – Mozzran przemknęła obok Eepli. Niemal tratując Arnee. Odskoczyła jej z drogi.
– To co? Pobawimy się razem? – zapytała mała.
– Nie!
Mała wycofała się z łzami w oczach.
– Robisz to specjalnie – skomentowała Mozzran.
Eepli przysunęła ją do siebie ogonem, Arnee ukryła głowę w jej sierści.
– Weź ją sobie… – głos Mozzran niemal się załamał. Linnir i Irutt do nich podeszły.
– Mozzran…
– Wiem, wiem, wszystko wiem, dajcie mi spokój! – Pobiegła pod swoje drzewo, legła na już wcześniej przygniecionym mchu, Linnir przyszła za nią, Mozzran już zwinęła się w kłębek, nie chcąc by mama widziała jej łzy i męczyła ją kolejnymi tłumaczeniami.
– Chcę być sama… – wymamrotała.
– Arnee nie zabierze ci Eepli tylko dlatego że spędza z nią czas.
– Wiem co powiesz… Ja… Byłam zła. Boję się jej, rozumiesz? Nie chcę mieć nic wspólnego z Blakie, ani Kettui, dlaczego nie zostawi mnie w spokoju? Poza tym spędzałam tylko trochę czasu z siostrą, nikomu jej nie zabieram.
To były nasze zajęcia, dlaczego nie znajdzie sobie z Eepli własnych? – pomyślała. Linnir położyła się przy córce.
– Nadal możecie spędzać czas same, nikt nie może wam tego zabronić. Arnee nie jest cały czas z Eepli.
– Ale mnie nęka.
– Chcę się tylko z tobą zaprzyjaźnić, też jest twoją siostrą.
– Jest teraz feniksem…
– Nie, Blakie dała jej tylko dostęp do swoich mocy, jest w niej, ale nie obudzi się przez wiele lat. Arnee ci nie zagraża.
– Trzymaj ją z dala ode mnie. – Mozzran wcisnęła głowę w przednie nogi, szorując ją racicami.
– Mozzran. – Linnir ją szturchnęła, miała już całą rozczochraną grzywkę: – Już dobrze, Arnee nie będzie do ciebie przychodziła. Chodź ze mną. – Wstała.
– Dokąd?
– Chodź.
Linnir zaprowadziła ją do jednej z wielu grot, z mnóstwem smakowitych kwiatów i owoców, przy jednej ze ścian, małym jeziorku i równie miękkim posłaniu z także jadalnych liści jak w głównej jaskini, gdzieniegdzie powystawały z nich jeszcze świeże gałązki.
– To dla Burzy?
– Dla ciebie, Irutt wszystko przygotowała, a ja wybrałam grotę.
– To był twój pomysł by mnie tu zamknąć? – Cofnęła się.
– Nie chcemy cię nigdzie zamykać. – Linnir obejrzała się na nią: – Chciałam żebyś miała swoje miejsce, gdzie możesz odpocząć i poczuć się bezpiecznie. Gdzie nikt nie będzie cię nachodził.
– Pozbywacie się mnie?
– Nie. Nie o to mi chodziło. Zawsze możesz przyjść do nas i spać z nami jak dotąd. Nie musisz korzystać z tej groty.
Popłynęły jej nowe łzy.
– Mozzran… Nie chciałam sprawić ci przykrości, już dobrze. – Linnir przytuliła ją do siebie: – Po prostu nie trafiłyśmy z prezentem, nie musisz go przyjmować.
– Kettui więziła mnie w takiej grocie. – Co prawda nie było w niej niczego oprócz twardej skały.
– Nikt nie chciał cię uwięzić. Chodźmy stąd, przejdziemy się na zewnątrz.
Mozzran nadal nie mogła opanować płaczu. Widziała jak Irutt bawi się z Arnee, Linnir pewnie też miała na to ochotę, inaczej dlaczego przechodziły akurat obok nich?
– Mozzran?
Nawet nie zauważyła kiedy Linnir znacznie się od niej oddaliła, teraz czekała aż córka do niej dołączy.
– Jak mnie już nie chcecie to powiedzcie, sama odejdę! – Mozzran pobiegła do Irutt.
– Mozzran. – Irutt osłoniła Arnee, jedną z przednich nóg, Arnee się do niej przytuliła: – Jeśli chcesz możemy spędzić trochę czasu we dwójkę, Linnir zajmie się twoją siostrą, albo Eepli jej popilnuje, jak chcesz by Linnir też z nami poszła. Musimy teraz dzielić czas na was dwie. To normalne że jesteś zazdrosna, tak czasem bywa gdy pojawia się w rodzinie młodsze rodzeństwo, ale z czasem się przyzwyczaisz.
– O czym ty mówisz? – Mozzran położyła uszy: – Chciałaś mnie zamknąć!
Linnir zatrzymała się przy boku Mozzran.
– To był mój pomysł, Mozzran, nie pomyślałam o tym że Kettui zamykała cię w grocie, gdybym wiedziała jak źle zareagujesz nie dałabym ci takiego prezentu. Nie chcę twojej krzywdy.
– Bronisz jej… Przecież wiedziałaś. – Mozzran potrząsnęła głową: – Przyprowadziłeś nawet Kettui, a cały czas… Nie wierzę w zamianę ciał.
– Ale to prawda – odpowiedziała Irutt: – Wiesz jak bardzo nienawidzimy Kettui. To nie musi być grota. Kiedyś, gdy mieszkałyśmy z Linnir gdzie indziej miałyśmy swoje własne miejsce, pod starym drzewem, Lubiłam tam odpoczywać, czasami każdy potrzebuje chwili z samym sobą.
– Nie jestem tobą! – krzyknęła na nią Mozzran.
– Arnee… – Irutt pochyliła głowę blisko córki.
– Mam iść do Eepli? – Arnee uniosła swoją głowę: – Dobrze, mamusiu, już idę. – Arnee pobiegła w podskokach tam skąd dobiegały rozmowy reszty grupy i śmiechy, które ledwo już znosiła Mozzran. Wszyscy lubili jej siostrę i rozczulali się nad nią, bo była mała i puchata. Sama Kettui ją lepiej traktowała.
– Nie ufasz nam, rozumiem, ale nawet się nie zawahasz oskarżając nas za każdym razem o coś o czym nawet nie pomyślałyśmy by ci zrobić. – Irutt sięgnęła ogonem do ogona córki, ta go wycofała, przysuwając się bliżej do Linnir: – Minęło już tyle miesięcy Mozzran, gdybyśmy chciały cię skrzywdzić, już byśmy to zrobiły, tymczasem cały czas martwimy się o ciebie i opiekujemy się tobą jak najlepiej umiemy. Teraz jestem z tobą mniej, bo Arnee też potrzebuje opieki. Jak każde źrebię.
– Nie jestem zazdrosna. I… Linnir może nie chce mnie skrzywdzić, ale ty… Ty byłaś przy tym, a nawet Kettui się tobą posługiwała. – Mozzran przywarła do Linnir, próbując dodać sobie odwagi.
– Niewiele już z tego pamiętam, wszystko się zaciera. – Irutt zwinęła końcówkę ogona: – Może nawet nie chcę o tym pamiętać. Nigdy z własnej woli bym cię nie skrzywdziła. – Wpatrywała się zmartwiona na córkę.
– Irutt oddałaby za ciebie życie, podobnie jak ja – dodała Linnir, nawiązując z Mozzran kontakt wzrokowy.
– Przykro mi że nie potrafisz mi zaufać. – Irutt owinęła ogon wokół swojej tylnej nogi: – Zdawałaś się cieszyć na nasze wspólne wyjście, chciałaś mnie poznać, pamiętasz? Więc może to nadrobimy i pouczę cię teraz o innych zwierzętach? Przyda ci się odskocznia od problemów. Dasz mi szanse? Linnir może iść z nami.
Mozzran wahała się, spoglądając to na Linnir to na Irutt.
– Czy nie chciałabyś spróbować pobyć z Irutt sama? – zaproponowała jej Linnir: – Pamiętam jak cieszyłaś się przy waszym pierwszym spotkaniu.
– Za wiele sobie wyobrażałam…
A jak ta cała historia z zamianą ciał to prawda i mama nigdy nie wróciła do swojego ciała, a zamiast niej została Kettui? – Przeszło jej przez myśl i od razu zadrżała. Arnee wolałaby przecież Kettui.
– Chodźmy, Linnir będzie obok, a jeśli ci się nie spodoba zawsze możemy wrócić. – Irutt ruszyła przed siebie luźnym krokiem, a Mozzran poszła za nią w napięciu i niepewności, przy boku Linnir: – Znam kilka ptaków osobiście, chętnie cię poznają. Nie ma tu jaskółek, ale są niedaleko wróble.
– Przecież to ptaki. Jak się z nimi porozumiewasz?
– Każdy gatunek prowadzi inne życie, ale każdy ma swój język. Rozumiem język każdego stworzenia dzięki własnej magii.
~*~
[-]
Burza leżała na małym pagórku na grzbiecie, bawiąc się źdźbłem trawy w pysku.
– Chciałabyś być ze mną oficjalnie? – zapytała Eepli, brudząc sobie nogi w glinie, kopała w niej i ugniatała ją. Noor zatrzymala się po cichu niedaleko nich.
– Co? Co? – Burza obróciła się, a trawa jej wypadła w mokrą glinę.
