[Irutt]
Wypatrywałam jeszcze przez chwilę za Arnee, po czym weszłam do środka. Angus już zdążył się przywitać z wszystkimi i przedstawić im Noor. Eepli znów się schowała. Cruzina gdzieś wyszła. Kometa leżała pośrodku jaskini, przykryta materiałem.
– Jesteście tu wszyscy. – Promieniała ze szczęścia, jej oczy błyszczały od łez, wyciągnęła skrzydła do matki, co Chaos zignorowała, potem Kometa objęła skrzydłami siostrę i jej partnera, położyli się na przeciwko niej, by sami mogli ją objąć: – Rosita, jak ślicznie wyglądasz!
– Dzięki Blakie. – Uśmiechnęła się do niej, starając się obracać tak głowę, by ukryć przed naszym wzrokiem jej sparaliżowaną, lewą stronę: – Dlaczego leżysz…?
– Jesteś w ciąży? – zapytałam. Brzuch Rosity pierwszy rzucał się w oczy zaraz po jej wyglądzie. Położyłam ogon na jej grzbiecie. Chaos za to wyglądała jakby jej siwą maść Raisy próbowała zdominować kara.
– Tak, Pedro tęsknił za naszymi córkami, a ja chciałabym je poznać, może coś sobie przypomnę. Gdzie Blakie?
– Ja też za nimi tęsknie – przyznałam.
– Blakie koniecznie musi się o tym dowiedzieć – dodał Pedro, on również uśmiechał się do każdego.
– Opowiadajcie. U nas działo się naprawdę wiele… – zachęciła Kometa: – Nie da się tego powiedzieć w jeden dzień, ale najpierw…
Obejrzeliśmy się ku wejściu słysząc kpiące prychnięcie, Ivette wróciła z córką. Kometa odwróciła od niej wzrok.
– Oczywiście, mojego zniknięcia nikt nie zauważył. Nawet nie raczyliście powiedzieć gdzie jesteście.
– Wyjdź stąd! Natychmiast! – Naskoczył na nią Pedro, odepchnęła go od siebie, z krótkim warknięciem, niemal przewróciła.
– Dajcie spokój – zawołała Kometa: – Ivette wie że popełniła błąd…
Angus zatrzymał Pedro w trakcie kolejnej próby ataku na Ivette.
– Gdzie moja córka?! Nie widzę jej tu, a wiem że żyje! – krzyknął Pedro: – Nie może być inaczej!
– Twoja tchórzliwa córka schowała się w jej źrebaku! – Ivette podrzuciła głową, wskazując na mnie, położyłam uszy: – I pozwoliła tej psychopatce używać swoich mocy. Wiesz kto nasłał na nas te kłyki?! Twoja córeczka!
– Odczep się od mojej córki, albo najlepiej zostaw nas w spokoju i radź sobie sama, bo to ty jesteś źródłem wszystkich nieszczęść! – krzyknęłam.
– Spytaj Celeste – warknęła: – Przez Arnee kłyki zaatakowały Mozzran! A potem nas! Głupia chciała uratować tą swoją siostrę od siedmiu boleści od tego co sama spowodowała, żeby ta ją polubiła! Jak bardzo trzeba być chorym?
– Ty akurat nie masz prawa ich oceniać! Powiedziałam, zostaw moje źrebaki w spokoju!
Teraz Angus musiał powstrzymać również mnie, zablokował mi drogę do niej sobą, a Pedro złapał za moją grzywę, bo to nie wystarczyło. Mój róg żarzył się od magii, której powstrzymałam się użyć, nie chcąc im zrobić krzywdy swoją przemianą.
– Ile można znieść?! – krzyknęłam.
– No właśnie! Trzeba było mi pomóc z nowym cyklem!
– Irutt… – Linnir do mnie podbiegła, patrząc przez chwilę na Ivette z położonymi uszami, objęła mnie, a ja się w nią wtuliłam. Zmierzyły się wzrokiem.
– Chodź, nie chcę żebyś została ranna jeszcze bardziej. – Odeszłam z nią na ubocze, roniąc już łzy: – Arnee…
– Słyszałam. – Patrzyła mi w oczy: – Poszukamy jej, te moce to dla niej za wiele. Blakie nie powinna jej ich dawać.
– Nie rozumiem dlaczego to zrobiła.
– Myślę że chciała by był ktoś kto będzie mógł nas obronić przed takim zagrożeniem jak Kettui czy… – Linnir popatrzyła w stronę Ivette, Rosita z nią rozmawiała, wraz z Kometą, Pedro odszedł od nich dyskutując na uboczu z Angusem, który wyraźnie go uspokajał. Dopiero się dowiedzą że mowa o Pari.
– Postępuje coraz mniej logicznie, dlaczego trzymała Arnee tak długo w śnie? Dlaczego się od nas odcięła?
~*~
[Ivette]
Okryłam Kometę materiałem, myśląc że śpi. Nie mogłam znieść tego w jaki sposób skończyła. Ani nic zrobić, bo moje głupie moce nic nie dawały. Arnee tego pożałuje.
– Przecież… – Kometa otworzyła oczy, szkliste od łez: – Przecież wiem…
– Śpij.
Zacisnęłam na moment szczęki. Szkoda że nie zostawiłam jej dawno temu, mogłam uciec tam gdzie nikt by mnie nie znalazł… I tak to życie jest jedynie męką.
– Wiem… Dostałam naprawdę mnóstwo ziół i trochę chce mi się spać, ale… Ale nie chcę… – Przysypiała, potrząsnęła niemrawo głową.
– Nie chcesz spać?
– Będziesz wściekła…
– Nie będę.
– Martwię się o… Nie, będziesz naprawdę wściekła.
– O Hexe? – Starałam się ukryć przed nią własną złość. Pewnie już moje oczy mnie zdradziły.
– Poleż ze mną… – Dotknęła skrzydłem mojego boku: – Inaczej nie zasnę, możesz to zrobić?
– Niech Hexe to zrobi.
