[Hexe]
– Przyszłyście razem? – zdziwiła się Kometa.
– Niesamowite, odzywasz się do mnie – skomentowała ironicznie Ivette.
– Nie mówiłam do ciebie. – Kometa zastrzygła uszami, była sama, nad rzeką gdy ją obie odwiedziły. Hexe nie do końca ze swojej woli.
– Proszę, masz to czego chciałaś. – Ivette popchnęła do niej Hexe, zmieniając się w większą i silniejszą kłykę.
– Wy nigdy nie zrozumiecie że nie można mnie dotykać?! – krzyknęła na nią Hexe, odskakując z zasięgu tej dwójki, celowała w nie swój róg, ale po chwili uniosła głowę, to nie miało sensu: – Ivette przyszło do głowy że jednak jest gotowa byś była z nią i ze mną na raz. Tylko zapomniała zapytać mnie o zgodę.
– Zamknij się – wycedziła Ivette.
– Och… Myślałam że chodzi o coś innego. To raczej już nie bardzo aktualne, wiecie, jestem zmęczona tą całą miłością i w ogóle… Postanowiłam być sama.
– Jestem za – stwierdziła Hexe.
– Chyba sobie żartujesz – skomentowała Ivette.
– Więc obie się zgadzamy, pójdę już. I tak zostałam tu przyprowadzona wbrew swojej woli. – Hexe spojrzała niezbyt przyjemnym wzrokiem na Ivette.
– Wy dwie, nigdzie nie pójdziecie! – Ivette złapała Hexe za grzywę kłami, skrzydłem przysunęła do siebie Kometę, Hexe umieszczając pod drugim skrzydłem i nie pozwalając żadnej z nich się wymknąć.
– Ivette, co ty wyprawiasz? – Kometa odpychała się od niej własnymi skrzydłami: – Puść mnie!
– Nie mam już na was siły… – stwierdziła Hexe, rezygnując z walki, jedno szczęście że zakryła sobie ciało opatrunkami.
– To twoja wina – powiedziała Ivette do Komety.
– Naprawdę nie chcę już… Po prostu to sprawia zbyt wiele bólu.
– Możesz sobie być na mnie obrażona, ale..
– Nie byłam obrażona, tylko… Zmęczona? I Hexe też nie chcę już męczyć, nie można nikogo zmusić do związku, nawet jeśli ta osoba czuje to samo, bo chyba czuje? Albo i nie… – Kometa spuściła wzrok.
Ivette puściła je, uderzając skrzydłami o własne boki, podczas ich składania, zatrzymała się naprzeciwko Komety: – Jestem gotowa zgodzić się na twoją chorą zachciankę, a ty nadal mnie odtrącasz?!
– Ale wiesz że nie chciałam żebyś zmuszała Hexe do czegokolwiek? Bo nie chciałam… – Kometa odwróciła w bok głowę: – By którakolwiek z was się do czegoś zmuszała.
– Sama już nie wiesz czego chcesz.
– Chce byś dała jej spokój – wtrąciła Hexe.
– Kto znów namieszał ci w głowie? Irutt? Rodzice? A może Pedro?
– Pomyślałam że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, ale… Bałam się ci to powiedzieć. Hexe się zgodziła, a potem zaczęła mnie unikać i…
– Oczywiście, przecież nadal jestem kłyką i ty nigdy…
– Nie o to chodzi! – krzyknęła Kometa, na moment zaciskając oczy, cofając głowę.
– Boisz się mnie?
– Czasami? Twoje wybuchy gniewu bywają dość straszne… Po prostu… Czuje się lepiej gdy jesteśmy trochę do siebie zdystansowane, wiesz, jak dobre znajome, nie chcę niczego więcej.
– Znajome?!
– Czy to zawsze musi być miłość?
– Założe się że gdyby Hexe chciała z tobą być, to zgodziłabyś się bez wahania.
– Nie… Nie, już nie.
– A może jesteście razem, tylko przede mną udajecie że tak nie jest.
– Raczej byś zauważyła, dość często mnie śledzisz… Cały czas właściwie. Co jest złego w mniej angażującej relacji? Może… Jak będę już gotowa spróbujemy raz jeszcze… Chciałabym dać ci szansę. Kiedyś. Ale najpierw zobaczyć… Najpierw dać taką szansę przed szansą… Zobaczyć że faktycznie się zmieniasz.
– Już ci mówiłam…
– W porządku, nie musimy być przecież parą, od tego świat się nie zawali, prawda?
Ivette odwróciła się rozpościerając skrzydła, jakby jeszcze czekała aż Kometa ją powstrzyma, po czym odleciała. Hexe też ruszyła w swoją stronę.
– Hexe… – ale ją już zatrzymał głos Komety.
– Na przyjaźń też nie jestem gotowa.
– Dlaczego nie?
– Nie chcę się do nikogo przywiązywać, wtedy łatwiej będzie mi odejść.
– Nie musisz odchodzić.
– Wybacz, ale będę żyła na swoich własnych zasadach.
– Niby mieszkamy w jednym stadzie, ale nie mam pojęcia co przez ten czas robiłaś.
Hexe odwróciła się, ruszając w swoją stronę.
– Nie musimy się nawet przyjaźnić, ale… Nie spotykanie się w ogóle? – zawołała Kometa.
– Nie lubię tak bliskich relacji! – odpowiedziała Hexe, wchodząc pomiędzy drzewa: – Wybacz – dodała bezgłośnie.
Puściła się biegiem, dotarła aż na kraniec lasu już nie słysząc jej głosu, wycelowała róg w swój bok, wprost w jedno z narośli, łapiąc szybki, pełen frustracji oddech. Trafiła w narośle swoją magią, nigdy jeszcze ani jej ani nikomu nie przyszło do głowy by spróbować w ten sposób je zniszczyć. I to był błąd że tego w ogóle próbowała. Narośle rozrosło się gwałtownie na kilka macek wbijając się w jej grzbiet. Krzyknęła w głos, padając w mech, czuła jak macki otaczają jej narządy, z bólu drapiąc racicami o ziemię.
– Nie… – jęknęła: – Przestań…
Zakasłała krwią. Zerwała się z ziemi, niszcząc plamy krwi magią nim wsiąkły w ziemię. Teraz już na pewno nie może tu zostać.
~*~
[Ivette]
Trenowałam z Forsycją walkę niedługo po tej całej rozmowie z Kometą. Wbiłam w łapę Forsycji kły, zaskrzeczała, odpychając moją głowę drugą łapą. Byłam od niej mniejsza, ale nacisk szczęk miałam na tyle mocny że gdybym zechciała nie mogłaby tak łatwo mnie oderwać.
– Zrobiłaś mi ranę!
– Nikt w prawdziwej walce nie będzie się powstrzymywał – wycedziłam, mierząc w jej oczy. Zmrużyła je z wyraźnym niezadowoleniem.
– Umawiałyśmy się że nie będziemy trenować gdy jesteś wściekła.
– Nie jestem wściekła!
Polizała tą małą ranę tak dokładnie, jakby krwawiła. Westchnęła.
– Nie ważne zresztą, trenujesz walkę z Linnir jak ci doradziłam? – zapytałam.
Odstawiła łapę, stukając szponami o podłoże: – Jeśli w tym wszystkim chodzi ci o przejmowanie stada to nie jestem zainteresowana.
– Skąd niby ten pomysł?
– Bo w poprzednim wcieleniu byłam twoją następczynią. Teraz marzę o wielkiej sławie, planuje występować przed najróżniejszymi stadami, nie będę miała czasu, ani tym bardziej ochoty opiekować się wszystkimi.
– Tylko Linnir traktuje tak przywództwo, ale prawdziwa władza nie polega na służeniu komuś, to ciebie mają słuchać.
– Nadal nie jestem zainteresowana.
– Doprowadzacie mnie dzisiaj do szału! Ty i twoja matka!
– Skoro tak o tym marzysz to sama przejmij stado.
Złamałam parę gałęzi skrzydłem, ale Forsycja stała niewzruszona, przewróciła oczami, odchodząc w swoją stronę. Przystanęła na moment by wylizać jeszcze raz ranę na łapie. Poleciałam do swojej pierworodnej, przynajmniej w większości cyklów. Wylegiwała się z Cruziną w słońcu, obie bardziej majaczyły do siebie, niż rozmawiały, na wpół śpiąco. Lada moment by zasnęły obok siebie.
– Celeste.
Córka poderwała się z ziemi, a po niej też Cruzina o wiele gwałtowniej, drżąc, wzięła głębszy oddech, przyciskała ogon do klatki piersiowej.
– Szczęśliwie dla ciebie Forsycja okazała się niewypałem, lepiej żebyś ty mnie nie zawiodła, zaczniemy już teraz trenować.
– Mamo…
– Nie obchodzi mnie jak beznadziejna w tym jesteś, w końcu musisz się nauczyć! – Ruszyłam przed siebie. Córka poszła za mną.
Zablokowała parę moich ciosów. Większość razy w nią trafiłam, ale i tak, jak na Celeste to był spory postęp.
– Nie jesteś w tym taka zła jak mówiłaś – stwierdziłam.
– Linnir zauważyła że uniki są moją słabą stroną, więc…
– Trenowałaś z nią?! – wrzasnęłam, córka zniżyła głowę, rozpościerając do połowy skrzydła, jakby chciała się nimi zakryć, wypuściłam z chrap powietrze, czy nie o to mi chodziło?
– To trenuj dalej, może uda ci poznać jej słabe strony – dodałam.
– Planujesz ją obalić? – Wyprostowała się.
