piątek, 10 lipca 2026

|| Pomieszanie ||

[Kometa]


Ivette! Jak mnie znalazłaś? Tak po prostu wpuścili cię do środka? Chyba ich nie… Nie, nie chcę o tym myśleć. Musimy wrócić do domu. Ach! Wbiła kły w mój brzuch! Zwinęłam się z bólu. Co ty robisz?! To ja! Wystarczy że wyjmiesz mi to z pyska… Zaczęłam się szamotać, ona… Ona jadła mnie na żywca. Jęczałam, dławiąc się materiałem w pysku i własną krwią.


~*~


[Forsycja]


Moje rany zagoiły się po kilku tygodniach i po wielu ziołach na ból i uspokojenie. Tym razem mama sobie tego nie uroiła, faktycznie ktoś jej coś podawał. Była głucha na moje krzyki, nie czuła bólu i uderzała mnie na oślep, często trafiając w ziemię.

Od tej chwili opiekunowie pilnowali mnie jeszcze bardziej. A inne źrebaki dowiedziały się kim jest moja mama i zaczęły wyzywać od morderczyni, tylko dlatego że moja mama zabiła ich kolegów. Ignorowałam ich, a opiekunowie karcili za takie zachowanie, tłumacząc im i tak naprawdę oczerniając mamę że to wszystko wyłącznie jej wina. 

Ciocia miała rację że mama ma teraz tylko mnie.

– Chodźcie wszyscy – zawołała Czapla, leżałam przy krawędzi, nie zamierzając podchodzić, inne pegaziątka już ją otoczyły, przyleciała z kolejnym maluchem, siwym jak ona.

– Kto to? 

– On też stracił rodziców?

– Ale się boi.

Maluch chował się za jej nogą.

– To Puch, mój synek.

– Naprawdę?

– Ale on mały.

– Jest wcześniakiem – powiedziała Czapla.

– Nie bój się Puch, pobawimy się.

– Chodź. będzie fajnie. Pokażemy ci mnóstwo nowych gier.

– Mgła, chcę byś miała na niego oko, muszę coś załatwić, Obłok niedługo do was przyleci.

Mgła była już roczną pegazicą, bez perspektyw na adopcje, była wyjątkowo szpetna, a wszyscy chcieli zdrowe i ładne źrebaki, i jak najmłodsze. Czapla i Obłok szkolili ją na nową opiekunkę, bo chciała z nimi zostać i pomagać im przy tych nicponiach.

Nie myśląc wiele rzuciłam się na Pucha, jak tylko Czapla wzbiła się w powietrze i zostawiła go samego na te parę chwil. Złapałam go za grzywkę, przyciskając do siebie skrzydłami. Krzyknął.

– Forsycja, puść go – kazała Czapla.

– Chcę zobaczyć mamę! Albo złamię mu kark! – Nie ważne że nie wiem jeszcze jak to zrobić, nauczę się na nim.

– Nie zrobisz tego. – Unosiła się nad nami, wyjątkowo spokojna.

– Chcesz się przekonać?

– Dobrze cię znam, obie wiemy że nie potrafisz nikogo skrzywdzić. – Wylądowała przede mną, kładąc na mnie opiekuńczo skrzydło: – Poza tym zawdzięczasz mi życie, nadal karmie cię mlekiem. – Dałam sobie zabrać Pucha. Za bardzo nawet nie protestując. Reszta krzywo na mnie patrzyła, ale przy Czapli nie odważyli się powiedzieć na mnie złego słowa.

– Już dobrze, synku. – Utuliła go, płakał przeze mnie, ale nic raczej nie powinno go boleć… Zbiegłam w dół klifu, rozłożyłam skrzydła szybując spory kawał.

– Forsycja! – Mgła poleciała za mną. Złapała mnie w połowie drogi, walczyłam z nią, co było niesprawiedliwe, bo była większa i silniejsza ode mnie. Po zaledwie paru sekundach sprowadziła mnie na ziemię. 

– Ty byś pozwoliła zabić swoją mamę? – Odpychałam ją skrzydłami od siebie.

– Nie…

– To puść mnie!

Puściła. Pobiegłam dalej, wiedząc dokładnie do której groty wlatuje codziennie Obłok, albo Brylant. I o której porze. Obserwowałam ich z klifu na którym mnie tu więziono z sierotami.

Wbiegłam, do skrępowanej, jęczącej, z zwężonymi źrenicami i obłąkanymi oczami mamy. Nigdy nie wyglądała jeszcze aż tak źle. Jakby regularnie ją truli, sierść jej wypadała, pióra, i jej grzywa nie była już aż tak bujna jak wcześniej. Wiła się, rzucała, ledwo wytrzymywały to liany trzymające jej nogi i skrzydła, krzyczała przez materiał wepchnięty i przywiązany jej do pyska. 

Zdjęłam najpierw knebel.

– Ivette… – Nawet nie patrzyła na mnie, tylko na ścianę za mną.

– Kto? – spytałam.

– Nie! Ivette! Nie! To ja! Nie, nie rób…! To boli! – Zaczęła się znów szamotać: – Zabij mnie chociaż!

Co to za dziwne imię? To jedna z jej wielbicielek? Ciocia by wiedziała, ja większości nawet nie znałam. Do środka wszedł Obłok, nie powinno go tu jeszcze być. Przyszedł po mnie. Mama krzyczała tak rozpaczliwie, jakby obdzierano ją ze skóry. Założył jej z powrotem knebel.

– Co jej podajecie? – Odskoczyłam od niego: – A źrebak?

– Chodź, wracamy. – Wyciągnął po mnie skrzydło, znów od niego odskoczyłam.

– Nie! – Przetarłam łzy.

– Gdyby ktoś jej coś podawał to zapasy Szept zostałyby naruszone, chcesz to… 

Racja. Wybiegłam na zewnątrz, szybując do zapasów cioci. Nic nie wyglądało na naruszone, ale gdy zaczęłam zaglądać do pojemników, tych co były jeszcze pełne, to odkryłam że z każdego ubyło cieczy. Ktoś wylądował niedaleko groty, schowałam się we wnęce między półkami ze skał. Brylant. Obłok posłał go za mną? Dlaczego akurat go? 

Zaczął wlewać wszystkiego po trochu, do przyniesionego ze sobą pojemnika. Podaje to wszystko mamie? To ją zabije! 

Odchrząknął: – Widziałem jak tu wchodziłaś.

– Zabijesz mnie teraz? – Wyszłam do niego: – Tato. – Mamy taką samą maść, żaden inny mieszkający tu pegaz takiej nie ma, to oczywiste że nim jest.

Przycisnął mnie do ściany, próbował mi to wlać do pyska, zacisnęłam wargi. Szykował to dla mnie? Obłok z nim współpracuje? Trzymał w swoich zębach, metalowy, płaski kij. Zranił mnie w wargi siłą otwierając pysk, wepchnął kij do środka, między moje szczęki. 

– Zostaw ją! – Obłok wylądował w wejściu.

Uderzyłam Brylanta skrzydłem z całej siły w głowę, jak tylko obejrzał się na Obłoka. Przycisnął mnie mocniej do ściany, parskając wściekle.

– O co chodzi? – zapytał.

– Jeszcze się głupio pytasz? Puść ją! – krzyknął Obłok.

Osunęłam się na ziemię, gdy mnie puścił, może jednak nie współpracuje z Obłokiem, on za bardzo przejmuje się źrebakami. Nawet mną, choć nigdy szczególnie za sobą nie przepadaliśmy. Wypchnęłam sobie z pyska, skrzydłem, pobrudzony krwią metalowy kij. Nie czułam jeszcze bólu, ale okropnie się trzęsłam.

– Cię też skrzywdziła. 

– To źrebię! Nie ważne jak bardzo mądre, to nadal tylko źrebię! Nie mieszaj jej w to.

– A twoja córeczka? Echo ją zabiła.

– Już zniszczyłeś jej opinie tak jak chciałeś, musisz jeszcze niszczyć jej mózg? Kto jest gorszym potworem? Ona się tylko z ciebie naśmiewała, tak bardzo cię boli twoje malutkie ego?

Brylant rzucił się na niego, obaj spadli. Wybiegłam, kołowali w powietrzu, wymieniając ciosy. Po chwili przyleciało więcej pegazów, to był koniec Brylanta, imię mamy zostanie oczyszczone, a on ukarany. Już go złapali. Obłok wylądował na dole, doprowadzając swoje pióra i grzywę do porządku. 

– Forsycja, wracamy, kochanie. – Czapla po mnie przyleciała, obejmując skrzydłem. W dole krzyknęła jakaś pegazica, zszokowane spojrzenia padły na martwego już Brylanta. W jego szyi tkwił wbity pręt. Czapla zakryła mi oczy. 