– Ivette, proszę…
– Jak nie chcesz bym cię krzywdziła to daj mi odejść, bo nie, nie zapanuje nad sobą, Celeste też będzie lepiej bez takiej matki jak ja. Wiesz to. – Położyłam się obok: – Na przykład teraz, planuje jak rozszarpać za to wszystko Arnee.
– Nie możesz tego zrobić. Obiecaj. I… Wcale nie chcesz, przynajmniej mnie zranić, bo inaczej byś o tym nie wspominała.
– Ponoć niczego mi nie wybaczyłaś. Nie chcesz być ze mną, ale nadal chcesz mnie mieć przy sobie? To kompletnie nie ma sensu… Kometa?
Niby zasnęła, pewnie udawała że śpi, bo tak łatwiej. Ale niech jej będzie. Położyłam głowę na zimnym, kamiennym podłożu. Nie mogłam ronić łez, ale mój nieregularny oddech zdradzał że płakałam, otuliłam ją skrzydłem.
– Dlaczego zrobiłaś to Blakie…? – szepnęła Kometa, otwierając jeszcze zaspane oczy: – Przecież wszystko dość dobrze się układało… Powiedz.
– Co niby dobrze się układało? Nienawidzę być kłyką, nienawidzę tego życia, ani samej siebie, chcę po prostu zapomnieć to wszystko i zacząć od nowa, a najlepiej przestać istnieć.
– Wszystko było… Było całkiem dobrze…
– Nigdy nie było dobrze.
– Chyba pomimo tego że wiele razy, wiele cykli byłyśmy razem to… Ty nadal nie potrafisz być szczęśliwa, a mogłybyśmy być… Przed tym co zrobiłaś Blakie. Czy ty w ogóle potrafisz się cieszyć? Z tego co masz?
– Było w miarę dobrze tuż przed tym gdy jad Opala cię nie zabił, to wszystko wina Zamieci i Blakie, jedna mnie zmusiła do nowego cyklu, a druga nie chciała na to pozwolić. Przez nią skończyłam jako ten potwór. I mamy teraz to co mamy. Koszmar, a nie prawdziwe życie. Z czego niby mam się cieszyć? A ty? Dobrze ci w tym stanie?
– Wstanę jeszcze na nogi, a tymczasem mogę cieszyć się rodziną i jestem pewna że ty też, przynajmniej Rosita da ci szansę, jestem pewna, a może i tata? I Celeste bardzo na tobie zależy, a jak nie umiesz panować nad nerwami to… Jest wiele ziół na uspokojenie, nie wiem, mam wrażenie że tkwisz w tych swoich błędach, ciągle i ciągle.
– Taka już jestem.
– Ale potrafiłaś być lepsza, naprawdę potrafisz.
– Może feniksy nie potrafią się zmienić?
[Arnee]
Energia z kłyk nie wystarczyła, Arnee poświęciła jeszcze mnóstwo istnień, zdziesiątkowała kilka stad, ostatecznie wkładając sporą część mocy Blakie w przywrócenie swojej matki, a i tak nie udało jej się przywrócić jej w całości, więc zabrała brakujące narządy i kończyny od innych osób dopasowując je do nowego ciała Kettui. Elementy takiego ciała próbowały się wzajemnie zwalczyć, w końcu mimo że nie różniły się już wyglądem nadal były sobie obce. Kettui przeżyła w tym stanie kilka minut i nawet się nie obudziła.
Arnee przywróciła ją znowu, gdzie brakujące części ciała stanowiły energię w postaci światła, a sama Kettui nie miała świadomości.
Wykorzystując ukryte właściwości zielonego kryształu Arnee zamieniła ją z duszą innego jednorożca, a potem pochłonęła to niedokończone ciało jej matki wraz z duszą ofiary uwięzionej w środku.
– Mamusiu! – Arnee rzuciła się przytulić w jej nowe, przednie nogi. Kettui rozglądała się, zatrzymując na córce zdezorientowane spojrzenie, po chwili na jej pysku pojawił się złowrogi uśmiech. Roześmiała się opętańczo, doskonale czując w swoim ciele tą energię, której tak zawsze pragnęła.
– Arnuś! – Podrzuciła córkę ogonem do góry, mała tym razem zatrzymała się w powietrzu, roześmiała się wraz z matką, choć jej śmiech różnił się od jej, był przepełnionym szczerą radością. Latała wokół Kettui jak szalona lądując na jej grzbiecie i obejmując jej szyje.
– Mamusia jest z ciebie taka dumna. – Kettui popatrzyła na nią, energia Blakie zamykała się teraz w niebieskich piórach na jej łopatkach. Ich końcówki sczerniały. Arnee nie orientowała się dlaczego w ogóle jej wyrosły. Wyrwała je.
– Jak to zrobiłaś, gąsieniczko? – Kettui położyła ją sobie na przednich nogach.
– Wszyscy mówią że umierałam, a Blakie nie chciała na to pozwolić i od tego czasu utrzymuje mnie przy życiu.
– Odzyskamy co moje, zamień mnie z Irutt.
– Nie.
– Nie?
– Nie skrzywdzę mojej drugiej, ani trzeciej mamusi. A zielonego kryształu już w tobie nie ma i nie da się tego zrobić bez jego płynnej wersji w krwi, to dlatego że musiałam zamienić cię z kimś innym, a nowy zielony kryształ przepadł jak tylko tego kogoś pochłonęłam.
– Arnuś, nie zrobisz tego dla swojej ulubionej mamusi? Tamte i tak wolą Mozzran, a nawet to ohydztwo bardziej od ciebie.
– Ale ja kocham całą moją rodzinę. Nie mogę ich skrzywdzić!
– Ach tak? – Kettui przyłożyła swój róg do rogu Arnee: – Pokaż mi co się tam u ciebie działo, moja malutka.
– Jesteś taka zazdrosna. – Arnee pokazała jej wszystkie wspomnienia. Teraz gdy ma moce feniksa nie musiała się obawiać że to komukolwiek zaszkodzi, przeciwnie, może jej ukochana mamusia wreszcie zrozumie że nie musi z nikim o nią walczyć.
– Ojej, moje ty biedactwo, Mozzran cię nie akceptuje?