– Myślałam że… – Eepli zasłoniła ubrudzonym w glinie ogonem własne pyski.
– Coś ty, Eepli! – Burza zeskoczyła do niej, rozpościerając skrzydła: – Jesteśmy jak siostry. – Szturchnęła ją zaczepnie: – Jesteś taka urocza.
– Rozumiem… – W oczach Eepli pojawiły się łzy, żałowała że nie ma na sobie teraz żadnego materiału, którym mogłaby się okryć.
– Eepli, nie płacz…
Zniknęła pod ziemią.
– Eepli! – zawołała Burza, wskakując w glinę: – Przepraszam! Nie wiedziałam że odbierasz to w ten sposób! – Obróciła się wokół własnej osi: – Możemy spróbować! Hej, Eepli, od czego są przyjaciółki? Eepli? – Przyłożyła ucho do gliny, trzepiąc głową gdy trochę jej do niego naleciało: – No i znów przede mną ucieka. – Burza trzepnęła raz jeszcze łbem, po czym spojrzała wprost na Noor, która uniosła zaskoczona głowę, patrząc na nią pytająco: – Co ty tak się skradasz? Nie jesteś niewidzialna.
– Mówisz do mnie? – Cofnęła uszy.
– A widzisz tu kogoś innego?
Noor obejrzała się za siebie.
– Noor, głuptasie. – Burza oparła na niej skrzydło, już całe od gliny, nie wiadomo nawet kiedy je ubrudziła: – W domu też tak wszystkich podsłuchiwałaś?
– Nikt nie zwracał na to uwagi. Chyba że byłam z Trini, przepędzali ją…
– Wybacz, muszę poszukać Eepli. – Burza odleciała, a glina deszczem pospadała z jej skrzydeł, Noor odskakiwała z drogi największym grudką, ale wiele mniejszych glinianych kropel rozbiło się o jej pokryty peleryną grzbiet. Noor otrzymała taką samą pelerynę jak Linnir, gdy tylko opuścili terytorium jej stada i wyruszyli w cieplejsze miejsca. Arnee równie chętnie co Blakie podzieliła się mocą by uczynić pelerynę przyjazną niebieskim koniom. Noor powoli odzyskiwała dawną wagę, ale jej grzywa i ogon na razie wciąż były przerzedzone, a jej sierść jeszcze trochę bledsza niż powinna.
Długo wędrowała po lesie, zatrzymując się to tu to tam by zjeść coś czego nigdy wcześniej nie jadła, a co sądząc po zapachu jadalne było. Szukała Eepli, nie spiesząc się i nie przykładając się do tego, wątpiła by tak łatwo dała się znaleźć, ale ku jej zaskoczeniu trafiła na nią na jednej z leśnych polan. Eepli tuliła do siebie jedną z większych rzeźb, roniąc na nią łzy. Noor trąciła ją w bok, podając jej gałązkę ze smacznymi kwiatami. Eepli utknęła na niej wszystkimi czterema oczami. Noor poruszyła głową, dając jej do zrozumienia że to dla niej.
– Dziękuję. – Eepli załapała gałąź ogonem: – To miłe…
– Nie spróbujesz?
– Później. Nie lubię przy kimś jeść…
– Może Burzy nie podobają się klacze? – zasugerowała Noor.
– To ja po prostu jestem ohydna, a uwierzyłam że naprawdę się jej podobam… Nikt nie chciałaby kogoś takiego jak ja.
– Zakochałaś się w niej? – Noor przystanęła obok, skubiąc trawę.
– Nie wiem, chyba nie. Nikt nie mówił mi podobnych komplementów co Burza, w końcu uwierzyłam że są prawdziwe, wszyscy twierdzili że mówi serio. Chciałam po prostu z kimś być, kto by mnie kochał…
– To strasznie egoistyczne, Trini ciągle mi to powtarzała, myślałam w ten sam sposób co ty, ale potem naprawdę się w niej zakochałam. Uczucie powinno być odwzajemnione.
– Nie mam na to żadnych szans…
– Zakochałaś się w kimś?
– Nie próbowałam, nie chcę się zawieść…
– Dlaczego? Pomogę ci. – Dobiegł je obie głos w koronie drzewa, Arnee wyleciała z niego, jak zwykle uśmiechnięta: – Noor, idziesz z nami?
– Dokąd?
– Eepli nie pozna nikogo tkwiąc ciągle w tym samym towarzystwie.
~*~
[Noor]
Wynurzyły się niedaleko zwykłego stada koni. Arnee zeskoczyła z ogona siostry, obracając się do nich przodem.
– Eepli, to ty się ukryj, chyba że jednak chcesz poznać na raz wszystkich. – Cofała się ku stadu, co chwilę oglądając się na nie.
Eepli pokręciła głową, poprawiając na sobie materiał.
– Dobra, to my z Noor się rozdzielimy i poszukamy kogoś dla ciebie.
Noor patrzyła na Arnee z pewną dozą nieśmiałości. Eepli odstawiła Noor na ziemi, znikając pod jej powierzchnią.
Arnee pobiegła do stada, witając się ze wszystkimi jak gdyby ich znała, Noor poszła jej śladem, słysząc jak wszyscy wokół pytają Arnee kim właściwie jest i co tu robi. Zawsze przyciągała do siebie mnóstwo osób. Noor zatrzymała się niedaleko, ktoś szarpnął ją za pelerynę.
– Niebieski koń, co? – Uśmiechał się kpiąco.
– W moich stronach to normalne. – Noor wyrwała mu z zębów własną pelerynę, przyjrzała mu się uważnie, cofając uszy.
– Zmarzłaś? Słyszałem o was coś odwrotnego.
– Chroni mnie przed ciepłem. Uważasz to za dobry pomysł by szukać partnera, bądź partnerkę, dla znajomej?
– Dla tej małej?
– Nie, ona jest za młoda.
– Ładna chociaż ta twoja przyjaciółka?
– Ty nie jesteś odpowiedni.... – Przeszła obok niego.
– Pewnie szukasz kogoś dla siebie, tylko nie chcesz przyznać.
Przyspieszyła kroku, zauważając wśród drzew Arnee z młodym ogierem i klaczą, mniej więcej w wieku Mozzran. Oboje dygotali, wtuleni w siebie.
– To jak? – zapytała ich przyjemnym głosem Arnee, jakby ich o coś prosiła i bardzo chciała by się zgodzili, a nie groziła, o czym świadczyły płomienie Blakie, które musnęły ich nogi. Dwójka obcych wcisnęła się w siebie mocniej, unosząc się na tylnych nogach.
– Zrobimy co zechcesz.
– Proszę…
– Eepli ma być zadowolona waszym towarzystwem, kto zdobędzie jej serce przetrwa. – Arnee uniosła się w powietrzu, zbliżając się do nich, niczym zjawa.
– Arnee, tak nie można. – Noor wyszła zza drzew, płomienie zgasły, a dwójka koni skorzystała z okazji i rzuciła się do ucieczki.
– Poskarżysz na mnie mamą? – Arnee wylądowała delikatnie na ziemi.
– To złe.
– Chcę tylko pomóc siostrze, to nazywasz złem?
– Nie możesz nikogo do tego zmusić, ona też ucierpi w takim układzie.
– Poucza mnie matka co zostawiła swoje źrebaki?
Noor urwał się oddech z zaskoczenia, ten słowny cios był tak nagły i niespodziewany, spuściła wzrok, cofając uszy. Arnee jeszcze nigdy nie zachowała się tak podle wobec niej. Chciała się tylko przyjaźnić ze wszystkim wokół. Wydawała się Noor taka niewinna.
– Właśnie. – Arnee zjawiła się przy niej, tak szybko jakby się teleportowała: – Teraz o tym zapomnisz – szepnęła jej do ucha. Noor poczuła obecność mocy feniksa w swojej głowie, a jednak nic się nie wydarzyło. Arnee weszła w gęstwiny, a Noor pobiegła z powrotem.
– Eepli? – Zatrzymała się tam gdzie się rozstały, dziękując losowi że jej gatunek się nie trzęsie, nawet wtedy gdy jest w silnym stresie. Trzęsła się tylko raz, gdy jej mięśnie osłabły na tyle z głodu, że mimowolnie drżały. Eepli wyłoniła głowę z ziemi.
– Muszę do domu – głos Noor zdradził jej niepokój.
– A Arnee?
– Nic jej nie będzie, jest silniejsza od nas wszystkich. Zabierzesz mnie tam?
~*~
– Chciałam tylko pomóc Eepli. – Arnee tłumaczyła się przed mamami, Noor przysłuchiwała się z boku: – Z własnej woli nikt nawet nie spróbuje, a tak ktoś mógłby ją pokochać za jej wspaniałą osobowość.
– Arnee, nie da się zmusić nikogo do miłości – powiedziała Linnir.
– Dlaczego coś takiego przyszło ci do głowy? – dodała Irutt: – Groziłaś im.
– Ale mamo, mamo. – Przeskoczyła wzrokiem z Linnir na Irutt i z powrotem: – Blefowałam. Nigdy bym nikogo nie skrzywdziła. Kocham was.
– My ciebie też, Arnee, ale proszę cię byś nikogo już tak nie straszyła, nie zadałaś im żadnego bólu? – zwróciła się do niej Linnir.
– Nie, nigdy.
