[Kometa]
– Mmm… Jest naprawdę najlepszą trawą jaką jadłam. – Zajadałam się nią obok taty i Cruziny. Znaleźliśmy małą polankę tych pyszności. Burza skubała od niechcenia listki rosnącego przy lesie krzewu. Ciekawe gdzie jest teraz Hexe? Kręci się gdzieś w lesie, czy może udaje że jej nie ma w swojej grocie? Nadal próbowała mnie zniechęcić do siebie i nie tylko mnie.
– Musisz koniecznie spróbować, Burza, nie pożałujesz, jest słodka i do tego soczysta, jestem pewna że nigdy nie jadłaś nic tak smacznego. – Zerwałam z ochotą spory kęp, niedługo już nie będzie się za bardzo czym dzielić.
– Podziękuję wam za byle trawę, idę coś… – Burza przerwała. Wszyscy unieśliśmy głowy, bo właśnie tak nagle ściemniało. Dlatego że na niebie pojawiło się całe stado kłyk i… Patrzyły na nas tak wrogo.
– Biegniemy, już! Już! – krzyknął tata, popychając najbliżej niego Cruzine, a potem mnie. Burza stała dość daleko. Ruszyliśmy w las. Chcą zaatakować, nie pędziłyby tak w naszą stronę. Już wylądowały, biegły za nami…
– Burza! – krzyknął tata: – Uciekaj stamtąd! – Biegł tuż za mną między drzewami. Zahamowałam, obracając się, tata przeze mnie też się zatrzymał.
– Jestem półfeniksem! – Burza wbiegła między kłyki, unosząc skrzydła w bojowej postawie, w ogóle się ich nie bała i…
– Co ty wyprawiasz?!
Obejrzała się na nas: – Kto ich może….
Jej krew rozprysła pod kłami kłyk, a ja nie mogłam w to uwierzyć, rozszarpały ją na naszych oczach, odrywając jej kończyny. Cruzina upadła przed nami, potknęła się? Zemdlała? Nie wstawała. Tata zabrał ją na grzbiet, złapał mnie za grzywę, ciągnąc za sobą. Kłyka za nami wyszarpnęła z pnia garść gałęzi stojącej jej na drodzę do nas. Jest za blisko! Gęstwiny, trzeba uciekać tam gdzie ledwie można się przecisnąć, im będzie jeszcze trudniej.
– Pomocy! – krzyknęłam, niemal czując kły w swoich przednich nogach. Nie jestem Haalvią, mam nogi, jeszcze. Uciekniemy im, tata jest obok mnie, a… Cruzina się ocknęła, szeroko otwartymi oczami patrząc za siebie, chwyciła się mocniej mojego taty, cały jego tułów oplatając ogonem.
“Ja… Wtopię was w tło…”
Tata przytaknął, skręcił popychając tam i mnie, musiałam skoczyć, tam był mały wąwóz, a my w nim wylądowaliśmy. Cruzina zeskoczyła z grzbietu mojego taty, wciskając się między nami, no tak, ona sobie samej nie potrafiła zmienić koloru, zasłoniłam ją skrzydłami, czując jak drży, a my… Staliśmy się niewidzialni. Wstrzymaliśmy wszyscy oddech. Kłyki nas otoczyły, dlaczego one wiedzą…? One nas czują. Otoczyły nas z każdej ze stron. Nie mieliśmy już gdzie uciekać, bo one mają skrzydła i… Nie mogłabym zostawić taty na ich pożarcie.
– Leć Kometa! Nie oglądajcie się! – Tata ruszył na jedną z nich.
– Nie! Nie puszczę cię! – Poleciałam, ale tylko po to by go złapać. Upadłam razem z nim, obejmując go skrzydłami. To głupie, ale… Nie chcę znów go stracić, nie przeżyje tego… Teraz już nawet dosłownie. Zacisnęłam oczy. Złapały nas… Ogonem? To ogon Eepli. Zniknęła z nami pod ziemią.
~*~
Eepli ruszyła ratować resztę, a my utknęliśmy w ciemnościach. Coś pospadało z hukiem na naszą kryjówkę, słyszałam trzeszczący dźwięk nad własną głową.
– Sklepienie pęka! – krzyknął tata: – Do…!