– No prawie się udało, ale Ivette wszystko zepsuje, albo już to zrobiła…
– Daj mi moce Blakie, wtedy znów będą cię lubić jak przedtem, a Mozzran cię w końcu zaakceptuje, powiesz jej że byłaś pod kontrolą Blakie.
Małej opadły uszy: – Skrzywdzisz ich wtedy, prawda?
– Och nie, mamusia zostawi ich w spokoju. No, szybciutko. Nie chciałabym żeby cię nienawidzili z tak błahego powodu.
– Nie jesteś już zazdrosna?
– Co ja poradzę? Kocham cię tak mocno że muszę pozwolić ci się z nimi spotykać.
“Arnee! Słyszysz mnie? Córeczko…” Irutt znów spróbowała się z nią porozumieć. Do tej pory Arnee była dość zrozpaczona i zajęta odzyskiwaniem Kettui by odpowiedzieć.
“Ivette już wróciła?” odpowiedziała dopiero teraz.
“Skarbie, proszę, wracaj do domu, wszędzie cię szukamy, nikt nie zamierza się od ciebie odwrócić. Nie ważne co zrobiłaś, zawsze będę cię kochała.”
– To jak? – zapytała Kettui: – Czy nie byłoby ci lepiej bez mocy Blakie?
“Arnee?”
“Na-naprawdę?”
“Wiemy o wszystkim, Arnee, wracaj, martwimy się o ciebie” usłyszała też Linnir.
“Gdzie jesteś?” – Dodała Irutt.
– Arnee – Kettui przewróciła ją na ziemię: – Jak nie chcesz bym cię znienawidziła zaraz dasz mi resztę mocy. – Podniosła głowę córki rogiem, nie zważając na to że rani jego ostrym końcem jej spód pyska. Arnee była zbyt skupiona na rozmowie z mamami by reagować na zaczepki jej pierwszej mamy, tym zajmie się za chwilę.
“A… A Mozzran? Da mi szansę?”
“Da.”
“Ale wie o wszystkim?”
“Nie, skarbie, nie powiemy jej na razie.”
Arnee uroniła łzy. Mamą zależy na niej bardziej niż sądziła.
– Dlaczego płaczesz? – zdziwiła się Kettui: – Przecież nie czujesz bólu.
– Chciałabym żebyś zamieszkała z nami, mamusiu.
– No dobrze, jak dasz mi moce to zamieszkam z wami.
~*~
[Irutt]
“Widzę was!” usłyszałam wewnętrzny głos córki. Wypatrywałam jej w mgle poranku. Ja i Linnir szukałyśmy jej przez ostatnią noc i pół poprzedniego dnia. Niedawno się rozdzieliłyśmy. Nagle dostrzegłam zbliżającą się ku mnie znajomą sylwetkę. Kettui? Wyłoniła się naprzeciwko mnie, niemal wbiłam w nią róg gdyby nie Arnee. Lewitując, osłoniła ją swoim małym ciałem.
– Mamusiu, ona jest z nami!
Uniosłam głowę, zabierając róg z dala od córki. Zaczęłam tak szybko oddychać że chwilami się dusiłam, ból ścisnął całą moją klatkę piersiową wraz z gardłem.
– Mamusiu…? – Arnee oparła o mnie racice, patrząc mi w oczy z niepokojem.
– Co ty zrobiłaś, Arnee? – mój głos zabrzmiał rozpaczą.
– Tylko ją uratowałam…
– Kettui nas… – urwałam, łapiąc z trudem oddech.
– Skąd wiesz że to ona…?
– Widzę ją…
– Ale jak? Ma zupełnie inne ciało, mamusiu… I nic nie pamięta, nikogo nie skrzywdzi. Może zamieszkać z nami! – wykrzyknęła radośnie, wylądowała przed nią, Kettui podała jej posłusznie swój ogon, tak musiała ją prowadzić całą drogę tutaj.
Linnir wróciła, położyła delikatnie głowę na moim grzbiecie, podchodząc z tyłu, poczułam jak szybko bije jej serce, złapałam za jej ogon. Próbowałam się uspokoić, ale to wszystko tylko we mnie narastało.
– Kim jest ten jednorożec? – zapytała Linnir.
– Nie poznajesz Kettui? – wydusiłam.
– To prawda, Arnee? – Cofnęła uszy.
– No, musiałam zdobyć dla niej inne ciało… – Uszy córki opadły, zerkała na swoje racice i na nas, przebierając nimi niespokojnie, wyglądała jak źrebak – i to dosłownie przez jej wzrost, a nawet bardziej źrebięcą niż dorosłą budowę ciała – który coś zbroił.
Nie widziałam by Kettui wyglądała inaczej, żadnego nowego ciała. Linnir przytuliła mnie do siebie.
– To…? – spytała z nadzieją Arnee.
– Zabierzemy ją ze sobą – powiedziała Linnir.
– Nie. – Popatrzyłam z nienawiścią wprost w oczy Kettui, dziwnie puste i zagubione, przede wszystkim ogarnięte lękiem, jakby wiedziała ile mnie to kosztuje by powstrzymać się przed jej zabiciem.
– Co takiego wam zrobiłam? – odezwała się. Wyobraziłam sobie jak podrzynam rogiem jej gardło. Odwróciłam do niej gwałtownie głowę, ściskając włosy z ogona Linnir. Wtuliłam znów głowę w grzywę Linnir. Do oczu napłynęły mi łzy.
“Blakie… Blakie, słyszysz mnie? Blakie, musisz wrócić, Arnee przywróciła Kettui…” Złapałam wzrok córki, wyglądała na rozżaloną, jakby mnie słyszała. Wie o wszystkim co Kettui nam robiła, a mimo to jest tu z nią teraz.
– Zabierzemy ją pod kilkoma warunkami, Arnee – dodała Linnir.
– Jakimi?
– Już lepiej? – szepnęła do mnie.
Pokiwałam jej głową.
