piątek, 24 kwietnia 2026

|| Przywidzenia ||

[Noor]


Zobaczyła kątem oka Irutt i Linnir, nie mogąc uwierzyć że ona też jest w to zamieszana. Zeszła z Postracha, w pośpiechu nakłoniła syna by podniósł się na nogi, trącając go głową. Ledwie ruszyli biegiem, a mały upadł.

– Noor, spokojnie, nic mu nie zrobimy. – Linnir złapała ją za grzywę. Noor przysunęła leżącego malucha nogą do siebie, osłaniając go nią, kładła co chwilę uszy, nie wiedząc czy uznać ich za wrogów czy jednak wciąż za przyjaciół? Może Irutt i Linnir nie wiedziały co zacznie wyprawiać z małym Postrach? Irutt pomogła wstać Postrachowi. Żadna jednak nie zwróciła mu chociaż uwagi.

– Co z wami? Dlaczego próbujecie porwać mi syna? Myślałam że jesteśmy jak rodzina. – Zwróciła się do Irutt i Postracha. Linnir właśnie osłoniła razem z nią źrebaka, musi być po jej stronie.

– Mówiliśmy ci wszyscy, to pojemnik. – Postrach wskazał na ogierka: – Masz omamy, Noor. Tam nie ma źrebaka.

– Tylko ty go widzisz, Noor. – Irutt dotknęła na chwilę ogonem boku Postracha, po czym podeszła bliżej: – My go nie widzimy.

– Przestańcie mi wmawiać że on nie istnieje! 

– Zamknij na chwilę oczy – powiedziała Linnir.

– Dlaczego? – zapytała Noor, jednak Linnir nie dała jej żadnej odpowiedzi: – Dopiero się uczę nim zajmować, możecie mnie przypilnować i zaraz zwrócić mi uwagę jak robię coś nie tak. Sama mówiłaś że mogę zdecydować czy chce go zatrzymać czy nie.

– Zamknij oczy – powtórzyła Linnir.

Noor popatrzyła na nią niepewnie.

– Nikt ci go nie odbierze. Obiecuję.

Zamknęła oczy, a Linnir delikatnie nakierowała jej pysk na coś zimnego i gładkiego, w jednym miejscu wyszczerbionego. Noor otworzyła oczy. Wypuszczając pojemnik, który przyciskała do siebie nogą. 

– Gdzie mój syn? – Popatrzyła w oczy Linnir, podmienili małego na ten pojemnik, naprawdę chcieli ją oszukać: – Linnir, nie rób mi tego. 

– Nie zabieraliśmy go. Jest tu… – Popchnęła do niej pojemnik, Noor się odsunęła z łzami w oczach. Dlaczego jej to robi? Jak się im udało tak szybko podmienić jej syna na to?

– Nieprawda! Gdzie go zabraliście? Po co mi mówiłaś bym zdecydowała kiedy…? – Ledwie złapała oddech.

Rozejrzała się, zatrzymując wzrok na Postrachu, przeszedł się w raz jedną stronę, w raz drugą, jakby chciał jej pokazać że nikogo za sobą nie ukrywa.

– Noor, twój źrebak… Nie istnieje. – Linnir ostrożnie dotknęła jej grzbietu: – Przykro mi.

– Chciałam… Ufałam wam.

Noor zauważyła w oczach Irutt łzy, po chwili ta ją przytuliła: – On nigdy nie istniał, ale wiem że twój ból jest prawdziwy, jakbyś naprawdę straciła syna.

Noor wyrwała się.

– Co próbujesz mi wmówić?!

– Dlaczego mielibyśmy cię okłamywać? – Linnir ją osłoniła. 

– Zabraliście go!

– Nie, Noor…

– Już mnie oszukiwałyście… Irutt… Irutt udawała przede mną Trini! Ty też!

– Nie umiałyśmy inaczej ci pomóc – powiedziała Linnir.

– Wykorzystałyście mnie!

– Chciałam jedynie byś miała szansę się z nią pożegnać… – dodała Irutt.

Noor ruszyła na nią, ale nie zdołała ominąć Linnir, która stawała jej na drodzę. Trini miała rację, wszyscy są zakłamani. Irutt zajęła miejsce obok Linnir, blisko jej rannego boku, jej róg zniknął w czerwonym świetle, które dotykało już jej czoła. 

– Byłaś w kompletnej rozsypce, próbowałaś się zabić, możesz myśleć o mnie co chcesz, znienawidzić za to, ale udało mi się dzięki temu sprawić że ruszyłaś dalej. Oszukałyśmy cię, ale nigdy nie chciałyśmy dla ciebie źle. Co ty byś zrobiła na naszym miejscu?

– Na pewno nie to… Gdzie mój syn? Ze swoim ojcem?

– Nie ma nawet śladu twojego porodu.

– Bo wszystko posprzątaliście!

– Noor, nikt nie zdążyłby zabrać ci źrebaka i zamienić go na pojemnik, poza tym poczułabyś gdybyśmy próbowali – powiedziała Linnir: – Trzymałaś go bardzo mocno. Przepraszam że kiedykolwiek cię okłamałam, wątpie bym wtedy miała inny wybór. Byłaś bardzo słaba, a stres związany z prawdą by ci dodatkowo zaszkodził, nie zamierzałam ciągnąć tego w nieskończoność. Miałam ci uświadomić co stało się z Trini jak tylko nieco wydobrzejesz.

– Ja też cię przepraszam, wiem jak to jest stracić nagle bliskich, łatwiej się to przechodzi gdy można się z nimi pożegnać – dodała Irutt: – Chodziło mi wyłącznie o to, by dać ci taką możliwość.

– To ja też przepraszam, nie powinienem był tego od razu wynosić, niepotrzebnie cię zestresowałem – przyłączył się jeszcze Postrach.

Noor zobaczyła źrebaka, ale ten nie należał do niej, przeciwnie, spędzał jej czasami sen z powiek – Arnee do nich przyszła. 

– Mamusiu… – Mała ziewnęła, łapiąc Linnir za zniszczoną pelerynę, miała strasznie podkrążone oczy, jakby chorowała na coś: – Dlaczego mnie zostawiłyście?

– Musiałyśmy rozwiązać pewne problemy. – Irutt posadziła Arnee na swój grzbiet, jej róg znów się pojawił, a światło zniknęło. Dlaczego Arnee jest tak słaba? Zasnęła niemal natychmiast wtulona w grzywę Irutt.

– Co się z nią dzieje? – zapytała Noor.

– Tak mocno przeżywa śmierć Burzy i Komety.

– Będę już szedł, trzymajcie się. – Postrach poszedł w stronę rzeki. 

– Może macie rację? Nie nadaje się na matkę. – Noor zwiesiła głowę.

