[Linnir]
Z Sashą wiele rzeczy mogło pójść nie tak, byliśmy wszyscy zmęczeni tym co się działo. Pilnowałam by nigdy nie zostawała sama, ani na sekundę, jak nie ze mną, przebywała z kimś innym. Z jej towarzystwa cieszyła się tylko Arnee, nawet Noor i Postrach, nie wiedząc kim jest Sasha, nie przepadali za nią, jakby ich podświadomość podpowiadała im z kim mają do czynienia.
– Muszę powiedzieć o niej Mozzran. – Ułożyłam się do snu, obok Irutt, Arnee już spała, wtulona w jej klatkę piersiową.
– Nie może wiedzieć, od razu jej się pogorszy. – Irutt spojrzała przejęta w moje oczy.
– Lepiej by dowiedziała się tego ode mnie, niż gdzieś przypadkowo. Eepli lepiej przyjmie że ukryłyśmy to przed nią, ale Mozzran może stracić do mnie zaufanie. Poza tym wolę być przy niej w tym momencie w którym się dowie, kiedy mogę coś zrobić, jakoś zareagować.
– Zaczekajmy, Linnir. – Położyła ogon na mojej przedniej nodzę: – Ostatnio lepiej się czuje, nie odbierajmy jej tego.
– Musi wiedzieć. Sasha może być niebezpieczna, tak naprawdę wszyscy powinni wiedzieć kim jest… Eepli też. – Na razie Eepli uznawała ją za nieznajomą i wstydziła się jej pokazywać jak każdemu obcemu, obawiałam się że Sasha może spróbować ją wykorzystać, ale czy mogę decydować za kogoś?
– Niech chociaż sytuacja z Noor się uspokoi.
– Powiem jej jutro.
– Nie, to też moja córka i nie chcę by znów cierpiała.
– Będzie cierpieć bardziej, Irutt. Nie utrzymamy tego wiecznie w tajemnicy.
– A jak tego nie przeżyje?
– Będę przy niej, musi się dowiedzieć. Tak będzie lepiej. – Dotknęłam nosem jej nosa. Wiele bym dała by też mogła ją wspierać, ale obie wiedziałyśmy jak źle Mozzran mogła na to zareagować.
Irutt spuściła wzrok, po chwili mnie objęła, a ja otuliłam ją.
– Wiem że masz rację, ale tak bardzo nie chcę by znów to przeżywała… – przyznała.
~*~
– Nigdy mi nie zaufacie? Zawsze będziecie traktować mnie przez pryzmat osoby, którą byłam, a już nie jestem? – zapytała Sasha. Zaprowadziłam ją do jej groty, ciągle zerkała nerwowo na wyjście. Chciałam ją tu zamknąć, ale na razie nie dawała mi powodu. Chciałam by zniknęła.
– To nie jest możliwe by ktokolwiek ci zaufał na ten moment.
– Czuje się tu więźniem. Pora stąd odejść. – Podeszła bliżej wyjścia, w którym stałam, odcinając jej jakąkolwiek drogę ucieczki.
– Nigdzie nie odejdziesz. – Spojrzałam w dół, na nią, kładąc uszy.
– Co chcesz mi zrobić? – Wycofała się, wyglądając na przestraszoną, w co nie do końca wierzyłam.
– Tylko rozmawiamy. Nie chcę byś zbliżała się do Mozzran, ani Eepli. Potrafisz to uszanować?
– Potrafię.
– Nadal będziesz pilnowana. – Pozwoliłam jej wyjść, wybiegła na zewnątrz, zatrzymując się niedaleko: – Jeśli naprawdę chcesz zmiany, musisz się bardziej postarać, to potrwa długo zanim się do ciebie chociaż przekonają.
– Chcę zobaczyć Arnee.
– Później.
– Mogę tu cokolwiek? Czy zawsze muszę pytać o zgodę?
– Proszę, rób co chcesz, ale znasz zasady, a Arnee zobaczysz później, będę szła tuż za tobą.
Pobiegła na spotkanie Irutt, w drodzę do Arnee, która już zwinęła końcówkę ogona i widziałam po jej oczach że z trudem się powstrzymuję od zrobienia czegoś Sashy.
– Chciałabym zobaczyć z wami Arnee.
– Powiedziałam ci że nie teraz. – Doszłam do nich.
– Radzę ci odejdź stąd, bo cię zabije – zagroziła Irutt.
Zauważyłam Mozzran przy posągach, rozmawiającą z Arnee, od razu rozumiejąc zachowanie partnerki. Sasha schowała się za mną.
– Nie wiedziałam że Mozzran jest z Arnee, od razu mnie zabijcie za samo patrzenie na nią?
– Cruzina i Angus cię teraz popilnują, pójdziesz z nimi – dodała Irutt nieco spokojniej. Odprowadziłam Sashę wzrokiem, czekali już na nią na leśnej ścieżce.
~*~
[Mozzran]
Eepli wyrzeźbiła Tanę, Burze, Kometę, a nawet Tirre, brata Mozzran, dzięki niej powstał nowy zwyczaj rozmawiania z tymi co odeszli. Większość wymieniła z nimi parę słów, pożegnała się, w tym Irutt, zachowywała się jakby Tirre był najlepszym synem na świecie. Mozzran obserwowała jak głaszcze jego rzeźbę i mówi do niego we łzach. Ledwie powstrzymując się by nie wykrzyczeć jej jaki był okropny i że ostatecznie planował ich zniszczyć. Eepli też uroniła nad nim łzy.
Najczęściej jednak przesiadywała tu Arnee, tuląc się do Burzy i Komety, albo leżąc na grzbiecie jednej, lub drugiej, wygłupiała się sama ze sobą, udając że robi to z nimi i ciągle je przepraszała, miała już obsesje, ilekroć Mozzran tu zaglądała za każdym razem widziała tu Arnee.