Arnee rzuciła okiem na Noor i nagle wokół zapadła cisza, Noor widziała jak ich wargi się poruszają, ale niczego nie słyszała. Nie czuła też by wydobywał się z jej gardła głos, nie widziała by ktoś na niego reagował ilekroć otwierała pysk.
“Należą mi się przeprosiny.” usłyszała głos Arnee, po chwili wszystkie dźwięki powróciły. Ptaki znów zaśpiewały, a wiatr szumiał koronami drzew.
– Obiecuję, więcej tak nie zrobię – Arnee przytuliła się do obu mam.
– Twoje moce to duża odpowiedzialność, nie możesz wykorzystywać ich do takich celów, nie da się zrobić czegoś dobrego za pomocą zła – pouczyła ją Irutt.
“Mamy czasem wygadują takie bzdury, co? Już nie pamięta co zrobiła Blakie.” Noor znów usłyszała głos Arnee.
– Noor. – Arnee podbiegła do niej, napotykając jej przestraszony wzrok, wtuliła się w nią: – Przepraszam że cię nastraszyłam. – Uniosła głowę, patrząc na Noor niewinnym wzrokiem. “Za karę ty będziesz z Eepli.”
– Linnir… – zaczęła Noor.
“Musimy stać się wrogami?”
– Grozi mi.
– Arnee?
– Natychmiast przestań, Arnee. – Irutt zabrała córkę od Noor, ciągnąc ją za grzywę, co było mniej wygodne od noszenia jej, bo Arnee nie urosła w zasadzie nawet o centymetr: – Co w ciebie wstąpiło?
– Co ja takiego zrobiłam? – Arnee cofnęła uszy.
Noor powiedziała o wszystkim co potajemnie przekazała jej Arnee. Po minach jej matek zaczęła przypuszczać że Arnee robi coś takiego po raz pierwszy lub nikt jeszcze na nią nie naskarżył, ani jej nie przyłapał.
– Nie pochwalam tego co zrobiła Blakie, ale nawet ona nie zrobiłaby czegoś takiego Noor, ani nie groziła dwójce tamtych koni – powiedziała nerwowym tonem Irutt.
Arnee stała z nisko spuszczoną głową, jakby naprawdę było jej wstyd, jej puchate uszy opadły.
– Arnee zrobiłaś tak jeszcze komuś? – zapytała Linnir, niemal kładąc uszy: – Przyznaj.
– I tak teraz mi nie uwierzycie, ale nie, to pierwszy raz… Nie wiem co we mnie wstąpiło, to pewnie te złe geny Kettui.
– Albo dojrzewanie – Irutt spojrzała na Linnir.
– Przepraszam, naprawdę chciałam pomóc Eepli, tylko o to chodziło. – Nie podnosiła jeszcze głowy, ale spojrzała na swoje mamy.
– Pomożemy Eepli. – Irutt położyła ogon na grzbiecie córki, łapiąc jednocześnie za jej ogon: – W normalny sposób, żeby ktoś zechciał ją poznać, nie musisz mu niczym grozić. Na przykład Noor nie miała z tym problemu, ani Burza, nikt z nas, nie musisz nikogo do tego zmuszać.
– Muszę już iść do Mozzran. – Linnir musnęła na pożegnanie Irutt w nos i ruszyła jedną z leśnych ścieżek. Arnee uniosła głowę, jakby spodziewała się że mama też z nią się pożegna, powiodła za Linnir smutnym wzrokiem.
– Spróbowałaś chociaż tak zrobić? – Irutt szturchnęła córkę.
– Nie… To się nie uda. My jesteśmy wyjątkami.
– A może najpierw się przekonamy czy nie ma więcej takich wyjątków?
Noor też już poszła, podążała śladami Linnir, kiedy ta się na nią obejrzała, weszła między drzewa, po chwili słysząc znajome kroki.
– Co się stało? – spytała Linnir.
– Chciałabym być taka jak ty, Linnir. – Noor wyszła ze swojej prowizorycznej kryjówki, ruszyły ścieżką przez las: – Obie świetnie sobie radzicie z źrebakami… Moje mnie chyba nienawidzą…
– To nie twoja wina. Są już dorosłe?
– Tak…
– Możesz naprawić relacje z nimi, wyjaśnić im dlaczego nie było cię w ich życiu i nie musisz tego robić sama, wszyscy wyruszylibyśmy tam z tobą, obroniłabym cię przed ich ojcem, a jeśli nie ja, ktoś inny będzie mógł tam z tobą iść.
– Nie znienawidź mnie za to co powiem, ale… Nie chce ich widywać, tylko mnie krzywdziły, nie nadaje się na matkę, nigdy nie umiałam się nimi zajmować, zresztą i tak mnie nie słuchały, teraz widzę że je zawiodłam. Robiłam dokładnie to co moja matka. Ignorowałam je. Gdyby ich ojciec nie kazał mi ich pilnować nie próbowałabym z nimi wchodzić w żadne interakcje. Gdyby matka nie zmusiła mnie do posiadania źrebiąt, nawet bym ich nie miała. Trini też nie przepadała za źrebakami… Gdybym tak mogła cofnąć czas, odejść stamtąd jak tylko dorosłam i związać się od razu z Trini… I…
– Zanim stamtąd odeszliśmy, rozmawiałam z innymi młodymi, niebieskimi klaczami i powiem ci to samo co im. Masz prawo nie chcieć źrebiąt, a tym bardziej wybierać z kim się wiązać lub nie – głos Linnir zdradzał lekkie podenerwowanie.
Noor z trudem powstrzymała łzy, Trini uważała podobnie, tak bardzo ją jej teraz przypominała. Też złościła się tym co spotkało Noor.
– Ty powinnaś decydować o swoim życiu, nikt inny. Jeśli kontakt z nimi cię rani to nie musisz się do niego zmuszać, ważne byś ty czuła się z tym dobrze.
– Jest coś jeszcze…
– Tak?
Noor zerknęła nerwowo na swój brzuch i bardzo wymownie.
– Jesteś w ciąży?
– Co ja mam teraz zrobić? Zwrócić mu tego źrebaka? Wychować je jakoś? Czy… Czy dałabym sobie radę?
– Znów cię skrzywdził? Wiem że ciąża u naszego gatunku potrafi trwać tylko pół roku, co oznaczałoby że zaszłaś w nią gdy byłaś już z nami.
– Nie, zaszłam w ciąże dużo szybciej, ale zaczęła rozwijać się dopiero teraz. Gdy warunki są zbyt trudne potrafimy odłożyć ciąże na inny moment.
– Myślałam że tylko jednorożce tak potrafią.
– Byliśmy wtedy jeszcze razem, to było tuż przed śmiercią Trini. Zgodziłam się…
– Tak, z przymusu, równie dobrze mógłby ci to zrobić na siłę. Jeśli chcesz je wychować pomożemy ci, nauczę cię wszystkiego co umiem.
– Mogłabyś?
– Czyli je chcesz?
Noor zawahała się.
– Musisz zdecydować zanim się urodzi, jeśli się do ciebie przywiąże i wtedy je porzucisz wyrządzisz mu tym krzywdę. – Linnir patrzyła jej prosto w oczy: – Nie chcę by ucierpiało żadne z was.
– Skąd mam wiedzieć czy sobie poradzę? Nie da się jakoś cofnąć ciąży? Naprawdę żałuje że nawet nie spróbowałam mu odmówić…
– Możesz je oddać, Noor.
– Jemu?
– Nie jestem co do niego przekonana.
– Uwielbiały go, a on je, byłby zachwycony kolejnym… Tak sądzę. Mogłabym mu je oddać i nie sprawiać wam problemu.
– Nie lepiej by zostało z nami? Nie ufam mu. Ktoś na pewno znajdzie się by się nim zaopiekować… Ostatecznie my byśmy mogły, Irutt uwielbia źrebaki, raczej nie będzie miała nic przeciwko, ale jeszcze porozmawiam z nią o tym, nie chcę podejmować decyzji za nią.
– Macie tyle kłopotów z córkami, kolejne źrebię to nie za dużo? Też dziwnie bym się czuła będąc obok…
– W takim razie znajdziemy mu dom poza naszą grupą. Nie zadręczaj się tym za bardzo, masz jeszcze trochę czasu by wszystko przemyśleć.
~*~
[Irutt]
Arnee pobiegła pobawić się z Burzą. Czy tym razem zrozumiała czy nie, próbowałam na razie się tym nie przejmować. Ułożyłam się wygodnie nad rzeką, o krystalicznej wodzie, w której pływały kolorowe ryby, parę z nich zbliżyło się do moich racic. Linnir położyła się obok, oparłam się o nią, wtulając w jej sierść i pelerynę.
– Tak szybko skończyłyście trenować?
Ani tego nie odwzajemniła, ani się nie odezwała.
Przeniosłam swój ciężar z powrotem na brzuch, patrząc na nią. Obserwowała ryby, dopiero po chwili spojrzała na mnie.
– Kojarzą ci się z przemienionymi.
– Wszystko w porządku, Irutt.
– Nieprawda. Chodźmy stąd. – Podniosłam się.
– Nie, nie możemy pozwolić by Kettui miała wpływ na nasze życie. Nic nam tu nie grozi, a złe skojarzenia w końcu miną.
Przytuliłam ją.
– Nigdy mi o tym nie mówiłaś, a musiało być ci ciężko.