Później dowiedziałam się że sam się zabił, chcąc uniknąć kary. I wyznania prawdy, a mi nikt nie wierzył w to że truł mamę. Obłok mówił innym tylko o tym że Brylant mnie zaatakował, bo przyłapałam go na kradzieży.


~*~


– Kłamca. – Stałam przy krawędzi, Obłok wiedział że nie skoczę, a jakbym mimo wszystko się odważyła, to mógłby mnie bardzo łatwo złapać. Miał zdolne do lotu skrzydła.

– To Echo powinna się tobą opiekować nie na odwrót, a jeśli ona nie może to ktoś inny, powinnaś się teraz bawić z innymi źrebakami, uczyć się nowy rzeczy, mieć beztroskie, pełne miłości życie. Marze o tym że znajdziemy ci rodzinę z prawdziwego zdarzenia. A muszę oglądać jak twoja matka ciągnie cię na samo dno, jak marnujesz swoją inteligencje na nią, jak ledwie śpisz i prawie nic nie jeść, a przecież jeszcze rośniesz, rzadko trafia się tak mądre źrebię. 

– Ale to moja decyzja! – krzyknęłam, zwrócona do niego tyłem, łzy lały się po moich policzkach: – Ja wszystko wiem! Nie muszę się niczego uczyć! Obiecałam cioci dbać o mamę, dlaczego nie wolno mi tego robić?! Powinniście mi w tym pomóc, a nie od niej oddzielać! Nie chcę innych rodziców… Nie obchodzimy was wcale! Nigdy nie zadaliście sobie trudu zapytać czego naprawdę potrzebuje, bo wiecie lepiej, jak wszyscy dorośli. 

– Nie rozumiesz że Echo cię nigdy nie kochała? 

Najważniejsze że ja kocham mamę, ona też z czasem mnie pokocha, na razie tego nie potrafi. Chociaż ostatnio gdy pomieszało jej się w głowie była dla mnie miła. Tym bardziej nie mogę jej stracić.

– Sama sobie zniszczyła życie i nie chciała żadnych zmian. Byłaś wpadką, zresztą niechcianą, Szept uczyniła cię dla niej użyteczną, ale wiesz co? Jak tylko się urodziłaś Echo przyniosła cię do nas, powiedziała “zajmijcie się nią, bo ja jej nie chcę”, tego samego dnia przyszła po ciebie Szept.

– Kłamca! Miałeś powiedzieć jak było! Mama jest niewinna! – Natarłam na niego bijąc skrzydłami, odepchnął mnie od siebie. Założe się że nawet tego nie poczuł, bo ja nie potrafiłam go uderzyć tak by go bolało, nie chciałam by go bolało.

– Czy była kiedykolwiek chociaż ci wdzięczna? Powiedziała chociaż raz “dziękuje”? Bo o okazaniu ci jakiejkolwiek miłości nawet nie marze.

– Ona jest niewinna! Naprawdę pozwolisz by ją zabili?

– To zależy jak dobrze będzie walczyć.

Uderzyłam go w pysk, kopnęłam go w nogę, swoimi tylnymi nogami, śmiesznie słabo, wciąż nie potrafiąc zadać mu bólu, ciekawe czy o tym wiedział, czy myślał że jestem słabsza niż jestem naprawdę? Przytulił mnie na siłę do siebie skrzydłami: – Nie chcę stracić też ciebie. Wystarczy że Echo zabrała mi najpierw Szept, a potem córkę. 

– Puszczaj! – Nie mogłam nic zrobić, to on był tu tym silniejszym. Nienawidzę być ciągle za słaba by coś zrobić. Nawet gdybym uderzyła go z całej swojej siły, to wciąż byłby silniejszy.


~*~


[Kometa]


Byłam… W jaskini i to w jednym kawałku, choć skrępowana. Wokół zgromadziły się pegazy.

– Echo, straciłaś źrebaka, wiesz co to oznacza? – odezwał się kary. Pokręciłam głową z łzami w oczach, już przynieśli hełm. 

Zdjęli mi go dopiero jak zaprowadzili mnie do wąwozu.

– Ostatnie słowa? – spytał kary. Obłok nie przyleciał. Nie widziałam nigdzie też Forsycji, pewnie jej zabronili.

– Brylant podał mi coś przez co miałam…

– Zamknij się!

– Sam pytałeś! Jestem niewinna! – krzyknęłam na niego kładąc uszy.

– Zachowaj swoją agresję na później.

Kłyka już czekała na drugim końcu zamkniętego wąwozu, cała pogryziona, z zmierzwioną krwią sierścią, warczała cicho. Czy ona się trzęsie? Nie, to tylko ja.

– To nazywasz…? Ach! – Ściągnęli mnie w dół, przytrzymując w piasku. Prychnęłam, gdy posypał mi się w chrapy. Szarpnęli łańcuch przytwierdzony do mojej szyi, chyba go sprawdzali. Jeden z pegazów przyniósł coś w pojemniku, widziałam kątem oka jak zanurzał w tym cierń pusty w środku, który oblepiła i wypełniła gęsta szara ciecz.

– Gdzie? – zapytała pegazica, dzierżąca cierń w pysku.

– W głowę.

Zacisnęłam oczy, wszystko minie, jak te koszmary na jawie co czułam nawet ból, jakby działy się naprawdę… A może to kolejne halucynacje? Jeśli nie to, to muszę mieć nadzieje że urodzę się znowu, a przynajmniej że będę żyła znowu.

– Forsycja! – krzyknął Obłok.

Ktoś… Mała wleciała między moją głowę, a cierń, trafiła w niego skrzydłem, drugim mnie zasłoniła, a potem położyła się na mojej głowie, tak osłaniając sobą. Zapadła kompletna cisza. Straciłam przytomność? Nie… Słyszałam ich oddechy. Oni milczeli, jakby stało się coś złego. Coś z małą?

Obłok zabrał ją ode mnie.

– Wbił ci się w skrzydło… – wydusił. Zobaczyłam cierń wśród ciemnobrązowy piór Forsycji, w prawym skrzydle.

– Powiedz prawdę – naciskała: – Musisz, to moje ostatnie życzenie.

– Przygotujcie drugi… – zaczął kary.

– Czekaj Cień – przerwał mu Obłok: – Echo została zmuszona do zabicia tych źrebiąt. Brylant mścił się o to że go poniżała, podał jej to co podajemy bestią… Wtedy rzeczywiście miała halucynacje, domyśliłem się wszystkiego po tym gdy wydało się że podawał jej tą samą substancje kiedy zamknęliśmy ją w jaskini. 

– Nic o tym nie wiem.

– Milczałem, bo chciałam uwolnić od niej Forsycje… Też chciałem zemsty…

Czapla wylądowała przy zasypiającej w objęciach Obłoka Forsycji. 

– Kochanie, tak bardzo kochałaś swoją mamę? – Zabrała ją od niego. 

– Załóżcie jej łańcuch, a tą uwolnijcie. – Cień posłał mi niechętnie spojrzenie. Nie zamierzali pomóc mi wstać, tylko zdjęli mi z szyi metal i to niezbyt delikatnie.

– Jak to łańcuch?! Ona nie… – Wstałam szybko, otrzepując się z piasku: – Nie umiera? Wy… – Przyjrzałam się tamtej kłyce, ona miała łapy podobne do naszych, przecież… To niemożliwe, prawda? Kłyki zawsze były do nas podobne, ale…

Czapla zostawiła małą, dostrzegłam w jej oczach łzy, zanim odwróciła się i odleciała. Szyja Forsycji się wydłużała, zwijała się z bólu, kaszląc, wypluwała zęby, pierwszy kieł już wystawał jej idealnie na środku warg. 

– Zróbcie coś! – krzyknęłam.

Mała ledwie uchyliła powieki, ciężko oddychała, jakby miała gorączkę, skuliła się, przyciskając pysk do przednich nóg.

– Nie ma na to lekarstwa – powiedział Obłok: – Już za późno.

Odciągneli mnie od niej, założyli jej na szyje, skrzydła i nogi łańcuch i zaczęli ją ciągnąć po piasku.

– Nie róbcie jej krzywdy! 

– Nie będziemy wystawiać jej do walk na arenie, ale faktem jest że zmienia się w bestie, a ich jedynym celem jest zabijanie – powiedział do mnie Cień: – Przykro mi że ci nie wierzyliśmy, ale to też twoja wina, wygadywałaś mnóstwo bzdur. Masz zakaz picia szaleńców, jeśli cię przyłapiemy, domyślasz się że to nie obejdzie się bez konsekwencji?

– Nie wolno ci też występować – dodał inny pegaz: – Mam nadzieje że to do ciebie dociera.