Mamy po nią przychodziły, niemal wszyscy ze stada, czasem z nią tu nawet przesiadując, Arnee nie pozwoliła siebie stamtąd zabrać, nikomu. Ani mamom, ani ciotce Cruzinie, ani Eepli, Angusowi, czy jakieś Sashy, nowej w stadzie. Eepli chciała nawet zniszczyć te posągi, by uwolnić od nich Arnee, ale Arnee jej na to nie pozwoliła.
Mozzran do niej podeszła, mała leżała na boku pod brzuchem Burzy. Faith węszyła dookoła, jak zwykle wypłoszona. Wyłączenie jej lęku jednak mimo wszystko pomogło w przełamywaniu go potem. Mozzran udało się ją nawet nakłonić do obserwowania, na razie z daleka, Celeste – aktualnie jedynego pegaza w stadzie, których Faith bała się najbardziej.
– Arnee?
– Cześć, Mozz! – Arnee poderwała się, nagle ucieszona, choć przed chwilą wyglądała jakby zamierzała czekać na własną śmierć. Nie było się co łudzić że jej to grozi, już długo nic nie przełknęła, a nawet nie schudła. Jednak każdy kto spojrzał w jej oczy mógł pomyśleć że jest chora. Może naprawdę jest?
– Ile jeszcze czasu będziesz tu gnić? – Dopóki Mozzran miała w zasięgu wzroku mamy, akurat pilnujące Sashy, z jakiegoś powodu, czuła się względnie bezpieczna. Na razie.
– Martwisz się o mnie?
– Nigdy w życiu. Po prostu przywłaszczyłaś sobie to miejsce, a inni też chcieliby skorzystać.
– Wybacz, Mozz, nie pomyślałam że chcesz pobyć ze swoim bratem.
– Bratem? Nie cierpię go i wcale… – urwała, dokańczając w myślach “choć to nie był jeszcze powód bym go zabiła.” Zrobiła to ze strachu. Prawdą było że Tirre też cierpiał… Gdyby tylko skorzystał z propozycji Mozzran nie zabiłaby go.
– Jaki on był?
***
– Dobrze się bawiłaś tu sama? – Tirre położył się przy niej, przerywając jej wyimaginowaną chwilę z mamą.
– Na pewno lepiej niż ty. – Odsunęła się.
– Po wszystkim mama pograła ze mną w moją ulubioną grę. – Przycisnął ogon do własnego brzucha.
– Daj mi spokój.
– Kazała ci się pobawić ze mną.
– Pobaw się ze swoimi przyjaciółmi.
– Ja przynajmniej ich mam, nie to co ty.
– Jakbym mogła wychodzić kiedy chcę miałabym ich jeszcze więcej niż ty.
Naskoczył na nią, szamotali się ze sobą w udawanej walce, dla Tirre była to świetna zabawa, Mozzran chciała jak najszybciej znaleźć się od niego jak najdalej, ale nie mogła uderzyć ani popchnąć go za mocno, bo Tirre od razu naskarżyłby na nią. Musiała się z nim pobawić. Nawet jeśli bolało ją całe ciało. Kettui znów by ją torturowała gdyby mu całkowicie odmówiła.
~*~
– Potrafię tylko zmieniać swój kolor? Beznadzieja – marudził Tirre.
– Nie martw się, mój Tirre, dostaniesz magię Mozzran, o ile do czegokolwiek się nadaje.
Mozzran podsłuchiwała za ścianą. Bolało ją całe ciało, ale lęk był silniejszy, musiała dowiedzieć się co się dzieje, co ją tu jeszcze czeka.
– Mogę się już iść bawić?
– Oczywiście, najdroższy, za parę minut będziesz…
Mozzran ukryła się gdy usłyszała cios, a zaraz po nim Kettui wyrzuciła Tirre za metalową ścianę. Szorował się ogonem po policzku z szklącymi się oczami.
– Nienawidzę cię! – krzyknął. Popłakał się jak malutki źrebak, którym w gruncie rzeczy nadal był, przyciskając ogon do brzucha. Mozzran poczuła się nieswojo, myślała że tylko ona cierpi w tej rodzinie. Kettui po chwili wyszła.
– Oboje nas poniosło, Tirre. – Położyła się przy nim.
– Nie chcę być twoim partnerem, to boli. – Mały odsunął się, ale Kettui przysunęła go do swojego boku na siłę.
– Przepraszam.
– Ja więcej tego nie chcę, inne źrebaki nie muszą tego robić! – Odpychał się od niej racicami.
– Och, Tirre, ty nie jesteś jak inni, jesteś o wiele dojrzalszy, co chciałbyś w zamian?
– Normalną mamę…
Kettui się roześmiała.
– Serio, chciałbym byś była tylko moją mamą – powiedział wpatrując jej się w oczy: – To boli…
– Jesteś taki jak on! – Kettui poderwała się, Tirre skulił się, jakby spodziewając się kolejnego ciosu. Kettui wróciła do groty, zamykając ją za sobą, do obu źrebaków dotarł huk zrzuconych kryształów. Tirre pobiegł do ich groty, Mozzran przeszył lęk, zaraz Kettui dowie się że jej tam nie ma, jest wściekła to i kara będzie bardziej surowa. Mozzran wróciła jak najszybciej mogła. Stęknęła w samym wejściu, ledwie mając siłę przebierać nogami.
– Ale ci się oberwie. – Tirre obejrzał się na nią.
– Nie rób tego. – Poruszyła nerwowo ogonem, wracając na miejsce.
– Bo co?
– Bo powiem twoim znajomym co robisz z Kettui, sam zauważyłeś że oni tak nie robią z rodzicami.
– Najpierw byś musiała stąd wyjść, a jak mama się dowie że się wymykasz już nigdy nie zostawi naszej groty otwartej.
– Wyjdę i tak.
– Niby jak?
– Myślisz że ci powiem?
– To mama utnie ci język i zablokuje róg i nic już nie powiesz. Ja zawsze wygrywam. – Uśmiechnął się zwycięsko.