Kiedy Linnir ruszyła do Kettui, puściłam ją. Podążyłam za ukochaną. Uszy trzymała blisko szyi, jako ostrzeżenie, patrząc nieprzyjaźnie na Kettui. Zerwała kawałek swojej i tak postrzępionej peleryny. Zatrzymałam się przy boku Kettui, w każdej chwili gotowa przebić jej głowę. Teraz już tylko po to by chronić Linnir. Związała jej na rogu materiał. Kolejny skrawek użyła by unieruchomić jej ogon. Arnee tymczasem głaskała Kettui po boku.
– Arnee, poszukaj pomarańczowych kryształów, jednego pustego, drugiego z istotą jednorożca, bądź hybrydy, a trzeciego najlepiej z istotą zwykłego konia, tylko nikogo więcej nie zabijaj, możesz mi obiecać? – Spojrzenie Linnir natychmiast złagodniało gdy popatrzyła na małą.
– Tak, mamusiu, obiecuje. – Arnee pobiegła ochoczo w mgłę.
– Za co chcecie mnie tak karać? – Kettui szarpnęła ogonem, nowe więzy zatrzymały go przy jej tylnych nogach.
– Odzyskasz swoją postać kiedy na to zasłużysz – odpowiedziała Linnir kładąc znów uszy.
– Jestem jednorożcem.
– Nie stanie ci się żadna krzywda.
– Jestem jednorożcem! Nie możesz…
– Albo to albo cię zabijemy! – krzyknęłam: – W każdej chwili mam ochotę to zrobić.
Kettui odsunęła się ode mnie.
– Byłaś chodzącym złem. – Machnęłam głową, grożąc jej rogiem: – Nie zasługujesz na drugą szansę i ja bym ci jej nie dała. – Popatrzyłam na Linnir: – Boli mnie że mamy znów cierpieć z jej powodu…
– Dla dobra Arnee – odpowiedziała.
– To nie jest dla jej dobra.
Dotknęła czołem mojego rogu, użyłam magii by usłyszeć jej myśli.
“Będzie gorzej jak będziemy próbowały pozbyć się teraz Kettui. Arnee jest zdesperowana. Miałyśmy za mało czasu by jej pomóc, spędziła większość życia z Kettui. Musi nam ufać inaczej sobie z nią nie poradzimy. Ja też nie chcę ani pomagać Kettui, ani jej oglądać, ale naprawdę nie mamy wyboru.”
“Arnee musi zrozumieć…”
“Będziemy kontrolować jej spotkania z Kettui, pilnować by nie miała na nią złego wpływu. Przynajmniej ja będę. Gdybyś zabiła teraz Kettui, Arnee mogłaby uznać nas za wrogów.”
“Chcę dla niej jak najlepiej…”
– Ja też. – Zabrała głowę, wpatrując się w moje oczy z niewypowiedzianą prośbą. Arnee wróciła, podając nam z radosnym uśmiechem trzy pomarańczowe kryształy, sprawdziłam je, zakładając na szyje ten z istotą jednorożca, a ten zawierający istotę konia i trzeci pusty w środku oddałam Linnir.
– Arnee. – Przysunęłam do siebie córkę ogonem, jej uśmiech zniknął, uniosła się na tylnych nogach, odpychając się od mojego boku przednimi racicami: – Po prostu nam zaufaj, nie potrzebujesz Kettui, ona się nad tobą tylko znęcała, bawiła się tobą i wykorzystywała, nie chcę na to patrzeć. Nie chcę żebyś cierpiała. A Mozzran? Nigdy nie da ci szansy jak ją tu zobaczy.
– Ale mamo, mamusia wygląda zupełnie inaczej, jest dosłownie nową osobą.
– Irutt, mogłabyś ją przytrzymać? – zapytała mnie Linnir. Przez to wszystko zapomniałam o jej ranie.
– To przemoc! – Kettui od niej uciekła gdy Linnir tylko do niej podeszła.
Wymierzając w Kettui róg, zmieniłam się w Rosite, jej dawną mocą przywołując pnącza, które unieruchomiły Kettui.
Linnir założyła jej pusty pomarańczowy kryształ na szyję.
– Proszę, nie róbcie mi tego!
Arnee dotknęła ogonem mojego boku, popatrzyła na mnie znów pogodnie.
– Po wszystkim znowu wymaże jej pamięć – szepnęła.
– To się nie liczy! Nic nie pamiętam! – Kettui szarpała się na darmo. Linnir zanim rozbiła kryształ u racic Kettui odsunęła się, ja też, wraz z Arnee, którą wciąż trzymałam. Kettui kasłała desperacko, jak dym opadł stała tam wciąż podobna do siebie, przynajmniej w moich oczach w postaci kucyka, ledwie sięgającego Linnir do łopatki.
– Widzisz mamo? Nie zrobi nikomu krzywdy. Może teraz z nami zostać? – zapytała mnie Arnee.
Kettui przyglądała się sobie z rosnącą paniką w oczach.
– Może… – Cofnęłam uszy, z mieszanymi uczuciami, pomijając że to Kettui – nie współczułam jej teraz i nigdy nie będę – zasłużyła na coś o wiele gorszego, ale zamiana w konia ze zbliżonymi rozmiarami do jednorożca jakim się było byłaby mniej traumatyczna, a jednak Arnee zdecydowała się na to. Nie powinnam się temu dziwić, pozwoliła kłykom zranić Mozzran, jeszcze je na nią nasłała.
– Teraz zaprowadzimy Kettui do jej groty, niczego jej tam nie zabraknie, potem odpoczniemy, a jutro zastanowimy się co dalej – powiedziała Linnir, prowadząc do nas Kettui, która co chwilę zapierała się krótkimi teraz nogami. Arnee nadal była od niej mniejsza.
Puściłam córkę.
– Dzięki mamusiu! Cieszę się że mnie adoptowałaś! – Arnee podbiegła wtulić się w Linnir, po chwili też i we mnie, choć z dystansem, którego wcześniej między nami nie było: – Nadal mnie kochasz, prawda?
– Arnee zawsze będę cię kochała, choć nie raz sprawiłaś mi ból.
– Przepraszam…
– Porozmawiamy potem, najpierw musimy zająć się nią.
Arnee skinęła ucieszona głową.
– Mamusiu, chodźmy. – Przywarła do boku Kettui, lekko ją popychając.