– Moja córka…

– Wracamy na górę! – ogłosił Cień: – Echo.

– Nie zostawię jej!

– Twojej córki już nie ma.

Otoczyli mnie, znowu złapali. Jak miałam się wyrwać tylu pegazom na raz, jak uciekać?

– Nieprawda! Ja wiem że kłyki też są świadome! Puśćcie mnie! Forsycja! 


~*~


– Kłyki też są świadome, znałam co najmniej dwie… – mówiłam do Obłoka, przycięli mu lotki i dostał zakaz zbliżania się do źrebiąt, które chyba były dla niego ważne, może były nawet całym jego światem, leżał w grocie pijąc coś, coś niedozwolonego, przynajmniej teraz dla mnie. Wolałam tam nie wchodzić, zostać, trudno by powiedzieć że bezpieczna w tym miejscu, bądź razie stałam w progu.

– Jeśli ci to pomaga, to wierz w to – odpowiedział Obłok.

– Jak mogliście w ogóle wpaść na taki pomysł?!

– Twoja siostra robiła eksperymenty na mordercach i sadystach, ciebie nie było jeszcze na świecie, z tego też zasłynęła. Wymyśliła mnóstwo substancji. które nazywała żartobliwie szaleńcami, a nazwa się przyjęła, leków, a nawet eliksir, którego mieli użyć dziś na tobie. Pierwszy był zrobiony z płynu z kości zamieszkujących niegdyś tą wyspę bestii, które aktywnie na nas polowały i pomarańczowych kamieni, które czasem udało się znaleźć pod ziemią, wraz z innymi kolorowymi kamieniami. Kolejne są już z kości naszych skazańców. Szept nie zdążyła odkryć co mogłoby powstać z innych kamieni, bo wtedy urodziłaś się ty. Przez ciebie nie miała na to czasu, ani dla mnie, ani dla własnej córki, a potem umarła. 

– Jak umarła?

– Też chciałbym nic nie pamiętać – skomentował: – Z wyczerpania. Zasnęła i więcej się nie obudziła… Także gratulacje Echo, za zniszczenie sobie i mi całej rodziny. 

– Przecież to nie moja wina… 

– Szept cię prosiła byś przestała bawić się w łamanie serc, a ty to zignorowałaś. Gdybyś nie narobiła sobie wrogów, nie znalazłby się ktoś taki jak Brylant i nie doszłoby do zabicia źrebiąt. Znałem je wszystkie, niektóre leczyłem i pomagałem ich rodzicom. – Popił spory łyk płynu.

– Przecież to nie ja, a… A poza tym, Forsycja żyje, musi być jej teraz koszmarnie ciężko, ale… Ona ma świadomość, jestem pewna, zmieniliście ją w kłykę, ale to nie znaczy że jej nie ma. One myślą jak my, potrafią mówić, nie byłyby właściwie bestiami gdyby jednorożce…

– Nie chcę słuchać twoich urojeń, wyjdź, wiesz co chciałaś, a teraz zostaw mnie samego.

– To robisz dokładnie to co Echo.

– Powiedziałem wyjdź! – Podniósł się i gdy ruszył w moją stronę, to jednak zbiegłam w dół klifu. Pegazy patrzyły na mnie krzywo, tych których mijałam, jedni w ogóle nie patrzyli. Trochę się nawędrowałam, zanim znalazłam wąwóz, nie było w nim już żadnej kłyki, ale zauważyłam wejścia w ścianach. Nabrałam powietrza do płuc, wstrzymując oddech i… Pamiętam. Pamiętam gdzie Echo chowała klucze do kłyk, do jej kłyk, to okropne, ale hodowała tu kłyki i to pewnie jeszcze z przemienionych w kłyki, teraz pamiętam jak wraz z Szept podawałyśmy im coś przez co rosły większe i bardziej agresywne, nieustępliwe. Moje kłyki wygrywały na arenie. Trzepnęłam łbem. Jej, jej kłyki, kłyki Echo. 

Ale tak, muszę mieć klucze by uwolnić Forsycje z łańcuchów. 

To było w grocie Szept, w jednym z pojemników, wylałam kilka szaleńców, o, już znalazłam klucze, wysypały się z jednego z pojemników, ale… Lepiej wyleje to wszystko.

– Echo? – do środka zajrzał gniady pegaz, ukryłam klucze pod skrzydłem.

– Upewniam się że nic nie wypije, jak to się zniszczy to… Robię przysługę właściwie dla wszystkich.

– Ja nic nie widziałem, w ogóle mnie tu nie było. Jak dasz się przyłapać to czeka cię kara, więc na twoim miejscu bym to już zostawił, te zapasy nie należą już do ciebie. 

– O, to miłe z twojej strony, dzięki.

Odleciał. A ja zeszłam w pośpiechu na dół, zanim ktoś jeszcze zauważy że tu… Ał! Coś wbiło mi się w łopatki, przerośnięte ptasie pazury… Złapało mnie, obejmując mój pysk, teraz mojego krzyku już nikt nie usłyszy, o ile w ogóle by na niego zareagowali… Uniosło się ze mną. Miało dziób i chrapy… Oddychało przez nie, widziałam jak się poruszały. Ta brudnokasztanowata maść.

– For-Forsycja? 

To zdecydowanie nie jest kłyka. Ten pomruk chyba oznaczał “tak”. Skinięcie głową już na pewno. Nawet nie zaczęłam jej szukać, klucze mi pospadały, otworzyła dziób, a pod jej całkiem normalnym językiem chował się klucz… To znaczy… Wiedziała że… Te stworzenia, raczej nie kłyki są też świadome? Ukryła go w pysku jeszcze przed przemianą? Zaplanowała to od początku do końca? Ona… Się poświęciła. Znowu, dla… Dla Echo. Tylko po co zabrała odpięty łańcuch ze sobą? 


~*~


Lot Forsycji się zniżał, a woda nadal nie miała widocznego nigdzie końca. Machnęła mocniej błoniastymi skrzydłami do połowy opierzonymi.

– Doba mam…

Czy ona…? Tak od razu mówi? Choć brzmiała jakby miała pysk pełen jedzenia, to pewnie przez ten klucz. 

– Ląduje.

Rozpostarłam skrzydła, puściła mnie we wodę, zanurzając się obok mnie, też z rozpostartymi skrzydłami, dzięki nim unosiłyśmy się na wodzie. Lodowatej wodzie, bił od niej zapach soli, więc nie nadawała się nawet do picia. Forsycja podrzuciła mnie pyskiem, próbowała posadzić mnie na swój grzbiet.

– A ty? Ty też zmarzniesz. – Weszłam na nią, niezbyt pewna czy powinnam, jest nadal źrebakiem, teraz większym niż ja i o wiele silniejszym, ale źrebakiem: – Po co ci ten łańcuch?

– Już nie udawaj że się o mnie martwisz. Dam radę.

– Tak bardzo mi przykro… Nie musiałaś…

– Przestań mamo, cieszę się że to zrobiłam, teraz jestem wystarczająco silna by się tobą zajmować.

– No… Tak, ale… Wciąż jesteś źrebakiem.

– Dojrzałym źrebakiem. Jakoś wcześniej ci to nie przeszkadzało. – Obejrzała swoje przednie łapy, długie szponiaste palce, jak u ptaków. Ten błysk w jej oczach. I kącik jej warg – tam gdzie dziób się kończył, tam zaczynały się one – się uniósł. Chyba faktycznie była zachwycona nową sobą… To dość niespodziewane. Forsycja ziewnęła, mogłam zobaczyć jej podniebienie i wciąż schowany w dziobie klucz, miała wystarczająco długą szyję by położyć swoją głowę pomiędzy rozpostarte skrzydła. 

– Co to za… Kim teraz jesteś?

– Eksperymentem.

– Jakim eksperymentem?

– Pamiętasz jak ciocia eksperymentowała z eliksirami? Udało jej się stworzyć nową bestie. I oto jestem.

– Nie bardzo pamiętam, właściwie to nic o tym nie pamiętam…

– Te kolorowe kamienie ukryte na naszej wyspie to dary Feniks, ciocia robiła z nich i kości kłyk eliksiry i je łączyła z eliksirami z kości gryfów i tak po wielu próbach powstała hybryda kłyki i gryfa, którą teraz jestem. Kłykogryf? Wstrzykujemy te eliksiry skazańcom, teraz niestety już tylko dla rozrywki. 

– Ale nie potraficie tego odwrócić?