Nagle z lasu wyszedł jednorożec, cały opatrzony, aż po uszy.

– Co z Kometą? – zapytała Hexe, gdyby Noor nie usłyszała jej głosu, nadal trudno byłoby ją rozpoznać tak zakamuflowaną: – Co z jej ciałem? Chyba nie zamierzacie dać go drapieżnikom?

Czy ona zawsze rozmawia tak bezpośrednio o śmierci? – zastanawiała się Noor.

– Już to zrobiliśmy. Jej rodzina zabrała ją na obrzeża lasu. Dla nas to normalne. Wolisz zabrać ciało do skupiska kryształów? – powiedziała Linnir, cofając uszy.

– Oczywiście. Ale nie mogę, to zbyt ryzykowne bym ją dotkała.

– Ja się tym zajmę, za chwilę po nią zawrócę – obiecała Irutt.

– Zaczekam przy niej, oby żaden drapieżnik jej nie uszkodził. Gdzie jest?

– Pokażę ci – Irutt zbliżyła róg do jej rogu. Hexe odskoczyła.

– Za trudno opisać słowami gdzie jest? – zapytała z oburzeniem: – Kiedy przestaniecie być lekkomyśli?

– Nie zarażę się dotykając twojego rogu.

– Lepiej być przesadnie ostrożnym i nie żałować, niż odwrotnie.

– Wiesz gdzie jest opuszczona nora lisa? – spytała Linnir.

– Przechodziłam dzisiaj obok niej.

– Ciało powinno leżeć kawałek od niej, tam gdzie las się już kończy.

– Wybaczcie że zawracam wam głowę – przyszedł Pedro, wraz z Rositą: – Gdybym potrafił, to sam bym sprawdził czy z źrebakiem wszystko dobrze – zwrócił się do Irutt. 

– Nic mi nie dolega, Pedro za bardzo się tym martwi. – dodała Rosita.

Hexe odeszła od nich bez słowa, a Noor podążyła za nią. Hexe zatrzymała się, oglądając się na Noor niezbyt przyjaznym wzrokiem.

– Dlaczego za mną idziesz? – zapytała, o wiele łagodniej niż spodziewała się Noor i jej wzrok też złagodniał.

– Chciałam spróbować raz jeszcze, nasze pierwsze spotkanie nie było w zbyt sprzyjających okolicznościach.

– Nie… – Hexe urwała, mówiąc: – Jestem śmiercią, nie możesz mnie dotykać, bo umrzesz, poza tym najwyraźniej przynoszę też pecha. Widziałaś co stało się z Kometą?

Noor cofnęła się o krok: – Ivette mówiła że to wina Arnee…

– Trzymaj się z daleka. – Hexe poszła dalej już samotnie. Noor dogoniła ją po dłuższej chwili, wreszcie pojmując jej słowa.

– Dlaczego musiałaś ją zabrać? – Podbiegła do niej we łzach: – Potrzebowałam jej.

– Komety? Przyszłaś dopiero gdy ona…

– Trini. Dlaczego po nią przyszłaś?

– Ale o czym ty mówisz? Ja po nikogo nie przychodzę, zarażam śmiertelną chorobą.

– O to ci chodziło? – Noor uspokoiła się nieco, zalała ją fala zażenowania, nie znała wcale dobrze jednorożców, jeszcze kilka miesięcy temu nie wiedziała w ogóle o ich istnieniu. Magia i moc zresztą też była jej obca.

– Straciłaś tylko ją? – spytała Hexe.

– Tylko? Była dla mnie całym światem. Moją niedoszłą partnerką, gdybym mniej się wahała, może żyłybyśmy teraz gdzieś razem, szczęśliwe. Wtedy nie miałam nikogo innego poza Trini, więc to tak jakbym straciła wszystkich.

– Ty nie umierasz.

– Nie… – odpowiedziała zmieszana Noor.

– Sądziłam że tylko osoby bliskie śmierci wspominają swoich utraconych bliskich. Choć najgorszy jest moment kiedy zdają sobie sprawę że nie przeżyli życia tak jak by chcieli, wtedy było mi najciężej. Ty masz jeszcze czas by to zmienić.

– Wybacz, muszę już iść. – Noor odeszła pospiesznie, zanim polały jej się łzy, próbowała skupić się na dobrych wspomnieniach z Trini, zamiast na tym czego nie zrobiła, spiesząc się do innych, gdzie mogła znaleźć wsparcie. Myślała że jest już w stanie normalnie rozmawiać o Trini, ale teraz widziała wszystkie swoje błędy. Czy jej śmierć była ich wynikiem? Nie mogła niczego zmienić co już się wydarzyło, ani nie miała już żadnych dalszych perspektyw na swoje życie pozbawione Trini. Chciała spróbować wychować syna, ale to jej odebrano.


[Mozzran]


Eepli spała między nią, a Faith, otulając ją ogonem, a mimo to Mozzran nadal nie mogła zmrużyć oka. Kłyka leżała w bezruchu, wpatrując się w jeden punkt. Arnee musi to jak najszybciej cofnąć. Nagle Faith po prostu wyszła. 

– Faith… – zawołała niepewnie Mozzran. Dalej leżała w napięciu. Co jeśli jej kłyka kogoś zaatakuje? Czy to będzie jej wina? Wyszła za nią na drżących nogach, świecąc sobie rogiem w ciemnościach. Obracała głową, Faith mogła się na nią zaczaić i spróbować upolować. Zawróciła po siostrę, budząc ją kilkoma szybkimi szturchnięciami.

– Eepli, Faith gdzieś wyszła.

Eepli poszła za nią,  jak tylko się przykryła materiałem, jej róg dawał o wiele więcej światła. W poszukiwaniu Faith chodziły po lesie. Panującą tu ciszę zmącił odgłos rozrywanych tkanek. Mozzran wtuliła się w bok siostry, przez chwilę zaciskając oczy.

– Może to drapieżnik – szepnęła Eepli. Mozzran pokręciła głową, mocząc ją łzami. Pobiegła nagle na miejsce, a Eepli w ślad za nią. Faith rozrywała ciało, teraz już widziała na własne oczy, zjadała je. Kłyka na nią spojrzała, Mozzran krzyknęła, wycofała się do siostry, drżała, zwracając swój róg ku Faith, Eepli otoczyła ją ogonem, Mozzran podskoczyła czując ten nagły, niespodziewany dotyk.

– Odejdź stąd! Odejdź!

– Złapała jelenia – powiedziała Eepli.

Mozzran spojrzała raz jeszcze na ciało, łapiąc z trudem oddech. Faith podeszła blisko, jej sierść na pysku, szyi i klatce piersiowej umazała się krwią.

– Zostaw mnie! – Mozzran wcisnęła się mocniej w siostrę, nie mając gdzie się cofnąć.