~*~
Linnir sama weszła z Kettui do środka, w ciemność groty, a ja zostałam z córką na zewnątrz, pilnując kryształów. Pierwszego z istotą jednorożca, którym była Kettui jeszcze kilka godzin temu. I drugiego też z istotą jednorożca, dla Komety.
– Arnee… – Schyliłam głowę, obejmując córkę delikatnie ogonem: – Chcę to usłyszeć od ciebie, to ty sprowadziłaś tu te kłyki?
– No… Tak, ale potem wymknęły się spod kontroli. Chciały zemsty na Kettui, a ja po prostu wskazałam im gdzie jest jej córka, Mozzran. Potem czekałam aż zawoła mnie na ratunek i…
– Wiesz że została ranna?
– Trochę, mamo.
– A Faith się znacznie pogorszyło, jeszcze bardziej się teraz wszystkiego boi.
Mała spuściła wzrok, wycofując głowę, jej uszy opadły: – Przepraszam, nie przemyślałam tego.
– Chciałabym ci tego oszczędzić, to co stało się Faith nie jest najgorsze, ale muszę ci powiedzieć.
– Co się stało…? – Wciąż wpatrywała się w ziemię.
– Burza zginęła w walce z kłykami.
– Nie! Nie moja przyjaciółka! – Arnee pobiegła, złapałam ją ogonem.
– Córeczko, już za późno, rozszarpały ją… – Przytuliłam ją do siebie.
– Przywrócę ją jak mamusie – Arnee popatrzyła na mnie z łzami w oczach: – Ja mogę.
– Wierzyła do końca że jest półfeniksem, to nie tylko twoja wina, my też powinniśmy lepiej o nią zadbać… A Kometa…
– Tylko nie ciocia! – krzyknęła jeszcze bardziej rozpaczliwie. Trzymałam ją mocno by nigdzie nie pobiegła.
– Kłyki ją okaleczyły…
– Nie!
– Czasu już…
– Nie! Nie zgadzam się! – Szarpnęła się raz, drugi, po czym przywarła do mnie, popłakując.
– Arnee, czasu już nie cofniesz, tak jak ja nie mogłam cofnąć tego co zrobiłam, ale możesz się zmienić. Wszystkie osoby które zginęły mają swoje własne życie, rodziny, problemy, rozumiesz to? Nie można tak po prostu odbierać im życia, albo wykorzystywać, czują to co my.
– Wiem, mamusiu, ale kiedy się kogoś nie zna łatwiej go wykorzystać, cały czas to się dzieje… Wszyscy to robią. Co miałam zrobić by Mozzran mnie polubiła? Ona musi mnie polubić.
– Dlaczego?
– Po prostu musi, to moja siostra! Dlaczego nie chciałyście nam w tym pomóc?
– Chciałyśmy. Problem w tym że nie możemy zmusić do tego twojej siostry. Nie zmusisz nikogo by cię lubił, nie utrzymasz zbyt długo relacji zbudowanej oszustwem i… Mozzran potrzebuje czasu, tak jak ty.
– Ja?
– Tak, skarbie, chcemy ci pomóc – Położyłam się naprzeciwko niej, weszła mi na przednie nogi, zadzierając główkę by móc patrzeć prosto w moje oczy, cała zapłakana.
– Ale ja nie potrzebuje pomocy…
Linnir stanęła w wejściu groty. Arnee od razu się na nią obejrzała.
– Kettui zasnęła, zamknęłam ją, wszystko sobie wyjaśniłyśmy – streściła Linnir.
– Ale nic jej nie zrobiłaś? – zapytała Arnee.
– Nie, porozmawiałyśmy na spokojnie, choć sprawiło mi to sporą trudność…
– Arnee, dlaczego tak bardzo przejmujesz się tym że wszyscy muszą cię lubić? – zapytałam córki.
– Zawsze tak było.
– A lubisz samą siebie? – dodała Linnir.
– Ale to nie ma sensu – stwierdziła Arnee.
– Co myślisz o sobie, Arnee?
– Nic nie myślę. Jestem taka jaką mnie postrzegacie. Jestem taka jaka chciała żebym była pierwsza mamusia, wybrała mi imię, płeć, lubi moją niezdarność i lubiła żywiołowość i to że zawsze będę ją kochała nie ważne jak mnie traktuje. Was też zawsze będę kochać.
– Postaraj się byś ty siebie sama też lubiła – doradziła jej Linnir.
– Nie chcę żebyś znów kogoś zabiła, albo przyczyniła się do jego cierpienia, obiecaj Arnee. Dopóki nikt nie ucierpi przy tym możesz być taka jaka zechcesz, nie jaką chcą cię widzieć inni, ten kto cię lubi, bądź kocha naprawdę, zaakceptuje cię taką jaką jesteś, a nie starasz się być. – Zerknęłam na Linnir, ona najlepiej rozumiała o czym mówiłam.
– To nie jestem teraz sobą? – zapytała mała.
– Żadnych ofiar, zgoda? – Złapałam ją za końcówkę ogona.
– Zgoda… Chyba że nie będę miała wyboru. Ale mama zostaje. Zrobiłam wszystko by wam nie zagrażała, musi być częścią rodziny.
– Zobaczymy co da się zrobić, muszę mieć pewność że nikogo nie skrzywdzi – powiedziała Linnir.
– Ale teraz już nic nikomu nie może zrobić…
– Arnee, jeśli będzie chciała, znajdzie sposób. Powoli wdrożymy ją do stada, zgoda? A jak się to nie uda, przyjmiesz spokojnie porażkę. Kettui wtedy pozostanie w zamknięciu.
– I spróbuję ożywić Burze.
– Nie, jeśli to oznacza że ktoś znów zginie.
– Muszę ją ożywić! – Podniosła się, zabolało jak stanęła na moich przednich nogach: – Zginęła przeze mnie!
Przytuliłam ją do siebie, zabierając spod jej racic swoje nogi, otoczyłam ją nimi.
– Ona…
– Już dobrze, nie chciałaby żeby to robić.
Linnir dotknęła pyskiem boku małej.