Czy to naprawdę takie oczywiste?
– Nic mi się w życiu nie udaje, więc miło byłoby chociaż gdybym wyszkoliła cię do objęcia przywództwa nad stadem.
– A Forsycja?
– Lepiej o niej nie wspominaj.
– Mamo, Linnir wiele dla nas zrobiła, również dla ciebie.
– Nawet ty mi odmawiasz?
Spuściła tylko wzrok.
– Oficjalnie nie mamy przywódcy, ani żadnych innych ról – powiedziała Turnia, pojawiając się za mną znienacka. Odwróciłam się do niej błyskawicznie.
– Śledzisz mnie? – Położyłam uszy. Patrzyła na mnie chłodnym wzrokiem.
– Owszem, zaczęłam to robić, odkąd zauważyłam że coś kombinujesz. Widzę że w ogóle nie rozumiesz panujących tu zasad, nie chodzi o fizyczną siłę, nie obalisz nią nikogo, to reszta decyduje za kim chce podążać i kogo słuchać, a często podejmują też decyzje wspólnie. Jeśli oczekujesz że to stado zmieni się dla ciebie to się mylisz, aczkolwiek możesz założyć własne lub przejąć inne, bliższe twojej wizji stado.
– Założyć własne? A kto niby by za mną podążył? Jakbyś nie zauważyła to wszyscy mnie nie znoszą.
– Nie wykorzystujesz szans jakie ci dają. Poza tym władza nad kimś nie jest jedyną drogą by coś osiągnąć, możesz znaleźć inną rolę, w której bardziej się sprawdzisz.
– Ciekawe jaką, bycie kiepskim rodzicem? Tak jak ty? – Nic innego tu nie robiła, przybyła jedynie urodzić i wychować źrebaka, którego wszyscy uznają za Rosite i może i tak jest, nie obchodzi mnie to.
– Nie potrafiłam być jednocześnie dobrą przywódczynią i matką, sądzę że nie sprawdziłam się w żadnej z tych ról. Zawsze już będę żałować tego jakich decyzji podjęłam i jak potraktowałam własne źrebaki. Nigdy nie chciałam przewodzić stadem, czułam że to moja powinność, przeznaczenie od którego nie mogę się uwolnić, aczkolwiek teraz widzę że nie byłam nawet dobrą przywódczynią narażając te skrzywdzone już wystarczająco klacze na kolejne traumy, myślałam że musimy wszystko sobie wywalczyć siłą. Zoma przynajmniej nie angażowała je w swoją walkę, tylko wykorzystywała nas do pomocy rannym. Nigdy nie miały czasu by zająć się sobą, swoimi problemami.
– Po co mi to mówisz? Próbujesz mnie pouczać? W tym cyklu nie jesteś moją matką… W poprzednim zresztą też. Właściwie nigdy nią nie byłaś, nigdy mnie nie kochałaś.
– Kochałam.
– Akurat!
– Przypomnij sobie.
– Nie ważne, te parę chwil co o mnie dbałaś nic nie znaczą.
– Zachowujesz się jakby cały świat był twoim wrogiem, a gdy pokazuje ci że tak nie jest natychmiast doprowadzasz do tego by mieć rację. W rezultacie sama sprawiasz sobie ból. Może czas zastanowić się nad sobą?
Warknęłam, przyciskając jeszcze bardziej uszy do szyi: – Gdybyś przeżyła to co ja inaczej byś mówiła!
– Od źrebięcia byłam uwięziona i torturowana, zmuszana do rodzenia źrebiąt, życia w nędzy i ciągłym strachu, aczkolwiek to nie usprawiedliwia tego co zrobiłam Rosicie, ani tego że w praktyce porzuciłam syna, i wiele więcej. Wiesz co to znaczy cierpieć, więc dlaczego sprawiasz że inny cierpią wokół ciebie? Chciałam być dobrą przywódczynią, nikt nie nauczył mnie kochać, a ty, Ivette?
– Bzdura, to cierpienie zmienia nas w to kim teraz jesteśmy.
– Masz wybór.
– Gdybym choć raz miała dobre życie nie byłabym taka. Ty zresztą też, czy w innych cyklach zrobiłabyś coś takiego Rosicie? Była twoją ulubienicą, w życiu byś jej tak nie wykorzystała, najwyżej mnie.
– Ciebie też nie. Twierdzisz że nie wpływasz na swoją przyszłość? Jesteś tylko marionetką z góry już ustalonego losu?
– Nie, ale… Nie rozumiesz jak to jest być mną! Nie ważne co zrobię, ciągle znajdzie się ktoś lepszy ode mnie, jestem cholernym feniksem, a jednak nadal jestem nikim!
– Sądzę że to ty sama się tak postrzegasz.
– Trzymają mnie tu i pilnują tylko po to by ten cykl trwał, gdybym nie była z nim powiązana to już dawno mieliby mnie gdzieś! Oczywiście mają ku temu powód, bo ja sama im go dałam. Nawet Kometa mi to robi, już od dawna mnie nie kocha, tylko udaje że jest inaczej, może okłamuje samą siebie. Po prostu wiem że jej uczucia minęły i nie potrafię tego zaakceptować… – Chciało mi się płakać na samą myśl o tym, ale nie przy Turnii: – Nie mogę nawet umrzeć, bo tak bardzo już nienawidzę samej siebie, nie, muszę tylko ciągle cierpieć. Myślałam że teraz będzie już dobrze, ale nie! I nie, nie potrafię się zmienić!
Zapadła cisza. Myślałam że skończyła, ale po chwili znów się odezwała:
– Nie potrafię ci pomóc, ale może znalazłby się ktoś kto by potrafił. Linnir?
– Linnir? Straciłaś rozum?! Nie znoszę jej, a ona nie znosi mnie, a z Irutt nie cierpimy się jeszcze bardziej.
– Co ma wspólnego z waszą niedoszłą rozmową Irutt? – zapytała Turnia.
– To jej partnerka.
– Irutt nie jest do niej przytwierdzona na stałe. Nie wiem czy Linnir ci pomoże, ale z pewnością cię wysłucha jeśli wyrazisz chęć szczerej rozmowy o swoich problemach.
– Naprawdę mam się akurat jej zwierzać? Jakby nie było nikogo innego.
– Nie musisz, aczkolwiek sądzę że warto spróbować.
– To czemu sama nie skorzystasz ze swojej cennej rady?
– Nie potrzebuje tego.
– Nie, po prostu mam wyjść na jeszcze bardziej żałosną. Jej źrebaczka, który nie może sobie bez niej poradzić.
– Może ty wcale nie chcesz zmiany?
– Oczywiście że chcę! Ile razy mam powtarzać że to niemożliwe!
– Więc co stoi na przeszkodzie by spróbować, pomimo to? Zawsze możesz się mylić.
– Mamo, taka rozmowa nie uczyni cię żałosną, przeciwnie – wtrąciła Celeste: – Chciałabym byś żyła z innymi w zgodzie.
Wypuściłam z chrap powietrze.
~*~
[Forsycja]
– Myślałam że Ivette jest fajna, ale ona jest taka jak moja poprzednia matka, chciała mnie tylko wykorzystać, powinnam była się domyślić – powiedziałam do Arnee, bawiąc się własnymi łapami, siedzialyśmy nad rzeką, co chwilę nurt przynosił ze sobą martwe łososie, zbierałam je na później, a te które nie udało mi się złapać, łapała Arnee, nigdy nie zabiłabym żywej ryby.
– Do czego? – spytała Arnee.
– Obalenia Linnir.
– Z czego chciała obalić moją mamusię?
– Uważa że przewodzi naszą rodziną. Może lepiej ostrzeż Linnir? Ale nie rozpowiadaj tego dalej, dobrze?
– Dobrze. A mamy ustalają wszystko wspólnie, a nawet też z innymi. Choć może coś w tym jest, zauważyłam że Hexe też lubi się rządzić.
Nie bardzo interesował mnie ten temat.
– Chciałabym śpiewać dla całego świata, myślisz że się uda? – zapytałam.
– Mogę ci pomóc, jak cię zaatakują ja cię obronię, jedna rozmowa powinna przekonać innych by najpierw cię poznali, a dopiero potem osądzili.
– Genialne, jak tylko dorosnę, mama za bardzo by to przeżywała gdybym zrobiła to teraz, twoje zresztą też, to wyruszymy w podróż, jesteś tak szybka że dla ciebie to będzie jak mgnienie oka wracać tu i tam.
– Chętnie ci pomogę!
– Przyjaciółki na zawsze?
– Tak! – Arnee aż podskoczyła z radości, trąciłyśmy się głowami. Nie bałam się że jej coś zrobię, bo to Arnee, a jej róg nie mógł uszkodzić mojego dzioba, także takie zetknięcie było dla nas całkowicie bezpieczne. Choć coraz trudniej wchodzić nam w interakcje przez moje ogromne i rosnące z każdym dniem ciało.
~*~
[Ivette]
Doczekałam się nocy, gdy wreszcie Linnir wyszła sama, przez cały dzień, nawet gdy wydawało się że uda się z nią porozmawiać to akurat wtedy ktoś musiał mnie uprzedzić. Teraz poszła się napić, do naszego podziemnego źródła, a ja podążyłam za nią.
– Świetnie, w końcu jesteś sama.
Od razu położyła uszy na mój widok. A nie mówiłam że to zły pomysł?
– Nie uda ci się to – ostrzegła.
– Mianowicie co?
– Wiem co planujesz zrobić.
– Porozmawiać?