– Twoi przyjaciele i tak zdążą się od ciebie odwrócić.
– Mama zmusi ich by zmienili zdanie, naprawdę nie myślisz.
– Co chcesz w zamian?
– Kłykę.
– A coś co da się zdobyć?
– Całkowite posłuszeństwo.
– Już to przecież masz.
– Tak, ale chciałbym byś robiła też różne rzeczy w tajemnicy przed mamą. Wiesz co lubię jeść, przejdź się po to.
– Nie wolno mi wychodzić na zewnątrz.
– Dasz radę, siostra.
– A przeklęci?
Uniósł już głowę, wciągając powietrze do płuc: – Maa…
– Pójdę, nie wołaj jej! – krzyknęła szeptem Mozzran.
Miała dużo szczęścia, dostarczyła bratu ulubione morele i nikt jej nie przyłapał, było tak późno że na zewnątrz spotkała jedynie nocne zwierzęta, przez to wyjście nie mogła spokojnie spać, długo po powrocie nadal odczuwając lęk.
***
– Samolubny – odpowiedziała.
– A ja myślałam że radosny, jak ja.
– Przede wszystkim fałszywy, chciwy, zapatrzony w siebie… I tak jak ty gromadził sobie przyjaciół, traktował ich jak chciał, a i tak go lubili, bo bali się Kettui.
– Ale ja nie kolekcjonuje przyjaciół! Lubię ich i chcę by też mnie lubili. Mogę ci dać co tylko chcesz. Kocham cię, jesteś moją ulubioną siostrą. – Wargi Arnee drgnęły, ale tym razem pamiętała by się do niej nie uśmiechnąć.
– Niby dlaczego?
– Czuje tak po prostu. – Dotknęła ogonem swojej klatki piersiowej, gdzie biło jej małe serce: – Choć Eepli też kocham i wszystkich. A jak ty mnie nie lubisz to czuję się źle. Poza tym obiecałaś dać mi szanse, pamiętasz? Pomogłam ci ostatnio z Faith, przyznaj.
– Grzebałaś w moich wspomnieniach.
– Nie wszystkich!
– Zmusiłaś mnie do złożenia obietnicy, inaczej byś mnie nie uratowała. – Mozzran zastanawiała się czy Arnee nadal się truje, pomimo że dała słowo mamą że nie będzie więcej tego robiła. Dzisiaj mogła nic nie wziąć, bo jej tok myślenia wydawał się jaśniejszy, a po tej truciźnie, czymkolwiek ona była wygadywała ostatnio głupoty i trudniej było jej zapanować nad swoim zachowaniem.
– I tak bym cię uratowała.
– Nie wierzę ci.
– Uratowałabym.
– To dlaczego pozwoliłaś Linnir zostać ranną? A Irutt nie pozwolić mnie usłyszeć?
– No… – Arnee poodsuwała od siebie trochę ziemi, przednimi racicami: – Ale złożyłaś już obietnice i musisz ją spełnić. Proszę, naprawdę żałuje tego co zrobiłam.
Czyli to była sprawka Arnee, nie zaprzeczyła przecież.
– Bo inaczej mnie ukarzesz?
– Nie, nigdy, ale… Daj mi szansę, proszę. Jedną, jedyną, zrobię wszystko.
– A co dokładnie zrobiłaś? – zapytała Mozzran.
– Nie uratowałam wszystkich…
– Przy naszej ostatniej rozmowie miałam wrażenie jakbyś sama nasłała na nas te kłyki. – Serce Mozzran zabiło mocniej, mamy były na tyle daleko by nie słyszeć o czym mówią, ale też by zareagować na jej wołania o pomoc. Poza tym przynajmniej jedna z nich jeśli nie obie w danym momencie, patrzyła co robią.
– A gdyby tak było, wybaczyłabyś mi? – Arnee odezwała się po chwili.
– Zrobiłaś to?
Czekała w napięciu na odpowiedź siostry. Obie wpatrywały się w siebie, zielone oczy Arnee napełniły się łzami, przycisnęła się do nóg rzeźby Komety.
– Ale jakbyś zareagowała? – zapytała Arnee.
– Najpierw mi odpowiedz.
– No jak? Powiedz, proszę. Znienawidzisz mnie jeszcze bardziej?
– Czyli to zrobiłaś… – Mozzran cofnęła się.
– Blakie mnie zmusiła!
– Blakie? – Nie wierzyła jej.
– Ona chce zniszczyć nas wszystkich. – Arnee podbiegła, przytulić się do nogi Mozzran, ta odepchnęła ją od siebie.
– Sama to zrobiłaś.
– Nie, przysięgam! – krzyknęła rozpaczliwie mała.
– Obiecuję cię nie znienawidzić, jeśli się przyznasz – Mozzran obejrzała się nerwowo, z ulgą widząc że mamy nadal tu są, bliżej niż wcześniej. Trzęsła się. Arnee wyciągnęła do niej ogon. Podała jej swój niechętnie, pozwalając jej się przez chwilę tak potrzymać.
– Przepraszam… – zaczęła już we łzach Arnee, głos łamał jej się i ciężko było chwilami zrozumieć co mówi: – Chciałam że… lubiła, a one wy-wy spod kontroli… Nie myślałam że to się tak skończy…
Mozzran próbowała wyrwać jej swój ogon, Arnee trzymała na tyle mocno że Mozzran przesunęła ją po ziemi, ale swojego ogona nie uwolniła.
– Puść mnie!
– Ale obiecałaś…
– A ty przysięgałaś mówiąc nieprawdę! Puszczaj! Mamo!
– Obiecałaś…
– Mamo! Pomocy!
– Ciocia Kometa mówiła że to nie moja wina, powiedziałam im tylko… Ty-tylko gdzie jesteś… Przepraszam!
Mozzran oderwała od swojego ogona Arnee racicą.