– Nie ma o czym mówić.
Położyłam się z powrotem przy niej, zasłaniając jej widok na rzekę, dotknęłam ogonem jej policzka.
– Nie przejmuj się. – Musnęła mnie prosto w wargi, odwzajemniłam to zamykając oczy. Po chwili je otworzyłam. Machnęła własnym ogonem, udało jej się położyć go idealnie na mój, chwyciłam ją za niego.
– Cieszę się że już jej nie ma – powiedziałam, patrząc w jej oczy.
– Pora o niej zapomnieć. Noor jest w ciąży.
– Jak to?
Opowiedziała mi o ich rozmowie. Była powodem dla którego zawróciła do mnie, zamiast spotkać się w końcu z Mozzran
– Weźmy je – zgodziłam się od razu, jeszcze zanim zapytała. Małe będzie tego samego gatunku co ona, przynajmniej w połowie, być może nigdy jej tego nie powiem, ale marzyłam by mieć źrebaki z nią, jednak przede wszystkim nie chciałam sprawiać jej przykrości swoim pragnieniem, którego nie może, a nawet nie chcę by spełniała je wbrew sobie.
– Proponowałam jej to, wiedziałam że się zgodzisz, ale wolałaby nie widywać swojego źrebaka na co dzień, też faktycznie mogłoby być nam dość ciężko z kolejnym. Obiecałam jej znaleźć kogoś kto się nim zajmie spoza naszego stada.
– Dobrze, ale zawsze w razie czego my je weźmiemy – dodałam starając się ukryć rozczarowanie, nie chciałam nawet by miała podejrzenia o czym myślę. Jeśli kiedykolwiek się na to zdecyduje niech będzie to od początku do końca jej decyzja.
~*~
[Mozzran]
Mozzran ze znużeniem obserwowała krzątających się to tu, to tam członków stada. Mamie się nie spieszyło, pewnie znów ktoś zawracał jej głowę swoimi problemami. Eepli podeszła do siostry wraz z Cruziną. Mozzran spojrzała na nią, dopiero po chwili przypominając sobie że jest na nią zła. Odwróciła wzrok.
– Cruzina uczy mnie telepatii.
– Nie umiesz tego? – Mozzran cofnęła uszy.
– Jeszcze nie, powiesz coś do mnie telepatycznie?
“Już potrafisz, Eepli” wtrąciła ciotka “Jeśli udaje ci się ze mną to z innymi też się uda.”
– Nienawidzę telepatii, pamiętasz jak Kettui mówiła w mojej głowie? – powiedziała z urazą Mozzran prosto w oczy Eepli: – Nie chcę tego więcej czuć jak nie muszę.
Eepli spuściła wzrok: – Miałam nadzieje że będziemy mogły tak rozmawiać.
– Nie ze mną, obiecaj.
“Nie wymuszona telepatia nie jest tak nieprzyjemna, pamiętam jak…” zaczęła Cruzina.
– Dajcie mi spokój! – Mozzran poderwała się z ziemi, Cruzina się wzdrygnęła, zniżając głowę. Mozzran ze zdziwieniem odkryła że jej ciotka się trzęsie. Boi się jej? Blizna na szyi po ranie, którą Mozzran jej zadała, jeszcze dobrze nie porosła sierścią.
– Przepraszam… – Mozzran przełknęła ślinę.
“To nie twoja wina, trauma czasami do mnie wraca…” przyznała Cruzina: “Nie chciałam cię zmuszać, tylko pokazać ci że to nie jest nic strasznego.”
– Może jednak spróbowałabyś? – zaproponowała Eepli: – Tylko jedno słowo.
– Nie chcę nawet próbować. Poza tym nadal jestem na ciebie zła.
– Eepli, Mozzran, odwiedziłybyście ze mną pobliskie stado? – Linnir podeszła do nich. W końcu przyszła. Tylko dlaczego razem z Irutt? Eepli pokręciła głową, ale po jej przygnębionej minie Mozzran zgadywała że chciała iść, tylko przeszkodą jak zwykle był jej wygląd.
– Nikt nas tam nie zna – dodała Linnir.
Kawałek za nimi Burza wygłupiała się z Arnee w kałuży błota.
– A Arnee zostaje tutaj.
– Nie miałyśmy trenować? – zapytała Mozzran.
– Jeszcze zdążymy poćwiczyć, Mozzran. Stado wydaje się dość wyjątkowe, mieszkają w nim jednorożce i konie, razem.
– To hybrydy – stwierdziła Mozzran.
– Nawet jeśli, Kettui już nie ma, nie mamy się czego obawiać. Nie możemy wiecznie przed wszystkimi uciekać.
– Chcesz nas wszystkich narazić!? – wykrzyknęła ze zdziwieniem Mozzran.
– Nie, Mozzran.
– A jak cię tam zabiją?
– Nic mi nie będzie.
– Nie możesz iść! – Mozzran złapała mamę za pelerynę ogonem, błyskając białkami.
– Mieszkają tam normalne osoby, obserwowałam ich przez jakiś czas – wtrąciła Irutt: – Zanim jeszcze wpadłyśmy na pomysł by ich odwiedzić. Zawsze sprawdzamy sąsiadów, zanim gdzieś się zatrzymamy, córeczko.
Mozzran wzdrygnęła się, gdy Irutt ją tak nazwała, Kettui też tak do niej mówiła, przez co nienawidziła tego, mimo że to zwyczajne słowo i nie raz słyszała jak inni rodzice zwracali się tak do swoich córek.
Dlaczego tak nagle interesują się obcymi? Dotąd ich unikały. Musi chodzić o coś więcej… Szukają dla niej nowego domu? Może naprawde już jej nie chcą? Tylko dlatego że nie akceptuje Arnee. Otoczyła się ogonem, a do oczu napłynęły jej łzy.
– Córeczko, co się stało? – Irutt złapała ogonem, jej ogon, Mozzran wyrwała go jej, cofając się gwałtownie. Przytuliła się do Linnir, która z wahaniem objęła ją głową, patrząc zmartwiona na Irutt.
– Wszystko będzie dobrze – zapewniła.
– Ty nie chciałaś poznawać swojego gatunku…
– Mieszkają tam też konie, słonko – powiedziała Irutt.
Mozzran zacisnęła oczy. Dlaczego musi ją tak nazywać?! Otworzyła je dość gwałtownie, czując jak włosy z ogona Irutt muskają ją w bok. Mama zaraz go wycofała, owijając go wokół swojej przedniej nogi.
– Dlaczego mam tam iść? Chcecie bym tam została? – Mozzran niemal krzyknęła: – Nie chcę was oskarżać, ale jak mam niby to odebrać?
– Nie, słonko…
– Nie mów tak do mnie! – krzyknęła rozpaczliwie, za każdym razem to znosiła, ale teraz miała już dość: – Dlaczego ciągle mi to robisz? Nazywasz mnie tak jak ona!
“Telepatii też unika przez Kettui…” dodała ostrożnie Cruzina.
Łzy spłynęły po policzku Mozzran, zmoczyła też nimi Linnir wciskając drugi policzek w jej szyję.
– Moi rodzice mówili do mnie podobnie, to nic złego. – powiedziała Irutt: – Tylko Kettui uczyniła to czymś złym. Jeśli sprawiam ci tym ból mogę przestać, mogłaś mi powiedzieć o tym już dawno, wszystko możesz mi mówić.
– Irutt bardzo cię kocha, jako swoją córkę, Mozzran…
– Wiem… – przyznała płaczliwie Mozzran: – Przepraszam… Po prostu nie potrafię myśleć o niej inaczej…
– Będę mówiła ci po imieniu, jak Linnir – obiecała Irutt.
– Nie, nie… Możesz tak mnie nazywać… Chcę by było normalnie, mamo.
– Może lepiej ja pójdę? – zaproponowała Irutt.
– Po co w ogóle macie tam iść? – spytała Mozzran.
Linnir z Irutt wymieniły spojrzenia.
– Noor jest w ciąży, jeszcze nie podjęła decyzji, ale możliwe że odda tego źrebaka… – szepnęła Linnir: – A w takim przypadku ciężko byłoby jej widywać je u nas, dlatego szukamy stada, które by je przyjęło. Nie powinnyście o tym wiedzieć, bo to jej prywatna sprawa – Zerknęła na Eepli: – Mówię to tylko dlatego byś tak się nie stresowała, Mozzran.
– Nikomu nie powiem, mamo.
– Ja też nie – obiecała Eepli.
– Chciałyśmy też byście kogoś poznały, każdy z nas potrzebuje towarzystwa – dodała Linnir.
– Przecież mam towarzystwo. Nasze stado nie jest już wystarczające? – przyznała Mozzran.
– Rodzina to jedno, ale przyjaciele też są ważni. Z nikim od nas się nie zaprzyjaźniłaś.
– Przecież przyjaźnie się z Eepli.
– Nie wiesz ile radości sprawia poznanie kogoś nowego, może akurat trafiłby się ktoś kogo byś polubiła? – powiedziała Irutt: – To niezdrowo trzymać się tak z daleka od innych.
– Nie trzymam się z dala, po prostu nie jestem Arnee, która zadowoli się byle kim.
– Źrebaki potrzebują kontaktu z innymi źrebakami by zdrowo się rozwijać.
– Nie jestem już źrebakiem.