– Prawdopodobnie nie. Mam kilka miesięcy, a ciocia eksperymentowała przez lata, niewiele zdążyła mnie nauczyć, powiedziała że pierwsze kłykogryfy, nie nazywała ich tak, to tylko ja, mówiła na nie eksperymenty, albo obiekty, były nieudane, na tyle zdeformowane że umierały w ciągu kilku minut albo samemu trzeba było je zabić by się nie męczyły. Miałam kontynuować jej eksperymenty. 

– Tylko… W jakim celu je robiła?

– Była po prostu ciekawa co się stanie. Gdybyś mogła nie chciałabyś stworzyć nowego gatunku?

– Raczej nie gdyby to wiązało się z cierpieniem innych.

– Nie chciałoby ci się, tak jak wtedy gdy ciocia próbowała cię uczyć, ale nie wmawiaj mi że rusza cię cierpienie skazańców, oni mają cierpieć.

– A jak też są niewinni?

– Nie zastanawiałaś się nad tym gdy chciałaś od cioci coraz lepsze bestie do walki na arenie.

– I reszta na to pozwalała?

– Większość koloni nie wiedziała, tylko najważniejsi z nas, nasza rodzina też kiedyś była na szczycie, byliśmy gwiazdami, nad sobą mieliśmy tylko nieba. – Patrzyła na mnie sennie, ziewnęła, szeroko otwierając dziób.

– Nieba?

– Ważniejsze rangą pegazy.

– A to nie gwiazdy powinny być ważniejsze?

– Przecież gdyby nie nocne niebo nie miałby gdzie świecić.

– Wiesz coś mi mówi że gwiazdy nie są tak naprawdę na niebie tylko jakby dalej… Nie potrafię tego wyjaśnić… Ale nie potrzebują nieba. To my go raczej potrzebujemy…

– Nie zawracaj sobie tym głowy, śpij, mamo.

Chyba póki woda jest spokojna możemy tak spać, małe fale troszkę nami jednak kołysały, a wiatr, choć lekki powodował na moim grzbiecie dreszcze. Po pobycie w tamtej jaskini nie zostało mi zbyt wiele sierści. 


~*~


Lecimy? Już prawie południe. Ile spałam? Szkoda że nie udało mi się spotkać we śnie z… Z… Muszę sobie przypomnieć. Czy to możliwe by Echo nadal była w ciele? Albo to jej umysł próbuje zdominować moją duszę…  Arnee musi to zatrzymać, nie chcę stać się Echo.

– Woda, jakby nie miała końca, a my, nie mamy nic, naprawdę nie mamy nic, ani co pić, ani jeść… Ile tak wytrzymamy?

– Ehh! Dobra, wracamy na wyspę. – Forsycja zawróciła dość gwałtownie: – Zawsze ci źle.

– Myślałam też o tobie, ty też…

– Tak, tak, myślałaś o mnie, ale głównie to o sobie.

– Nie jestem taka… A przynajmniej teraz nie jestem. Przecież powiedziałam “my”.


~*~


Nareszcie, zeskoczyłam z niej, od razu jedząc trawę, powrót zajął nieco krócej, może dlatego że uciekłyśmy nocą i Forsycja musiała być wykończona tą całą przemianą i…

– Forsycja? – Dokąd ona poszła? Zostawiła mnie samą? Weszła do lasu. Czy ona też ma problemy z… Grzebała tam w ziemi.

– Czego szukasz? – spytałam.

– Nienawidzisz kopać i zawsze kazałaś mi to robić – powiedziała, wygrzebując korzenie.

– Dlaczego miałabym… A, my… Jemy korzenie, teraz pamiętam, moje pazury często się łamały i Szept dla mnie wykopywała korzenie, od początku, także dlatego nie kopałam.

– Naprawdę? Ciocia mówiła że tego nienawidzisz.

– No wiesz, wątpię by ktoś lubił ból.

– Idę je wypłukać. – Złapała je w dziób.

– Daj spokój, nie trzeba, strzepnę skrzydłami piasek i mogę jeść, ty też.

Położyła je na ziemi, wszystkie przede mną. Pobrudziłam sobie pióra, próbowałam to z nich strzepnąć, chyba wcześniej mi to nie przeszkadzało…? Teraz bądź razie widok brudnych piór strasznie mnie drażnił, trzepałam skrzydłami, po chwili się z tego otrząsając. To tylko ziemia. 

– Ty też, Forsycja – powtórzyłam, przysuwając do niej połowę z tych korzeni, bo ona tylko patrzyła na mnie.

– Nie jestem głodna.

– Musisz jeść.

– Później.

– Jak to później? Jestem pewna że ty też jesteś głodna. Jedz. Zjedzmy razem.

Próbowała to przeżuć, ale jej dziób nie poruszał się na boki jak nasze szczęki, ostro zakończony jak u gryfów, orłów, sokołów, jakby nadawał się tylko do rozrywania… Ciał.

– Musisz to połknąć – powiedziałam, ale czy to jej nie zaszkodzi? Jeśli zaszkodzi to będzie moja wina.

– Wiem! – zezłościła się nagle, korzeń kilka razy jej wypadł, ale w końcu połknęła. Nastroszyła pióra, a wzrokiem jakby chciała zamordować te korzenie.

– O co chodzi? – zapytałam: – Powiedziałam coś nie tak?

– Niczego mnie nie nauczyłaś, wszystko co potrafię nauczyłam się od cioci, a później sama, a ty znowu traktujesz mnie jak idiotkę, nienawidzę tego. 

– Ja tylko… Przepraszam… – Jest tak jakby bardziej agresywna? Czy tylko mi się wydaje? Właściwie to nie znam jej zbyt dobrze. 

– Czapla też, nie dawała mi szansy pomyśleć jak coś zrobić, od razu tłumaczyła. A potem twierdzi że potrzebuje rodziny, a ja nie jestem jak inne źrebaki, jestem całkowicie samodzielna. I o wiele mądrzejsza.

– To chyba nic złego, ale czasem warto by ktoś dał ci jakieś wskazówki, choćby niewielkie, takie wiesz, małe podpowiedzi, bo nie musisz od razu wszystko wiedzieć i potrafić. Dorośli też potrzebują niekiedy pomocy.

Patrzyła na mnie i nie bardzo teraz mogłam odgadnąć co czuła.

– Co? – zapytałam.

– Nigdy nie mówiłaś takich rzeczy i długo już wytrzymałaś bez szaleńców. To dopiero dziwne, piłaś ich codziennie.

– Mówilam ci… – Może teraz to nie jest najlepiszy pomysł i lepiej niech myśli że to tylko mi się wydawało? A co jeśli to wszystko było tylko… Snem? I oni nie istnieją… Ich imiona właściwie zacierają się w mojej pamięci i to jak wyglądali, zupełnie tak jak zapomina się o śnie… 

– Dlaczego nie mogę porozumieć się z Arnee? Gdyby…

– Arnee nie istnieje – powiedziała córka.

– Co…? – Powiedziałam to na głos? Możliwe.

– Wymyśliłaś go sobie, podobnie jak Ivette, mroczne konie, choć może miałaś na myśli kłyki i te jednorogi.

– Jednorożce.

– Ich nigdy nie było. To wszystko wytwór twojego rannego umysłu, mamo.

– Nie, nie wszystko, to niemożliwe, ja pamiętam…

– Uroiłaś to sobie, wymyśliłaś ich wszystkich by nie czuć się samotna, zwłaszcza po śmierci cioci. Przez szaleńców, tak nazywają się substancje które brałaś, a potem oni ci je wciskali, to wszystko stało się dla ciebie rzeczywiste, choć tak naprawdę nic z tego się nie wydarzyło.

– Nie… Ja… Ja naprawdę pamiętam… Pamiętałam…

– Nigdy nie opuściłaś klifów to po pierwsze, po drugie byłaś zbyt wredna i fałszywa by z kimś się zaprzyjaźnić dłużej niż na parę minut.

– Mówisz raczej o Ivette, choć mylnie ją…

– Mówię o tobie, mamo.  

– Ja… Ja pamiętam… Nie, nie wiem już… Właściwie nic… Nic nie wiem. – Strzygłam nerwowo uszami, wpatrując się w ziemię szeroko otwartymi oczami, trzęsłam się, a po chwili załkałam. Szept… Zasnęłyśmy razem obok siebie, a rano była już zimna… Próbowałam to zapomnieć, muszę… Nie, nie, nie jestem Echo, przypomnij sobie.

– Wiedziałam że tak będzie.

– Jak?!

– Zawsze płaczesz w przerwie od szaleńców.

– Jesteś okropnie nie czuła! 

– Już się zaczyna, znowu będziesz się żaliła. Że nikt cię nie kocha, że Szept nie żyje i nie ma się kto tobą zająć, choć ja robię to cały czas! 