– Mozz, przepraszam, przepraszam…
Mamy już przybiegły do niej, uciekła do Linnir, przytuliła się do niej, płacząc. Dziś miała na tyle odwagi by stawić czoło Arnee, ale mogło się to dla niej o wiele gorzej skończyć. Irutt już zajęła się pocieszaniem jej najmłodszej siostry i przytrzymaniem jej, bo nadal próbowała dostać się do Mozzran.
– Chciałaś prawdy, dlaczego… Dlaczego… – Arnee brakowało już tchu.
Linnir zabrała stąd Mozzran, a Faith ruszyła za nimi.
~*~
[Irutt]
Eepli podeszła do nas, kładąc się obok i otaczając nas ogonem. Arnee szlochała jeszcze przez chwilę, mając trudności z złapaniem oddechu. Wciąż byłyśmy obok rzeźb zmarłych bliskich.
– Mamusiu, Eepli, jaki był Arneb? – zapytała nagle Arnee: – Myślicie że by mnie polubił?
Od razu ścisnęło mnie w gardle, na myśl o synu. Pokiwałam Arnee jedynie głową.
– Był z nami bardzo krótko, nie wiedziałam że to nasz brat… – Eepli zwiesiła głowę, Arnee stanęła na tylnych nogach, wtulając się cała w jej policzek. Objęłam się ciasno ogonem.
– Nie znałam go dobrze, wstydziłam się swojego wyglądu… Przynajmniej te kilka ostatnich dni spędził z nami…
Nigdy nie umiałam znaleźć w tym pocieszenia, nie miał nawet szansy zaznać normalnego życia, dorosnąć z dala od Kettui. Być choć chwilę od niej wolny.
Eepli objęła mnie i Arnee.
– Gdybyś wiedziała że jest naszym bratem zajęłabyś się nim tak dobrze jak Mozzran i mną. Chciałabym go kiedyś poznać… – powiedziała Arnee.
~*~
[Hexe]
Noor płakała rano, stała już daleko od gniazda. Hexe pilnowała jej całą noc, którą Noor z powodzeniem przespała z ptasim gniazdem. Czy zdała sobie sprawę że ma omamy?
– Co się stało? – zapytała Hexe.
– Podmienili go…
Zerknęła na pustą misę po wodzie. To było naiwne myśleć że to się uda. Czuła ból w boku, nowa narośl jeszcze dobrze się nie przebiła przez skórę, gdy nacisnęła na nią ogonem, krew zabarwiła opatrunek. Nie powinna zajmować się Noor.
– Powinnaś już iść – Hexe położyła uszy: – Wynocha!
Noor wybiegła z płaczem. Gdyby zobaczyła w pojemniku, którym Hexe piła wodę swojego syna, zaraziłaby się, dotykając go. A potem zaraziłaby resztę.
Hexe przesunęła się, sięgając ogonem po nowe opatrunki. Musi opuścić to miejsce, wystarczy jedna Noor by doszło do tragedii.
Nagle Noor wbiegła z powrotem do środka, pędząc prosto na nią. Hexe nie zdążyła się podnieść. Wywróciła ją, rozlewając wodę za nią.
– Nie! – Hexe trafiła swoją magią w sklepienie, wmawiając sobie że nie spudłowała celowo, jego kawałki pospadały za nimi. Noor upadła obok niej, wybrudzona od jej krwi, ktoś jeszcze tu biegł. Hexe złapała ogonem za pysk Noor, gdy ta próbowała ją ugryźć.
– Powiedz mi, co ty wyprawiasz?! – Pedro wbiegł tu za nią, odciągając ją od Hexe.
– Nie dotykaj jej! Wyjdź stąd! – krzyknęła Hexe zauważając w wejściu Rositę: – Już! – Jej róg zaświecił.
– Nie zabijesz się, nie ma takiej opcji – Pedro szarpał się z Noor, przy ścianie. Niemal go przewróciła.
– Hexe, proszę, nie rób niczego czego będziesz żałować – Rosita zaczęła do niej podchodzić, cofnęła uszy i jej kroki zdradzały niepewność.
– Nie – ostrzegła Hexe, wymierzając w nią róg. Rosita patrzyła na nią oczami pełnymi bólu i wyczerpania, całych we łzach, nie specjalnie ukrywając przed nią swoją sparaliżowaną część głowy: – Wasz syn nie…?
– On żyje – przerwała jej Rosita, jakby zapytanie o to mogło uśmiercić małego, uroniła łzy: – Nikt się nie zaraził. Irutt nam wszystko dokładnie wytłumaczyła, twoja krew jest na sierści Noor, musiałaby dostać się do rany by się zaraziła.
Pedro wywrócił się z Noor, zaszlochała, puścił powoli jej grzywę.
– Jestem wściekły, ale nie na ciebie, tylko na twoją chorobę, to ona sprawiła że mały cierpi, nie ty. To nie jest powód żeby się zabijać! Mały żyje, może wyzdrowieje, jest szansa że zostaną mu po tym tylko blizny.
Rosita złapała opatrunek w pysk, jej chwyt był słabszy niż u innych, zmoczyła go w czystej, nietkniętej przez nikogo wodzie.
– Zarazisz się w ten sposób – Hexe wstała, wyciągając do niej naprędce zakryty opatrunkami ogon, Rosita podała jej zmoczony opatrunek, Hexe sama starła nim krew z sierści Noor.
– Przepraszam, Hexe, to było okropne z mojej strony. Tak bardzo was wszystkich przepraszam – wyszlochała Noor.
– Zawołaj Irutt, musi ich zbadać! – Hexe zwróciła się do Rosity: – Nie pozwolę im tak po prostu wyjść!
– Kto jest z małym? – zapytała Noor: – Zostawiliście go samego?
– Mój tata zaraz do niego zajrzy, pójdę po Irutt… – odpowiedziała Rosita.