Faith położyła się płasko na ziemi, jęknęła i patrzyła na nią jakby chciała by jej wybaczyła. Mozzran zawahała się.

– Nie! Ty nie polujesz! Co Arnee ci zrobiła?

– Mozzran, co się dzieje? – cała trójka usłyszała za sobą głos Linnir.

– Mamo! – Mozzran uciekła do niej, obejmując ją: – Arnee zrobiła coś Faith, przez nią nie jest sobą, przed chwilą zabiła jelenia!

Linnir westchnęła: – Porozmawiam z nią by to cofnęła. Chodźcie na razie do nas spać. 

– Ja też? – spytała Faith.

– Najpierw zmyj z siebie tą krew, zgoda?

Faith wstała, kiwając jej głową.

Już rano gdy Arnee cofnęła to co jej zrobiła, Faith płakała i trudno było ją uspokoić i wytłumaczyć że nie była wtedy sobą podczas tego polowania. Mozzran zostawiła to mamą, zostając jednak w pobliżu. 


~*~


[Noor]


Mimo że wszyscy wokół troszczyli się o nią, z każdym dniem czuła się coraz gorzej niż lepiej. Była gotowa karmić źrebaka, którego jej zabrali, w końcu pojawił się ból, ale nie pozwoliła nikomu dotknąć swoich wymion. Dużo chodziła i prawie wcale nie spała. 

– Na pewno sobie poradzisz? – zapytał Pedro.

– Tak – odpowiedział mu zniecierpliwiony głos Rosity.

– Wrócę za kilka minut.

– Pedro, mały śpi, a ja nie jestem aż tak zmęczona jak ci się wydaje. Nic nam nie będzie, nie musisz się spieszyć.

Mały? Noor schowała się za ścianą, zauważając wychodzącego z groty Pedro, niósł coś w pysku, ale nie zdążyła się dokładnie przyjrzeć co. Pewnie urodził im się źrebak. Odeszła kawałek, jednak nie dawało jej to spokoju, a jeśli to do nich trafił jej syn? Rosita z powodzeniem mogłaby karmić dwa źrebaki. Zawróciła, zaglądając tam do niej. Napotkała wzrok Rosity. I zobaczyła w pełnej okazałości jej lewą stronę pyska, zanim ta zwróciła się do niej prawą stroną. Z przerażeniem odkryła że miała rację, u jej boku leżał jej syn. Ale gdzie podziało się ich źrebię? Czy Rosita poroniła? A Pedro właśnie wynosił jego ciało? A może ta tragedia wydarzyła się wcześniej. Dlatego postanowiono dać im jej syna.

– Co tak bardzo cię niepokoi, Noor? Czuję twoje… – Rosita nie zdążyła dokończyć, a Noor porwała źrebaka. 

Nie ważne co o niej pomyślą, on miał być jej nowym sensem w życiu. Już więcej nie będzie się wahać, ani nikogo słuchać. Nie będzie żałować tego co mogła zrobić, a nie zrobiła. Urodziła go, nie mogli jej go tak po prostu zabrać. 

Wybiegła z małym na zewnątrz.

– Noor! – Rosita wyskoczyła za nią: – Puść go! Robisz mu krzywdę! Ciągniesz go po ziemi, on jeszcze nie umie chodzić! – Próbowała ją dogonić, ale Noor była już w pełni sił, szybsza od zwykłych koni. Biegła już z małym przez las, gdy Pedro rzucił się na nią. Uderzyła bokiem o pień drzewa.

– Co ty robisz?! Skaleczyłaś go! Oddaj mi syna! – krzyczał.

 Szarpali się ze sobą, próbował wyrwać jej źrebię, nawet ją uderzył i ona mu oddała. Trzymała tak kurczowo zębami za grzywę małego że nie była w stanie teraz mówić, przy takiej próbie od razu by jej go odebrał. 

– Oddaj go! To go boli! 

– Pedro, przestań, ona jest chora. – Rosita go od nich odciągnęła. Noor przycisnęła do siebie źrebaka.

– Dusi je!

– Przestań! – Popchnęła go, odwróciła się do Noor: – Noor, proszę, oddaj nam syna.

– To mój syn – odpowiedziała Noor.

– Nie, on jest nasz, dopiero go urodziłam.

– Spójrz na niego! – krzyknął Pedro: – No spójrz!

Noor spuściła wzrok na źrebaka, wpatrywało się w nią wystraszone, ale nic mu nie zrobiła, było całe i zdrowe, przecież biegło za nią. Dlaczego próbują zrobić z niej wariatkę?

– Nic mu nie jest – powiedziała.

– Przeciągnęłaś go po ziemi! Jest od jego krwi! Tego też nie widzisz?!

Zerknęła szybko na własne ślady, tuż obok nich były też ślady źrebaka.

– Noor, proszę… – Rosita podeszła do niej bliżej, Noor położyła uszy: – Masz omamy, porwałaś naszego syna, ja go urodziłam. Musimy mu pomóc, on naprawdę jest ranny, wszędzie jest jego krew, błagam, oddaj mi go. – Miała w oczach łzy i ledwo panowała nad drżeniem głosu.

– Normalnie za chwilę ją zabije. 

– Pedro, przestań. – Rosita obejrzała się na niego.

– Jak mały zginie to to zrobię! Oddaj naszego syna! – Pedro próbował się dostać do Noor, ale Rosita stawała mu na drodzę. 

– Wezwij pomoc…

W końcu ją odepchnął.

– Pedro! 

Noor obróciła się tyłem, kopnęła go, obkręcała się z źrebakiem, raz trafiając Pedro, raz pudłując, on też kopnął ją parę razy. Dopóki Rosita go znów nie odciągnęła, szarpał się też z nią przez chwilę. Nie łatwo było jej trzymać za jego grzywę, w połowie sparaliżowanym pyskiem, dlatego probowała odciągać go własnym ciałem.

– Mamy czekać aż ona go zabije?!

– Ja to załatwię, uspokój się. Przemocą tylko pogorszysz sytuacje.

Cruzina wyszła zza krzaków, Noor przycisnęła do siebie mocniej źrebaka gdy Cruzina wyciągnęła po niego drżący ogon, cała się trzęsła. 

“U-ukryjemy się w bezpiecznym miejscu…” – zaproponowała, dotykając ogonem nogi Noor. Ta pokiwała jej głową, uciekła z Cruziną, która płakała wchodząc z nią do jednego z tuneli.

– Nie oddam syna – powiedziała Noor.

Cruzina pokiwała jej głową, trzymała ją za przednią nogę, idąc z nią do samej jaskini, ze sklepienia pełnego kamiennych soplów, spadały krople wody.

– Dlaczego postanowiłaś mi pomóc?