– Jakoś nie wystarczająco… Przepraszam, mam okropny mętlik…

– Tak, mętlik, zaraz będziesz mówiła że nic nie znaczysz, choć miałaś mnóstwo fanów.

– Przestań!

– Uwielbiali słuchać twoich piosenek, które wymyśliła dla ciebie Szept. I zawsze to twoje kłyki wygrywały na arenie, a to było już imponujące, walczyły nawet z gryfami, jesteś…

– Zamknij się!

Zakryła się skrzydłem i moje skrzydło… Znalazło się całkiem blisko niej, jak mogłam pomyśleć by ją uderzyć? Co się ze mną dzieje?

– O co chodzi, mamo? Boisz się że tym razem ci oddam?

– Ty też chcesz się na mnie mścić? Nienawidzisz mnie?

– Przeciwnie, kocham cię, mamo.

– Nieprawda.

– Chciałam tylko żebyś zrozumiała i się zmieniła, ciocia też by tego chciała. Gdybyś nie ubliżała chcącym cię poznać osobom, miałabyś mnóstwo towarzystwa. Dlaczego jesteś taka głupia i ciągle robisz te same błędy?

Uderzyłam ją w pysk, nie potrafiąc zapanować nad własną wściekłością. Czteromiesięczne źrebię miałoby być mądrzejsze ode mnie? O niczym nie ma pojęcia.

– Taka jesteś przemądrzała? A skończyłaś jako bestia! Nie prosiłam byś się mną zajmowała, to o co masz pretensje? Siedź sobie tutaj, bo tam już nikt cię nie przyjmie. – Poszłam w kierunku domu, muszę się ich napić.

– Mamo! Miałyśmy się wynosić, pamiętasz? – Pobiegła za mną.

– Sama się wynoś!

Przysiadła na zadzie, unosząc przednie nogi nad ziemią, popatrzyła na nie i nagle mnie złapała.

– Puszczaj!

– Ciocia mi kazała, ktoś musi powstrzymać cię od popełniania kolejnych głupot.

– Głupota to była że urodziłam ciebie!

Szamotałam się, chcialam ją ugryźć, ale otrząsnęłam sie jakoś. I przestałam się wiercić w jej łapach. Coś jest nie tak, nie jestem taka, a może jestem? Nie mogłam taka być. Przycisnęłam skrzydła do głowy. Jestem kimś innym, nie Echo… Tylko kim?

– Wiedziałam że to zrobisz jak tylko wspomniałaś o jedzeniu. Nie wrócimy tam. Przepraszam że cię zraniłam, może masz rację, chciałam się odegrać, bo ty ciągle źle mnie traktujesz. Mam tego dość.

– Chciałam cię uratować… Czy to złe traktowanie?

– Czasem jesteś miła, ale potem zachowujesz się jak teraz… Udajesz miłą by mną manipulować.

– Nie manipuluje… Nie wiem, Forsycja, naprawdę wszystko mi się miesza. Kto ci tak powiedział? Czapla?

Milczała, aż wreszcie po paru chwilach przyznała: – Tak, ale trochę w tym prawdy.

– Chcą nas rozdzielić, właściwie od początku.

– Może by nie próbowali gdybyś im mnie nie oddała po tym jak mnie urodziłaś?!

Nie pamiętam… W ogóle jej narodzin. Głowa mi pulsowała.

– Lećmy już może… Z tej wyspy, tylko zabierzmy jedzenie tym razem.


~*~


Nie mogę sobie przypomnieć, chociaż jedno imię, proszę… A jeśli naprawdę ich wymyśliłam?

– Pamiętasz jak mieli na imię? – zapytałam Forsycji, leciała ze mną na grzbiecie w stronę szumiących fal, został jeszcze kawałek do początku oceanu, teraz będzie trudniej, gdy dźwiga mnie z zapasami jedzenia.

– Twoi wymyśleni przyjaciele?

– Tak.

– Po co ci to?

– Ja muszę o nich pamiętać, w razie gdyby naprawdę istnieli, gdybym się wcale nie myliła, bo czuje że się nie mylę, że to nie może być tylko wytwór wyobraźni…  Skąd właściwie wiesz gdzie byłam i kogo poznałam, nie urodziłaś się jeszcze wtedy. Może coś się stało, przez co tak skończyłam? 

– To był Arnee i Ivette.

– A moje imię? Jestem pewna że ci je powiedziałam.

– Kometa.

To nie pomogło, nie wydawało się tak znajome jak powinno, bardziej to chyba sobie wmawiałam że jest znajome. Nie wytrzymam, muszę… Po prostu muszę, cała już się trzęsę i przypominam sobie martwą siostrę obok siebie, te źrebaki. Potwory. Prawdziwe mutanty, ich wdzierający się w czaszkę piskliwy jęk. Zeskoczyłam z grzbietu Forsycji… Za wysoko, leciała za wysoko. Zamachałam skrzydłami, jedynie spowalniając upadek. Tam ziemia jest zbyt twarda, nic ze mnie nie zostanie. Zginę! 

Złapała mnie nagle, wkuwając we mnie, odrobinę, pazury. Ledwie mogłam znowu oddychać. Nie chciałam umrzeć.

– Przepraszam… To silniejsze ode mnie, to pragnienie by się ich napić, pozwalały mi zapomnieć o wszystkim co złe…

– Jeśli to zrobisz to znów trafisz na łańcuch i zostaniesz całkiem sama, przemieniona w jedną z bestii, a potem będą cię wystawiać do walk, dopóki nie zginiesz.

Dlaczego właściwie się tak rzuciłam? Przecież mogłam poszybować… Choć to też zakończyłoby się złapaniem przez Forsycje.


~*~


Zagadka z łańcuchem rozwiązana, zabrała go by założyć mi na tułowie, przekładając wokół moich nóg i skrzydeł, tak go na mnie upięła, a sobie zapięła na szyi, metalową obręcz, którą kończył się łańcuch. Nawet gdybym chciała nie mogłabym teraz się od niej oddalić na więcej niż długość łańcucha.

– Nikt nas nie ściga? – zapytałam. Forsycji zaburczało w brzuchu, jakby jej żołądek próbował mi odpowiedzieć: – Czemu nic nie zjesz?

– Nie starczy na nas dwie, ale nie martw się, mamo, nie zjem cię, kłykogryfy wcale nie są takie chętne do jedzenia pegazów jak większość myśli. I dłużej wytrzymują bez jedzenia, niż większość myśli.

– Nie martw się… – powtórzyłam zamyślona, jakbym gdzieś słyszała te słowa, nazbyt często i jako zapowiedź czegoś okropnego. Źle się mi kojarzyły: – Nie starczy na nas dwie… – Te słowa też gdzieś już słyszałam.

– Ale ty rośniesz… – dodałam głośniej.

– Już nie udawaj że się martwisz, naprawdę cię nie zjem z głodu, całkowicie nad sobą panuje.

– Nie wiem, każde źrebię się rozwija i rośnie, i przez to musi jeść, nawet bardziej niż dorośli. 

– Już ja wiem co kombinujesz, chcesz mieć wymówkę by zawrócić na wyspę.

– Nie.

– Pytałaś czy ktoś nas ściga, dlaczego ktoś by miał? Nikogo już nie obchodzimy, ty wszystkich do siebie zniechęciłaś, a ja jestem bestią i jedno szczęście, miałam dość przebywania z sierotami. 

– A Wielki gryf? Znaczy zakaz opuszczania wyspy?

– Mogliby… Ale do tej pory nikogo nie widziałam i nie wiedzą w którym kierunku poleciałam. 

– Zjedz chociaż trochę, jeden, mały korzeń.

– Naprawdę się boisz?

– Nie, martwię się o ciebie.

– Chciałam żebyś się zmieniła, ale na pewno nie zmieniłabyś się tak szybko.

Wstałam i od razu spojrzała na mnie, rozpostarłam skrzydła, podałam jej jeden z korzeni: – Jedz, Forsycja, bo się obraże. – Cofnęłam uszy, niemal je kładąc. Złapała korzeń połykając go z większą precyzją niż ostatnio. 

– Może jeszcze jeden?

– Nie, nie zawrócimy na wyspę. 

Westchnęłam kładąc się z powrotem, naprawdę się o nią martwiłam. Naprawdę. Prawda? 

– Jak udało się im złapać gryfy? Są o wiele większe od kłyk. Właściwie kłyki też ciężko byłoby złapać… Jak to się zaczęło? I kto wpadł na to?