– Ivette, Forsycja mnie ostrzegła. Próba zabicia mnie tutaj…
– Nie chcę cię zabić, idiotko! Forsycja tak ci powiedziała?
– Powiedziała jedynie że chciałaś nakłonić ją do przejęcia stada, uznając że ja nim przewodzę, nie rozumiem, po co to robisz?
– Już nie chcę, ale oczywiście zamiast zapytać o co mi chodzi to od razu mnie oceniacie! I to niby ja jestem ta najgorsza! Wiesz czego chciałam? Posłuchałam durnej rady matki i przyszłam porozmawiać z tobą, ale najwyraźniej nie ma już o czym. – Odwróciłam się momentalnie, znów zmieniłam się w kłykę, zatrzaskując szczęki i przy okazji zadając sobie tym ból, nawet tego nie potrafię kontrolować!? Wyleciałam stąd. Może w ogóle już tam nie wracać? Nie mam po co.
~*~
Poczułam zapach Komety, zanim jeszcze otworzyłam oczy. Wszędzie walały się gałęzie i strzępki kory, uszkodziłam parę drzew, a wszystkie rany jakie sobie przy tym zadałam zniknęły.
– Ivette… Ale mnie wystraszyłaś.
– Ciekawe co miałoby mi się stać? – Zwróciłam momentalnie głowę w jej stronę.
Cofnęła uszy: – Może byśmy… – Dotknęła pyskiem mojego skrzydła.
– Z nami koniec! – krzyknęłam, podrywając się z ziemi.
– Nadal jesteśmy… Przynajmniej ja uważam cię za…. Wystarczająco bliską osobę by się o ciebie martwić, więc…. Nie musisz rozmawiać o tym z Linnir, chyba że chcesz, ja też zawsze chętnie cię wysłucham, wiesz przecież… Może poza chwilami gdy naprawdę jestem na ciebie zła, ale teraz akurat nie jestem…
– Nie ma o czym rozmawiać, nigdy nie było. – Zacisnęłam kły, bo oczywiście że byłam kłyką, zaraz jednak zmieniłam się w pegaza, zwieszając głowę i parskając.
– Ale chciałaś i… Linnir, jestem pewna że jej przykro że od razu cię osądziła, zresztą miałam ci powiedzieć że nadal możecie porozmawiać, jest gotowa cię wysłuchać.
– Zostaw już ten temat.
– Wiesz, właściwie to chciałaś to zrobić i był wtedy środek nocy… Też nie przepadasz za nią i…
– Wykorzystałam twoją córkę – pomogłam jej wymieniać. Spojrzałam w jej oczy, wyglądała na zmartwioną, strzygła uszami.
– Jeszcze nie, próbowałaś, tak – Zbliżyła się, a ja się odsunęłam: – Ale nie potrafię się teraz na ciebie o to złościć, bo głównie to się martwię. – Chciała dotknąć mnie skrzydłem, zatrzymałam je swoim i odepchnęłam od siebie.
– I tego właśnie nie cierpię. Litości.
– Ivette, jestem pewna że jakbyś się przede mną otworzyła raz jeszcze, to by ci choć odrobinę jednak ulżyło. Wciąż cię kocham.
– Przestań bredzić – powiedziałam pod nosem, tak by tego nie słyszała.
– Tylko nie chcę już ulegać temu uczuciu, ale ono nie minęło, jest trochę irracjonalne, wiem. To… Wrócisz ze mną do domu?
– Nie. – Położyłam się tyłem do niej. Postanowiłam się do niej nie odzywać, tak jak ona do mnie wcześniej. Gadała do mnie jeszcze długo, cudem nie wybuchnęłam. Opłaciło się, bo w końcu sobie poszła.
~*~
– Ivette – przebudził mnie głos Linnir. Zacisnęłam zęby i powieki mi drgnęły, kto tu jeszcze zamierzał przyjść?
– Śpisz? – zapytała.
– Już nie, dzięki tobie. – Uniosłam głowę: – Czego ode mnie chcesz? – Zmierzyłam ją wzrokiem.
– Miałaś rację że powinnam cię najpierw wysłuchać i że spodziewałam się po tobie czegoś złego, mój błąd.
– To już nieaktualne. – Odwróciłam głowę.
– Nie rozumiesz że nie mogę ci ufać?
– Oczywiście, wszystko jest moją winą.
– Dopóki się nie uspokoisz i nie będziesz bardziej otwarta na rozmowę to ona rzeczywiście nic nie da. Chciałabym ci pomóc, tak byłoby lepiej i dla ciebie, i dla reszty. Od ciebie zależy czy spróbujesz zrozumieć i dążyć do zmiany, nikt jej za ciebie nie dokona. Przepraszam cię za tamto zachowanie.
– Przepraszasz? – Popatrzyłam na nią, niedowierzając.
– Dlaczego to cię dziwi? Czułam się z tym źle, Ivette, pomimo że miałam powody, ale nigdy się nie zmienisz jak wszyscy ciągle będą uważać cię za złą. Dam ci szanse i postaram ci się zaufać.
– Nie mówisz serio, to byłoby naiwne z twojej strony.
– To zależy od ciebie. Nie wszystkich da się uratować i mam nadzieje że ty nie należysz do takich osób.
Podniosłam się podchodząc do niej, teraz to ja byłam naiwna jej ufając, ale nie dadzą mi i tak pobyć tu samemu.
– Aż dziwne że jesteś tu sama. – Rozejrzałam się po drzewach, nie słysząc nawet żadnego szmeru. Sądziłam że przynajmniej Irutt będzie się tu gdzieś na mnie czaiła, może i tak jest, tylko nie potrafię jej znaleźć. Albo Linnir wierzy w swoje umiejętności walki, może ze mną wygrywała w przeszłości, ale teraz, gdy jestem silniejsza nie wiadomo czy by miała tyle szczęścia.
~*~
Szłyśmy obok rzeki, wraz z jej nurtem. W ogóle nie chciałam jej nic mówić, odsłaniać przed nią słabe strony, ale na to i tak było za późno, pewnie doskonale je zna. Nie poznałyśmy się przecież dzisiaj.
– Ivette, jesteśmy tu same, nie powiem nikomu o naszej rozmowie, nawet Irutt. – Spojrzała mi w oczy, wyglądała na niewyspaną, nie pierwszy raz, ja pewnie nie wyglądałam wiele lepiej.
– Akurat.
– Zrozumie dlaczego nie chcę jej o tym mówić.
Wkurzał mnie ten ich idealny związek, dlaczego tak trudno osiągnąć mi coś takiego z Kometą?
– Powiesz jej w tajemnicy, każdy wie że przed sobą nie macie żadnych sekretów.
– Z tego powodu mi nie ufasz? – zapytała.
– Dlaczego miałabym ci nie ufać? Jedyne co możesz mi zrobić to mnie znów obrazić, albo zezłościć. Nie wrzucisz mnie przecież do rzeki i nie zaczniesz topić. Wszyscy jesteście w końcu tacy dobrzy.
– Co chciałaś mi powiedzieć?
– Po zastanowieniu, nawet cię nie lubię, to był pomysł Turnii, więc może niech ona ci się zwierza?
– Jednak przyszłaś do mnie i zgodziłaś się rozmawiać, obawiasz się czegoś?
Parsknęłam: – Niby czego? Zwyczajnie straciłam na to ochotę, to wszystko jest bez sensu, nie pomożesz mi, gdybym mogła się zmienić zmieniłabym się cykle temu.
– Rzeczywiście, nie możesz się zmienić.
– Co…? – Zmrużyłam oczy, wbijając w nią wzrok: – Przyznajesz mi rację, to jest twoja pomoc?
– Nie możesz tego zrobić jeśli nie zmienisz podejścia do samej siebie, jeśli nie uwierzysz że możesz się zmienić.
– Bo to takie proste.
– Kiedy powiedziałam że to proste?
– Gdyby nie wy, zwłaszcza ta wasza Blakie, to bym miała w końcu spokój! Nic nie mogę, nawet zginąć!
– Dlaczego ty zawsze dążysz do konfliktu? – szybko przestała panować nad tonem, choć jeszcze nie był bliski wybuchu i nawet nie położyła uszu, a jedynie je cofnęła: – Próbuję cię zrozumieć.
– To próbuj dalej, co za beznadziejny pomysł by z tobą rozmawiać.
– Chciałaś ode mnie pomocy, nie ważne czy za czyjąś namową czy nie, to ją dostaniesz.
– Już nie musisz się tak poświęcać, pewnie już stoi do ciebie kolejka ze swoimi problemami byś je rozwiązała. – Rozłożyłam skrzydła, odchodząc od niej, by mieć miejsce do odlotu.
– Ivette, teraz rozmawiamy.
– Mam to gdzieś!
– Bardzo łatwo cię zranić.
Warknęłam, już bym wzbiła się do lotu gdyby nie jej słowa.
– Jeszcze będziesz mnie obrażać?! – Zbliżyłam się do niej gwałtownie, urosłam do postaci kłyki, górując nad nią. Mierzyła prosto w moje oczy, bez cienia strachu.
– Nie chciałam mówić ci tego wprost, ale nie zostawiłaś mi wyboru. – Położyła uszy, bardziej jako ostrzeżenie niż groźba, patrząc po jej nadal dość spokojnej minie: – Popraw mnie jeśli się mylę, wydaje się jakbyś próbowała się chronić.
– Już ci mówiłam że się ciebie nie boję!
– Nie, chronisz swoje ego.
– Za chwilę możesz pożałować że mnie zatrzymałaś.