“Nie mogłam już dłużej…”

– Słyszałaś co mówił Pedro? Chciał mnie zabić. Ich źrebię umarło, prawda?

Cruzina obejrzała się na nią wielkimi z lęku oczami że i Noor sama poczuła przerażenie.”Nie możesz go zabić…” Cruzina zatrzęsła się jeszcze bardziej. 

Noor wyrwała jej swoją nogę, cofając się z synem. Teraz pożałowała że jej uwierzyła, ona chcę ich tu zamknąć. Chcą jej znów odebrać syna, a może i zabić? Angus przyszedł z tyłu za nią. Nagle zdała sobie sprawę że nie ma innego wyjścia jak to, które przed chwilą zablokował.

– Wszystko w porządku, jesteście cali? – zapytał: – Nie wiem co się tu dzieje i dlaczego mówili że uroiłaś sobie ciąże.

Noor odetchnęła.

– Cruzina jest z nimi, próbują mnie tu zamknąć, odebrać syna, a może i zabić.

– Twojego syna?

– Nie jego, mnie. Pedro i Rosita go dostali… Od Irutt i Linnir, albo Postracha, nie wiem, może od całej trójki? Może wszyscy są w to zamieszani, nie wiem.

– To okropne, Noor. Nie pozwolę im na to. – Patrzył prosto na Cruzine: – Eepli też nie.

Cruzina pokiwała mu głową, zapłakana, jej róg zaświecił. Noor już wiedziała, już rzuciła się z źrebakiem do wyjścia. Eepli wyłoniła się z ziemi i odebrała jej małego. Nie mogła nic zrobić, jak pod wpływem jej mocy nie dało się już złapać ogierka. Eepli podała go Angusowi, przytuliła do siebie Noor.

– Nie zabierajcie go! Nie odbierajcie mi syna! Nie… – Noor zapłakała, znalazła się w tak ciasnym uścisku że nie mogła się poruszyć: – Oddajcie mi syna! Oddajcie go!

Krzyczała jeszcze długo, z całych sił, przyszło więcej osób, ale nikt nie potrafił jej uspokoić, jedyne co zrobili to Irutt podała jej coś magią Beerha po czym zasnęła. 


~*~


Obudziła się w tej samej jaskini, już tylko otoczona ogonem Eepli, obok Linnir. Zapach krwi drażnił jej chrapy, zaschła na skalnym podłożu i na jej sierści. 

Aż tak im zależy by uwierzyła w ich wersje? Czyja to krew? Chyba nie zranili specjalnie jej źrebaka by ją wybrudzić jego krwią?

– Dlaczego…? – jej głos był zdarty i bolało ją gardło, zakasłała.

– To minie, za bardzo nadwyrężyłaś krtań – powiedziała Linnir. 

– Gdzie mój syn? – zapłakała: – Co mu zrobiliście?

– Tutaj, mamo – Arnee stanęła w wejściu.

– Nie kłam! Nie widzę go tam z tobą! Co jej zrobiłaś? – Noor podniosła się na nogi, ogon Eepli uniósł się razem z nią gotowy ją złapać, ale bez problemu utrzymała równowagę.

– To ja nim jestem.

– Arnee, to niczego nie rozwiąże – zwróciła się do niej Linnir. 

Mała wycofała się z już opadniętymi uszami i smutkiem w przekrwionych i spuchniętych oczach.

– Muszę z nią porozmawiać. – Linnir wyszła z Arnee na korytarz. 

– Oszukała mnie. – Noor spojrzała z żalem w górę, w oczy Eepli: – Wszyscy jesteście fałszywi, jedynie Trini… – Zapłakała mocniej: – Co zrobiliście małemu?

Eepli objęła ją ogonem, tym razem na tyle lekko że w każdej chwili mogła jej uciec, przysuwając do siebie, w swoją miękką sierść. 

Noor nie spodziewała się tego po nich, przecież pomogli jej się pozbierać po śmierci Trini, wspierali ją i wydawało się że uważają ją za część ich rodziny.

– Wszędzie jest jego krew…

– Pokaże ci coś. – Eepli złapała ją mocniej ogonem, odrywając od ziemi, zaniosła ją, przytulając do swojego boku, aż do jaskini gdzie Pedro i Rosita leżeli przy ciężko rannym źrebaku, miało opatrzone całe nogi i tułów. Obejrzeli się od razu na nie jak usłyszeli kroki Eepli. Po pierwszym szoku związanym z zobaczeniem Eepli Pedro poderwał się, kładąc uszy i wbijając wrogie spojrzenie w Noor. Popatrzyła raz jeszcze po sobie, przypominając sobie te wszystkie krzyki, jak błagali ją by oddała syna. Czy mały wtedy też krzyczał, a ona go nie słyszała? Czy płakał? Nie. Nie mogła tego zrobić, to nie możliwe. Zabrała własnego źrebaka, nie zrobiła mu krzywdy, co najwyżej bał się przez to całe zamieszanie. Tego siwiejącego kasztanowatego ogierka widziała po raz pierwszy. Nigdy by go nie skrzywdziła. Oni to wszystko zaplanowali by w to uwierzyła.

– Dlaczego mi to robicie…? – wydusiła Noor. 

– My?! – Pedro uderzył kopytem o podłoże.

– Pedro. – Rosita dotknęła pyskiem jego szyi, a jej głos zabrzmiał jak prośba, cofnęła uszy, odwróciła głowę, jej prawą stroną do Noor: – Teraz już wiesz co się stało?

– Jak mogliście?! – Szarpnęła się, ale Eepli nie zamierzała jej puścić, gdyby nie peleryna chroniąca ją przed ciepłem, dawno ugotowałaby się w jej objęciach: – Gdzie macie mojego syna?

– Po co ją tu przyprowadzałaś?! – Pedro wrzasnął na Eepli, ta skuliła się, przyciskając do siebie jeszcze mocniej Noor: – Nie widzisz że przez nią nasz syn umiera?!

– Nie wrzeszcz na nią! – krzyknęła na niego Rosita: – Nie masz sumienia?

Pedro odwrócił się od reszty, westchnął ciężko, zwieszając głowę, jego wzrok utknął na dłużej na źrebaku. Mały cierpiał, zdradzał to jego ciężki oddech.  Pedro położył się obok niego. Rosita podeszła do syna, trącając go delikatnie pyskiem. Już wcześniej płakała, jej mokra na policzkach sierść o tym świadczyła, 

– Obudź się synku, czas jeść – jej głos już się łamał. Noor nie chciała widzieć jej kolejnych łez.

– Chodźmy stąd – szepnęła do Eepli. Eepli zaniosła ją na korytarz, nie pozwalając jej zeskoczyć na ziemię.

– Byłyście u nich? – Linnir do nich podeszła.