Runęło, skoczyłam, nawet nie wiem gdzie, uderzyłam w piaskową ścianę. Światło wpadło do środka, jako pierwsze, potem kolejne skały. Nad zawalonym sklepieniem latały kłyki, kilka z nich ze skałami w pyskach. Wstrzymałam oddech, gdzie tata? Gdzie Cruzina? Widziałam tylko same gruzy i kłyki. Nie mogą mnie usłyszeć, ale poczują mój zapach, przetarłam się zakurzonymi skrzydłami. Jedna z kłyk tu wylądowała, inne poleciały nagle, jakby zauważyły kogoś na górze… Wycofałam się do wnęki powstałej z opartych o siebie skał. Czarna kłyka wpatrywała się we mnie, z napiętym ciałem i spowolnionym oddechem. Przywarłam do skały, cofnęłam nawet skrzydła, po chwili jednym zasłaniając szyję.
– Proszę, nie rób tego… – szepnęłam, gdy ona warknęła, ruszyła na mnie: – Nic złego wam nie zrobiłam!
Złapała mnie za klatkę piersiową, wbiła w nią kły, w moje żebra, wyszarpując spod skał. Naprawdę mocno zapierałam się kopytami, ale i tak była silniejsza ode mnie.
– Nie! Proszę! – Biłam ją skrzydłami po głowie z całej siły. Oderwała mnie od ziemi: – Ivette!!!
Nie mogę wołać o pomoc, nie mogę innych narazić. Oni nie dadzą im rady… Nie wiem gdzie jest reszta która mogłaby walczyć z kłykami. Ivette zwykle była w pobliżu mnie, nie wierzę że mnie sobie odpuściła, musi być gdzieś blisko, musi. Jedna z kłyk chwyciła tą za kark. Wypuściła mnie.
Wzbiłam się w powietrze. Za dużo gałęzi, oberwałam nimi kilka razy. Kłyka je łamała. Kolejna kłyka. Gdzie jest góra? Gdzie dół? Leci za mną. Słyszałam trzepot jej skrzydeł. Chwyciła mnie za tylną nogę.
– Nie! Błagam, nie znowu! – Kopnęłam ją z całej siły wolną nogą, jej język zacisnął się na niej: – Nic ci nie zrobiłam! Nie rób mi tego! – Uderzyła mną o ziemię. Machałam skrzydłami, łamiąc nimi gałęzie, próbowałam zaczepić o cokolwiek przednimi nogami, a ona ciągnęła mnie po ziemi.
Coś nagle rozbłysło i po chwili prysnęło na mnie coś ciepłego. Kłyka już… Wszędzie leżały jej szczątki. I głowa, obok mnie, a w jej pysku… W jej pysku… Róg Hexe jeszcze przez chwilę świecił.
Zabolało jak próbowałam obrócić się na brzuch: – Musisz mi pomóc je wyciągnąć – próbowałam podnieść skrzydłem szczękę kłyki: – Hexe! Nie zostawiaj mnie tak!
Kłyka, kolejna… Czekała za drzewami, wstrzymałam oddech. Zginęła tak samo tragicznie, gdy trafiła w nią magia Hexe.
[Ivette]
Wzbiłam się do lotu jak tylko usłyszałam trzepot mnóstwa kłyk i zobaczyłam je na niebie, niektóre z nich umazały się już czyjąś krwią. Przecież je pochłonęłam, jak zdołały się poukrywać? Celeste leciała obok mnie. Wypatrywałam Komety. Zniżyłyśmy lot, kłyki nas doganiały.
– Leć dalej, ja je zatrzymam.
– Nie zostawię cię mamo.
– Powiedziałam leć! Wiesz że nie da się mnie zabić, dzięki Blakie, więc leć!
– Wezwę pomoc – Przyspieszyła, a ja zawróciłam.
Teraz tego żałując. Oczywiście mnie dopadły i zaczęły torturować. Warczałam, wbiły mi kły w skrzydła, zaczęły je przegryzać. Nie czułam bólu, ich ślina mnie na niego znieczuliła, ale i tak się szarpałam.
– Wy chorę… – urwałam, jedna z kłyk złapała mnie za gardło.
– Milcz, feniksie.