– To widać że masz niskie poczucie wartości, ale nie potrafisz tego przyznać że masz problem, prawda? Boisz się że…
– Zamknij się! – Zatrzasnęłam kły blisko jej pyska: – Chcesz zginąć?
Westchnęła: – To nic złego, kiedyś sama nie myślałam o sobie najlepiej. Wiele osób czuje się źle z samym sobą.
– Nie jestem słaba, jasne? – wycedziłam.
– Więc to udowodnij. Jeśli się nie mylę to twoja agresja wynika ze słabości. Możesz…
Uderzyłam skrzydłem w drzewo obok niej, wbijając w nie szpon, który odczepiłam równie gwałtownie, jeszcze bardziej uszkadzając pień. Niech się cieszy że nie padło na nią. Warczałam na nią jeszcze przez chwilę, patrzyła na mnie ze spokojem, postawiła dopiero uszy gdy najeżona sierść mi opadła, wróciłam do bycia pegazem.
– Możesz zbudować od nowa swoje poczucie wartości, nie wystarczy tylko chcieć, jeszcze musiałabyś pracować nad sobą i nie poddawać się przede wszystkim.
– Wiesz co byłoby lepsze? Mogłabym już dawno nie istnieć, dobrze się bawisz w tym cyklu? A tak, przecież…
– Nie będę rozmawiała z tobą o moim życiu.
– Oczywiście, a ja mam mówić o swoim? Twoje niedoczekanie.
– Chcę ci pomóc znaleźć jakieś rozwiązanie…
– I to niby ja tu chronię swoje ego?
– Mogę pozwolić ci wygarnąć wszystko co myślisz o mnie i o mojej rodzinie, ale to tylko strata czasu i nerwów, nas obu, twój sposób jak radzić sobie z emocjami.
– Oczywiście, ty wszystko wiesz najlepiej.
– Nie wiem wszystkiego.
– Mam pozwolić ci poznać wszystkie swoje słabości? Twoje niedoczekanie, to był błąd że dałam się na to namówić. – Odeszłam od niej, po chwili wzbijając się do lotu.
– Jak będziesz gotowa to przyjdź – zawołała za mną: – I uważaj na siebie, nie powinnaś się oddalać!
Uważaj na siebie, jasne, bo cię to obchodzi. Obchodzi was jedynie by ten cykl nadal trwał.
~*~
[Linnir]
Wróciłam wyczerpana do Irutt, przygotowała dla nas małą ucztę z owoców. Położyłam się obok niej, wtuliła głowę w moją grzywę. To była jedna z rzadkich okazji, kiedy mogłyśmy pobyć tylko we dwójkę.
– Jak było?
– Jestem wykończona, tak trudno do niej dotrzeć.
– Miała do ciebie pretensje o nic, prawda?
– Obiecałam nie mówić o naszej rozmowie, ale tak, miała znów pretensje.
– Od początku nie podobało mi się to byś ty zajmowała się nią, nie jesteśmy jej nic wine, a i zbyt wiele jest konfliktów między nią a nami.
– Muszę chociaż spróbować, teraz wycofuje się z tego, ale jednak poprosiła mnie o pomoc – powiedziałam jej coś co inni także wiedzą, nie mogąc jej zbyt wiele zdradzić i nie mając dłużej ochoty rozmawiać o Ivette, zmieniłyśmy temat, jedząc owoce i ciesząc się swoim towarzystwem. Dopóki nie przeszkodził nam Postrach. Z chrap leciała mu krew.
– Wybaczcie, próbowałem sobie poradzić, ale Noor znów ma omamy i jakiś napad lęku, pomyliła mnie ze swoim byłym partnerem.
~*~
[Pedro]
Stałem nad wodą od chyba już kilku godzin, nie wiem co chciałem zobaczyć we własnym odbiciu.
Masz powody by żyć, Pedro. Masz syna. O którego w ogóle nie dbam. Masz też dalszą rodzinę. Poradzą sobie beze mnie. A Rosita? Nie jest tak naprawdę Rositą, a ja nie chcę tkwić tu dalej sam, łudząc się że wróci. Po co walczyć o to życie, skoro czeka mnie mnóstwo kolejnych? Z nią. Ona nie wróci w tym cyklu, dlaczego miałbym nadal…?
– Kochanie. – Klaczka wtuliła się w mój bok, stłumiłem złość, nim ją odepchnąłem, nie chciałem przecież zrobić jej krzywdy.
– Co ty tu robisz sama? – spytałem z wyraźną pretensją, na coś się umawialiśmy, choć teraz nie miało to już sensu. Bo to nie jest Rosita, nigdy nią nie była. Teraz nawet gdy patrzyłem w jej oczy widziałem w nich obcą. Może to i lepiej.
– Arnee przysięgała że to ja.
– Nie. Nie jesteś Rositą.
– Jestem!
– Nigdy nie będziemy razem, nawet jak dorośniesz, nie czuję nic do ciebie, na szczęście.
Już miała łzy w oczach.
– Arnee pewnie jakoś umieściła jej wspomnienia w twojej głowie – dodałem.
– Przysięgała na swoje mamy!
Zapadła między nami cisza.
To niemożliwe. Ta mała jest na tyle inna że to nie możliwe, Kometa chwilami była sobą, nawet gdy zapominała kim jest, a ten źrebak zna wszystkie wspomnienia Rosity, a mimo to niewiele je łączy. Nawet Turnia przypomina siebie. Wiedziałbym gdyby to była naprawdę Rosita, czułbym że to ona, biorąc pod uwagę to jak przez wiele cyklów się znamy, musieliśmy się znać i jak silna łączy nas więź.
Klaczka przetarła łzy o swoje przednie nogi.
– Virrey potrzebuję pomocy.
– Kto?
Poczułem obcy zapach na sobie, tam gdzie mnie dotknęła.
– Gdzie ty byłaś? Nie powinnaś zbliżać się do obcych, mógł cię skrzywdzić.
– Nie może nawet wstać, znalazłam go blisko naszej granicy. Pomożesz mi go przenieść, kochanie?
– Nie mów do mnie kochanie.
– Będę!
– Dłużej tego nie zniosę! – Zbliżyłem się do niej, w jej oczach dostrzegłem strach: – Nie zbliżaj się do mnie, bo się zabiję i to będzie twoja wina. Nie obrzydzaj mi wspomnień z Rositą.
– Ale ja cię kocham… – Spróbowała się znów we mnie wtulić.
– Przestań – Odepchnąłem ją, ruszyłem przez las, tam gdzie ostatnio mijałem się z Angusem, licząc że nadal tam będzie.
– Jestem Rositą… – Mała szła w krok w krok za mną. Gdyby to wszystko okazało się snem i jej nie było, naprawdę by mi ulżyło. Nie mogłem już patrzeć na tego źrebaka. Czy to Arnee jej zrobiła? Dlaczego mnie dręczą? Chciałem jedynie zobaczyć znów ukochaną. Chciałem tylko by żyła, mieliśmy wychować razem syna.
Skrzywdziłem go. Skrzywdziłem oba źrebaki. Rei nie urodził by się gdybym nie chciał odzyskać Keiry, a ta mała, gdybym znowu nie pragnął powrotu Rosity. I jeszcze mówisz temu źrebięciu że się przez nie zabijesz, Pedro? Serio?
~*~
Słyszałem jak obcy wrzeszczy, jakby go torturowano. Łaciaty jednorożec, leżał blisko granicy, gdy do niego dobiegliśmy, już nie krzyczał, łapał szybkie oddechy, rozglądając się wokół, na jego wychudzonym ciele znajdowało się mnóstwo krwawiących ran, gdzie wyrwano mu sierść, w tym wkłuć…
– Co się stało? – zapytał Angus, dzieliło nas kilka kroków od obcego.
– N-nie! – krzyknął, a jego róg zaświecił, a między nami uniosło się kilka kamieni. Zaczął migotać, a kamienie drżeć, magia je puszczała i unosiła na przemian: – Mo-moja… magia… – W końcu kamienie spadły na dobre, a jego róg ciągle gasnął, zanim zdążył w ogóle zaświecić w całości.
Mała podbiegła całkiem blisko nim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać. Obcy odetchnął, a nawet uśmiechnął się do małej, dotykając ją rozedrganym ogonem, ze zgrozą patrzyłem jak ją jeszcze przysunął do siebie, trącając rogiem jej czoło, ale potem ją puścił, gdy tylko podbiegłem, zabierając ją od niego i podrzucając ją Angusowi. Spokojnie, Pedro, nic złego jej nie zrobił. Jeszcze.
Virrey trząsł się już cały, próbując zakryć się własnym ogonem.
– Virrey, co się stało? Jak się tu znalazłeś? – zapytał Angus, trzymając teraz córkę blisko siebie.
– Nie wiele pamiętam, tylko ból i własnych pobratymców, choć o-o-obcych… Za-zadawali mi ból. Gdzie ja w ogóle jestem?
– Blisko naszego terytorium. Pomożemy ci, ale musisz z nami pójść teraz do groty.
– Tylko jeśli będę mógł zostać z tym małym promykiem nadziei. Co do was nie mam pewności czy mnie nie skrzywdzicie.
– Nie ma mowy, nie znamy cię – odpowiedziałem mu: – Nawet nie próbuj się do niej zbliżać. Co ty w ogóle wygadujesz?
– J-ja… Po-potrafię zaufać ty-tylko temu niewinnemu źrebięciu… Nie-nie jestem żadnym o-oprawcą źrebiąt. Wystarczy że tu będzie, nawet nie blisko mnie, to dobrze o was świa-świadczy…
– Znamy się, przecież to Virrey – wtrąciła mała.