~*~
Irutt przyszła z Arnee, trzymała ją przy swoim boku ogonem, wtuloną w jej sierść. Mały jednorożec przysypiał, umęczony płaczem, Hexe nie była w stanie określić jego wieku, wiedziała za to że swoje waży, a Irutt niosła tak córkę całą drogę tutaj.
– Nie łatwiej byłoby położyć ją na grzbiecie?
Irutt westchnęła jedynie w odpowiedzi, zbadała Noor, która potem poszła się przespać wraz z uspokajającą i pocieszającą ją Rositą. Pedro wrócił do ich syna.
– Weź to – Irutt przysunęła zioła przed Hexe, racicą. Zostały same w jej grocie.
– Na co to? – Hexe przyjrzała się ziołom sceptycznie, wyglądały nieco inaczej od tych co przyjęła Noor.
– Byś też mogła pozbyć się napięcia, są na uspokojenie i ból, nikt się nie zaraził.
– Tak tylko mówisz, wszyscy umrzecie.
– Podać ci ich magią Beerha?
– Jesteście uparci. – Hexe zaczęła je jeść.
– Ty też.
– Więc zdołali jej wybaczyć?
– Mieli już do czynienia z chorą osobą, rozumieją to. Może nawet lepiej ode mnie, kiedy Karyme, zmanipulowana przez przekletych zabiła mi ojca to nigdy nie potrafiłam jej tego wybaczyć. Nawet pomimo tego że tuż po tym uratowała mi życie – odpowiedziała: – Chciałabym ci coś pokazać. To prezent od Eepli dla nas wszystkich.
Hexe wyszła za nią, zgrywając niechętną, w głębi serca pragnąc być częścią grupy, pragnąc towarzystwa nie tylko na chwilę. A jednocześnie uświadamiała sobie raz za razem że nie może.
– Dlaczego zależy ci tak na obcym jednorożcu, w dodatku tak nieprzyjemnym w obejściu i naznaczonym klątwą? Nie musiałabyś już tracić na mnie czasu i mogłabyś w spokoju zająć się córkami.
– Mówiłam ci jak działa twoja choroba. Wszyscy chcemy ci pomóc.
Zatrzymały się przy posągach poległych osób. Eepli rzeźbiła kolejny mały posążek, okryta płachtą, Hexe domyślała się że będzie przedstawiał źrebaka, tylko jeszcze nie odgadła czyjego. To za szybko by rzeźbić syna Rosity i Pedro, powinna to robić dopiero po śmierci małego.
“Kometa chciałaby żebyś z nami była.” powiedziała telepatycznie Irutt, zerkając na śpiącą córkę: – Przemyśl to. – Zaniosła Arnee z powrotem do ich kryjówki. Hexe przyjrzała się rzeźbie, wyjątkowo szczegółowej i uśmiechniętej, jak Kometa za życia, zrobiło jej się ciężko na ten widok. Ten kawałek skały nie sprawi by Kometa ją choćby usłyszała. Po chwili zawróciła, zostawiając Eepli samą sobie.
~*~
[Mozzran]
Mozzran spacerowała z Linnir wzdłuż rzeki w towarzystwie Faith. Obserwowała mamę, która gdzieś odpłynęła myślami.
– Martwisz się znów o Arnee? – spytała.
– O wiele osób się martwię. Chciałabym jej pomóc, co nie jest łatwe.
– Dla niej już za późno, przez nią mogłaś zginąć. Nawet nie potrzebowałaby wcale mocy Blakie by nasłać na nas te kłyki, więc nie próbuj tym ją usprawiedliwiać.
– Masz prawo ocenić ją po swojemu i zdecydować o waszej relacji. Ja nie zamierzam się poddać, Arnee spędziła ponad rok z Kettui, widzę że jest zagubiona i straumatyzowana, nie miała żadnej szansy na choćby namiastkę normalnego życia, jest moją córką, tak jak ty, Mozzran. Muszę ją ocalić.
– Ale dlaczego? Jest zła.
– To nie usprawiedliwia tego co zrobiła i nie chcę byś czuła się zmuszona do dobrych relacji z siostrą, ale nie chciała nikogo skrzywdzić, chciała tylko byś dała jej szansę.
– Naraziła przez to nawet moje życie!
– Może nie potrafiła wymyślić nic innego… – Mama oparła głowę na jej grzbiecie, objęła ją, co Mozzran odwzajemniła, mając przy tym wrażenie że mama czegoś od niej chce, niby mówi że nie musi wspierać Arnee, ani dawać jej szansy, ale musi tego chcieć: – Jestem z ciebie dumna, z każdym dniem jesteś coraz bardziej odważniejsza. Chciałabym żeby tak zostało.
– Bo rozmawiałam z Arnee?
– To też. Muszę ci coś powiedzieć, bałyśmy się jak zareagujesz, możesz doznać szoku, ale musisz wiedzieć.
– Jesteś… w ciąży?
– Nie.
– Arnee znów coś zrobiła?
– Mozzran, nic złego się nie dzieje, nikt ci nie zagraża, pilnuje tego byś była bezpieczna.
– Co ona zrobiła?
– Nie pozwolę…
– Powiedz wreszcie!
– Mozzran, spokojnie. Jestem tu z tobą i będę tak długo jak potrzebujesz.
– Ale o co chodzi?
– Nie bój się, ona jest niegroźna i dopilnuje by tak pozostało.
– Mówisz o… Kettui?
– To Sasha.
Mozzran błysnęła białkami, zerwała się nagle, biegnąc do Faith, która pisnęła przestraszona, chowając się pod skrzydłami.
– Lecimy stąd. – Mozzran szarpnęła ją za skrzydło, kłyka położyła się, kiwając jej głową.
– Mozzran… – Linnir podeszła do nich.
– Zostaw mnie! Wynoszę się stąd! – Mozzran odwróciła się przodem do mamy, łapiąc kłykę za sierść ogonem. Wzdrygnęła się, zerkając na nią, bo skąd mogła wiedzieć czy Faith nie odbije i nie postanowi jej rozszarpać. W końcu Arnee już raz grzebała w jej głowie.