– Wiem, ale nigdy nie jest za późno by kogoś poznać, gdy byłam mała miałam mnóstwo przyjaciół i te przyjaźnie przetrwałyby gdyby nie zabito mi wszystkich których kochałam…
– Ale nie w tym cyklu. W tym cyklu byłaś jedynie marionetką Kettui, jak…
– Mozzran… – wtrąciła Linnir.
– Jak ja miałam być! – krzyknęła Mozzran: – Gdyby Kettui nie sprawiało przyjemności moje cierpienie pewnie skończyłabym tak samo jak ty.
– Co to ma wspólnego z poznawaniem nowych osób? – Irutt zwinęła ogon: – Musimy żyć dalej Mozzran, zapomnieć o tym co nam zrobiła, już jej nie ma.
– Obu dobrze wam zrobi poznanie kogoś nowego – Linnir popatrzyła na Eepli i Mozzran: – Będziecie tam ze mną, nikt was nie skrzywdzi.
– Eepli już ma Burzę i z Noor też ostatnio rozmawiała. Dlaczego mamy się narażać na kontakt z obcymi? Gdybym chciała koniecznie kogoś poznać to mam wystarczająco dużo osób w naszym stadzie.
– Mogłabym rozmawiać z jednorożcami na odległość? – zapytała Eepli, ku zaskoczeniu Mozzran, liczyła że siostra tu zostanie, ona zawsze unikała obcych.
– Oczywiście, ale musiałabyś ich najpierw zobaczyć – Irutt spojrzała na nią: – Wtedy łatwiej będzie ci dotrzeć do danej osoby magią.
Eepli pokiwała głową: – Może gdy chwilę porozmawiamy to… Będą bardziej wyrozumiali gdy mnie zobaczą?
“Mogłabyś kontaktować się z siostrą by upewnić się że na pewno nic im nie grozi” odezwała się Cruzina, zwracając głowę w kierunku Mozzran.
– Idę porzeźbić. – Mozzran odsunęła się już od Linnir, Eepli spojrzała na nią ze smutkiem, zawsze rzeźbiły razem: – Mamo, jak wrócisz to potrenujemy?
– Może być już wtedy dość późno, zobaczymy.
Poszła już.
Niemal od narodzin zostawała zupełnie sama i wtedy był to najlepszy czas, gdy była sama ani Tirre jej nie dokuczał, ani Kettui się nad nią nie znęcała. Wtedy nie cierpiała. Poznawanie kogoś nowego, jeszcze jednorożców, jakby to miało wyglądać? Mamy już zapomniały że nikomu nie można ufać? Po co tak się narażają dla cudzego, niechcianego źrebaka? I jeszcze wciągnęły w to Eepli, może wkrótce siostra w ogóle nie znajdzie dla niej czasu?
Wcisnęła się pod jedno z młodszych, o nisko rosnących gałązkach drzew, zwijając się tam w kłębek. Zamierzała przeczekać tutaj do powrotu mamy.
Tak łatwo jest powiedzieć by żyła dalej, by zapomniała. Naprawdę chciałaby zapomnieć…
***
Musiała wtedy jeszcze pić mleko, chodziła za Kettui, która pokazywała ich dom Tirre i nikt się nią nie interesował przez większość czasu, była tam jedynie dodatkiem.
– To przeklęci są źli? – zapytał Tirre.
– Kochanie, aż strach pomyśleć co by wam zrobili.
– Coś gorszego niż ty? – zapytała Mozzran, spuściła głowę, błyskając białkami, jak tylko Kettui na nią spojrzała, bo nigdy nie wiedziała jak zareaguje, bywały dni gdy była dla niej całkiem miła, o ile ona była jej posłuszna.
– W porównaniu do nich? To co ja robię to nic. Mamusia by cię nawet nie krzywdziła gdyby oni nie skrzywili tak jej psychiki. – Sięgnęła do Mozzran ogonem, która się przed nim uchyliła, ale Kettui i tak przysunęła ją do siebie, Mozzran trzęsła się chwilę, ale potem zrozumiała że może się przytulić, uroniła kilka łez: – Wielka szkoda że wasza druga mama przepadła, tak ją omotali, zwłaszcza Linnir, przez nich muszę ją kontrolować. Wiesz co Linnir by zrobiła z tobą?
Mozzran pokręciła głową.
– Pamiętasz jak mamusia musiała cię ukarać i metal wypełnił ci gardło? To wyobraź sobie podobny ból tutaj – Złapała ją ogonem za zad, Mozzran krzyknęła, wyrwała się i uciekła Kettui pod samą ścianę, patrząc na nią wielkimi już oczami, Kettui się roześmiała: – I pomnóż go tak sto razy, Linnir rozerwie cię od środka.
– Chciałbym dostać kłykę – oznajmił Tirre, patrząc na ryby.
– Dla ciebie wszystko, kochanie. – Kettui podeszła poiskać syna po grzbiecie, sięgnęła do jego szyi, a w końcu i pyska.
– Nie mam ochoty, mamo. – Mały umknął jej, uderzając sobą o jedno z ogromnych akwariów.
– Przestań tak mnie nazywać. Ranisz mnie, skarbie.
– Przepraszam.
– Chodź do mnie, Tirre. – Przysunęła go do siebie, prowadząc do groty obok: – Ty zostajesz. – Obejrzała się za idącą już za nimi Mozzran. Mozzran zatrzymała się tutaj, oglądając ławice ryb. Słyszała jak Tirre nie chciał się zgodzić, ale w końcu uległ, bo mama obiecała mu pokazać kłyki i pouczyć go ich tresury. Mozzran jeszcze do końca nie rozumiała co się dzieje, wiedziała za to że Kettui nigdy go jeszcze nie uderzyła, nie ukarała, ani na niego nie nakrzyczała.
Poszła w strachu korytarzami, Kettui tak szybko nie zawróci, a jeśli będzie miała szczęście zapomni o niej.
W jednej z grot zobaczyła Irutt, stała nieruchomo niczym żywa rzeźba, wyglądała kompletnie inaczej niż wyobrażała sobie Mozzran.
Często udawała że spędza czas z Irutt, odgrywając w samotności podpatrzone u innych rodziców i ich źrebiąt zachowania. Tirre mógł się przyjaźnić i bawić z kim zechciał, ale Mozzran zabraniano spotykania się z innymi źrebakami. Mogła się bawić tylko z bratem i uczyć tylko z bratem. Bywało że wtulała się w ścianę, zamykając oczy, by sobie wyobrazić że to mama, której na niej naprawdę zależy, mówiła jej o wszystkim szeptem co tylko ją dręczyło.
Ale jeszcze ani razu nie odważyła się do niej wejść.
Kettui jest zajęta, nie może jednocześnie kontrolować Irutt i zajmować się Tirre. Mozzran weszła do środka, serce jej łomotało, bała się nawet spojrzeć w niewidzące oczy mamy.
– M-mamo… – Złapała ją za ogon, pociągnęła za niego: – Mamo, obudź się. – Do oczu napłynęły jej łzy: – Zabierz mnie stąd.
– Kazałam ci tam czekać – odpowiedziała Irutt, a jej mrożący w żyłach wzrok padł na córkę, ścisnęła ją za ogon, miażdząc go. Przemieniła się w Kettui ciągnąc małą ku sobie.
– Mamo! Przestań! – Mozzran przebrała nogami, próbując się wyrwać, nieuchronnie sunęła po ziemi do Kettui.
– Ona cię nie słyszy. Jak śmiałaś tu wchodzić?! – Rzuciła nią o ścianę.
Mozzran zakasłała, a jej przerażone spojrzenie padło na matkę już stojącą nad nią: – Nie chciałam…
Złapała ją za szyję ogonem.
– Nie chciałam! Przepraszam!
– Próbujesz mnie zdradzić?
– Nie. Przepraszam, to się więcej nie powtórzy – wydusiła z łzami w oczach.
– Tirre mówi że zależy ci bardziej na Irutt. Kochasz ją bardziej od nas.
– Nie…
– Ach tak?
– To nieprawda… Ona nas porzuciła!
– Coś w tym jest. – Zmieniła się z powrotem w Irutt. Stanęła na niej racicą, napierając na żebra małej.
Kettui ją kontroluje, sama się przyznała, mama nie chcę tego robić, musi być na świecie ktoś komu na mnie zależy – mówiła sobie w myślach Mozzran.
Irutt wyniosła ją na zewnątrz. Mozzran pierwszy raz była na zewnątrz, a potem wrzucono ją do dołu w ziemi i zakopano.
– Co powinnaś teraz zrobić? – zapytała Kettui. Mozzran ocknęła się obolała, cała w ziemi, jej oddech świszczał i myślała że umrze, przygnieciona. Wykasłała piach, dygocząc.
Mama mnie kocha… – mówiła sobie. Irutt może już nigdy się nie obudzi, a jeśli nawet to skąd pewność że będzie jej na niej zależało, ale nie może być bardziej okrutna niż Kettui. Nie może.
– Nie wiem… – Chciała wyobrazić sobie, jak zawsze gdy było jej źle Irutt obok, która ją pociesza, ale tym razem do głowy napłynęły jej obrazy jak ją biła i zakopała żywcem.
– Przeprosić Tirre! – Kettui zdzieliła ją ogonem w głowę.