– Gryfy kiedyś polowały na nas, poświęcono wtedy paru skazańców i bezlotów, bo skazanych było zbyt mało, umieszczono w ich ciałach truciznę. Dorosłe gryfy padły martwe, a jajka zebrano. Wszystkie gryfy, które mamy są z tych jajek, dlatego nas się boją, bo uczymy ich tego od pisklęcia. Poza tym teraz mamy różne narzędzia. Natomiast kłyk było bardzo niewiele i łapaliśmy je za pomocą gryfów, a potem ciocia zaczęła odtwarzać ich wymierający gatunek, przemieniając w nie skazańców.

– Bezloty? Masz na myśli pegazy, którym skraca się lotki?

– Tak.

– To straszne…

– Dziwnie słyszeć to od ciebie, mamo, nigdy nie obchodziły cię pegazy niższe rangą.

– I teraz jeszcze straszą ich tym wielkim gryfem…

– To nie wydarzyło się teraz, tylko wiele pokoleń temu. Teraz bezloty coraz częściej się buntują, dziś nie wystawiliby nikogo na pożarcie gryfą.

– Ale nadal dają sobie skracać lotki.

– Może niedługo nie będą już dawali? Co ty kombinujesz, mamo? Chcesz namówić mnie do ich ratowania?

– Nie dałybyśmy chyba sobie z tym rady, tak we dwie, zwłaszcza że nie polecieliby… Chyba że…

– Nie zawrócimy tam, od razu by nas złapali i wystawili do walk na arenie. Dobrze wiem o co naprawdę ci chodzi, nigdy nie zobaczysz już szaleńców.


~*~


[Forsycja]


Czym dalej odlatywałam z mamą od wyspy tym bardziej zaczęła lamentować, płacząc i błagając mnie bym dała jej się napić szaleńców. Szkoda że nie wzięłam ze sobą knebla… Nie powinnam jej tego robić, nie znosiłam gdy inni jej to robili, ale nie mogłam już znieść jej jazgotu. Do głowy przychodziły mi myśli żeby ją utopić, a z nimi też strach że to zrobię. Wepchnęłam jej do pyska buraka. Wypiła już cały zapas wody, desperacko ich w niej poszukując, więc został tylko mały zapas jedzenia.

– Jedz, mamo.

Wypluła go, ledwie udało mi się go złapać.

– Córeczko…

– Przestań już! Nie mogę tego słuchać! Nie wrócimy na wyspę! Nie napijesz się szaleńców! Nigdy ich nie zobaczysz!

– Ale… Ale ja muszę… – płakała dalej: – Muszę, powinnaś była je wziąć, chociaż jeden pojemnik. Forsi, córeczko, proszę, tylko parę kropli….

– Zamknij się! – krzyknęłam, zupełnie jak ona na mnie. Nie chcę być taka jak ona. Uderzyła mnie skrzydłem w tył głowy, z całej siły. Krzyknęłam z bólu, co zabrzmiało jak nieprzyjemny skrzek.

– Żaden źrebak nawet przerośnięty, nie będzie podnosił na mnie głosu!

– To przestań biadolić mamo, bo zwariuje! I wtedy naprawdę cię pożre.

– Nikogo już nie mam… 

Zniżyłam głowę, by zakryć sobie uszy łapami. Po jakimś czasie zasnęła, ja też musiałam się przespać, wylądowałam w lodowatej wodzie, starając się powstrzymać drżenie.

– Forsycja?

– Błagam! 

– Nie wiem co się ze mną dzieje… Ja przecież się tak nie zachowuje. 

– Możemy spać?

– Muszę… Nie pamiętam. Coś… Powiedzieć, porozumieć się z kimś… Nie chcę cię krzywdzić.

– Chciałaś znaleźć bliskich, pamiętasz?

– Tak… Właśnie to, oni mi pomogą… Może tobie też.

– Podoba mi się bycie kłykogryfem.

– Jak miałam na imię?

– Obiecaj mi że pójdziemy spać.

– Obiecuję, ale musisz mi powiedzieć.

– Kometa. A teraz śpijmy. – Ułożyłam swoją głowę na własnym kłębie, wierciła się przez chwilę, przysunęla się bliżej mnie, wtulając we mnie. Nie przeszkadzał jej nawet mój twardy dziób.

– Chwilami czuje się jakbym nie była sobą, bo chyba nie jestem… – szepnęła, powoli zasypiając. 


~*~


Jedzenie się skończyło, dla mnie i tak było gorzkie, jak najgorsze na świecie lekarstwo, a mama znów coś mamrotała o piciu, nigdy nie czułam się tak samotna i tak głodna, mój żołądek chyba już zaczął trawić sam siebie. Brakowało mi Czapli, a nawet Obłoka. W oddali rozgniewane fale uderzały o wyspę, przez chwilę myślałam że pomyliłam kierunek i wróciłyśmy do naszej byłej kolonii, ale tutejsze pegazy wyglądały inaczej, pióra posiadały tylko ich skrzydła, a ich nogi kończył tylko jeden tępy pazur, zastępując łapę w całości. Mama już stała na nogach. 

– Mamo, to udajemy że jestem twoją bestią, co? – spytałam ukradkiem, jak najmniej ruszając dziobem. Do chrap docierał mi aromatyczny zapach tutejszych pegazów, jedyna wada w byciu kłykogryfem, od przemiany ciągnęło mnie do mięsa.

– Bestią…? A, tak, tak, ale jesteś pewna?

– A masz lepszy pomysł? Na łańcuchu już jestem.

Pegazy wszczęły alarm.

– Czekajcie! Ona jest moja! Wszystko w porządku! – zawołała mama, zleciała z mojego grzbietu, złapałam ją w łapy: – Mam wszystko pod kontrolą!

Pegazy się zatrzymały w przygotowaniach do ataku na mnie i czujnie obserwowały jak lądujemy, odstawiłam najpierw mamę na ziemi, zanim sama położyłam na niej łapy. Ich ruch przyciągał mój wzrok bardziej niż wcześniej, a umysł już wybrał najsłabszą sztukę. Wzięłam głęboki wdech, wbijając szpony w skalne podłoże obsypane czarnym piaskiem. 

– Wygląda jak pisklę gryfa udające pegaza, ale jest ogromne – skomentował jeden z pegazów.

– To kłykogryf. I macie racje, jest jeszcze młoda, czteromiesięczna.

Wiedziałam że mamie spodoba się ta rola, za to ja czułam się upodlona. Obejrzeli ją sobie od palców po pędzelki na uszach, których oni również nie mieli.

– Dar Feniks?

– Co…?

– Twoje pióra na ciele.

– Och… Rzeczywiście, ale u nas wszyscy je mają.

Ja też nadal je miałam, przybyło mi ich nawet więcej.

– Od kiedy kłyki łączą się z gryfami, a przede wszystkim jak?

– A to… To zupełnie inny gatunek, nie dosłowne połączenie ich obu przecież to niemożliwe.

Dlaczego po prostu nie powiedziała prawdy? Już zapomniała czy celowo ich oszukuje?

– Chodź z nami, pewnie jesteś wyczerpana. Pokaże ci gdzie możesz zostawić potwora.

– Tylko jest malutki problem… Zgubiłam klucz. Poza tym skąd mam wiedzieć czy nikt mi jej nie zabierze, albo nie zrani? Lepiej ją trzymać przy sobie, bo nie macie nic przeciwko? Właściwie nawet nie musimy tu zostawać, choć oczywiście jesteśmy zmęczone… Przynajmniej ja jestem… Forsycja potrafi mówić! – krzyknęła nagle mama, zamknęła na moment oczy. Pegazy popatrzyły po sobie zaskoczone.

– Jest taka jak my – dodała mama.

– Dobrze, ale trzymaj ją na łańcuchu.

Dalej towarzyszyła nam już tylko dwójka obcych pegazów, wypytując się o wszystko. Głównie o moją zdolność mówienia, padło nawet pytanie czy rozumiem co mówię.

 Niedługo święto Feniks, pierwsze w moim życiu, ciocia sporo o nim opowiadała, o dobrym jedzeniu i zabawie do świtu, uczuciu że Feniks jest tego dnia najbliżej nas i oprócz próśb, wypadało posłać jej podziękowania. A najlepiej skupić się na tym ostatnim, o czym wiele pegazów na co dzień zapominało. By zwyczajnie podziękować.

 Ugościli nas w jednej z wielu grot dla gości. Pegazica z trzema uszami, przedstawiła się jako Nefer, przyniosła coś do jedzenia. Ledwie trzy pęki trawy. Czy całe jedzenie czekało aż zaczniemy świętowanie? Nie jadłam już niczego prawdziwego od dawna.

– Dziękujemy, jesteśmy wykończone, po drodzę tyle się działo… – odezwała się do niej mama, przysunęła jedno z będących tu gniazd bliżej ściany, porośniętej mchem, strzepując z niego kurz skrzydłem.

– Nie ma sprawy. 