– Wszystko ci wytłumaczę, tylko musisz się uspokoić.
– Nie! Odchodzę!
– Jesteś zbyt wzburzona na takie decyzje, wysłuchaj mnie, proszę… Potem zdecydujesz.
– Jak mogłaś mi nie powiedzieć?!
– Teraz ci mówię.
– I ona tak po prostu… – Mozzran uroniła łzy, odwróciła głowę: – Przyjełaś ją do stada?
– Arnee odebrała jej wspomnienia. Nie dała nam wyboru, nie potrafi zrezygnować z Kettui, na razie Sasha nie zrobiła nic złego…
– Kłamiesz kiedy mówisz że jestem bezpieczna! Dlaczego mi to robicie? Obiecałyście że Kettui nie wróci… – Mozzran załkała, Faith wtuliła w nią głowę.
– Sama nie jestem z tego powodu szczęśliwa, ale z drugiej strony mamy ją cały czas na oku, jest zwykłym kucem, słabszym fizycznie od każdego z nas. Nie posiada żadnej magii, ani mocy. Minęło już kilka tygodni odkąd tu jest, pilnujemy ją i nic złego do tej pory nie zrobiła.
– Arnee już coś z nią szykuje na nas!
– Nieprawda.
– Nigdzie nie ucieknę, nawet jakbym chciała, ona zawsze mnie znajdzie, muszę się zabić, to jedyny sposób. – Mozzran rzuciła się biegiem do lasu.
– Mozzran… – Linnir ją złapała, przytuliła do siebie: – Nie pozwolę cię skrzywdzić. Nigdy.
– Arnee pewnie omawia telepatycznie swój plan z Kettui… – Mozzran trzęsła się już, płacząc: – I ich podwładnymi, a wy nie macie o niczym pojęcia.
– Nie, Arnee teraz śpi z Irutt.
– Nieprawda! Nie wierzę że odpuściła, ona nigdy nie odpuszcza!
– Nic nie pamięta.
– Ale to Arnee ci powiedziała! Dlaczego jej wierzysz? Gra na waszych emocjach do woli.
– Nie sądzę by udawała.
– A Kometa? Wykończyła ją, jest po stronie Kettui, zawsze była!
– To nie ma sensu. Przywróciła Kettui, ale zrobiła wszystko by była wobec nas bezbronna. Arnee mogłaby dowolnie nas krzywdzić gdyby tego właśnie chciała, nie musiałaby uciekać się do takiego oszustwa.
~*~
[Rosita]
Zostałam z Noor na noc, w grocie obok naszej, gdzie Pedro i tata pilnowali małego, przedyskutowali pół nocy, Noor przepłakała niemal godzinę zanim zioła ją wyciszyły i zasnęła. Drzemałam w samym progu groty, by w razie czego się obudzić, gdyby Noor wychodziła. Dwa razy wyszłam karmić syna, Pedro wtedy czuwał przy nim obok śpiącego taty. Noor spała aż do rana.
– Zaczekaj tu chwilę, nakarmie małego i pójdziemy same coś zjeść – Wyszłam z nią na korytarz, pokiwała mi głową, zamyślona i wyczerpana.
Pedro spał gdy wchodziłam. Wreszcie zasnął. Potrzebował tego. Tata dokądś wyszedł.
– Rei, czas jeść – szepnęłam, szturchając syna, znów zabolało mnie że nie był w stanie reagować na cokolwiek, nie ruszał się sam z siebie, skulony na boku, nawet nie otwierał oczu, oddychanie wciąż sprawiało mu wiele trudności, już nie ból, bo ten wyłączyła Arnee. Nie mieliśmy innej opcji, nic co podała mu Irutt nie pomagało na zbyt długo, a coś mocniejszego mogłoby go zabić. Ułożyłam się obok niego i podsunęłam mu mleko. Jadł mało i niechętnie, czułam że robił to wyłącznie z bezsilności, na początku tuż po samym wypadku z Noor próbował protestować, ale tego samego dnia się poddał. Starałam się powstrzymać łzy, ale znowu nie mogłam, gdy kładłam go do snu, nadal wyglądał jakby miał się już nie obudzić.
Przetarłam łzy o przednie nogi, wychodząc do Noor, poszłyśmy bez słowa do lasu, jadłyśmy trochę liści i owoców. Próbowałam cieszyć się tą chwilową wolnością. Choć nawet bez Pedro obok, ciągle wracałam myślami do syna, siostry, a nawet mamy, która odeszła bez słowa pożegnania.
Czułam ciężkość po sparaliżowanej stronie głowy, gdzie mogłam jedynie poruszać powieką, choć nigdy nie okiem, widziałam na nie, ale ono patrzyło ciągle w tą samą stronę, nieruchome, utrudniając mi wciąż ocenę odległości, więc często je zamykałam.
Dyskomfort Noor się zmniejszył i czułam też że z nim walczy i ani razu mi go nie okazała. Widziałam jednak że unika patrzenia na moją sparaliżowaną część głowy.
– Źle mi z tym że jesteś tu ze mną, zamiast przy swoim źrebaku… – odezwała się, zalało ją na nowo poczucie winy.
– Nie przejmuj się, potrzebowałam od tego trochę odpocząć, ciężko mi patrzeć jak on cierpi, zwłaszcza że czuje emocje Pedro…. Przez co czuję się tak, jakbym cierpiała podwójnie. Proszę, przestań już się obwiniać, to był wypadek.
– Nigdy sobie tego nie wybaczę.
– Miałaś omamy, jesteś dla siebie zbyt surowa.
Wzrok Noor zawędrował na leśną polanę, którą mijałyśmy, gdzie pasł się Postrach.
– Pójdę do niego, nie chcę ci dłużej sprawiać problemu.