– Skąd wiesz kim jestem?
– Pochłonęłaś naszych bliskich – powiedziała inna, oblizując poparzony pysk. Poparzyłam ich wszystkich, ale nie puszczały, na nic innego nie pozwalała mi ta żałosna resztka moich mocy. Jeszcze słabła, wytracałam ją z każdą chwilą, na pustyni mogłam spalić nogę Irutt aż do kości, a teraz?
– To wszystko wina Blakie! – krzyknęłam.
Oderwali mi skrzydła, wrzasnęłam z nagłego bólu, czując jak rozrywają mi tkanki, upadłam. Rozszarpały skrzydła na moich oczach.
– Skończyły się rządy jednorożców i feniksów.
– Tyle nas pomordowaliście.
– Potwory.
– To wy jesteście potworami! – ryknęłam.
– Takimi nas uczyniliście!
Złapały mnie za nogi.
– Przestańcie! – krzyknęłam, kiedy zaczęły mnie za nie ciągnąć i szarpać. Czułam że skrzydła już mi odrastają i już wiedziałam że te potwory będą bez przerwy pozbawiać mnie kończyn, ani na chwilę nie przestając się znęcać. Miały już całe poparzone wargi i dziąsła.
~*~
Został mi kawałek klatki piersiowej i głowa, ból kompletnie mnie otępiał. Widziałam przed sobą uśmiechniętą, ociekającą krwią Arnee. To za to wszystko co zrobiłam? Nie chcę już… Niech wreszcie przestanie boleć!
– Postarałam się by cierpiały, ciociu.
– Nie… nazywaj mnie… tak… – wycedziłam.
– Myślałam że skoro jesteś z moją ciocią Kometą, to oczywiste że ty też jesteś moją ciocią… Nadal mnie lubisz?
– Dość tych bzdur! Zaraz oszaleje!
– M-mamo… – Celeste stała za nią.
– Twoja mama się zregeneruje, obiecuje. – Arnee opadły uszy, oparła racice na moim pysku, oglądając się na Celeste, powoli zasypiałam, a ból stawał się z każdą chwilą coraz znośniejszy.
~*~
– Dziękuje, Arnee.
– Nie ma sprawy.
– Przyznaje że byłaś mi obojętna, aż do tej chwili.
– To nie lubiłaś mnie wcześniej?
– Teraz już cię lubię, jak mogłabym ci się odwdzięczyć?
Otworzyłam oczy, widząc jak Arnee skacze na klatkę piersiową Celeste, wtulając się w nią z opartymi o nią racicami. Celeste niepewnie dotknęła ją skrzydłem, tak delikatnie jakby Arnee była tylko kruchym źrebakiem, co jest absurdalne, bo pewnie zmasakrowała te kłyki. Odzyskałam dopiero co połowę tułowia, przynajmniej nie czułam bólu.
– Płaczesz? – zapytała Celeste, a Arnee popatrzyła w jej oczy roniąc łzy.
– Chciałabym żeby Mozz mnie tak łatwo polubiła. – Wyprostowała się z wciąż opartymi przednimi nogami na Celeste: – Boję się że to wszystko na nic.
– Wszystko? Znaczy co? – warknęłam: – Posłałaś na nas te kłyki?!
Obejrzała się na mnie, szeroko otwierając oczy.
– Czy ty jesteś normalna?!
Uszy jej opadły. Tak naprawdę nie wiedziałam. Nawet mała część mnie myślała że to niemożliwe.
– Wymknęły się spod kontroli, byłam…
– Wiesz ile wycierpiałam przez ciebie?!
– Ale już cię nie boli, wyłączyłam ból… Przepraszam.
– I ty chcesz bym była twoją ciotką?! By cię lubili?!
– Ale wszyscy się cieszyli kiedy Blakie… Zabiła moją mamusię.
Szarpnęłam się do przodu, bez nóg i skrzydeł niewiele się przesunęłam, kłapnęłam szczękami, cała się jeżąc: – Ty cholerna psychopatko!
Arnee spuściła głowę, popłakując jakby faktycznie była tylko bezbronnym źrebakiem.
– Mamo, proszę, daj jej spokój – wtrąciła Celeste: – Żadnej z nas się to nie opłaca.