– Poznałaś go dzisiaj!
– Dajcie spokój, jestem dorosła. Chcę pomóc.
– A on tymczasem ci coś zrobi – zauważyłem: – Nigdy nie wolno ufać obcym.
– Nie jesteś dorosła, córeczko, jeszcze nie – powiedział Angus.
Virrey patrzył na nas wielkimi oczami.
– Nie jestem taki… – powiedział rozpaczliwie: – To-to nie tak…
Angus mnie szturchnął, przez cały czas nie spuszczałem z oka Virreya, założe się że mój wyraz pyska nie był zbyt przyjazny.
– Chcemy mu pomóc, a nie go wystraszyć na śmierć… – szepnął: – Jest młody, wiele wycierpiał. Wątpię by chciał ją skrzywdzić. Jednorożce w większości lubią maluchy, często się nimi zajmują i się z nimi bawią. Nie zrobił jej nic złego, Pedro.
– Dziwie się że jesteś tak spokojny gdy twoją córkę dotykał jakiś obcy ogier.
– Tylko się z nią przywitał, sama do niego pobiegła, nie przesadzajmy. A gdyby to była klacz, wtedy byłoby w porządku?
– Nie, nie byłoby, nie chodzi o płeć, tylko o to że jest kompletnie obcy, może się nad nim znęcano, ale my nadal go nie znamy. A może jest chory na coś zaraźliwego? To podejrzane że spoufala się z źrebakiem. Może chcieć ją wykorzystać, choćby jako zakładniczkę.
– Pilnuj małej – polecił mi Angus, po czym podszedł do obcego.
– Nie poszedłbym z wami gdyby nie to źrebię – wtrącił obcy: – A a tak mam ja-jakąś nadzieje że nie jesteście źli…
– Pozwolisz pomóc ci iść? – zaproponował Angus, tamten nawet jeszcze nie wstał. Może trochę przesadzam i faktycznie nie ma nawet siły skrzywdzić małej.
Pokręcił głową.
– Tata nigdy nikogo nie skrzywdził i jest zawsze miły. – powiedziała do Virreya mała. Na co on krótko skinął głową.
– Ale tylko ty, jemu nie ufam. – Wskazał na mnie pyskiem, Angus podparł go z boku.
– A ty gdzie? – Złapałem klaczkę za grzywę, zanim tam podeszła.
[Irutt]
Wbiegłam za Angusem do groty, której nie używaliśmy już dłuższy czas. Młody, obcy jednorożec leżał na lekko zakurzonym stosie liści. Jak tylko zobaczył mój cień, zastygł w bezruchu, źrenice znikły w jego brązowych z licznymi czerwonymi plamkami tęczówkach.
Był w wieku Mozzran, w wieku który miałby teraz mój syn. Zwolennicy Kettui nadal żyją, nie ważne ile zgładziła ich Arnee, musi być ich jeszcze więcej. Pozabijałabym ich co do jednego, widząc ile bólu mu sprawili, po tym wszystkim co nam zrobili, ciągle tylko przypominają mi jak bardzo ich nienawidzę.
– Nazywa się Virrey – powiedział Angus: – Rosita znalazła go przy granicy.
– Virrey, jestem Irutt. – Zetknęłam swój róg z jego, witając go w ten sposób, patrzył teraz na swoje własne, z ranami jak paski, nogi: – Nie ważne czy urodziłeś się czy stałeś jednorożcem. Pomożemy ci.
– I-irutt…? – wydusił Virrey.
– Tak? – zapytałam, próbując skoncentrować myśli na tym by mu pomóc, a nie na wrogach.
– C-co z… Mo-mo-moją magią?
– Pozwolisz mi zajrzeć do swoich wspomnień?
– Zro-zrobię w-wy-wy-wszystko…
– Nie jąkał się aż tak wcześniej – skomentował Pedro: – Jak dla mnie to Arnee powinna przejrzeć jego wspomnienia i sprawdzić czy nie ma w sobie zielonego kryształu. Chociaż w tym, mam nadzieje, można jej ufać.
– Powoli – powiedziałam.
– A-arnee? – Virrey wybałuszył oczy: – Z-za-za-zabije m-mnie… – Virrey szukał czegoś po omacku ogonem, nie spuszczając wzroku ze swoich nóg.
– Arnee to moja córka, nie jest już po ich stronie – powiedziałam.
– Nie nie nie mo-można je-jej u-ufać.
– Ja zajmę się badaniem jego wspomnień, kryształ też powinnam wyczuć. – Popatrzyłam na Pedro.
– Z tego co pamiętam to on mając róg, może przed tobą sporo ukryć. To może być szpieg, nie jesteś w ogóle podejrzliwa?
– Wątpię by udawał.
– Ja też – powiedział Angus: – Widziałem mnóstwo straumatyzowanych osób, od razu bym zauważył że udaje.
– Nie bądźcie tacy pewni.
Arnee sprawdzi go jak będzie spał, teraz nie chciałam im tego mówić, choćby szeptem, by nie stresować tym Virreya. Mógł, podejrzewał nas o złe zamiary.
– Gotowy? – zapytałam Virreya, przytaknął. Przyłożyłam znów do jego rogu swój róg, zacisnął oczy, powoli zamknęłam swoje. Linnir po cichu weszła do środka z garścią ziół i opatrunków, Kometa za nią przyniosła dość dużo wody. Dość szybko potem wyszła, Forsycja za nią wołała. Skupiłam się na zadaniu, przedzierając się przez jego niejasne wspomnienia, jakby przepełniała je gęsta mgła, przez którą nawet on nie dawał rady się przebić.
– Wszystko jest tak zamglone. – Uniosłam głowę, patrząc na Angusa, Pedro i Linnir, po czym przeniosłam wzrok na zaniepokojony pysk Virreya, zerknął na mnie: – To moja partnerka, Linnir – wskazałam mu na nią: – Linnir to Virrey.
Skinął jej na powitanie głową, odpowiedziała mu tym samym.
– Jak się czujesz? – spytała go.
– Dlaczego je-jesteście razem? – zapytał zmieszany i zaniepokojony zarazem: – Czy czy ty… by-byłaś kiedyś jednorożcem i skończyłaś jako koń?
– Nie. Jesteśmy razem, bo się kochamy.
– I tyle wystarczy, gatunek nie ma znaczenia – dodałam.
– A… A… co na to nasi… przo-przodkowie? Czy oni… jeszcze czu-czuwają nad nami?
– Nikogo nie krzywdzimy tym że jesteśmy razem.
– T-ta-ak powstały hybrydy, zło, które…
– Kettui spowodowała to zło, a ona była jednorożcem z urodzenia – przerwałam mu.
– Nie-niemożliwe…
– Nawet gdyby z takiego związku powstała hybryda nie znaczy to że byłaby zła – stwierdziła Linnir, patrzyłam na Virreya, więc nie widziała teraz mojego wyrazu pyska: – Zło nie wybiera gatunku.
Nadal marzyłam o naszym wspólnym źrebaku. Chciałabym by to było również jej marzenie.
– Ani płci – dodał Angus.
– Mówiłem ci… – zaczął Pedro.
– Nie chodzi o ciebie.
– Irutt? – Linnir musiała jednak zauważyć że coś jest nie tak.
Spojrzałam na nią, delikatnie się uśmiechając, jakbym chciała powiedzieć że wszystko jest w porządku, dodajac: – Opatrzyjmy go.
– Ale potem porozmawiamy?
– Myślałam tylko o poprzednim cyklu, wiem że równie dobrze mógłby to być każdy, nie tylko hybrydy. Gdyby ich nie gnębiono… To była wina wielu różnych osób. – Wtuliłam głowę w jej grzywę, objęła mnie czule.
Virrey przełknął ślinę.
– Może byśmy zajęli się jego ranami? – zaproponował Angus.
– Muszę zbadać go…
“Mamo, jest z tobą Linnir?” przekazała mi telepatycznie Mozzran, jej wewnętrzny głos zdradzał lęk, róg zaświecił mi na biało, dając znać reszcie dlaczego tak nagle zamilkłam.
– magią… – dokończyłam, mówiąc dalej do Linnir: – Mozzran cię potrzebuje.
Trąciła mnie czule w chrapy i wyszła dość pospiesznie. Patrzyłam za nią. Już zaczęłam tęsknić, liczyłam że zostanie tu ze mną na dłużej niż te parę chwil.
– Nie jesteś z nią szczęśliwa – stwierdził cicho Virrey.
– Jestem. – Zakręciłam ogon: – Po prostu nie mamy dla siebie zbyt wiele czasu. – Zmieniłam się w Beerha, porywając opatrunki z ziemi, wzięłam głębszy oddech, by nieco się uspokoić.
Virrey przełknął ślinę: – Prze-przepraszam…
– Może serio sami się nim zajmiemy – powiedział Pedro.
– Muszę zbadać go magią. Potem miałyśmy jeszcze zobaczyć do Noor.
– Mamusiu! Rei mi gdzieś uciekł. – Do środka wbiegła jeszcze Arnee, obawiałam się że Virrey wpadnie teraz w panikę, patrzył na nią w milczeniu wystraszonymi oczami: – Szukałam go, ale nigdzie go nie ma. Nie odpowiada na moją telepatię.
– Słuchaj, go to poszukam już sam – powiedział stanowczo Pedro.
– Ja ci pomogę – dodał Angus.
– Przepraszam was… – Popatrzyłam na nich.