Czy Noor została tu więźniem?

– Eepli, puść mnie – poprosiła.

Eepli odstawiła ją na ziemię.

– Nie wrobicie mnie w jego śmierć! – krzyknęła Noor: – Nie wrobicie… – Zabrakło jej tchu: – Chcę stąd wyjść.

– To chodźmy na zewnątrz. – Linnir zrobiła jej przejście.

Noor pobiegła, kątem oka widząc jak Eepli już zniknęła pod ziemią, a Linnir ruszyła za nią. Naprawdę jest ich więźniem.

Osunęła się w wyjściu na brzuch, czując łzy płynące jej po własnych policzkach.

– Noor. Mały jeszcze żyje. – Linnir minęła ją, po czym położyła się naprzeciwko niej: – Nie możesz do końca ufać swoim zmysłom.

– Nie zwariowałam!

– Nie, nie zwariowałaś, masz omamy. Pamiętasz? Zorientowałaś się że pomyliłaś pojemnik z źrebakiem, gdy dotknęłaś go z zamkniętymi oczami, tylko nie chciałaś w to uwierzyć. – Linnir patrzyła jej prosto w oczy, pewna swoich słów, jak gdyby naprawdę nie kłamała: – Tak jak teraz.

– Nie skrzywdziłam go! – krzyknęła Noor.

– Zrobiłaś to nieumyślnie, twój umysł cię oszukał, nie ponosisz za to winy, tylko my. Wiedzieliśmy o twoich problemach, a mimo to cię nie dopilnowaliśmy.

– Jak mam ci wierzyć? Okłamywałaś mnie.

– To było parę miesięcy temu, potem nie kłamałam ci już ani razu. Powiedz, poszłabyś ze mną dobrowolnie, jadłabyś dobrowolnie, gdybyś od początku wiedziała że nie jestem Trini? Co by mi dało powiedzieć ci wtedy prawdę? 

Noor nic nie mówiła. 

– Teraz mówimy ci prawdę, a nie chcesz w nią uwierzyć. I to wszyscy wokół, po co mielibyśmy zabierać ci własnego źrebaka? Wiesz że Eepli nikogo by nie skrzywdziła, nawet Kettui.

– Turnia mi powiedziała że to urojona ciąża, ale nie mogła wiedzieć, może to ona wam kazała?

– Dlaczego nie mogła?

– Nie mamy zapachu.

– Może rozpoznała to po czymś innym, widywała mnóstwo ciąż i to w trudnych warunkach. Kiedy z tobą rozmawiała?

– Chwilę przed tym zanim Kometa odeszła.

– Zapytam jej, jak tylko wróci. Zaufasz mi?

– To nie możliwe. 

– Obiecuję ci że od teraz ktoś zawsze będzie przy tobie, tylko musisz nam zaufać, dobrze?

Noor nie odpowiedziała, znała ich kilka miesięcy, do tej chwili nie miała powodu by im nie ufać, oszukali ją na początku, ale w dobrej wierze, przynajmniej tak jej mówili, nie miała też nikogo innego, czy naprawdę byliby zdolni zrobić jej coś takiego? Po tym jak pilnowali by wróciła do zdrowia i nie zabiła się z tęsknoty za Trini? 

– Powiemy ci kiedy doświadczasz czegoś czego nie ma. Może to tylko jednorazowe i wszystko się unormuje?

Co może zrobić? Ich jest zbyt wielu, a ona jedna. Może lepiej niech myślą że się poddała, a jak tylko dadzą jej spokój ucieknie.

– To nie do odróżnienia. A jeśli nic już nie jest prawdą? – A jeśli to ona się myli? Naprawdę nie może ufać własnym zmysłom?

– Rozmawiamy naprawdę, Noor.

– A jak… Jak… – urwał jej się oddech.

– Musisz w coś wierzyć.

– Naprawdę zraniłam źrebaka? – Czy oni chcą by tak myślała?

– Nieumyślnie, Pedro z czasem to zrozumie. Przenocujesz dziś ze mną i Irutt, będzie też Arnee, ale dopilnuje by…

– Dzięki, Linnir, nawet jeśli jesteś tylko wytworem mojego chorego umysłu. – Objęła ją, zamykając oczy i w strachu otwierając je po dłuższej chwili, Linnir nadal tu była.

– Nie jestem.

Linnir poszła przodem, prowadząc Noor do siebie. 

– Razem z Postrachem pracujemy dla ciebie nad specjalną mieszanką ziół – powiedziała po drodzę Linnir.

– Spróbuje wam zaufać że mnie nie otrujecie, ale nic nie obiecuję.

– Mają ci pomóc na omamy. 

Czekała na nich już Irutt z śpiącą u jej boku Arnee.

– Mozzran pytała o ciebie, nocuje z Faith i Eepli – powiedziała do Linnir.

– Eepli z nami nie było? – zapytała Noor.

– Była wcześniej, dopiero jak wyszłyśmy na zewnątrz zostałyśmy same – odpowiedziała Linnir. 

– Znów macie przeze mnie problemy.

– Połóż się tutaj i o niczym nie myśl – zachęciła ją Irutt, wskazując na kupkę miękkiego piasku obok. Noor ułożyła się tam, stękając gdy dotknęła bolącego miejsca.

– Twoje wymiona?

– Tak… – Cofnęła uszy, niechętnie się do tego przyznając.

– Może…

– Nie.

– Ulżyłoby ci.

Musi mieć czym karmić syna. 


~*~


[Irutt]


Chwilę temu spałam wtulona w Linnir, a teraz wszyscy wybiegliśmy na korytarz, a potem do groty Hexe, krzyczała wniebogłosy, rzucała się po ziemi, głównie tarzając się po niej.

– Odsuńcie się – Linnir zablokowała sobą wejście, przepychając się przez tłum. Złapałam ją za grzywę gdy chciała się do niej zbliżyć. Nagle Hexe się uspokoiła, leżała na brzuchu, ciężko oddychając.

– Masz aż tak silne bóle? – zapytała Linnir.

Nie była w stanie jej odpowiedzieć, ale chociaż na nią spojrzała, wyczerpanymi oczami. Na szczęście kontaktowała.

– My idziemy, nie powinniśmy zostawiać syna samego – powiedział Pedro i zaraz zawrócił z Rositą. Noor była tu z nami, jak i cała reszta. Przez chwilę bałam się że przez zamieszanie porwała źrebaka.

– Zajmiemy się tym – obiecałam. Był środek nocy, nie ma sensu by inni też byli zmęczeni: – I tak nie wiedzielibyście jak jej pomóc.

“Noor, może posiedzimy teraz razem?” zaproponowała jej Cruzina: “Z Eepli.”

– Ja z nią teraz spałam – wtrąciła Mozzran.