– Mozzran się o tym dowie, wszyscy się dowiedzą, zobaczymy co wtedy zrobisz. A jak Kometa choćby jest ranna to cię zabije!
Arnee uciekła z płaczem. Wskoczyła w krzewy znikając w ciemnym lesie. Słońce zachodziło, a niebo przypominało krew.
– Lepiej jakby myślała że ją lubimy, jest od nas silniejsza i tylko to ją powstrzymuje… – zaczęła Celeste.
– Zamknij się. Takie wsparcie to lepiej wcale nie musiałaś go szukać!
– Mamo…
– Daj mi spokój! Takiego horroru to długo nie przeżywałam jak ten i to przez jakiegoś pokręconego źrebaka, którego Blakie wybrała specjalnie by mnie dręczyć.
[Arnee]
Arnee nie uciekła daleko, wspięła się wysoko na drzewo, dawno tego nie robiła, ciągle bawiąc się mocami Blakie. Słuchała na Ivette i Celeste w dole.
Celeste udawała że mnie lubi… Tylko ze strachu… – uświadomiła sobie. Reszta też udaje?
Została na drzewie nawet jak Ivette i Celeste już odleciały kolejnego dnia. Nie ruszyła się ani odrobinę, analizując w głowie wszystkie chwilę spędzone z bliskimi i próbując odgadnąć kto był wobec niej fałszywy, a komu naprawdę zależało.
Kettui zawsze ją kochała. A skoro może cofać szkody spowodowane mocami Blakie… Może przywrócić swoją ukochaną mamusię.
~*~
[Mozzran]
Wzrok Mozzran utknął na Irutt, mama w ogóle jej nie słyszała gdy wzywała pomocy? Czy zrobiła coś źle? Czy Irutt specjalnie ją zignorowała by Arnee mogła się wykazać? By wreszcie Arnee dopieła swego?
– Nie wstawaj, jesteś ciężko ranna. – Irutt przycisnęła jedną z racic do grzbietu Linnir, gdy ta próbowała się podnieść. Wyglądała na chorą. Mozzran przestraszyła się że źle opatrzyła ranę. Poszła na nią cała sierść z jej boku i teraz lekko drżała gdy powiewał na nią wiatr od strony wyjścia z kolejnej podziemnej jaskini, w której się ukryli. Tu sklepienie było tak niskie że Eepli kiedy nie używała swojej magii musiała leżeć, a gdy wstawała połowa jej ciała znikała w sklepieniu.
– Tylko mnie drasnęła… Muszę…
– Odpocząć. – Irutt zmieniona w Beerha znów użyła na Linnir jego magii: – Ja zajmę się resztą. A Arnee wkrótce wróci. – Wróciła do swojej postaci, przywierając głową do grzywy Linnir: – Niczym się nie przejmuj.
“Będę miała na nią oko…” – obiecała Cruzina, podchodząc do nich: “Kometa poleciała szukać Arnee.” Cruzina położyła się naprzeciwko Linnir.
– Mozzran… – Linnir spojrzała na nią z troską.
– Dam sobie radę, Faith mnie potrzebuje… – opowiedziała córka.
Irutt poprawiła na Linnir opatrunki. Angus uspokajał Noor, a Eepli ułożyła się obok Linnir, otaczając ją i Cruzine ogonem.
“Mamo…” Mozzran spróbowała znów porozumieć się magią z Irutt, w ten sam sposób co wtedy.
“Tak?” Irutt odpowiedziała jej natychmiast. Więc dlaczego nie zareagowała wcześniej? Przecież odległość nie ma znaczenia.
“Co się stało?” spytała jej po chwili Irutt, za pomocą rogu.
“Tak tylko sprawdzałam…”
~*~
Kłyka leżała w niewielkiej grocie, ukryta pod stertą materiałów, spod której wystawały jedynie jej skrzydła, otulała się nimi, popłakując.
– Faith, Mozzran do ciebie przyszła – powiedziała Irutt. Faith pisnęła na dźwięk jej głosu, jeszcze mocniej otulając się skrzydłami. Mozzran położyła się obok, sunąc ogonem po jej sierści imitującej pióra. Faith jęknęła.