Mała się popłakała, masując nowe obolałe miejsce ogonem. Nie wiedziała nawet co takiego mu zrobiła, przecież go nawet tam nie było.
– Przepraszam… – Spojrzała na brata. Odwrócił obrażony głowę: – Tirre, przepraszam – jęknęła.
– Pff… Robisz to by nie oberwać więcej.
– Skarbie nie przejmuj się nią. Odkryłaś przynajmniej swoją magię? – zapytała Kettui.
Przyznanie się oznaczałoby że przyznałaby się również do swoich ucieczek. Pokręciła głową. Dlaczego nie mogła się urodzić w innej, lepszej rodzinie? Czym sobie zasłużyła na to wszystko?
– Jedz, córeczko, mamusia nie chciałaby żebyś głodowała. – Kettui podsunęła jej misę pełną ciernistych, zdrewniałych łodyg. Nawet Tirre spojrzał na nie wystraszony. Nie mógł po prostu przyjąć jej przeprosin?
– Właściwie… – urwał tak szybko jak się odezwał, gdy Kettui na niego spojrzała, po czym wbiła wzrok w córkę.
– Jedz – kazała jej, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu: – Albo powyrywam ci nogi i przebije oczy, uszy też, chcesz tego? A może zamienić cię w takie obrzydlistwo jak Eepli?
– Nie! – Mozzran odepchnęła od siebie misę, niemal ją przewróciła.
– Już szykuje kryształy. – Kettui uśmiechnęła się odwracając powoli. Mozzran dosunęła do siebie gwałtownie misę i wzięła się za jedzenie raniąc sobie wargi, język i dziąsła. Bolało jak przełykała to wszystko, na wpół przeżute, ale jadła dalej, szlochając i krwawiąc z pyska. Tirre zasłonił oczy ogonem. Mozzran chciała by patrzył na to co narobił. Ilekroć spojrzała na Kettui miała nieodparte wrażenie że sprawia jej to radość.
– Do ostatniej łodyżki. Widziałabyś co przeklęci by ci podali, bolałoby sto razy bardziej, wypadłby ci wszystkie zęby i język. Bądź wdzięczna że jestem tak litościwa.
~*~
– My idziemy się trochę zabawić, nie będzie nas całą noc. – Kettui spojrzała z znaczącym uśmiechem na syna, który stał obok niej z nieszczęśliwą miną, Mozzran prawie mu współczuła: – A ty nakarm kłyki, pozbieraj im te wszystkie zdechłe ryby.
Za nimi, na wyjściowym korytarzu już czekała Irutt, którą Kettui z powodzeniem kontrolowała.
Mozzran trzymała nisko głowę, zgarbiona.
Chwilę później z zniesmaczeniem nabijała ryby na metalowy kolec i odkładała je do misy, jej ogon niejednokrotnie ochlapały jej żywe ryby, tą mętną, śluzowatą i śmierdzącą wodą.
Ma tyle jednorożców do dyspozycji, dlaczego akurat ja muszę to robić? – pomyślała Mozzran. Ciszę przerwał przeraźliwy pisk. Jeśli kłykom Kettui coś się stanie to ona za to oberwie. Pobiegła do jaskini gdzie Kettui trzymała aż pięć sztuk, wszystkie w ciąży.
Jedna z nich właśnie rozszarpywała swoje młode, na oczach drugiego, oba dopiero się urodziły. Kłyka obok piszczała, uderzając o szklaną klatkę głową. Jej sąsiadka nie zwracała na nią uwagi, połykając kawałek po kawałku swojego własnego młodego. Drugie młode leżało spokojnie, obok, jakby nieświadome co się właśnie dzieje. Oba miały śnieżnobiałą sierść, były puchate, to żywe nie posiadało grzywy, jego sierść ją imitowała jak u starszych kłyk. Z drugim mogło być tak samo, ale tego już nie można się było dowiedzieć, bo jego matka między innymi zjadła mu już głowę i szyję.
Mozzran uderzyła wciąż trzymanym w ogonie kolcem o pojemnik, kłyka zastygła w bezruchu. Na szczęście Kettui trzymała ją na łańcuchu, wystarczyło pociągnąć odpowiednią wajchę i ją unieruchomić. Złapała za wolny łańcuch na półce skalnej i otworzyła tylko do połowy pojemnik.
Małe wyskoczyło momentalnie, nie potrafiło jeszcze chodzić, potoczyło się po ziemi, próbując uciekać. Mozzran ledwie zarzuciła łańcuch na szyje malucha, a ono popatrzyło na nią swoimi wielkimi, szklistymi oczami.
– Co? Nie moja wina że urodziłaś się potworem. – Mozzran pociągnęła za łańcuch, malec pisnął, wywracając się w trakcie próby stanięcia na nogi. A gdyby tak…?
Tirre nigdy się o tym nie dowie, nie może się dowiedzieć, ale i tak będzie miała satysfakcję z posiadania czegoś o czym tak bardzo marzył. Kettui się nie dowie o drugim młodym. Zobaczy tylko tego martwego. Korzystając z wiedzy, którą udało jej się zdobyć dotyczącą kłyk wiedziała że wystarczy tylko by pierwszy posiłek małej kłyki stanowiło mleko, potem można już karmić ją rybami, lub czymkolwiek innym.
Gdy mała już umiała chodzić, próbowała zaciągnąć ją do wymion matki. Kłyka zapierała się, piszczała i trzepotała skrzydłami. Dopiero co się urodziła, a i tak była od niej większa i silniejsza.
– No chodź! – Mozzran szarpnęła ją mocniej. Mała zapiszczała jeszcze żałośniej.
Po kilku minutach Mozzran postawiła przed nią pojemnik z mlekiem, gdyby nie unieruchamiające dorosłą kłykę łańcuchy, nigdy nie odważyłaby się go od niej pobrać. Mała leżała na ziemi, Mozzran przysunęła do niej mleko ogonem, trzymając się na dystans. Młodę powęszyło w powietrzu nad mlekiem swoimi wilgotnymi chrapami.
– Zjedz to. – Wskazała mu ogonem na mleko. Powąchało je. Zanurzyło w nim pysk, zakrztusiło się, w próbach ssania. Najważniejsze że wypiło wszystko, wylizując mleko ze swojego pyska długim językiem, z ziemi i całego pojemnika, oszczędzając Mozzran sprzątania.
Mała kłyka chodziła za nią, brzęcząc ciągniętym po ziemi łańcuchem, przechylała łebek obserwując jak Mozzran rzuca ryby kłyką Kettui. Dostała od niej jak najświeższą i jak najmniej oślizgłą rybę. Uciekła w popłochu, gdy Mozzran rzuciła ją w jej stronę, ukrywając się za pustym akwarium. Po chwili wychyliła głowę, węsząc, podeszła ostrożnie trzymając się blisko ziemi. Pociągnęła rybę za ogon ku sobie. Wiedziała już co zrobić. Połknęła ją za jednym zamachem, wydała z siebie pisk, jakby chciała wymusić kolejną rybę.
– Cicho.
Kłyka spojrzała na nią pytająco, podreptała bliżej po czym znów pisnęła.
– Nie, nie wolno. – Mozzran cofnęła się.
Kłyka wyglądała jakby zamierzała znów pisnąć.
– Nie. – Ostrzejszy głos Mozzran powstrzymał ją i spłoszył, przywarła do ziemi, unosząc nad sobą skrzydła, jakby chciała się pod nimi schronić: – Musisz być cicho, inaczej Kettui się o tobie dowie, albo Tirre.
Mała przeczołgała się do niej, trąciła ją pyskiem, Mozzran się spięła, gdy młode zaczęło lizać ją po starych ranach.
Czy ona zamierza mnie zjeść?
– Zostaw mnie! – Zwróciła ku niej swój róg: – Nie zbliżaj się do mnie! – Złapała misę w ogon.
Kłyka pisnęła, zakrywając się skrzydłami. Zaczęła wydawać z siebie jeszcze dziwniejsze dźwięki, tak bardzo podobne do płaczu. Mozzran powoli odstawiła pojemnik. Czując też że jej rany przestały boleć. Nieśmiało przejechała ogonem, po grzbiecie kłyki. Mała przywarła do jej racic głową i wtedy zobaczyła że ta roniła łzy, spod zamkniętych powiek.
~*~
– Chmura – szepnęła Mozzran: – Tędy, chodź.
Mozzran nie znała żadnych imion, których ktoś inny już by nie posiadał, a biel i miękkość kłyki przewodziła jej na myśl chmury, widziała ich niewiele w całym swoim życiu, więc dla niej były tak rzadkie jak kłyka ze skrzydłami porośniętymi futrem.
Chmura oglądała się za siebie, już bez łańcucha na szyi, cała nastroszona i tkwiąca w bezruchu, z wzrokiem utkwionym na innych kłykach, ale po chwili podeszła do Mozzran, dostając od niej małą rybę. Jedzenie zachęcało Chmurę do pokonywania coraz to nowych pomieszczeń, choć często się wahała i bała wszystkiego co było jej obce. Mozzran zaprowadziła ją w ten sposób do zakurzonej, z mnóstwem skalnych odłamków, jaskini Eepli, w kąt z kupą starych materiałów, którymi nikt się nie interesował.
Rzuciła tam kawałek ryby, a mała zanurkowała za nią pod materiał, który Mozzran uniosła ogonem: – Zostań tu – powiedziała powoli, zakrywając kłykę. Chmura zrozumiała po pięciu próbach pójścia za Mozzran: – Cicho.