– Nie sprawiasz…
Ruszyła w jego stronę. Dalej spacerowałam sama, mi też poczucie winy nie dawało spokoju. W stadzie mamy unikałam każdego od wypadku, przegapiłam tak wiele chwil, które mogłam poświęcić siostrze, a teraz już nigdy jej nie zobaczę.
– Rosita! – Celeste mnie zawołała, właśnie wracała skądś z Cruziną, obie miały wilgotną sierść i włosy. Ani razu nawet nie rozmawiałyśmy z jej inicjatywy, czyżby Cruzina namówiła ją w końcu do integracji z innymi? Może też chce skorzystać z moich umiejętności wyczuwania emocji?
~*~
[Pedro]
Angus wyszedł dawno temu po wodę i nie wrócił, a ja już chyba odchodziłem od zmysłów, bo Rosita też nie wracała. Poszła dokądś z Noor, bez słowa wyjaśnienia. Chodziłem w tą i z powrotem po tej nagle ciasnej grocie. Spokojnie Pedro, nic im nie jest. Oczywiście że mogło się coś stać, a ja nie mogłem tam iść przez Reia, bo jak miałbym zostawić chorego syna samego sobie? W dodatku musiał już dawno coś zjeść. Czy Rosita go karmiła?
Zbliżało się południe. Coś się stało, przecież nie zostawiła by go tak długo bez mleka. Muszę iść po kogoś i jej poszukać.
– No nareszcie – powiedziałem do wchodzących do środka Postracha i Noor, przez chwilę, dopóki ich nie zobaczyłem, a tylko słyszałem ich kroki pewny że to Rosita z Angusem: – To jakiś żart? Gdzie jest Rosita?
– Nie, Noor chciała jeszcze raz zobaczyć małego, spokojnie wszystkiego pilnuje… – odpowiedział Postrach.
– Gdzie Rosita?
– Chciała jeszcze odpocząć – powiedziała Noor.
Wybiegłem, wołali za mną, trudno, tą chwilę dadzą sobie radę z źrebakiem, Rei i tak ciągle śpi. Cholera, zostawiłem go z Noor. Trudno.
– Rosita!
No i masz, trzeba było nie spać, Pedro, że też musiałeś nad ranem zasnąć.
– Rosita…?
Stała na skraju leśnej polany, wraz z Celeste i Cruziną, odwrócona do mnie tyłem, ale i tak nawet nie widząc jej miny miałem wrażenie że coś się stało. Pobiegłem tam do nich.
~*~
[Mozzran]
Mozzran walczyła o to by nie zmrużyć ani na chwilę oka, ale w końcu zmęczenie ją pokonało i zasnęła przy czuwającej Linnir, tuż obok śpiącej Eepli i Faith. Gdy się przebudziła, Linnir też już spała. Mozzran prześlizgnęła się do wyjścia w postaci powietrza, a później zakradła na korytarz, dalej będąc już sobą. Miała tylko jeden cel – zabić Sashę. Bez względu na konsekwencje, bez względu na to jak zareaguje Arnee, po drodzę wydłubała ukryte w szczelinie trujące jagody, chowając je pod własny język. Z korytarza dobiegły czyjeś kroki. Mozzran zmieniła się w skałę, wtapiając się w ścianę przy której stała. Do groty jej mam weszła Celeste.
Mozzran pomknęła do wejścia, w formie powietrza, przytknęła oko do jednej ze szczelin, nawet nie zamierzając ryzykować normalnego zajrzenia do środka. Oprócz Celeste w środku była też Cruzina i Sasha, patrzyły na siebie, tak jakby wymieniały się myślami, wszystkie stały nad Arnee, z przebitą prętem głową, obok leżała Irutt, wyglądała jakby spała, ale Mozzran dostrzegła na jej chrapach żółty pył, ten sam którym Kettui usypiała czasami kłyki. Sasha uderzyła o Arnee kopytem, na jej pysku malowała się frustracja, uniosła się na tylnych nogach i uderzyła o nią raz jeszcze, drugą z nóg. Po czym oparta na córce spojrzała na Celeste, jakby ta coś do niej mówiła. Sasha coś jej odpowiedziała sądząc po jej nagłej wściekłości wypisanej na obliczu. Celeste wyjęła spod skrzydła zielony kryształ i podała Cruzinie, ta podeszła z nim do Irutt. Obejrzała się na Sashe, która skinęła jej głowę na Irutt.
Róg Cruziny zaświecił, a jej magia przekształciła zielony kryształ w ciekłą formę, część cieczy trafiło do Sashy, a część do Irutt.
Pisk Faith sprawił że Celeste i Sasha spojrzały na siebie. Dobiegł z groty gdzie kłyka zasnęła wraz z resztą. Mozzran zawróciła. Zatrzymała się w wejściu. A co jeśli ją też podmienili? Wraz z mamą i Eepli?
– Faith? – Linnir wstała: – Co się stało?
Faith oglądała się niespokojnie na wyjście, cała napuszona. Pisnęła, zatrzepotała skrzydłami.
– Czuję sen – Zatrzęsła się: – Bardzo blisko. – Pisnęła znowu, bardziej rozpaczliwie.
– Podmienili mamę – Mozzran ujawniła swoją obecność, cała drżąc podobnie jak Faith: – Cruzine i Celeste też.
Gdy zobaczyła w oczach Linnir stach, mlasneła nerwowo, popatrzyła za siebie, słysząc kroki. Ku nim szła już Cruzina, Celeste i cała reszta. Linnir doskoczyła do Mozzran łapiąc ją za grzywę.
– Nie… – jęknęła Mozzran, ledwie oderwała przednie racice od ziemi, a już pobiegły w kierunku podziemnego jeziora.
– Linnir, a co z resztą? Zostawiasz ich? – zawołała za nimi Sasha rozbawionym tonem.