– Już po wszystkim – powiedziała do niej Mozzran: – Jesteśmy w kryjówce, tu kłyki nie wejdą, zresztą wszystkie już zginęły.
– Poradzisz sobie? – spytała Irutt.
– Z kim rozmawiasz? – Mozzran obejrzała się na mamę, z niepokojem, zauważając jej świecący róg.
– Muszę coś sprawdzić. Na razie nie mów nic Linnir, wszystko wam wyjaśnię, ona musi teraz odpocząć.
– Co się dzieje?
– Kometa jest ciężko ranna, muszę lecieć jej pomóc.
[Cruzina]
Okłamaliśmy wszystkich. Popatrzyłam na Angusa, z łzami w oczach, obserwował wychodzącą Irutt i Mozzran.
– Podam ci wody. – Zwrócił się do Noor. Podszedł do pojemników z wodą, potykając się nagle, wiedziałam że specjalnie, o własne szczotki pęcinowe, porozlewał wszystko. Linnir się mu przyglądała, ale nie wyglądała jakby czegoś się domyślała.
“Pomogę ci.” Poszłam pozbierać z nim pojemniki, udaliśmy się oboje korytarzem prowadzącym głębiej pod ziemię, gdzie na końcu zaczynało się podziemne źródło. Tam mogłam bez obaw skontaktować się z Irutt, mój róg od razu rozświetlił mrok. Zgarnęłam wszystkie pojemniki ogonem, by nie powpadały do wody. Angus patrzył na mnie z przejęciem.
“Irutt… Ja… My kłamaliśmy… N-nie możemy jeszcze… Stracić Linnir, ona od razu by ruszyła jej na pomoc”.
“Kometa jest w niebezpieczeństwie?”
“Ona… Nie wiem czy nie zginęła pod skałami, zawaliły się na nas… A jeśli nawet nie to.. To kłyki ją pewnie…”
Angus przytulił mnie do siebie, choć to przecież jego córka i ja powinnam go teraz wspierać, nie potrafiłam powstrzymać łez, załkałam niemo.
“Cokolwiek… Linnir by zauważyła jakbyśmy powiedzieli Eepli… Irutt?”
“Rozmawiałam z Hexe, jest z Kometą.”
[Kometa]
– Nie trać na to energii… – Mrugała tak szybko jakby coś wleciało jej do oka: – Przez wysiłek krwawisz bardziej…
– Przecież…
– To nic nie da, już nic nie da się zrobić.
– Nie mów tak! Ja… Ja nie…
Czy ona płacze? Jej łzy już kapały na ziemię i zniżyła głowę do mojego poziomu, ale stała dość daleko. Jest aż tak źle?
– Dlatego nie powinnam poznawać żywych.
– Hexe… – Próbowałam zatrzymać krew skrzydłami, tak szybko przemokły…
– Co mam im przekazać?
– Nie mów tak!
– Nie wiem czy Irutt zdąży, czy ty zdążysz się wykrwawić… Później możesz nie mieć sił by mówić, jak tylko opadnie adrenalina…
– Nie chcę umierać! – Próbowałam wspiąć się na przednie nogi, muszę poszukać czegoś do zatamowania krwi…
– Przestań się ruszać! – Hexe podeszła nieco bliżej, położyła się tak bardzo niewygodnie, tak zwinięta by zająć jak najmniej miejsca, jakby… Na pewno obawiała się dotykać ziemi: – Opowiedz mi coś miłego.
– Ale że… Teraz?
– Tak, teraz, bo musisz się uspokoić, czym szybciej bije ci serce tym więcej tracisz krwi, to oczywiste.
– Nie teraz! Teraz… Powinnam znaleźć opatrunek. – Rozejrzałam się, wszędzie były tylko plamy krwi i szczątki kłyki, mnóstwo plam krwi, to jej czy już moja?
– To cię zabiję, rozumiesz?
– Ty znasz się na… Umieraniu, prawda? Nie na….
– Powiedz mi o swoim najspokojniejszym dniu.
– A jak bym związała… Jakoś tą ranę? Mogłoby zadziałać… – Popatrzyłam w korony drzew, w lesie jednorożców było tak wiele pnącz, ale dlaczego tutaj miałby być? A może…? Tylko… To raczej nie do końca możliwe…
– Proszę cię, próbuje ci jakoś pomóc, wiesz że nie mogę cię dotknąć.