– Nie, masz rację, powinnyście mieć czas też dla siebie. Do Noor mógłby zajrzeć ktoś inny, a co z nią właściwie jest?
– Nie, dzięki, to potrwa chwilę, tylko po to by się upewnić, miała niedawno znów omamy. Postrach z nią jest przez cały czas. Zaraz wytropię Reia. Wytrzymasz jeszcze chwilę? – zapytałam Virreya.
Pokiwał głową.
– Możesz sam przemyć rany. – Położyłam obok niego opatrunki, przysuwajac też wodę: – Chyba że nie czujesz się na siłach, zaraz wracam.
Wyszliśmy w trójkę, od razu zmieniłam się w wilka.
– Angus, może lepiej z nim zostań?
– Powodzenia – zawrócił do środka.
Stukałam tępymi pazurami o skalne podłoże w szybkim kłusie na zewnątrz: – Jestem zła, bo wczoraj nie udało nam się spędzić trochę czasu razem – zaczęłam podążać za starszym zapachem Reia, w nadziei że zaprowadzi mnie do nowszego tropu: – Ale dziś jak nic się więcej nie wydarzy to wkrótce to nadrobimy, nie powinnam wam zawracać głowy naszymi sprawami.
– Wam ciągle zawracamy swoimi, więc to raczej nie powinnaś się czuć winna z tego powodu – stwierdził Pedro.
[Pedro]
Znaleźliśmy Reia samego, nie odpowiedział na żadne z pytań, wrócił z nami nie odzywając się słowem. Najwyraźniej szwędał się tylko za granicami i rozmyślał, dobrze że nie narobił sobie ran, albo jeszcze bardziej się nie skrzywdził. Jakie to nieszczere Pedro, on mało kiedy cię obchodzi, przestań udawać i przyjmij do wiadomości że jesteś beznadziejnym ojcem, który nie kocha swojego syna. Nie ważne jak bardzo próbowałem się do tego zmusić.
– Rei, wszędzie cię szukałam, synku. – Nie-Rosita podbiegła do niego. Rei położył uszy, ale klaczka to zignorowała i nagle syn odepchnął ją od siebie, tak że się przewróciła.
– Rei! – krzyknąłem: – Rozumiem że ona też cię dręczy, ale to tylko źrebię i musisz być ostrożny. – Pomogłem wstać małej oglądając ją całą po kilka razy, zatrzymując dla siebie słowa groźby, którą chciałem wykrzyczeć synowi. Jakby mój umysł przez chwilę myślał że ta mała jest jednak Rositą.
Rei zwiesił głowę.
– Pedro… – zaczęła Irutt.
– Nie szkodzi – przerwała jej klaczka: – Ma tylko zły dzień. Poświęcałam mu ostatnio za mało czasu, prawda Rei?
– Nie jesteś mamą – powiedział chłodno Rei, na nikogo nie patrząc.
– Jestem.
– Jesteś obca.
– Gdzie twoi rodzice? – zapytałem klaczki.
– Nie przyszłam teraz do ciebie, Pedro, tylko do syna. – Położyła uszy.
Rei podszedł do czekającej na niego Arnee, widziałem jak odchodzą razem i patrzą na siebie jakby rozmawiali, a mogli właściwie rozmawiać za pomocą myśli.
– Rei, dokąd idziesz? – zawołała za nim klaczka.
– Wiele razy próbowaliśmy z nim rozmawiać, dopóki sam nie będzie chciał nie wysłucha też i ciebie – powiedziała Irutt, dotykając jej boku ogonem.
– Irutt, nie mieszaj jej w głowie, ona nie jest Rositą.
– Skąd możesz to wiedzieć?
– Wiesz co ostatnio zrobiła?
– To był tylko żart! – krzyknęła mała: – Jesteś niesprawiedliwy!
Rei nagle zawrócił, Arnee została na swoim miejscu.
– Przepraszam, mamo. – Rei schylił głowę do małej, szepcząc blisko jej ucha, wytężyłem słuch: – Nie potrafię zaakceptować kim teraz jesteś.
– Przyzwyczaisz się, zobaczysz.
Odsunął się gdy klaczka chciała go dotknąć.
– Nie chcę mieć z wami kontraktu. – Cofnął się jeszcze, unikając naszego wzroku.
– To nie jest Rosita. – Wbiłem wzrok nie w nikogo innego jak Arnee: – Przestaniesz nas zwodzić? Przyznaj że ci się nie udało.
– No ale się udało.
– Nieprawda!
– Tak naprawdę to Rosita nie jest źrebakiem, to tylko ciało, nie musisz się tym martwić, możecie być razem.
– Nie muszę się martwić? Mówisz tak jak twoja sadystyczna matka! – rzuciłem się w jej stronę.
– Pedro! – Irutt stanęła mi na drodzę, zderzyliśmy się ze sobą, nie zdążyłem się zatrzymać.
– Oddaj mi córkę, potworze! Uwięziłaś ją i bezczelnie korzystasz z jej mocy! Nigdy nie pozwoliłaby ci zrobić tego wszystkiego co już zrobiłaś!
– Wiesz że to nieprawda – wtrąciła Irutt: – To była decyzja Blakie.
Łzy w oczach Arnee tylko bardziej mnie jeszcze rozzłościły: – Przestań udawać kogoś kim nie jesteś!
Irutt przytuliła ją do siebie, Arnee zapłakała.
– Idź już – kazała mi Irutt, łzy zgromadziły się też w jej oczach.
– Masz rację, tak będzie najlepiej – powiedziałem już zmęczonym głosem.
– Wystarczy mi Arnee – powiedział Rei do klaczki, gdy już odchodziłem.
~*~
[-]
Noor była pewna że śniło się jej jak Postrach zmienia się w jej byłego partnera, był agresywny i próbował ją dokądś zabrać, więc uderzyła go i uciekła, a później Linnir z Irutt zaprowadziły ją do groty, a on cały czas był tu, tuż za nimi, czaił się gdzieś z tyłu i ją obserwował niczym zły duch z przeszłości.
Przebudziła się nagle, podrywając głowę. Postrach znalazł się od razu na nogach, wcześniej śpiąc spokojnie obok niej, teraz odskakując od niej. Dostrzegła jego rozbity nos, tam gdzie wczoraj kopnęła i zrozumiała że to jednak nie był sen, tylko kolejne halucynacje.
– Co ci się stało? – Noor podeszła do niego dość nagle, ale wyraźnie zmartwiona, a nie przerażona jak wczoraj, odetchnął, gdy polizała go po obolałych chrapach: – Wybacz mi, kochany.
– Nie mam czego, byłaś przekonana że on cię atakuje, rozumiem to.
Był trochę spięty, zwłaszcza gdy wtuliła się w jego grzywę, objął delikatnie jej zimną szyję. Nie było aż tak źle, bał się że będzie bał się jej gorzej, ale uczucie do niej było na tyle silne by to przezwyciężył. A nawet się martwił, Linnir i Irutt zostawili ich samych dopiero rano, gdy nabrał więcej pewności że sobie poradzi. Ani na chwilę nie chciał jej odstąpić.
– Sam się na to pisałem, czasami może być kiepsko, ale uwielbiam większość czasu z tobą. – Uśmiechnął się, spoglądając na nią, tak blisko niego jak żadna inna klacz.
– Przepraszam. – Jej spojrzenie powędrowało na niego, parę łez lśniło na jej dolnych powiekach.
– Nie szkodzi. Też bym zaatakował jakby nagle pojawił się mój oprawca, drugim razem będę ostrożniejszy i odsunę się kiedy będziesz krzyczała bym zostawił cię w spokoju.
~*~
[Ivette]
Wylądowałam nad obcym jeziorem, po jego drugiej stronie leżała pegazica, spasiona bardziej niż kiedykolwiek Ajiri, oddychała tak głośno że usłyszałabym to nawet z krańca pobliskiego lasu. Jakim cudem jeszcze żyje?
– Wybacz mi, Feniks… – wymamrotała: – Nie wiem czym zawiniłam, czym go uraziłam…
Parsknęłam. Uniosła głowę, oglądając się na mnie. Miała dwukolorowe oczy, nie widziałam kolorów, jedna z jej tęczówek była dla mnie jaśniejsza od drugiej, wyobraziłam sobie że są takie jak u Feniks. Jej wargi po lewej stronie były od krwi.
– Naprawdę myślisz że jakiegokolwiek feniksa obchodzi twój los? Mam was wszystkich gdzieś! – Na koniec ryknęłam, zmieniając się przy tym w kłykę, warczałam na nią, ale tylko patrzyła mi w oczy.
– Co tu jeszcze robisz? – syknęłam.
– Nie mam na razie siły wstać.
– Najwidoczniej za mało jesz – stwierdziłam z ironią.
Na co się uśmiechnęła, jakbym powiedziałam jej coś miłego.
– Nie musisz się o mnie martwić – jej ton zabrzmiał całkiem szczerze, bez cienia złośliwości.
– Martwić? To była ironią, kretynko! Nie widziałam jeszcze tak grubej osoby jak ty. Same fałdy tłuszczu, jak możesz patrzeć na swoje odbicie?
– Moje oczy kłamią, gdybym ich słuchała umarłabym z głodu.
– Poważnie? – Wylądowałam obok niej, schylając się nad nią. Odkryłam więcej ran na jej ciele, ale żadnej na głowie.
– Jem całkiem sporo, aż do oporu, ale moje ciało i tak nie chcę przybierać na masie.
– A co to niby jest? – Dotknęłam jej brzucha kopytem.
Skuliła się w sobie, na siłę utrzymując pogodny wyraz pyska: – Nie wiem co mówisz.