– Chodźmy po prostu do twojej groty, nie chcę sprawiać większych problemów niż już sprawiam – powiedziała Noor.

Linnir zatrzymała się obok Hexe. 

– Arnee? – Rozejrzałam się, nigdzie jej nie zauważając, całe nasze stado już się rozeszło. “Arnee?” Mogłaby nadal spać? Nie przyszła tu z nami?

Spojrzałam na Linnir, schylała się nad Hexe, a ta szeptała jej coś do ucha, Linnir jej przytaknęła, po czym zawróciła do mnie.

– Mówi że czuła jakby się paliła, a potem topiła w lawie, jakby wpadła do wulkanu. Teraz już ból minął. Chce spróbować zasnąć.

– Myślisz że ona też ma omamy? – Wyszłyśmy na korytarz.

– Nie wiem… – Linnir westchnęła.

– Chodźmy się położyć.

– Lepiej bym z nią została.

– Musimy odpocząć, zwłaszcza ty, wciąż jesteś ranna.

Linnir zajrzała do Hexe, zasnęła.

– Będę w pobliżu. W razie czego przybiegnę. – Przyszedł Angus: – I tak nie mogę spać.

Przytaknęłam mu, obejmując Linnir ogonem: – Chodźmy.


~*~


[Noor]


Postrach wygrzewał się w słońcu, dopóki nie podeszła do niego Noor, od razu znalazł się na nogach.

– Boisz się mnie? – spytała zmieszana. Z nią przyszła też Cruzina. Tak jak obiecywała Linnir, stale ktoś był przy niej.

– Szczerze? To tak, ostatnio narobiłaś mi parę siniaków, nie twoja wina, ale nadal boli. – Cofnął uszy.

– Przepraszam. – Noor również cofnęła uszy, zwieszając też zawstydzona głowę: – Ty też nie miałeś łatwego źrebieństwa?

– A kto z nas miał? Nieźle wszyscy się dobraliśmy, co? Jesteśmy stadem nieszczęśników. Prawda, Cruzina?

– Nigdy wcześniej nie zdarzało mi się na kogoś rzucać, dopiero po śmierci Trini, to ona tak robiła, ja byłam raczej ta spokojna i posłuszna matce i partnerowi.

– O mojej lepiej nie wspominać.

“Uciekłaś w źrebieństwie…” przypomniała Cruzina.

– Jak dorosłam słuchałam matki, wcześniej nikt się mną nie interesował, więc mogłam robić co chciałam, nie nazwałabym tego prawdziwym buntem, bo nikt mi wtedy niczego nie zabraniał, ani niczego nie uczył. Kiedy mama nagle nakazała mi mieć źrebaki, których nigdy nie chciałam, i być w parze z kimś kim nie chciałam być, zrobiłam to.

– Ja dorastałem z dala od swojej matki, choć naprawdę często tam wracałem i zawsze obrywałem to zrozumiałem że nie warto, nie pokocha mnie choćbym nie wiem co potrafił i co dla niej zrobił, bo jestem tylko jej złym wspomnieniem. A dla innych tamtejszych klaczy koszmarem. Urodziłem się podobny do ojca, który kiedyś ich wszystkich regularnie krzywdził, gdybym był klaczką to w porządku, ale ogierki to wychowywali na takich samych sadystów jak oni. Nie zrozumcie mnie źle, przyszedłem na świat już po tym jak one się od nich uwolniły, zabiły ich wszystkich i zaczęły nowe życie, z dala od Krwawego lasu. Wylały całą swoją nienawiść na mnie. Jak to kiedyś powiedział mi Chaos, możesz uciec od przeszłości, ale ona zawsze będzie w tobie. 

“Te wszystkie rany zadały ci klacze…?”

– Dokładnie tak. Noor to przez co teraz przechodzisz, przez swoje omamy to ja to rozumiem, całe życie boję się że faktycznie okaże się takim draniem jak ojciec, że kogoś skrzywdzę, czasem nawet się zastanawiałem czy to wszystko co wykrzykiwali jaki zły jestem to czy to nie prawda. Przez to nawet nie podjąłem się nauki walki, choć chciałbym mieć w niej takie umiejętności jak matka.

– Teraz możesz trenować, Trini mogłaby… – Noor westchnęła, spuszczając głowę: – Linnir by cię pouczyła.

– Nie chcę trenować walki, chciałem jedynie potrafić walczyć, bez treningu, bo to z nim mam problem. Musiałbym dać się dobrowolnie komuś pobić.

“Nie, to nie polega na tym, trening nie ma nic wspólnego z zadawaniem bólu.”

– Fizycznego może i nie, ale też nie zawsze, zależy o jakich treningach mówimy, w teorii wiem o tym dość sporo. Taką mam blokadę do treningu z kimś że nie potrafię zrobić żadnego ruchu, zaraz słyszę w głowie drań i tak dalej, a potem jeszcze przypominam sobie jak bolały te wszystkie kopnięcia i ugryzienia. Także wiecie we mnie przeszłość też utknęła na dobre.

Noor zobaczyła w lesie niebieskiego źrebaka, wpatrywał się w nią. Czy to jej syn? Podeszła do niego, kiedy Postrach i Cruzina rozmawiali dalej. Przysunęła źrebaka do siebie, oglądając się na nich.

“Ostatnio już o tym nie wspomina, kompletnie się załamał, i jeszcze to co stało się z jego wnukiem, nie myśli o niczym innym…”

– Mi też zaproponował wspólny trening. A wiesz że kiedyś chciał mnie nawet przygarnąć? Ale klacze mamy nie dały mi żyć, a Zoma nie zamierzała wyciągać żadnych konsekwencji od nich.

“Noor…? Co ty tam chowasz?” Cruzina popatrzyła na nią. Postrach podążył za jej wzrokiem. Noor przycisnęła do siebie mocniej źrebaka.

– No błagam, nie przechodźmy znów przez to samo. – Postrach zaczął już iść w ich stronę. 

Noor napłynęły do oczu łzy. Otoczyli ją. Patrzyła na róg Cruziny, w każdej chwili mogłaby zawołać Eepli. I skończyłoby się dokładnie tak samo jak poprzednio. Usłyszeli czyjeś kroki, obok lasu kuśtykała Hexe.

– Co ci się stało w nogę? – zapytał Postrach.

– Lepiej nie pytaj.

– Znów te wyimaginowane bóle?

– Chyba przeżywam to co przeżywały inne klątwy, ale nie mam pojęcia dlaczego teraz.

– Noor, trzymasz ptasie gniazdo, musiało spaść z drzewa – Postrach spojrzał na nią: – Będziesz tak miła i mi je oddasz?

– Nie. To mój syn.

– Gniazdo jest twoim synem?

“Masz omamy, Noor.” dodała Cruzina.