Arnee zapłakała: – Nie musi się dowiedzieć…
– Nie, córeczko, musimy się z tym pogodzić, jak by to było gdyby ktoś próbował nas zabić by uratować kogoś ze swojej rodziny?
– Nie pozwoliłabym!
– Czyli potrafisz sobie wyobrazić co czuje druga osoba?
– Co z ciocią Kometą? Jest aż tak źle?
– Dobrze to przyjmuje… – próbowała pocieszyć ją Linnir.
Linnir nawet nie była na mnie zła, ani na resztę gdy od razu jej nie powiedzieliśmy że Komecie coś zagrażało, tak bardzo wszyscy byliśmy wstrząśnięci jej stanem, kiedy przyniosłam ją do kryjówki…
~*~
Wróciłyśmy z Arnee, zasnęła na moim grzbiecie, nie chciałam by tak mocno płakała, ale musiałyśmy jej to wszystko powiedzieć dla jej dobra. Reszta stada też już spała. Czy to wszystko ma sens? Czy dla Arnee nie jest już za późno? Nie mogę stracić kolejnego źrebaka.
– Położę się z Arnee w grocie z jednym otworem w sklepieniu – szepnęłam. Linnir przytaknęła mi i zawróciła zajrzeć do Kettui.
– Linnir – zatrzymałam ją w korytarzu, doganiając ją: – Zamknęłaś ją?
– Tak.
– Sama przesunęłaś głaz? A rana? – Zajrzałam pod opatrunek zanim mi odpowiedziała. Na szczęście nie uszkodziła gojącej się rany. Żebro też trzymało się swojego miejsca.
– Nic mi nie będzie… – Popatrzyła na mnie tak jakby chciała jeszcze coś powiedzieć.
– O co chodzi?
– Będziemy musiały powiedzieć o Kettui reszcie.
– Wiesz co się stanie, Ivette i Turnia na pewno jej nie odpuszczą.
– Idę… – Zawróciła, zostawiając mnie samą w korytarzu. Arnee ziewnęła, przeciągając się na moim grzbiecie.
– Mamo, a gdybym wymazała wszystkim wspomnienia o mojej pierwszej mamusi?
– Arnee…
– Tylko zaproponowałam.
– Nie rób tego, chodźmy teraz spać.
– A ciocia Kometa?
– Nie budźmy jej teraz, jest już późno.
~*~
[Hexe]
Owinęła każdy kawałek swojego ciała opatrunkami, z wyjątkiem uszu, oczu i pyska, dopiero tak zabezpieczona zatrzymała się w wejściu groty. Leżała tu Kometa, okryta aż po szyje czarnym materiałem. Podniosła głowę, wyposażoną w róg.
– Hexe, wróciłaś. – Uśmiechnęła się do niej.
Do oczu Hexe napłynęły łzy, patrzyła jak Kometa walczy by podciągnąć się na przednich nogach, materiał nieco się z niej osunął, jej ranną pierś zasłaniał opatrunek.
– Pomożesz mi trochę?
Hexe pokiwała głową, podpierając ją własnym osłoniętym dokładnie opatrunkami bokiem, przytrzymując też ogonem, ale trzymając wolny od opatrunków pysk z daleka. Pomogła jej usiąść. Materiał opadł całkiem z Komety. Opatrzono jej cały tył, więcej, dorobiono go, aż po nieistniejące stawy skokowe. Hexe widziała jej obrażenia, kłyka rozszarpała jej cały tył, daleko poza zad, to cud że się nie wykrwawiła, nie była w stanie już strawić do końca jedzenia, ani przyswoić wody.
– Irutt musiała mnie zamienić w jednorożca, jako mieszaniec pegaza byłabym za ciężka… To… Nie jesteś mi już dłużej dłużna.
– Nie musisz przede mną udawać.
– Wiesz, trochę też udaje przed samą sobą…
Do środka weszła Ivette, jej sierść na grzbiecie się uniosła, Hexe prześledziła wzrokiem jak kłyka kładzie świeżą wodę obok Komety, rozlewając na ziemię parę kropli.
– Córeczko, możemy wejść? – zawołał z korytarza Angus.
– Pewnie, tato, chodźcie, śmiało! – Kometa zakryła się materiałem, chwytając go w zęby. Ivette minęła się z nimi, Hexe nie zdążyła się wymknąć, Kometa posłała jej błagalne spojrzenie.
Angus przywitał się z córką, tuląc ją do siebie. Przyszli jeszcze Pedro i Rosita.
– Nie wiem co ci powiedzieć… – zaczęła Rosita.
– Najlepiej udawajmy że wszystko jest po staremu, zgoda? – Kometa popatrzyła po wszystkich, na dłużej zatrzymując wzrok na Hexe: – Zostaniesz?
~*~
[Irutt]
Zdecydowałyśmy powiedzieć Cruzinie i Angusowi, oby słusznie uznając ich za rozsądne osoby. Wszyscy spotkaliśmy się przed grotą gdzie siedziała Kettui, Arnee kręciła się w pobliżu, wyraźnie nie mogąc się doczekać by zobaczyć znów swoją matkę. Trzymałam przy sobie już tylko jeden pomarańczowy kryształ.
“Mnie… Też nie pamięta?” zapytała Cruzina.
– Nikogo, ciociu – odpowiedziała Arnee: – Jest teraz nową osobą! Nie poznałabyś jej gdybyś ją zobaczyła.
– Jeśli będziemy ją trzymały w zamknięciu i nadal żywiły do niej wrogość ona znów stanie się taka jak wcześniej – powiedziała Linnir.
“Linnir… Ma rację…” przyznała Cruzina: “My nie miałyśmy łatwego źrebieństwa…”
– Mówisz że nie miała nikogo kto wskazałby jej właściwą drogę? – odezwałam się, nie do końca potrafiąc zapanować nad nerwami, zwinęłam końcówkę ogona: – A mój brat? Albo ty. Jej przeszłość jej nie usprawiedliwia, tak jak mnie moja, ale ja nie robiłam tego z przyjemnością, a ją cieszy nasze cierpienie.
– Wątpię by ktoś taki się zmienił – powiedział Angus.