– Niedługo święto Feniks, choć już teraz jesteśmy głodni – dodałam, w nadziei że Nefer się zreflektuje i przyniesie coś więcej. Coś bardziej dla mnie jadalnego. Nefer spojrzała na mnie zaskoczona, ale nie aż tak jak spodziewałam się że będzie. Mama wyglądała na bardziej zaniepokojoną niż ona.

– Nie obchodzimy już tego święta – odpowiedziała Nefer.

– Przecież to tradycja. – Naprawdę liczyłam na ten dzień. Bałam się że mama go zepsuje, ale teraz gdy nie mogła go zepsuć nie chcą go obchodzić.

– Prawdziwa Feniks nie dba o nas, tylko o siebie, nie ma najmniejszego powodu by ją czcić. Zniszczyła pół świata, odebrała nam bliskich, w każdej chwili może odebrać nam jeszcze więcej.

– Naprawdę? – spytałam.

– Widziałam na własne oczy jej działania, są też inni świadkowie, którzy ją zobaczyli. Prawdziwą ją, a nie osoby, które się pod nią podszywały. Nie ma żadnej bogini, która nad nami czuwa, sami musimy o siebie zadbać.

– To Feniks można zobaczyć? Myślałam że bogini…

– Nie wiem czy nazywanie jej boginią ma teraz sens. Jedzenia jest mało, wszystkiego jest teraz mniej. Podziękujcie Feniks. – Nefer wyszła.

W opowieściach cioci pegazy były bardziej gościnne, nasza kolonia była bardziej gościnna i bogatsza. Tutejsza kolonia nie posiadała ani areny, ani żadnych bestii, choćby kłyk, te były przecież najpopularniejsze, bo łatwo się rozmnażały. Byliśmy tu też jedynymi gośćmi. A najstarsze pegazy nie rządziły innymi, pośród koloni wybrano do tego całkiem młodą parę. 

– Możesz się położyć, będzie ci wygodniej niż na ziemi – Mama skinęła na gniazdo, już przygotowane do snu, myślałam że robi to dla siebie: – Chodź, Forsycja. – Objęła mój bok skrzydłem, na ile była w stanie, kiwnęła znów głową bym się położyła, podsunęła mi całe jedzenie jakie dostałyśmy: – Chociaż zjedz, prawie nie jadłaś przez całą drogę.

– Wiesz że nie dam ci tego czego chcesz? Tutaj nawet tego nie ma.

– Wiesz, nie robię tego, bo czegoś chce, tylko… Właściwie to chcę, zatroszczyć się o ciebie. – Przysunęła się do mojego boku, właśnie mnie przytulała i uśmiechała się całkiem ciepło, jakby naprawdę jej na mnie zależało.

– To zwykła manipulacja.

– Nie, po prostu dzisiaj pamiętam nieco więcej z poprzedniego życia i to miejsce wydaje się znajome… Chyba kiedyś tu byłam… – Przeszła się po jaskini, szłam za nią, inaczej, gdybym stała w miejscu, łańcuch by ją w końcu zatrzymał.

– Linnir… Przypomniałam sobie… Tylko to imię, ale… Chyba była dla mnie ważna. Walczyła z… Z kimś kto… Kto… Dlaczego nie pamiętam?

– Nie wiem, mamo. Może ty się tu połóż i zjedz. – Posadziłam ją w gnieździe.

– To dla ciebie, Forsycja. Chodź, poleżymy sobie razem… – Przesunęła się robiąc mi miejsce: – Chodź, skarbie. I ty musisz zjeść. A jak odpoczniemy poszukamy więcej jedzenia, więc nie będę długo głodna. Proszę, kochanie. – Ta troska w jej spojrzeniu była kompletnie obca, jakby patrzyła na mnie inna osoba. Miała wiele nowych zachowań i inny styl mówienia, ale Obłok mi tłumaczył że musiało dojść do niedotlenienia mózgu, kiedy jej serce nie biło, a to spowodowało jego uszkodzenie i stąd ta inna osobowość i jej urojenia, w które tak wierzyła. Położyłam się obok niej, dla spokoju, nawet nie zmieściłam się cała w tym gnieździe.

– Dosuniemy…

– Już. – Sięgnęłam po kolejne gniazdo skrzydłem i przysunęłam do tego. Ścisnęłam w łapie trawę, by zwinąć ją w łatwy do połknięcia kłębek. Trochę mniej gorzki od korzeni, połknęłam to szybko, pijąc potem mnóstwo wody. Ostatnią porcję zostawiłam dla mamy.

– Ale ty jesteś uparta.

– Ty też… 

Uśmiechnęła się do mnie inaczej niż mama, zastrzygła uszami. Czyli mama się nie zmienia? Tylko ma dodatkową osobowość? Która już jej zanikała i znów staje się tą samą problematyczną mamą. Staje się starą sobą. Nie miałam kogo zapytać czy dobrze to rozumiem. Ciocia znała się na tym jeszcze lepiej niż Obłok i trochę mnie nauczyła, głównie o eliksirach, ale wciąż niewiele. To może być też zwykła manipulacja, w końcu ciocia wychowała mamę, nie podzieliłaby się z nią swoją wiedzą? Mówiły sobie o wszystkim.


~*~


– Kłyki! Uciekać! – Obudził nas głos obcego pegaza w środku nocy, na chwile wylądował w wejściu jaskini, po czym odleciał. Spałam z mamą wtuloną we mnie. Wybiegłyśmy na zewnątrz. Cała kolonia pegazów opuściła już klify. Widziałam ich daleko od nas, niczym klucz ptaków i pojedyncze doganiające ich pegazy. Całkiem blisko zaryczała kłyka.

– Nie… To znowu się dzieje…  – Mama się otrzepała, wstrząsnęła przy tym łańcuchem, rozpostarła skrzydła, oglądając wystraszona swoje lotki, a gdy mnie spostrzegła zaczęła krzyczeć.

– Mamo, to ja! – Złapałam ją w skrzydła, przednią łapą przytrzymując jej pysk: – Usłyszą nas. 

Popatrzyła mi w oczy tak jakby mnie rozpoznała. Uniosłam się z nią do lotu, widząc lecące tu kłyki, całą ich chmarę, ryczały przeraźliwie. Doganiały nas, próbowałam lecieć szybciej, ale one były coraz bliżej, tak wielkie jak ja. Wleciałam do środka innej groty, upuszczając tu mamę i łapami przysuwając skałę do wyjścia, kłyki wylądowały za nią w mgnieniu oka. Chwyciłam skałę szponami przetrzymując ją w wejściu przynajmniej chwilę, zanim ją odepchnęły. Jedna z nich próbowała poszerzyć wejście, wbijając w nie kły, ściany nie pozwalały rzucić im się wszystkim na raz. Podrapałam kłykę po pysku, może nawet uszkadzając jej oczy, ryknęła z bólu, wycofując się. Jej miejsce zajęła druga, gryzłyśmy się, chciała dosięgnąć moich łap, kopała mnie, a ja wbijałam w nią szpony u przednich łap, drapałam ją nimi. Inna kłyka wcisnęła tu głowę, złapała mnie za łopatkę, próbując wyszarpać na zewnątrz.

Mama przybiegła, oczy miała we łzach, szeroko otwarte, a źrenice prawie niewidoczne, krzyczała jakby rozszarpywały właśnie ciocie, uderzyła skrzydłami kłykę po głowie, aż ta mnie puściła, a ta z którą walczyłam się wycofała, jej miejsce zajęła inna. 

– Czego od nas chcecie?! – krzyknęła mama: – Zostawcie nas w spokoju!

– Wzrok możecie oszukać, ale nie węch, nie jest jedną z nas. – Głos kłyki dobył z jej gardła, szczęki trzymała sztywno otwarte. Osłoniłam mamę łapą.

– Ale nie musicie jej od razu zabijać… Nas obie! – Poczułam jej skrzydło na boku, nie odrywając wzroku z kłyk: – Jesteśmy ofiarami, tak jak wy! Forsycja nie wybrała że się w to zmieni…

Mama całkowicie się myliła, specjalnie nadziałam skrzydło na tamten kolec, chciałam się zmienić w kłykogryfa. Z drugiej strony jakbym tego nie zrobiła, Obłok mógłby nie powiedzieć prawdy.

– Mówisz, ofiarami? To zaprowadźcie nas do swoich oprawców chętnie damy im nauczkę. 

– Zabiłyśmy ich, nie bezpośrednio, wypuściliśmy wszystkie kłyki i przemienionych też, a ci ich pozabijali… Robili na nas chore eksperymenty, zmuszali do walki.

– Pokażcie w takim razie to miejsce, a puścimy was wolno.