– Zostawcie jej to, nic się nie stanie jak je ponosi – wtrąciła Hexe: – Omamy nie trwają wiecznie.

– Masz jakąś wiedzę na ich temat? – zapytał Postrach.

– Są dość częste gdy ktoś umiera. Najczęściej widzą swoich bliskich.

“Skąd wiesz że nie widzą ich naprawdę?” zapytała Cruzina “Słyszałam że nasi nieżyjący bliscy, nawet, których nigdy nie poznaliśmy, przychodzą po nas.” 

– To omamy.

“Nie wierzysz w przodków?

– Przodkowie mnie opuścili jeszcze zanim się urodziłam. Dlaczego miałabym w nich wierzyć? I dlaczego ty miałabyś w nich wierzyć skoro mieszkasz z feniksami?

“Chyba nigdy w nich nie wierzyłam, ale inne jednorożce zawsze w nich wierzyły…”

– A co to ma wspólnego z Noor? To nie ten rodzaj omamów – zauważył Postrach.

– Omamy to omamy. Przechodziły po czasie, a później wracały, nie trwają cały czas, więc sama się zorientuje jak dacie jej szansę.

Noor uciekła z źrebakiem, wykorzystując okazje. Hexe najwidoczniej była po jej stronie i grała na zwłokę. A może naprawdę ma omamy? Zatrzymała się na chwilę w lesie, popatrzyła na syna, mrugając. Zauważyła resztę kryjącą się za drzewami.

– Zostawcie nas! – krzyknęła, musieli gdzieś go trzymać, czuła jak się do niej wtula, jak to może jej się wydawać?

– Musimy tu być, w razie gdyby miało ci się coś stać – odpowiedział Postrach. Noor pobiegła z małym do Hexe, która momentalnie od niej odskoczyła.

– Nie zbliżaj się, bo cię zarażę! – krzyknęła na nią, dodając: – Wracam do siebie – Ominęła Noor szerokim łukiem, idąc do środka, aktualnie bardziej na trzech, niż na czterech nogach.

– Idę z tobą – Noor ruszyła jej śladem, wraz z synem.

– Tylko nie zbliżaj się zanadto – ostrzegła Hexe: – Nie chcę cię zabić.


~*~


[Hexe]


Hexe zatrzymała się przed wejściem, słyszała przez chwilę głos Komety – odległe wspomnienie. Gdyby żyła właśnie by się przywitały. Cruzina i Postrach ich śledzili, dostrzegła ich ukrywających się w odnodze korytarza, Noor jej posłuchała i trzymała się z ptasim gniazdem parę kroków od niej.

– Na ziemi jest moja zaschnięta krew – poinformowała ją, próbując stanąć na bolącej nodzę. Ból minął.

– Mam jej nie dotykać?

– Tak, w kącie są też opatrunki od… – Hexe weszła już do środka. Nie było tu żadnych zakrwawionych opatrunków ani też krwi na ziemi. A miejsce gdzie przebywała większość czasu Kometa już nie okrywał miękki materiał. 

– Irutt pewnie wszystko sprzątnęła – powiedziała Noor: – Telekinezą, niczego nie dotykała bezpośrednio. A Arnee się tego pozbyła. Albo Arnee od razu się tego pozbyła.

– To oczywiste… – stwierdziła ponuro Hexe, nie mogła niczego zatrzymać po Komecie, zwłaszcza gdy nie dało się z tego pozbyć krwi.

Wciąż stał tu pojemnik z którego Hexe piła, już napełniony świeżą wodą, obok leżały zioła i jedzenie. 

– Wejdź do środka. – Obejrzała się na Noor, kładąc się na swoje miejsce.

– Ale nie mów przy nim nic o końcu, zgoda? – Noor podążyła za nią.

– Dalej ode mnie. – Hexe machnęła na nią ogonem, nie dotykając jej przy tym. Noor położyła się blisko wyjścia, przy ścianie. 


~*~


[Celeste]


“Blakie…?” Znalazłam kilka jej piór, sczerniałych na końcach, wyrwanych na siłę, co poznałam po zakrwawionej ostrej dutce. Gdy je podniosłam rozsypały się w popiół. Wiele osób już próbowało się z nią porozumieć, pomyślałam jednak że chociaż mi odpowie.

“Słyszysz mnie?”

“Głośno i wyraźnie.”

“Arnee.”

“Mi też Blakie nie odpowiada, może śpi? Naprawdę głęboko. Co robisz?”

“Nic konkretnego, wracam już do domu.” Wzbiłam się do lotu, mijając sprawnie koronę drzewa. 

“A gdzie byłaś?”

“Niedaleko.” Wolałam jej nie rozzłościć, choć nie miałam ochoty na rozmowę z nią. Szybowałam nad lasem, nie spiesząc się. I tak nie mam nadal żadnego konkretnego celu. Mama śpi całymi dniami, nie potrzebuje mnie, może nigdy nie potrzebowała. Urodziłam się by być jej następczynią, lecz już od dawna nie istnieje żadne stado, którym mama by przewodziła. Nie ma Blakie, ani Komety, ani Chaos, została jedynie Cruzina, ale ostatnio się nie spotykałyśmy, jakby zapomniała o mnie.


Zmieniłam kurs. Wylądowałam na klifie, fale ledwie go muskały, morze było spokojne, a w dolę nie widziałam żadnych skał. Odetchnęłam wilgotnym powietrzem. Być może nikt nie będzie mnie pamiętał, ale moje życie w końcu nabierze sensu. Skoczyłam ze złożonymi skrzydłami. Po zanurzeniu we wodzie, miałam nadzieje na powrót Blakie, zawsze gdy miałam zginąć ratowała mnie, w jakiś sposób byłyśmy połączone, może teraz wróci? Na moje zniknięcie przyjdzie jeszcze czas.

Woda zabierała mnie ku ciemności. Nie bałam się. Jej dotyk sprawił mi przyjemność. Nagle obok pomknęło coś w różnych barwach, kolorowe smugi przyciągnęły mój wzrok ku powierzchni, gdzie dryfowała Cruzina, z zanurzoną przez chwilę głową z świecącym rogiem. Te kolory, które zobaczyłam to jej magia nadała na moment barwę wodzie. Rozpostarłam skrzydła, spowalniając tonięcie. Zaczęłam płynąć w górę, chętnie odpychając się skrzydłami od wody, pospieszyłam się, bo już brakowało mi powietrza, wynurzyłam się gwałtownie, dysząc. 

“Celeste…” Cruzina do mnie podpłynęła, cała roztrzęsiona. Objęła ogonem moją szyję, wtulając pod mój pysk głowę.

– Czy z nowym cyklem nie byłoby lepiej? – zapytałam.

“Nie, nie bez ciebie.”