– Cicho. – powtórzyła kłyka idealnie naśladując jej głos, na co Mozzran nie była absolutnie przygotowana. Założyła jej na pysk lianę i zostawiła tu, nasłuchując czy nie idzie za nią. Niedługo jej beznadziejna rodzina tu wróci.
~*~
Jak tylko miała okazję wymykała się do Chmury, karmić ją i uczyć różnych sztuczek podpatrzonych od Kettui. Kettui nie używała już żadnych poleceń przy kłykach tylko gestów, ale Mozzran i tak mówiła do Chmury. Mała lubiła się o nią ocierać, lubiła gdy ją głaskała. Wylizywała rany Mozzran przynosząc jej nieraz ulgę i z każdym dniem rosła. Niedługo wyrośnie z kryjówki, a gdy Kettui się dowie…
– Cicho. – Chmura uznała to chyba za imię Mozzran, stanęła w wejściu do jaskini Eepli zanim Mozzran do niej weszła.
– Nie wolno tak, miałaś siedzieć w kryjówce.
– Ryba.
– Dziś nie mam… – Urwała, gdy kłyka położyła przy jej ogonie błyszczący w świetle kamyk: – Dla mnie?
Chmura pokiwała głową, jej inteligencja ją przerażała, czy wszystkie kłyki takie były? Kettui opowiadała jej, albo raczej Tirre jak ich zdradzieckie ciotki uciekły na jej kłyce, może mogłaby to powtórzyć? Tylko lepiej. Chmura tylko musiała umieć latać. I to tak szybko, że Kettui nie byłaby w stanie ich dogonić. Kłyka trąciła ją w bok, Mozzran położyła ogon na jej głowie.
– Mozzran! – krzyknęła pełnym gniewu głosem Kettui. Mozzran zamarła, dając się przesunąć do siebie Chmurze, kłyka lizała ją, jakby chciała uspokoić, ale sama też się trzęsła.
– Mówiłam byś karmiła je martwymi rybami! Myślałaś że nie zauważe? – głos Kettui zagrzmiał jeszcze bliżej: – Poza tym wiem o twoim małym sekrecie, zapomniałaś już że mamusia potrafi zajrzeć do ich wspomnień?
Chmura wpatrywała się w wyjście zjeżona, cofnęła uszy, Mozzran dostrzegła łzy w jej oczach.
– Ukryj się. – szepnęła Mozzran. Chmura wróciła pod stertę materiałów, a Mozzran poczuła że teraz bardziej drży.
– Jak zaraz przyprowadzisz mi tą swoją kłykę to kara nie będzie aż tak dotkliwa. – Kettui nadal chodziła korytarzami, nie znalazła jeszcze ich kryjówki, jeszcze się nie domyśliła: – Wyłaź!
Mozzran poszła do niej sama, ściskając kamyk od Chmury by poczuć się jakby była przy niej, gotowa jej bronić.
– Chcę ją zatrzymać, co mam zrobić? – powiedziała patrząc Kettui w oczy z największą śmiałością na jaką było ją stać, choć cała dygotała: – Proszę, mamo.
Śmiech Kettui poniósł się daleko, a gdy w końcu zamilkła, odpowiedziała lodowato: – Nie.
– Tak myślałam… – Mozzran spuściła głowę, a w oczach zakręciły się łzy. Upuściła ze stresu kamyk. Poturlał się aż pod racice Kettui, Mozzran wyciągnęła za nim ogon, Kettui rozkruszyła go z uśmiechem na pysku.
– Zawrzyjmy umowę, moje ty biedactwo, przyprowadzisz mi tu zaraz kłykę, którą ukradłaś i nie powiesz o tej całej sytuacji swojemu bratu, wiesz jak bardzo chciałby ją mieć, a ja nie mam ochoty konkurować o jego uwagę z jakimś potworem, w zamian cię nie ukarze.
Mozzran milczała, starając się nie popłakać.
– Za chwilę nie będę tak chojna i po prostu zamienię cię w konia i odetnę ci język.
– Pozwól mi ją zatrzymać, Tirre się nie dowie.
– Mozzran!
– Wypuśćmy ją… – Może ktoś ją znajdzie, dzikie kłyki czasami kręcą się w pobliżu, to lepsze niż gdyby trafiła do Kettui: – Nie poradzi sobie sama… – próbowała przekonać ją Mozzran.
– Myślisz że jestem idiotką?! – Kettui dopadła do niej, przewracając ją na ziemię: – Ruszaj! Już!
**
Oboje mieli wtedy nie więcej niż kilka tygodni. Brat ją popchnął, gdy tylko się najadł. Zaparła się racicami, siłowali się ze sobą, uczepiła się wymiona Kettui pijąc jeszcze trochę mleka. Bała się że więcej nie dostanie jak teraz się nie naje. Że Tirre wszystko jej zje, nawet jakby miał pęknąć.
– Mozzran! – krzyknęła Kettui: – Pobaw się z nim.
– Jeszcze jem.
– To przestaniesz i pobawisz się z bratem. – Oderwała ją od swoich wymion, wywracając na ziemię. Tirre śmiał się z niej.
– Nie mogę się doczekać aż odkryjecie swoją magię. – Kettui podniosła głowę córki ogonem, patrząc na nią z jadowitym uśmiechem, Mozzran położyła uszy, odwracając wzrok. Kettui tak nagle zabrała ogon, że głowa Mozzran opadła.
– Łap mnie! – Tirre uderzył o jej grzbiet racicami. Mozzran spięła się, nie zamierzając ruszać się z miejsca.
– Mam powtarzać dwa razy? – zagroziła jej Kettui.
– Nie będę się z nim bawiła – odpowiedziała Mozzran, odpychając od siebie brata ogonem: – Nie lubię go.
– Nie?
– Nie! – Mozzran zwinęła się w kłębek, okrywając głowę ogonem. Nagle ogon Kettui złapał ją za szyję unosząc wysoko nad ziemią. Mozzran przebrała nogami. Tirre czekał obok.
– Puść mnie!
– Zapominasz po co tu jesteś, córeczko – powiedziała lodowato Kettui, naciskając na ostatnie słowo, zacisnęła ogon, Mozzran wiła się, próbując ją kopnąć, nie mogła oddychać: – Masz zapewnić bratu rozrywkę, rozumiemy się? – Puściła ją pozwalając jej spaść na twardą ziemię.
Mała kaszlała, roniąc łzy.
– Nie, teraz już na pewno nie, za to co mi robisz! – popatrzyła wrogo na Kettui, kładąc uszy.
– Ojej, moje biedactwo, nie może się pogodzić z tym że nic tu nie znaczy. – Pogładziła córkę po policzku: – Widzisz, moi rodzice też mnie wykorzystywali, tak jak ja teraz ciebie, to nasza tradycja.
– Mamo. – Tirre szturchnął ją w bok: – Nudzi mi się.
– Mój najdroższy jest taki niecierpliwy. – Kettui otarła o jego policzek swoją głową, obejmując go ogonem, podskubując jego wargi.
– Mamo, nie lubię tak, przestań. – Wykręcał głowę, nie dając jej więcej dotknąć swojego pyska.
– Nie nazywaj mnie mamą, to takie odpychające. Mów mi kochanie. – Przysunęła go do siebie.
– Mamo, nie chce się w to bawić.
– Skarbie, to nie jest zabawa. Okazuje ci moją miłość, stworzymy razem fantastyczną parę.
– Co to znaczy?
– Och, jesteś jeszcze za mały by zrozumieć. – Bawiła się jego dopiero rosnącą grzywą, Tirre westchnął głośno, okazując swoje niezadowolenie.
– Ojej, dobrze już. – Kettui puściła go: – Mozzran, bawisz się z nim czy nie? Mamusia nie chciałaby znów cię karać.
– Nie.
– Jaka szkoda. Kochanie, musisz na chwilę wyjść. – Kettui przechyliła głowę do syna.
– Chce popatrzeć.
– Ojej, Tirre, sprawiasz mi przyjemność. – Róg Kettui zaświecił, a Mozzran poczuła jak jej gardło przepełnia metal, wyrósł z jej chrap i pyska, po chwili zawisła wysoko nad ziemią, na metalowym słupie. Tirre schował się za Kettui, dłużej na to nie patrząc, gdy Mozzran zalewała się łzami, z bólu i przerażenia wybałuszając oczy, przebierała nogami niemrawo, a ogon zaciskała na słupie z całej siły. Gdy już prawie się udusiła, wylądowała na ziemi, a metal zniknął. Jej oddech był ciężki, a oczy nadal wielkie ze strachu, wpatrywała się w uśmiechającą się Kettui zwężonymi źrenicami. Cała dygocząc. Pozbawiona sił by się ruszyć.
– To jak będzie, córeczko? Pobawisz się z bratem?
Mozzran jęknęła w odpowiedzi, metal podrażnił jej chrapy, wnętrze pyska, a szyja cała promieniowała bólem w środku i na zewnątrz, i głowa, to ona przyjęła cały ciężar jej ciała na siebie.
– Biedactwo, mamusia chyba będzie musiała cię karmić rurką.
– Pobawie się z Tirre… – wydusiła rozpaczliwie.
– W tym stanie?