Mozzran chwilami nie nadążała, bała się że za chwilę się przewróci, mama biegła zbyt szybko, nie oglądając się za siebie. Teraz na jej pysku Mozzran dostrzegała jedynie desperacje. Zostawiły Eepli i Faith…
– Mamo! – krzyknęła panicznie Mozzran, Linnir porwała ją ze sobą do wody. Mozzran nie zdążyła nawet próbować wstrzymać oddechu, zresztą oddychała zbyt szybko i zbyt płytko by to było w ogóle możliwe.
~*~
– Mozzran! Mozzran! – jakby z oddali dobiegł przerażony głos mamy, Mozzran oberwała w bok, a zaraz po tym zakasłała ostro, wypluwając z siebie mnóstwo wody. Mama cała nią ociekała, a za nimi było jezioro, ogon Mozzran wciąż w nim tkwił.
– Chodź szybko. – Linnir praktycznie dźwignęła ją z ziemi, ciągnąc za sobą: – Musimy uciekać.
Było jej niedobrze, czuła jakby jej płuca nadal były pełne wody, kasłała, roniąc już łzy. Nie miała nawet chwili by dojść do siebie, ani siły by dalej biec. Linnir przeciągnęła ją kawałek po ziemi, a w końcu wzięła ją na grzbiet. Mozzran objęła mamę głową. Droga ciągnęła się w nieskończoność. Linnir dyszała z wysiłku, a mimo to gnała dalej. Dopóki nie upadła.
– Mamo… – jęknęła Mozzran, brakowało jej chwilami powietrza, jej oddech świszczał. Zakasłała tak mocno że zabolały ją płuca, a mimo to nie była w stanie już niczego wykrztusić. Linnir dźwignęła się na nogi ze stłumionym stęknięciem, nie zrobiła kroku, a znów upadła. Mozzran zsunęła się obok niej.
– Zmień się we wodę – kazała mama.
Mozzran spojrzała na nią, błyskając białkami.
– Mozzran, dasz radę, musisz, w ten sposób pozbędziesz się zalegającej wody.
Skąd mogła to wiedzieć? A jak wymiesza się z nią? Co się wtedy stanie? Zmieniła się w powietrze, po czym wróciła do swojej postaci, wciąż czując ciężkość w płucach.
– Musisz spróbować jeszcze raz – naciskała Linnir.
Mozzran pokręciła słabo głową, jedyne czego teraz chciała to odpocząć. Może i zasnąć na zawsze, byleby uniknąć cierpienia.
– Musisz. Zmień tylko część ciała.
Gdy przemieniła tylko swoją klatkę piersiową w powietrze, otwierając na chwilę płuca, woda wyciekła z nich na ziemię.
– Zostawiłaś Eepli – jęknęła z łzami w oczach.
– Musieli coś z nią zrobić, albo uśpić, albo podmienić, albo kontrolują ją teraz zielonym kryształem, nie wierzę by popełnili tak wielki błąd… – Mama podniosła się znowu, Mozzran zauważyła na jej pysku grymas bólu.
– Chodź – Mama podparła ją z boku.
– Nie chcę już…
– Musisz, Mozzran.
– Dlaczego? Może nie chcę już żyć? Nie tak… Nie chcę cierpieć!
– Dlatego musimy im uciec, tak by nie mogli nas już znaleźć.
– A jak mnie zostawisz? I już nie wrócisz? Przecież musisz ratować resztę…
– Nie potrafię! – przyznała rozpaczliwie Linnir: – Mogę jedynie ratować ciebie.
Mozzran błysnęła białkami.
– Chodź, Mozzran – powiedziała o wiele ciszej Linnir, jakby się poddała. Mozzran nie mogła uwierzyć że zamierza tak wszystkich zostawić, nigdy by ich nie zostawiła.
– Później odpoczniesz – obiecała Linnir.
– A co z resztą?
– Nic już nie zrobimy… – głos mamy się załamywał: – Tak mi przykro… – Uroniła łzy.
– Mamo… – Mozzran oparła o jej bok głowę, sama mocząc ją własnymi łzami.
– Musimy iść dalej, dasz radę?
Mama stała dość krzywo, Mozzran bała się że uszkodzi sobie kręgosłup jak dalej będzie ją nieść, a jeśli już go uszkodziła? Podniosła się z trudem. Linnir podparła ją z boku.
– Dam radę… – mruknęła Mozzran: – Proszę, nie zostawiaj mnie samej…
– Nie wrócę tam.
– Ale… Coś ci jest…
– Chodź. – Poprowadziła ją dalej.
– Nikt ci nie pomoże.
– Nic mi nie będzie.
~*~
Przebudziła się gwałtownie, tuż obok mamy. Zdążyła zauważyć jak Linnir przebrała nogami, tak jakby nie mogła wstać, teraz leżała już obok niej w bezruchu, jedynie patrząc na nią, z głową skierowaną ku wyjściu, z ich niewielkiej, wyjątkowo suchej jaskini.
– Śpij spokojnie, cały czas czuwam – powiedziała.
– Nie możesz wstać?
– Mogę, nic złego się nie dzieje.
– Widziałam…
– Odpocznij, musisz nabrać sił – przerwała jej mama, opierając na jej grzbiecie głowę, Mozzran poczuła jak się wzdrygnęła, a skoro nie może tego ukryć przed nią to ból musi być zbyt silny.
Nagle Linnir poruszyła się niespokojnie, z zewnątrz dobiegały głosy podmienionych członków stada.
– Uciekaj, Mozzran, będę tuż za tobą – szepnęła Linnir.
– Nieprawda, nie możesz wstać… – Mozzran patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami, cała drżąc.
– Musisz się ratować…
– Tylko po co?!
– Uciekaj! – krzyknęła Linnir.
– Nie… – Mozzran wtuliła się w nią, zwijając się w kłębek.
Linnir przebrała niespokojnie nogami, ale nie była w stanie się podnieść.
– Uciekaj. – Trąciła córkę pyskiem, która nie miała zamiaru się w ogóle poruszyć: – Proszę cię…
⬅ Poprzedni rozdział