– A jakbyś owinęła się…
– Nie mogę, odejdę kawałek a tymczasem kłyki cię rozszarpią.
– Myślisz że nadal tu są?
Popatrzyłam po sobie, zauważając że dygoczę. Jak długo? W ogóle tego nie czułam… Czy ja…? Nie.
– Twoi bliscy coś wymyślą. Niektórzy wychodzili z gorszych urazów.
– Tak… – Nie mogę jeszcze umierać, kto będzie pilnował Ivette, ostatnio ją zaniedbałam, ale… A jak o wszystkim zapomnę?
– Arnee w końcu jest feniksem… – dodałam, siląc się na pogodny ton: – Właściwie to ma feniksa w sobie…
– Nie wiele o nim mówiłaś – Hexe przetarła łzy, uśmiechając się do mnie, to niewiele miało wspólnego z radością, ale mój uśmiech też raczej nie, bo też się do niej uśmiechnęłam.
– Nie wspominałam ci o Blakie?
– Ani słowem, opowiedz mi o niej.
– Wiesz… Ona w ogóle nie miała nóg, więc nie powinnam ubolewać, prawda? Chociaż na początku miała jedną i… Siostrę… – Ach! Nie mogę już.
– Siostrę? Kolejny feniks?
– Nie, to nie był inny… – głos mi się łamał, nie mogę o tym myśleć, o tamtym też: – Przecież feniksy nie mają rodzeństwa… Prawda?
– To ty jesteś ekspertką.
– Ivette… Ivette coś kiedyś wspominała… Wiesz… Jakby gwiazda była matką, to brzmi tak dziwnie, bo to płonąca kula… Chyba… Są rodzeństwem? Ale zabijają się wzajemnie, znaczy pochłaniają – Łzy też już popłynęły.
– Zawsze tak jest?
– Według Ivette zawsze… A Blakie… Musiałabym zapytać, ale to jest teraz nie bardzo możliwe…
Ktoś jakby… Mnie obserwował. Tak czułam. Faktycznie. Irutt już przyszła. Nie podobał mi się ten szok na jej obliczu.
~*~
[Mozzran]
Faith otarła głowę o Mozzran.
– Po prostu załóż to na oczy. – Mozzran spróbowała po raz któryś wsunąć na pysk Faith opaskę, kłyka uniosła wysoko głowę, piszcząc przeraźliwie.
– Przestań się wygłupiać, muszę zobaczyć Linnir, wolisz zostać tu sama? – Minęło już kilka godzin, musiała się upewnić co z mamą.
Faith ukryła się pod materiałami.
– Nie uciekniesz na widok pegaza? Albo kłyki? – W każdej chwili Ivette mogła wrócić i Celeste, o ile już nie wróciły, możliwe też że Kometa jest już z resztą.
Faith nie odpowiedziała.
– Nawet cię nie drasnęły. – Mozzran podniosła się, udając się do wyjścia.
Kłyka nie ruszyła się z miejsca.
– Muszę sprawdzić co z Linnir. – Mozzran ledwie postawiła racice na korytarzu, a usłyszała że z głównej jaskini dobiega mnóstwo głosów. Faith pisnęła. Mozzran wycofała się do środka, wprost do niej. Kładąc się z powrotem i nasłuchując. Ale i tak nie była w stanie usłyszeć jakiegokolwiek słowa, ani rozpoznać żadnej z rozmawiających osób.
– Wchodzę – zawołała Linnir.
Mozzran podbiegła do wyjścia: – Dlaczego wstałaś? – Przyjrzała się opatrunkowi, dotykając go delikatnie ogonem, nie znała się na tym, ale to miejsce, choć wciąż zimne, wydawało się nieco cieplejsze od reszty ciała.
– Nic mi nie jest, poza tym konie nie mogę zbyt długo leżeć. – Mama stała na nogach tak samo stabilnie jakby nic jej faktycznie nie dolegało. – Pomyślałam że będziecie się niepokoiły, wróciło do nas kilka osób. Pedro, Rosita, Postrach i Turnia.
⬅ Poprzedni rozdział