– Chciałbym ją całą pomalować. – Tirre podbiegł do niej, obracając na drugi bok, jęknęła: – A w międzyczasie pogramy w zgadywanki.
Kettui wyszła nagle.
– Mamo! – Pobiegł za nią, zamknęła ich spuszczając metalową ścianę, gdzie jeszcze przed chwilą było wyjście.
– Siedź sobie z nią!
– Co ja zrobiłem?
Tirre ułożył się przy siostrze, wyglądając na równie przestraszonego jak ona, pewnie dlatego jej nie zaczepiał, choć normalnie by to zrobił. Oba źrebaki zasnęły koło siebie. Po śnie ból był czasem mniejszy.
**
Mozzran czuła się teraz jakby Kettui znów miała wypełnić jej gardło i chrapy metalem. Jakby znów kazała jej jeść cierniowe gałęzie, albo miała za chwilę zakopać, używając przy tym Irutt.
– Jak długo mam czekać?
Mozzran zawróciła, nie patrząc nawet na Kettui, wyprowadziła Chmurę, która szła za nią i wyraźnie jej ufała. Kettui przeniosła zaskoczona wzrok na już całkiem sporą kłykę. Chmura próbowała ukryć się za Mozzran.
– Ma na imię Chmura… – Mozzran otarła łzy ogonem, zaraz napłynęły do jej oczu kolejne. Kettui rzuciła w pysk kłyki usypiającą kulką. A potem po prostu jej ją zabrała.
~*~
Kolejnego dnia Mozzran zajrzała do wszystkich pomieszczeń z kłykami, ale w żadnym nie znalazła Chmury. Za to Kettui już tu na nią czekała, w ostatniej z grot z kłykami.
– Zgubiłaś coś?
– Zabiłaś ją?
– A jak myślisz? Zepsułaś tą kłykę to musiałam coś zrobić.
Mozzran chciała już wybiec, ale Kettui złapała ją ogonem.
– Pierwszy i ostatni raz, i pamiętaj ani słowa bratu. – Wypuściła ją. Mozzran zrobiła dwa kroki ku wyjściu, nagle się odwracając.
– Wcale jej nie zepsułam, nie potrzebowałam ani jej bić, ani więzić żeby mnie słuchała, to ty psujesz swoje kłyki.
– Skąd bierzesz tą śmiałość? – Kettui ścisnęła pysk córki ogonem, potrząsając jej głową, przysunęła ją bliżej siebie: – Zejdź mi z oczu, póki mam dobry humor. – I puściła. Mała pobiegła do groty jej i Tirre. Choć ten jeden raz Kettui jej odpuściła i dała jej się wypłakać w spokoju.
~*~
– Proszę bardzo. – Kettui postawiła przed chrapami Mozzran śmierdzący rybami pojemnik: – Wiesz co z nim zrobić.
Szła za córką, która niechętnie pozbierała ryby i poszła karmić kłyki, nagle w jednym z pojemników widząc Chmurę.
– Chmura! – Rzuciła jej najlepszą rybę jaką udało jej się znaleźć wśród martwych ryb. Kłyka ani drgnęła, patrzyła w to samo miejsce, czyli na ziemię i była dziwnie sztywna.
– To Płaszczka, mój nowy okaz – szepnęła Kettui, na ucho Mozzran: – Weź ją sobie, zasłużyłaś.
Mozzran natychmiast otworzyła klatkę, podbiegła do Chmury, która nadal ani drgnęła. Wtuliła się w jej sierść, czując pod nią lodowaty kamień, odsunęła się momentalnie, upadając na ziemię i nie mogąc złapać tchu, spojrzała w oczy Chmury, dopiero teraz zauważając że są sztuczne, tylko skóra była jej, zdarta z niej i nałożona na idealnie odwzorowaną rzeźbę.
– Co się stało, córeczko? – Kettui stanęła za nią. Do oczu Mozzran napłynęły łzy, nie miała siły się podnieść, choć chciała stąd uciec jak najdalej.
– Ojej… – Kettui przeczesała jej ogonem grzywę: – Mamusia musiała to zrobić, inaczej Chmura by ci zrobiła krzywdę, a nie miałam serca was tak dłużej rozdzielać, nikt by cię nie uratował gdyby nagle obudziły się w niej drapieżne instynkty.
Mozzran zalała nagła złość, dodała jej sił by stąd wybiec, odpychając od siebie Kettui.
Nienawidzę cię, pomyślała. Nienawidzę.
Kettui się roześmiała. Mozzran uciekła do groty, zanosząc się tam płaczem.
***
Od tamtych chwil minęło już kilka lat, a Mozzran mimo to czuła jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj. Koszmar z Chabrą powrócił do niej i to jak drasnęła Cruzine, jak poparzyła Linnir, jak nie mogła nic zrobić gdy Eepli się wykrwawiała, jak zabiła brata i oddała Chmurę Kettui… Potrząsnęła głową. Wyskoczyła spod drzewa, cała drżąca i we łzach, z trudem łapiąc każdy kolejny oddech. Chciała pobiec za mamą, ale wtem poczuła jak ktoś szturcha ją racicą w nogę.
– Mozz – szepnęła Arnee. Mozzran spojrzała na nią, błyskając białkami. Tym razem nikogo tu nie ma by ją uratować, a mogła iść z mamą i Eepli, pomarudziła by trochę, postresowała się, ale byłaby o wiele bezpieczniejsza. Mogła zostać choćby z Irutt. Albo chociażby w pobliżu stada.
Arnee cofnęła uszy, dodając szeptem: – Mam dla ciebie niespodziankę.
– Nienawidzę niespodzianek.
– Ale ta ci się spodoba, obiecuje.
– Zostaw mnie, dobra?
– Jest bardzo lękliwa, więc musimy być delikatne, ale z tobą poczuje się lepiej. – Arnee skinęła głową na gęsto porośniętą krzewami część lasu. Śnieżnobiała sierść, puszysta i lekko kręcąca zaczepiała się o ich gałęzie. Porastając skrzydła okrywające… Resztę.
Mozzran urwał się oddech i poczuła jak miękną jej nogi. Skóra Chmury.
– Nie… – jęknęła: – Weź ją stąd!
– Ale Mozz, ona żyję.
Kłyka wychyliła chrapy, próbując złapać w nie zapach Mozzran. Wystarczyło jedno wzdrygnięcie Mozzran, by biały pysk zniknął ponownie pod puszystym skrzydłem.
– Ch-Chmura?
– Nie wiem czy wiesz, ale Chmura jest hybrydą pegaza z kłyką, bardzo rzadką, a mama nie znosi hybryd…
Mozzran oblał zimny pot.
– Zaglądałaś do moich wspomnień! – krzyknęła.
– No… Ale nie wszystkich. – Uszy Arnee opadły, spuściła wzrok: – Te najbardziej…
– Jak mogłaś?! – Mozzran popłynęły łzy.
– Przepraszam… Chciałam…
– Jesteś potworem!
– Dlaczego? – spytała Arnee już z łzami w oczach.
– Przestań mnie w końcu nękać! – Mozzran zapłakała.
– Ja tylko chciałam… chciałam zrobić dla ciebie coś miłego… Przyprowadziłam Chmurę.
– To nie jest Chmura! Kettui ją wypchała! Po co miałabyś ją szukać skoro widziałaś ją martwą!
Przez chwilę było tylko słychać popiskiwanie kłyki, przypominające płacz, który wstrząsał gałęziami krzewów.
– Kettui nie opłacałoby się jej zabijać, wymieniała takie hybrydy na kłyki o rzadkich typach, więc wróciłam do kryjówki Kettui, znalazłam skórę Chmury już dość solidnie zniszczoną i okazało się że miałam rację! Ta skóra była podrabiana, należała do innej kłyki, bo sierść Chmury była z nią złączona metalem, po wewnętrznej stronie… – wargi Arnee drgnęły, jakby chciała się uśmiechnąć: – Poszukałam Chmury i znalazłam ją u pegazów, wystarczyło ich trochę postraszyć żeby mi ją oddali. Nie cieszysz się?
Mozzran nienawidziła tej ekscytacji w głosie Arnee gdy o tym wszystkim opowiadała. Zupełnie jakby słyszała Kettui.
– Mało miała sposobów by mnie torturować?
A jeśli Kettui naprawdę ją oszukała? I wcale nie wypchała Chmury, tak jak nie pozbawiła Irutt kończyn i nie powiesiła jej pod sklepieniem, tylko kogoś obcego, kogo przerobiła na Irutt. Mozzran słyszała o tym od innych.
– Jak torturować? – spytała mała.
– Zwrócić ją przeciwko mnie!
– Mozz, ale Chmura przez cały ten czas należała do pegazów, Kettui w ogóle się nią nie zajmowała.
– Ty też chcesz by zrobiła mi krzywdę, ale nie dam się nabrać! – Zwróciła róg w kierunku siostry, wiedząc że nic to nie da, że wobec niej jest całkowicie bezbronna, drżała, błagając w myślach by nie stracić teraz kontroli nad ciałem, przerzucała wzrokiem po okolicy szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki.
– Ale Chmura nie potrafi krzywdzić. Jest całkowicie bezpieczna, można z nią zrobić wszystko. Kettui dostała za nią aż pięć, rzadkich, kłyk.
– Weź ją sobie – wydusiła przez zaciśnięte gardło Mozzran.