– Dokładnie wiesz co mówię!
– Simon by mnie nie okłamał…
Zabrałam od niej swoją nogę. Jej ciało nadal się spinało, a oczy się zaszkliły. Kolejny oddech przyszedł jej z jeszcze większym trudem. Co ona mnie w ogóle obchodzi? Co z tego że ma dwukolorowe oczy? To nie Feniks.
Poszłam już. Kątem oka widziałam jak dźwignęła się z ziemi, stawiając z wysiłkiem kilka kroków na tych uginających, znikających pod jej fałdami nogach. Potrzebowałam klaczy o którą mogłaby być zazdrosna Kometa, ale o to coś? Kometa nawet by w to nie uwierzyła. Obca sięgnęła po rosnącą tu trawę.
Głupie sumienie, gdy jest potrzebne to go nie ma, zacisnęłam szczęki. Porwałam ją ze sobą. Wydała z siebie okrzyk, pełen zaskoczenia. Uniosłam się z nią w pysku.
Była ciężka jakbym trzymała dwa spasione Ajiri. Ledwie udało mi się dolecieć z nią do domu, wylądowałam przy Forsycji, wypuszczając obcą. Szczęki mnie już bolały od dźwigania jej. Drżała cała, z szokiem wypisanym na pysku.
– Kto to? – spytała Forsycja.
– Twój posiłek, jak ten tłuszcz ją wykończy to na długo będziesz miała co jeść.
Obca się roześmiała, jakby to był żart, zanim Forsycja zdążyła to skomentować, dołączyła do niej, choć jej śmiech był udawany i zdradzał zdenerwowanie. Podniosła łapę bliżej dzioba.
– Nie wiedziałam że masz poczucie humoru – skomentowała, trącając mnie łapą, gdyby chciała mogłaby mnie nią zmiażdżyć.
– Dziękuje. – Obca zatrzymała wzrok na mnie.
Po chwili przybiegła już Linnir z Irutt i jeszcze Eepli, ukryta pod materiałem i Arnee wylądowała obok.
– Cześć! – koniecznie musząc się przywitać z nową, oparła na jej boku racice: – Jestem Arnee, a to…
– Forsycja, miło mi że się mnie nie boisz – powiedziała do niej Forsycja. Obca witała każdego uśmiechem.
– Moja kuzynka – dodała Arnee.
Poszłam już.
– Ale to był szalony lot – dołączyła do mnie Kometa: – Widziałam cię i… Jestem miło zaskoczona że dla odmiany kogoś uratowałaś… Bo uratowałaś?
– Daruj sobie.
– Dlaczego nie potrafisz się z tego cieszyć?
– Zdecydowałaś że będziemy się przyjaźnić? A wiesz co ja decyduję? Że nie chcę więcej cię widzieć. – Wycedziłam przez zaciśnięte zeby, idąc dalej, Kometa zatrzymała się po kilku krokach, a ja nawet na nią nie spojrzałam. To nie sprawi raczej że wrócimy do siebie, ale byłam na nią zbyt wściekła by na razie ją widywać.
~*~
Usłyszałam ciężkie kroki, już wiedząc kto to, mijał środek nocy, nie mogła lepiej spać? Źle się nią zaopiekowali? W co wątpię.
– Tak szybko uciekłaś że nie zdążyłam ci się przedstawić.
– Jakby mnie to obchodziło. – Prychnęłam, kładąc głowę na ziemi.
– Co się stało?
– A co cię to obchodzi? – Rzuciłam jej niechętne spojrzenie.
– Zabrałaś mnie stamtąd, choć nie miałam już nadziei, a nawet jeśli nie to, nie lubię gdy ktoś cierpi. – Położyła się tam gdzie stała, o dziwo trzymała dystans. Zwykle osoby jej pokroju mają gdzieś moją przestrzeń osobistą.
– Już lepiej mi powiedz to imię.
– Nazywam się San.
– A to zdrobnienie od?
– Po prostu San. – Uśmiechnęła się do mnie.
Odwróciłam od niej wzrok. Dalej posiedziałyśmy w ciszy, w końcu też zasnęłam, budząc się dopiero rano. Już jej nie było.
Poszłam coś zjeść. W praktyce nie musiałam już jeść, spałam tyle czasu, a nie straciłam wagi, ale czułam się gorzej gdy pomijałam posiłki, jakbym była czymś nienaturalnym, może feniksy takie są, trudno powiedzieć że są żywe skoro ich cała egzystencja polega na przemierzaniu kosmosu i pochłanianiu innych feniksów, gdyby przestały nagle to robić, przeżyłby i bez tego.
– Musisz się więcej ruszać, pomożemy ci – usłyszałam głos Linnir, dochodził z pobliskiej leśnej polany, niedaleko skrawka łąki na której jadłam.
– Chętnie, ale moje nogi nie wytrzymują zbyt wielu kroków – odpowiedziała pogodnie San.
– Niedaleko jest jezioro, mogłabym cię tam zabrać – dodała Irutt. Więc były tam w dwójkę, a ja nie miałam najmniejszej ochoty ich spotkać.
– Dziękuje, to miłe z waszej strony, ale kiedy ostatnio próbowałam pływać prawie utonęłam.
– Przytrzymam cię, pochorujesz się jak nie stracisz trochę wagi.
Oddaliłam się kawałek, na tyle by ich nie słyszeć, dostrzegłam Kometę ze swoimi rodzicami i małą imitacją Rosity. Schowałam się za drzewami nie mając najmniejszej ochoty na kolejne ”szczere” rozmowy.
~*~
Jeszcze parę razy widziałam San, która uparcie wracała nocą na polanę, nie chcąc spać w grocie i spędzała tam czas na leżeniu i wpatrywaniu się w jeden punkt przez wiele godzin, zamiast spać. Myślałam że będzie mnie nękała, ale nie przyszła więcej. Rano przychodzili zachęcać ją do ruchu, a ona po małych próbach wymigania się szła w końcu z nimi. Śledziłam ją chyba tylko z nudy. W dzień otaczało ją mnóstwo osób, ale nie widziałam by kiedykolwiek się z kimkolwiek spotykała z własnej inicjatywy.
Zakradłam się znów na jej polane, co było bezsensowne, obserwować jak nic nie robi, ale tej nocy nie przyszła. W kryjówce, której długo nie odwiedzałam też nawet nie poczułam jej zapachu, dopiero w lesie złapałam trop San. Chyba nie jest aż tak głupia by wróciła do swojego stada? Znowu marnuje na nią czas, a nie, przecież ja nie mam aktualnie czym się zajmować, oprócz śledzenia tej grubaski. Przeszła imponujący kawał drogi jak na swój stan. Zanim do niej doszłam już świtało. Wokół unosiły się intensywne zapachy wilków, na ziemi pozbawionej trawy zobaczyłam całkiem świeże odciski ich łap i niedojedzone jeszcze zwłoki jelenia, obok których właśnie ją znalazłam.
– Co ty tu robisz? – zapytałam.
Poderwała zaskoczona głowę, oglądając się na mnie i milcząc, zamiast próbować jakkolwiek się wytłumaczyć.
– Powiedz, po co cię uratowałam jak i tak próbujesz się zabić?! – krzyknęłam.
Dalej się nie odzywała, odwróciła głowę. Sprawiała wrażenie zamyślonej.
– Słuchasz mnie?!
– Tak…
– A może robisz mi na złość? Doskonale wiedziałaś że nie żartowałam kiedy mówiłam Forsycji że będzie mogła cię zjeść, prawda? I wcześniej, udawałaś głupią.
Podeszła do mnie, jak gdyby nic, z przyjemnym wyrazem pyska, jakby nic złego się nie działo: – Wracamy do domu?
– Teraz będziesz udawać że nic się nie stało?
Ruszyła już powrotną drogą.
– Nie wzbudzisz w tym we mnie poczucia winy! Zresztą nie mówiłam tego serio! – Doskoczyłam do niej, stając jej na drodzę: – Nie ignoruj mnie, nienawidzę tego.
– Nie przyszłam tu by cię martwić. Przykro mi że musiałaś to widzieć.
– Więc niby dlaczego chciałaś się zabić w akurat ten sposób?
Znowu milczała, patrząc w ziemię, tupnęłam kopytem.
– Przepraszam, Ivette, nie myślałam jasno.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
– Nie lubię rozmawiać o swoich problemach, wybacz. Nie musisz się martwić. – Popatrzyła mi w oczy: – Nie wiedziałam że komukolwiek zależy. Więcej ci tego nie zrobię, obiecuję.
– Nie wiedziałaś?! Przecież niemal wszyscy się tobą interesują!
– Tak, ale nie powinni czuć się winni, a ty niepotrzebnie obwiniałaś by siebie, choć nie masz z tym nic wspólnego, twój żart nie sprawił że tu przyszłam. – Jej nogi uginały się pod jej ciężarem, drżąc.
– Co? Dlaczego miałabym… Ja nie… Nie obchodzi mnie taka spasiona idiotka jak ty! To inni nie daliby mi żyć gdyby coś ci się stało, od razu obwinili by mnie.
Uśmiechnęła się, jakbym ją rozbawiła: – Dziękuje.
– Przestań!
Poszłyśmy dalej. Szła obok, ale trzymała nawet swoje skrzydła z dala ode mnie. Wydawały się małe przez tak potężny przyrost ciała jak jej.
– Nie jesteś tak irytująca jak myślałam że będziesz, choć naiwna. Ciągle cię obrażam, a ty udajesz że tego nie widzisz? – powiedziałam.