– Nie dowiemy się jeśli nie spróbujemy – odparła Linnir: – Wezmę to na siebie.
– Rosita mogłaby ci pomóc, ona najszybciej zauważy że jest coś nie tak – przypomniał Angus: – Jestem pewien że byłaby za tym by dać Kettui szansę, nadal wątpię że się zmieni, ale spróbować nawet trzeba.
– Mamusia nie musi wiedzieć o niczym co zrobiła, można wymyślić dla niej całkiem inną historię – wtrąciła Arnee: – Może stać się taka jaka chcemy żeby się stała.
– To tak nie działa, pewne cechy charakteru muszą być stałe – zwróciłam się do córki.
– Nigdy sobie niczego nie przypomni? – zapytał Angus.
– Nigdy – obiecała Arnee.
“Zmieniłabym jej kolor sierści… Niech faktycznie jest inną osobą” dodała Cruzina.
– Nie trzeba ciociu, mamusia dostała ode mnie całkowicie nowe ciało, nie poznalibyście jej, oprócz mamy. – Wskazała na mnie: – Nie wiem jak to robi. A teraz mamusia jest już kucykiem, spełniłam jej marzenie, zawsze chciała być tak urocza jak ja.
Cruzina przysunęła się bliżej Angusa, drżała lekko, starając się uśmiechać do Arnee. Czy moja córka naprawdę wierzy że Kettui tego chciała?
– Widzę ją taką jaką była – przyznałam ku zdziwieniu reszty.
“Może to przez kryształ?” zapytała cicho Cruzina, przyciskając swój ogon do klatki piersiowej.
– Jego druga połowa, którą miała Kettui przepadła – powiedziała Arnee.
“Blakie… Blakie ją ma? Pochłonęła ją?”
– Ja, ciociu, ja ją mam – przyznała Arnee: – Nie jest już w zasadzie tą połową zielonego kryształu, teraz jest nieodwracalnie częścią energii Blakie.
– Irutt. – Linnir popatrzyła mi w oczy: – Damy Kettui tylko jedną szansę.
– Nie chcę mieć z nią nic wspólnego.
– W porządku. Nie będę cię w to angażować.
“Ja… Ja też…” dodała Cruzina.
– Dobrze.
– Możemy powiedzieć o wszystkim moim córką i Pedro. Turnia lepiej żeby nie wiedziała, co do innych osób nie jestem pewien – dodał Angus.
– Ivette też będzie chciała ją zabić, Noor jej nigdy nie znała dla niej to nie ma znaczenia, Hexe nadal nie znamy zbyt dobrze by ją wtajemniczać, a i Mozzran lepiej żeby o tym nie wiedziała – powiedziała Linnir: – Przynajmniej na razie.
– Mamusiu, to wymazać te wspomnienia z wczoraj też? – Arnee trąciła ją ogonem w bok.
– Tak – odpowiedziała Linnir.
– Co z Eepli? Ona też kocha naszą mamusię, choć była dla niej okropna.
Linnir westchnęła: – Nie chcę jej mówić…
– Zobaczymy jej reakcje, zmienię się w Eepli, jeśli źle zareaguje nie ma sensu by Eepli znowu cierpiała z jej powodu. – Przynajmniej to pozwoli Arnee się zastanowić zanim wpakuje w to jeszcze Eepli. Gorzej jak Kettui nie zachowa się jak przypuszczam. Arnee mogła nas okłamywać, to nie było nie niemożliwe by planowała z Kettui zemstę na nas, albo by Kettui ją zmanipulowała i by obie nas teraz oszukiwały, choć nie chciałam dopuszczać tego do wiadomości.
– Nie chciałaś się angażować – zdziwiła się Linnir.
– To mogę zrobić. Arnee…
– Nie powiem nikomu – obiecała córka.
~*~
– Kto wpadł na taki pomysł?! – Burzył się Pedro, rozmawiałyśmy teraz z nim, Rositą i Kometą, w jej grocie, by nie wzbudzić podejrzeń reszty.
– Ja – odpowiedziała Linnir.
– Nie wierzę, ty? Myślałem… A zresztą.
– Wybaczcie, ale… Nie chcę jej spotykać – powiedziała Rosita, długo się namyślała i nikt z nas nie spodziewał się takiej odpowiedzi: – Jeszcze się po tym wszystkim nie otrząsnęłam. – Wciąż ustawiała się do nas prawą stroną głowy. Zerknęłam na Linnir, okropnie czułam się z myślą że zostawię jej na głowie naprawianie Kettui.
– Byłabyś niezastąpiona w wyczuwaniu jej emocji, nikt inny tego nie potrafi – zwróciłam się do Rosity: – Ciągle chciałaś widzieć we wszystkich dobro.
– Nie naciskaj na nią – odezwał się Pedro.
– Kettui nie ma w sobie żadnego dobra… – dodała Rosita, cofając uszy: – Brakuje jej empatii, litości, jakiegokolwiek zrozumienia wobec drugiej osoby. Czyjeś cierpienie sprawia jej nieopisaną przyjemność, czułam to gdy mnie złapała…
– Ale myliłaś się co do mamy i to bardzo, ja wiedziałam że jest inna, choć to ty czujesz emocje – dodała Kometa: – Zaraz, czy ja właśnie bronie Kettui?
– Mama tłumi swoje emocje, ukryła je przede mną, a nawet przed samą sobą, ale emocje Kettui czułam wyraźnie.
– Nie przebywałaś z Kettui cały czas – zauważyła Linnir: – Teraźniejsze emocje nie są wyznacznikiem tego jaka była wcześniej, jako źrebię, Cruzina mówiła mi że Kettui się nią opiekowała gdy była mała.
– Nie robiła tego z dobroci serca – dodałam.
– Irutt, ciebie też tam nie było.
– To z góry przegrany przypadek taki jak Meike. I… Erin – dodał Pedro, zerkając na ciężarny brzuch Rosity: – No gdzie taka osoba jak ona się zmieni? Chciała być z własnym synem! Ja bym to rozegrał inaczej, niech Arnee odbierze sobie wspomnienia, a wy będziecie miały szansę wychować ją od zera, w zdrowej, normalnej rodzinie.