– Zgoda, ale… To dość daleko, będziemy lecieć tam kilka dni na pewno. Dopiero co stamtąd uciekłyśmy.


~*~


Dwie kłyki leciały obok mnie, reszta z tyłu, mama trzęsła się na moim grzbiecie. Wpadła na całkiem beznadziejny pomysł. Jedynie przeciągnęła naszą śmierć.

– Forsycja, musimy znaleźć… – szepnęła: – Ich, wiesz kogo…

– Twoich bliskich?

– Tak, coś mi mówi że pokonają te kłyki.

Obie na nie spojrzałyśmy, widziały że szeptałyśmy coś do siebie, bo nie spuszczały z nas wzroku.

– Co się właściwie stało, że jesteście takie… Mściwe? – zagadała do nich mama.

– Wasz rodzaj prześladuje nas od lat, zabija, porywa nasze źrebaki, wychowuje je na potwory, wmawia im że nimi są, zmusza do walk na arenie, to głównie pegazy, albo odstawiania jakiś durnowatych pokazów, jednorożce. Niedawno feniksy pochłonęły połowę naszych, dołączając do grona wrogów. Dlatego zniszczymy wszystko z czego mogłyby czerpać energię. Was, kryształy, inne zwierzęta. Szybciej czy później i tak nas zabiją, więc chcemy by jak najbardziej je to zabolało.

Feniksy? Myślałam że jest jedna feniks.

– A… Nie lepiej by było gdzieś uciec, schronić się, prowadzić całkiem dobre życie, przez większość czasu?

– Przed całym światem się nie schowasz. A tym bardziej feniksami. Straciliśmy zbyt wiele i jeszcze więcej stracimy.

Jednorożce też istnieją? 

– Może, może był jakiś powód i… One nie pochłaniały tylko was… Z tego co kojarze…

– Mama miała uraz głowy – wtrąciłam się: – Ma problemy z pamięcią, między innymi…

– Zgodziłam się na waszą małą umowę, bo liczę że uda nam się zabić was więcej. – Przyznała pokaleczona przeze mnie kłyka. 

– Jednorożce! Lecą na nas! – Podleciał do niej rogaty samiec.

– Lecą?!

– Na zniewoleńcach.

Rozbrzmiały przeszywające piski z tyłu, kilka kłyk leciała ku ziemi, całe w płomieniach. Otoczyła nas mgła.

– Feniks! 

– Nie, to chyba magia jakiegoś jednorożca.

W inne trafiły pioruny. Powietrze zaczęło nas parzyć. Widziałam po raz pierwszy jednorożce, ich sylwetki ukryte w modlącym, gęstym jakby z chmury powietrzu, leciały na grzbietach kłyk, a te wolne kłyki właśnie ich zaatakowały. Nie został nikt kto by nas pilnował. Uciekłam. Wylądowałam w lesie, biegnąc przez niego. Drzewo za mną się przewróciło, tu było więcej jednorożców. Otaczała nas gęsta mgła, ich sylwetki wręcz znikały w niej.

– No co wy?! Walczymy po tej samej stronie! – krzyknęła na nich mama.

– Wybacz! 

Pobiegli dalej.

– Naprawdę? – spytałam, wybiegając z lasu i lecąc dalej od tej katastrofy, gdzie niewiele brakowało, a zginełybyśmy.

– Co naprawdę?

– Znasz ich?

– Nie, nie wiem, raczej im skłamałam… Skarbie, byłaś bardzo dzielna, jesteś taka mała, a podjęłaś się walki z nimi.

Mówi tak by znów mną manipulować czy naprawdę mnie chwali? Skoro tak łatwo przyszło jej to kłamstwo… Nigdy szczerze mnie nie chwaliła, nie pamiętam czy w ogóle to robiła, większość czasu narzekała na mnie.

– Forsycja, chwilami nie wiedziałam co robić… Przypomniałam sobie, jak… Jak straciłam cały tył, przednie nogi… Kłyki… – Otrząsnęła się: – Musimy jak najszybciej opatrzyć ci rany, tak, nie chcę o tym myśleć co mi zrobiły. Chcę pamiętać przeszłość, ale nie akurat to.


~*~


Leciałam długo i gdy dopiero wszystko ucichło wylądowałam na plaży, tam mama obmyła mi rany. W słonej wodzie, ale liczą się dobre chęci, a dla niej liczy się to bym uwierzyła w jej dobre chęci.

– To spotkanie było straszniejsze niż walki na arenie – powiedziałam, znosząc narastające pieczenie ran: – Nie wierzę że ty nas z tego wyrwałaś, mamo.

– Nie powinnaś oglądać tych walk, ile ty miałaś? Cztery miesiące? To za mało!

– Dlaczego? Jestem dojrzalsza od innych źrebiąt. Poza tym pokazałaś mi pierwszą taką walkę gdy byłam o wiele młodsza niż teraz.

– Nie.

– Nie pamiętasz?

– Musiałam to pić, wiesz co.

– Zabrałyście mnie z ciocią i nie, w tamtym dniu nie piłaś szaleńców. – Była wtedy zadufanym w sobie, niedojrzałym, dorosłym źrebakiem, który musiał dowartościowywać się na poniżaniu innych osób, to była prawdziwa ona, kiedy nie była pod wpływem szaleńców, zanim się od nich uzależniła. Tak naprawdę zabrała mnie tam tylko ciocia, dołączyłyśmy do mamy, która pękała z dumy, jak jej kłyki dla niej wygrywały każdą walkę, nigdy nie patrzyła na mnie z takim podziwem, jak na swoje bestie. Choć i tak przypisała wszystkie ich sukcesy sobie, a przecież ciocia jej przy nich pomagała.

– Szept cię zabrała – przypomniała sobie nagle mama: – Taka ona odpowiedzialna.

– Wolę twoją dobrą stronę.

– Ale o co ci chodzi?

Wolę Kometę, choć mama nie zrozumiała i nie zamierzałam wyprowadzać jej z błędu, to nadal część niej, jej nieco zwariowana, lepsza wersja. Wolenie jej, nie czyni ze mnie złej córki, prawda? To nie jest tak jakbym wolała bardziej obcą osobę od swojej matki?

Wydawała się milsza, to mogła być manipulacja, ale ja zawsze chciałam by mamie zaczęło na mnie zależeć.

– Forsycja, przepraszam, ja… Nie rozumiem dlaczego się tak zachowuje, znów mam mętlik w głowie. 

– Pamiętasz Kometę?

– Kometę…?

Powinnam dążyć by odzyskać mamę, ale może, może Kometa jest jej stłumioną osobowością, przez jakieś straszne traumy?

– Mama, jestem pewna że ta klacz to moja mama! – wykrzyknęła podekscytowana wskazując mi głową na siwo-karą pegazice bez skrzydeł i jakichkolwiek śladów że je kiedykolwiek miała, w dole, na łące. Obserwowała nas z wyrazem pyska jak skała, jedząc trawę, jakby było jej wszystko jedno.

– Mamo! – Mama zeskoczyła z mojego grzbietu, jeszcze zanim w pełni wylądowałam. Przytuliła obcą, a ona dalej zachowywała się jak skała, stała nieruchomo, patrząc na mnie.

– Przepraszam za nią, miała niedawno uraz głowy – odezwałam się. 

– Nic się nie stało – powiedziała nieznajoma. Ani się nie dziwiąc że mówi do niej kłykogryf, ani… Nic nie czuła?

Zabrałam od niej mamę, przyciągając do siebie łapą. Od obcej bił równie apetyczny zapach co od innych pegazów, przełknęłam zbierającą się ślinę.

– Mamo. – Odwróciłam ją, spojrzałam w jej oczy: – Ona nie ma nawet skrzydeł, chyba urodziła się bez nich.

– Wiesz, bo ona jest koniem, a konie ich nie mają.

– Twoi rodzice nie żyją już od dawna, wychowała cię siostra, pamiętasz? Ona też nie żyje, ale nadal masz mnie. Ciocia nauczyła mnie jak tobie pomagać.

– Pomagać? W czym? Przecież jestem dorosła, choruje na coś?

– Uzależnienie… – powiedziałam półgębkiem.

– Tak się cieszę że zapomniałam o tym i może niech lepiej tak zostanie, nie chcę cię znów błagać, a i ona powinna mnie… – Mama się odwróciła z powrotem do obcej, widziałam ją już daleko, jak ucieka do lasu, nim mama tam spojrzała, zniknęła jej już z oczu: – Znać… Gdzie ona jest? Ona mnie zna, nie rozpoznała mnie, bo jestem w innym ciele, ale mnie zna. Musimy ją znaleźć, jestem pewna że dasz radę ją wytropić. – Odwróciła się do mnie: – Proszę!



⬅ Poprzedni rozdział