– Jestem tu zbędna.

“Nie jesteś.”

– Nie mam żadnego innego sensu w życiu.

“Ty jesteś moim sensem.”

– Ale to nie jest mój sens.

“Kocham cię, Celeste.” Przyznała, wyraźnie speszona, widziałam że zmusiła się, przez jej mały ruch głową, do patrzenia w moje oczy.

– Bardzo cię lubię, kocham, ale nie tak jakbyś chciała, nie potrafię tego poczuć czego ode mnie oczekujecie, nie rozumiem tej romantycznej miłości. Nie umiem się w nikim zakochać – odpowiedziałam.

“Wystarczy mi że jesteś… Wreszcie odważyłam się to powiedzieć.” – Opadła na mnie, jakby spadł z niej cały ciężar.

Wyciągnęłam skrzydło, a ona dotknęła je ogonem. Niechętnie opuściłam wodę, Cruzina wyszła z niej niemal natychmiast, otrzepując się na brzegu. Po chwili sama strzepałam z siebie wodę. Cruzina uśmiechnęła się do mnie. Mokra sierść nie jest przyjemna, ale co innego czułam gdy woda otaczała mnie z każdej strony, gdy mogłam poczuć jej ruch, powodowany moim własnym ruchem. Czy w końcu odkryłam co naprawdę lubię? Nurkowanie?

– Skąd wiedziałaś że tu będę?

“Blakie kazała mi nad tobą czuwać, zanim odeszła, dała mi cząstkę swoich mocy bym mogła poczuć gdzie jesteś i jak będzie ci coś groziło… Przemówiła do mnie gdy spałam, do dziś myślałam że mi się to przyśniło. Dlaczego miałaby wybrać swoją rywalkę?”

– Nigdy cię tak nie postrzegała.

“Byłam dla niej zbyt surowa?”

Pokręciłam głową, dodając: – Miałam nadzieję że się chociaż odezwie. Tęsknie za nią. Dobrze wspominam nasze wspólne chwilę.

“Zawsze wydawało mi się że ją kochasz.”

– To prawda, kocham ją trochę mocniej niż ciebie, ale to wciąż jest głęboka przyjaźń, tak jakbyśmy były bratnimi duszami.

“Wracamy już do domu? Nie powinnyśmy aż tak się oddalić.”

– Spróbowałabym jeszcze nurkowania.

“Ja nie mam takiej odwagi… Zaczekam tu na ciebie.”

– Pegazy mają wydajniejsze płuca, przystosowane do lotu w rzadszym powietrzu, jeśli się postaram mogę wstrzymać oddech na dłużej. 

“Nie znam się na tym, szczerze mówiąc.”


[Arnee]


Rosa osiadła na trawach i liściach drzew i krzewów, dookoła znów unosiła się mgła. Arnee bez wysiłku odsunęła głaz, jej moce dawały jej niespotykaną przy jej wzroście siłę. 

– Mamusiu? Śpisz? – Weszła do środka, nagle szerzej otwierając oczy, w których odbiło się światło. To nowe ciało Kettui się rozpadało, wiele jego elementów teraz zastępowało światło. 

– Mamusiu! – Mała podbiegła do niej, próbując desperacko to powstrzymać. Niebieskie płomienie gasły niemal natychmiast, pozostawiając po sobie popiół. 

– Blakie przestań! Pozwól mi!

– Arnuś… – Kettui otworzyła oczy, jedno z nich świeciło.

Arnee w jednej chwili postanowiła jej wszystko oddać, tylko tak mogła ją ocalić. Moce Blakie były zbyt słabe by ją w pełni i na dłużej niż te parę dni przywrócić. Wraz z oddawaną energią czuła jak słabnie. A co jeśli Kettui zabije jej rodzinę? Nie mogła tego przerwać, nagle szarpała się już z świecącymi mackami, słysząc rozpaczliwy krzyk umierającej siostry.

– Arnee! – Linnir wbiegła do środka, odrywając jej racice od Kettui, mała miała na sobie mnóstwo światła, a teraz osiadło też na Linnir. 

– Nie! Nie! – zapłakała Arnee, próbowała strącić je ogonem, ale bok Linnir już cały świecił.

– Posłuchaj, Arnee, nie możesz…

– Nie odchodź! – Biegała wokół Linnir, cofała światło, ale pojawiało się znowu w różnych miejscach na ciele jej mamy, drapnęła desperacko w świecący bok Linnir kopytami, światło już przeniosło się na jej tylne nogi.

– Nie może to dalej się roznieść, obiecaj mi. Musimy chronić resztę.

– Nie… – Strąciła światło skrzydłem.

– Obiecaj – naciskała Linnir.

– Mamusiu… – Arnee popatrzyła na Kettui i na Linnir: – Nie odchodź, mamusiu – płakała.

– Jak się to rozniesie stracisz jeszcze więcej osób, Arnee, nie mogą dotknąć światła.

– Arnee! – krzyknęła Burza, na zewnątrz rzuciły się na nią kłyki. Pod nią leżała Kometa.

– Arnee, obudź się – nie rozpoznała już tego głosu, gdy wybiegła znalazła się w świetle.

– Arnee, córeczko!


Arnee obudziła się momentalnie przy Irutt, przebrała jeszcze nogami jakby nadal walczyła w tym śnie, otulona jej ogonem.

– Mamusiu! – Wskoczyła w jej przednie nogi, wtulając się w jej klatkę piersiową, swoimi przednimi racicami i głową.

– To tylko zły sen, córeczko, strasznie się rzucałaś.

– Gdzie są mamusie?

– Właśnie tu idą, chciałyśmy ci zrobić niespodziankę.

Arnee wybiegła na zewnątrz, przecierając oczy z niedowierzania ogonem, Linnir szła obok Kettui, teraz Sashy. Irutt wyszła za córką, obejmując ją znów ogonem.

– Burza żyje, a Komecie się nic nie stało? – Arnee na nią spojrzała.

– Córeczko, wypuściłyśmy Sashe. – Irutt powiedziała do niej szeptem, blisko jej puchatych uszu: – To ta niespodzianka. – Musnęła ją w czoło.

– To cudownie – Arnee uśmiechnęła się do Irutt, po krótkiej chwili smutniejąc, przywarła do mamy: – Kochasz mnie nadal, prawda?

– Arnuś, wszyskie cię kochamy – odezwała się Sasha. Irutt posłała jej pełne niechęci spojrzenie: – Powiedziałam coś nie tak?

– Nie – odpowiedziała Linnir. 

– Zostawię was same – stwierdziła Irutt, ale jak Arnee poczuła tylko że ją puszcza, chwyciła ją za ogon, wtulając się znów w jej bok. Irutt postanowiła więc zostać.                        



⬅ Poprzedni rozdział