– Nie przejmuj się, niczym mnie nie obraziłaś.
– Nie przejmuje się – wycedziłam.
– Wybacz, Ivette, muszę zrobić sobie przerwę. – Położyła się, odsapnęła. Cała już się spociła z wysiłku.
– Jak mogłaś doprowadzić się do takiego stanu?
– Simon naprawdę w to wierzył… Nie chciał cię rozgniewać.
Zmrużyłam oczy. Pochyliła głowę.
– Wiesz kim jestem?
– Oczywiście, powiedziałaś mi, twoje oczy potrafią zmieniać kolor, a ciało kształt. Wybacz mi, byłam zbyt zachłanna, zbyt chciwa, by chcieć twojej łaski, zbyt śmiała by pragnąc twojej uwagi. Jestem tylko jego własnością…
– Simona?
– Tak… Przepraszam, powinnam się z tego cieszyć, powinnam zaakceptować swój los.
– Wcale nie powinnaś.
Spojrzała na mnie z łzami w oczach.
– Wszystko co mówił o mnie to kłamstwa. A ty dałaś się na to nabrać. Chętnie rozszarpałabym go za to.
– On za to nie mógł – powiedziała przejęta: – Proszę, nie karz go za to.
– Mówisz poważnie? Prawie cię zabił i niech zgadnę to on cię tam porzucił.
– Nie byłam mu do końca posłuszna…
– Naprawde sądzisz że to normalne?!
Zamilkła, drżąc na ciele. Po chwili pokręciła głową. Pewnie tylko dlatego że jestem feniksem, zgodzi się ze mną ze wszystkim.
– Nienawidzę tak słabych osób jak ty – dodałam.
– Przykro mi że cię zawiodłam…
– Przestań się tak zachowywać! – Szarpnęłam ją, zaraz puściłam, widząc ból i strach w jej dwukolorowych oczach. Osunęła się na ziemię.
– Wracamy i więcej nie próbuj się zabijać. – Poszłam przodem, a ona po chwili ruszyła za mną w milczeniu. Wypuściłam z chrap powietrze.
– Jeśli chcesz znać prawdę to żaden feniks nad wami nie czuwa. Nie słyszę waszych próśb, niczego. I nie obchodzi mnie to.
– Dlaczego już kolejny raz ratujesz mi życie? – zapytała, zbliżając się do mojego boku, tak by nie dotknąć mnie chodźby piórkiem: – Dlaczego denerwujesz się gdy słyszysz że ktoś mnie skrzywdził?
– Nie jestem taka jak sobie wyobrażasz.
Słuchała na mnie, nie mówiąc ani słowa, jakby spodziewała się że powiem więcej.
– Próbowałam zabić.
Pokiwała ze zrozumieniem głową.
– Próbowałam zabić feniksa, a potem obie w dwójkę pochłonełyśmy wiele osób, ale ona oczywiście wygrała.
Nie mogłam uwierzyć że nadal jest spokojna.
– To przeszłość, która cię dręczy, prawda? – zapytała współczującym tonem.
– Dręczy mnie wiele rzeczy. – Nie powinnam jej tego mówić, jeszcze pożałuje kiedy wykorzysta to przeciwko mnie: – Nie żałuje tych istnień, one mnie nie obchodzą, ale dla Komety było to traumatyczne, ona nie rozumie że próbowałam tylko wszystko naprawić, zacząć nowy cykl – wytłumaczyłam jej jeszcze o co chodzi z cyklami i przyznałam że to ja za to odpowiadałam, do niedawna: – Dlatego nienawidzę Blakie, tego drugiego feniksa, nie pozwala mi zacząć kolejnego cyklu, choć akurat teraz to i tak nie ma już sensu.
– Dlaczego zrezygnowałaś?
– Nie mogłam znieść tego że byłam kłyką, to był główny powód dla którego chciałam zacząć kolejny cykl, niedawno dopiero zyskałam możliwość powrotu do swojej postaci, nadal jestem kłyką, ale tylko wtedy kiedy tego chcę, mniej więcej, bo oczywiście nie panuje nad tym tak jakbym chciała. Jeśli jeszcze nie zrozumiałaś, to jestem potworem, który myśli tylko o sobie i nie potrafię się zmienić, choć pewnie gdybym się nie wycierpiała nie byłabym taka, ale inni potrafią tylko o wszystko mnie oskarżać, a Blakie, która zabiła może jeszcze więcej osób wybaczają i to ma być sprawiedliwe?
– Nie.
– Właśnie.
– Teraz nie jesteś tamtą sobą.
– Co?
– Każdego dnia jesteś kimś innym, bo zmieniamy się ciągle, na przykład nie jesteśmy już tymi źrebakami co kilka lat temu. Nie jesteś dzisiaj feniks, która zniszczyła pół świata, ona już nie istnieje, tak jak nie istnieje tamta przeszłość.
– Czyli jednak jesteś nienormalna. Pokazać ci zniszczenia? Gdyby przeszłości nie było, nie byłoby też śladów, geniuszu.
– Ale ty z dzisiaj, nie odpowiadasz za czyny ciebie z przeszłości. Nie możesz nic z tym zrobić, bo to się już wydarzyło. Istnieją ślady, masz rację, ale samo wydarzenie już nie. Tak jak znika rana, a zostaje jedynie blizna, później może nawet ona zniknąć.
– Czyli według twojego pokrętnego rozumowania mogę cię teraz zabić, a za kilka dni stwierdzić że to nie byłam ja?
– Tak.
– Nie mówisz poważnie.
– Może to nie jest prawda, choć myślę że w jakimś stopniu jest, lubię w to wierzyć, gdy inni wokół cały czas zawodzą tak łatwiej jest przetrwać.
– Co masz na myśli?
– To już przeszłość…
– Skoro ja ci się zwierzyłam to jesteś mi coś winna.
– Chciałabym o tym zapomnieć, a wspominanie mi w tym nie pomoże. Ivette, możesz odciąć się od siebie z przeszłości i nie przejmować się czynami tamtej, po prostu stać się taką jaką chcesz.
– Jasne, nie byłabym wtedy sobą.
– To nie jest tak że zawsze jesteś sobą? Którąś ze swoich wersji? Możesz być swoją najlepszą wersją siebie.
Teraz nie zdradzała żadnego śladu strachu, patrzyła na mnie ciepło, prawie tak jak kiedyś Kometa. Albo, co bardziej trafniejsze, jak Feniks, moja starsza siostra, jednego z cykli.
– Dlaczego w nocy siedzisz i wpatrujesz się w jeden punkt? – Ruszyłyśmy dalej. Jeśli oskarży mnie o śledzenie jej powiem że to nie moja wina tylko przeszłej ja, przecież w końcu w to wierzy.
Odwróciła ode mnie wzrok, o dziwo odpowiadając: – Śpię wtedy.
– Z otwartymi oczami?
– Tak musi być, nie widze siebie kiedy śpię.
– Akurat.
– Tak.
– Mówię że ci nie wierzę!
– Nie wiem, zasypiam z zamkniętymi.
– Proszę cię, śpisz z otwartymi oczami i uniesioną głową? Kogo próbujesz oszukać?
– Nie pamiętam tego.
– Już zapomniałam, przecież dzisiejsza ty tego nie robiła, tylko próbowała się zabić!
– To prawda, ale przeszła ja spała o tej porze.
– Obserwuje cię od kilku dni.
– Naprawdę nie wiem. Nie słyszysz moich myśli?
– Jakbyś tego nie zauważyła, oczywiście że nie! Straciłam dawno temu tą umiejętność. Tylko nie próbuj mnie okłamywać.
– Zawsze budzę się na leśnej polanie, choć zasypiam w środku i nie pamiętam dlaczego, ale w domu też budziłam się w różnych miejscach. Nic nigdy mi się nie stało, więc nie musisz się martwić.
– Gdybyś wiedziała że nie czytam w myślach to pewnie byś mi wmówiła że lunatykowałaś, dlatego znalazłaś się na terenie wilków, prawda?
– Trudno powiedzieć. Ivette, czy mogę mówić ci po imieniu? – Popatrzyła mi w oczy: – Nie chciałabym cię tym rozgniewać. Jesteś do nas, zwykłych śmiertelników, bardzo podobna i przychodzi mi to tak naturalnie…
– Szybko o to pytasz.
– Kometa powiedziała mi że tak wolisz.
– Możesz tak do mnie mówić, skoro już zaczęłaś. Zresztą jak inaczej chciałaś mnie nazywać? Feniks? To już tytułowanie miałoby więcej sensu.
– Życzysz sobie bym cię tytułowała?
– Nie.
– Dziękuję, za twoją wyrozumiałość. I przepraszam za reakcje mojego ciała.
– Co ty do mnie mówisz? – Chwilami była tak dziwna że aż trudno w to uwierzyć.
– Moje ciało nie zawsze reaguje tak jakbym tego chciała.
– Może dlatego że on się nad tobą znęcał?
– Miał takie prawo i ty możesz ze mną zrobić co chcesz.
– On… Zresztą, niech inni ci to tłumaczą, pospieszmy się.
– Wiem jednak że mnie nie skrzywdzisz – dodała.
– Przecież już to zrobiłam.
– Okazując mi troskę? Dopóki jesteś obok nic mnie nie martwi. To zaszczyt zaprzyjaźnić się z samą feniks.
– W którym momencie?
Spojrzała na mnie z niepokojem: – Powiedziałaś bym zaufała swoim zmysłom, więc to zrobiłam…
– Chodź.
⬅ Poprzedni rozdział