– Nie mogę jej o to prosić – powiedziałam: – Mogłaby to zrobić gdyby chciała, ale czy to nadal byłaby ona?
– Aktualnie to jest niebezpieczna. Nie winię was, ani Blakie, chciała dobrze.
– Nie rozumiem dlaczego to zrobiła.
– Musiał istnieć dobry powód.
– Emocji Blakie nie potrafiłam poczuć – powiedziała Rosita: – Ale musi jej przynajmniej częściowo na nas zależeć.
– Zostawmy ten temat, Linnir, pomogę ci z Kettui, zrobię to dla ciebie – Podeszłam do niej, opierając swój pysk o jej: – Nie ważne co o tym sądzę.
– Nie musisz…
– Ale chcę, bez względu na to jak bardzo jej nienawidzę. Nie zostawię cię z tym samej.
Kometa zwiesiła głowę, wraz z uszami, Rosita oparła wspierająco pysk na jej grzbiecie. Leżała tylko do połowy okryta materiałem. Może czas by z tego zrezygnowała? Może lepiej by dowiedzieli się już teraz, co miałam zrobić kiedy tak mnie błagała by to przed nimi ukrywać?
~*~
Przekroczyłam próg groty Kettui zmieniona w Eepli, Linnir z Arnee ją przygotowały na to spotkanie, nie mówiąc jej tylko o tym że była matką Eepli, dostrzegłam najpierw lęk na jej pysku, a dopiero potem to czego się spodziewałam, obrzydzenie. Linnir położyła uszy.
– Biedna. – Kettui dotknęła nogą mojej nogi, wyglądając przy tym jakby się do tego zmusiła.
– Mamusiu, podoba ci się imię Sasha? Brzmi podobnie jak szansa, którą wszyscy ci dają – zaproponowała Arnee.
– Brzydzisz się mnie? – zapytałam.
– Tak… Przepraszam, to uczucie jest silniejsze ode mnie, ale staram się, a imię śliczne, Arnuś.
– Dzięki, od teraz będziemy cię tak nazywali. – Arnee złapała ją za zwyczajny koński ogon, Kettui odwzajemniła jej uśmiech.
Wróciłam do swojej postaci: – Nigdzie nie idziesz. – Zwracając ku niej róg.
– Mamusiu – Arnee popatrzyła na Linnir stojącą obok mnie.
– Na razie tu zostanie – odpowiedziała Linnir.
– Dlaczego? Mamusia stara się najlepiej jak potrafi. Czemu nie możemy być wszyscy razem? Nie jest już zazdrosna. Mamo, obiecałaś.
“Nigdy nie była o ciebie zazdrosna, Arnee, najwyżej zazdrościła tobie” zwróciłam się do niej telepatycznie “Nigdy cię nie kochała, proszę, zrozum…”
– Kochasz mnie, mamusiu? – Arnee popatrzyła w oczy Kettui.
– Oczywiście. Jesteś zbyt urocza by ciebie nie kochać. – Kettui trąciła ją pyskiem, między jej puchate uszy.
“Widzisz?” odpowiedziała mi telepatią Arnee.
– Potrzebujemy czasu, Arnee, na razie wymarz jej znów wspomnienia – zdecydowała Linnir.
– Ale, mamo.
– Proszę.
– Ale nie zrobiła nic złego. – Arnee popatrzyła na nas ze łzami w oczach: – Obiecałaś. – Zatrzymując znów wzrok na Linnir.
– Wiem, ale na razie nie jest gotowa. Nic jej się tu nie stanie.
– Nie zgadzam się, dobrze potraktowała Eepli, to niesprawiedliwe że nie chcecie jej wypuścić!
– Jeszcze nie teraz.
– Arnuś, wszystko jest w porządku. – Kettui przytuliła ją do siebie, łbem, zwinęłam końcówkę ogona: – Dam radę posiedzieć tu nieco dłużej. To musi być trudne zaufać komuś kto was skrzywdził. – Popatrzyła na nas. Nie potrafiłam przestać żywić do niej wyłącznie nienawiści.
– Nie zabiorę mamusi wspomnień, musi zacząć się uczyć by żyć z wami – zdecydowała Arnee.
– Masz rację, Sasha – odparła Linnir: – Wszyscy potrzebujemy czasu.
[Mozzran]
Faith napiła się cała drżąca. Wbiła kły w pusty pojemnik. Mozzran przeszły dreszcze. Faith gryzła go, na tyle lekko że zostawiała na nim jedynie rysy.
– Faith?
Kłyka była tak tym zaabsorbowana że minęła dłuższa chwila zanim puściła pojemnik patrząc na Mozzran wystraszonymi oczami.
– Co robisz? Sprawdzasz czy cię nie zrani? – Mozzran zaczęła się zastanawiać czy naprawdę jej ufa, czy tylko jej się wydawało, wystarczy że zrobi coś co ją przeraża i to zaufanie znika.
Faith pogryzła jeszcze pojemnik. Mozzran położyła obok kawałek drewna. Faith się od niego odsunęła.
– Porzeźbimy?
– Co to znaczy?
– Popatrz, pokaże ci. – Ułożyła przy swoich przednich racicach kolejny kawałek drewna, łapiąc ostry kamień w ogon.
Faith wychyliła głowę spod skrzydeł, obserwując, ale trzymając się z daleka, łapiąc w chrapy zapachy otoczenia. Jej oczy śledziły uważnie kamień, gdy Mozzran zaczęła wbijać go w kawałek drewna.
– Nigdy cię nie skrzywdziłam – odezwała się Mozzran: – Spróbuj. – Zostawiła wszystko, przesuwając się ku wyjściu z groty. Kłyka doczołgała się do tego, z szczególną ostrożnością obwąchując kamień. Mozzran obserwowała ją z lekkim niepokojem. Faith pisnęła nagle, wycofując się gwałtownie pod ścianę. Mozzran aż sierść stanęła na grzbiecie. Zabrała i kawałek drewna i kamień na korytarz. Gdy wróciła, Faith siedziała już pod materiałami.
⬅ Poprzedni rozdział